Listy z Brazylii
W październiku roku zeszłego 1 pojechałem był 2 do Rybienka 3 , gdzie mi w domu swoim dawno już ofiarował uprzejmie gościnność pan Kazimierz Skarżyński 4 . Piękna miejscowość nad Bugiem stanowiła dla mnie dużą podnietę w robocie literackiej: miałem przed oczyma nieustannie wstęgę Bugu, a za nią lasy i sioła 5 .
Od razu więc zacząłem pilnie pracować. Ale zaledwie tydzień czasu upłynął, kiedy jednego dnia około godziny szóstej po południu otrzymuję taki telegram: „Wyjeżdżam z Warszawy wieczornym pociągiem i czekam pana w Tłuszczu 6 — Olszewski 7 ”.
— Sąd honorowy albo pojedynek! — pomyślałem. — Aby pracować i jednej pracy wyłącznie się oddać, trzeba widać o sto mil uciec od Warszawy!
Pan domu właśnie wyjechał konno na objazd gospodarstwa, a z agronomami 8 jego nie poznałem się jeszcze tak blisko, ażeby móc prosić o konie. Wysłałem więc służącego na wieś po podwodę 9 dla siebie. Nim poseł ów powrócił, wybiła już siódma i dobry mrok panował, a tu do Tłuszcza haniebne trzy mile i przeprawa promem na Bugu.
Nie pojechałem przeto, lecz zaraz napisałem list do redaktora „Kuriera Warszawskiego”:
„Jeżeli chodzi o sprawę bardzo ważną, przybędę do Warszawy; wasz telegram z Tłuszcza przybył tak późno, że się nie mogłem stawić.”
List ten natychmiast pchnąłem na pocztę do Wyszkowa, a sam siadłem znowu do roboty.
Kiedy wieczorem powrócił i pan Skarżyński, dziwił się, że miałem jakieś skrupuły użyć jego koni, a jednocześnie oświadczył, żem dobrze zrobił, bo i najlepsze konie zaledwie na dziewiątą stanęłyby w Tłuszczu, więc tam nie zastałbym już pana Olszewskiego.
— Skoro się tak stało — mówił dalej — to jedźmy w odwiedziny do pana sędziego, gdzie sobie ułożymy polowanie w przyszłym tygodniu.
Pojechaliśmy. Znaleźliśmy tam dwóch jeszcze sąsiadów i na gawędzie o emigracji zeszło do pierwszej w nocy.
Gdyśmy wracali do domu, niebo się iskrzyło gwiazdami i mróz był jakby w grudniu. Zajeżdżamy na dziedziniec, a tu dwór, mimo nieobecności pana, oświetlony.