Dziwny Żyd

Nad szerokim stawem słońce przedarło się przez poranną mgłę i ukazało swoje uśmiechnięte, promienne, wczesne oblicze. Od nagłego wtargnięcia słońca zadrżała srebrzysta woda. Zafalowała, zaszumiała, po czym znieruchomiała. Gładka powierzchnia stawu wyglądała teraz jak wypolerowana stalowa bryła.
Nieopodal, w gęstym, wysoko pnącym się lesie, wisiały jeszcze na gałęziach strzępki mgły. Na wysokim brzegu rzeki, ścieżką biegnącą ku mostowi szedł młody, bosy szajgec 1 w żołnierskiej czapce na głowie. Szedł, wygrywając na fujarce smutną melodię. Był to pastuch z dworu stryja Berla. Kiedy doszedł do mostu obok młyna wodnego, oczom jego ukazał się niezwykły widok. Przestał grać i w zdumieniu wytrzeszczył oczy na to, co się w rzece działo. Woda w niej kipiała, szumiała i pieniła się; w jej nurtach szamotały się trzy dziwne stworzenia. Toczyły zażarty bój o to, kto kogo utopi. Wydawały przy tym ryki przypominające chwilami rechot.
Wtem ze spienionej wody wyłonił się człowiek. Najpierw ukazała się czarna głowa, potem broda, a w ślad za nią białe ciało pokryte czarnymi plamami. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że są to ślady mułu rzecznego. Po chwili jednak okazało się, że to kępki czarnych włosów rozsiane na całym ciele — na piersiach, ramionach i grzbiecie.
Brodaty mężczyzna usiłował wyciągnąć z wody dwa niedźwiedzie na łańcuchach. Zwierzęta za żadne skarby nie chciały wyjść z rzeki, ryczały jak zarzynane świnie. Brodacz puścił łańcuchy i złapał niedźwiedzie za łby. Chwycił je za kudły i zaczął ciągnąć do brzegu.
Na widok pana Podlaskiego, zmagającego się z wyhodowanymi przez siebie niedźwiedziami, pastuszek wziął nogi za pas. Podlaski kipiał ze złości na opierające się zwierzęta. Nie przestawał przeklinać na głos:
— Świnie! Sukinsyny!
Prychając i kołysząc się na chwiejnych łapach jak pijani chłopi, niedźwiedzie wylazły jednak na brzeg. Tu Podlaski przywiązał je łańcuchami do wbitego mocno w ziemię pala i nakazał:
— Siedźcie cicho i nie ruszajcie się — dopóki nie wrócę do was z ubraniem. Oba niedźwiadki, dzwoniąc łańcuchami, zaczęły niecierpliwie otrząsać się z wody. Ochlapany wodą Podlaski odskoczył na bok i wciąż klnąc, szybko pomaszerował pod most, gdzie zostawił ubranie. Był obuty w sandały, które włożył przed wejściem do rzeki. Bał się, że niedźwiedzie podepczą mu podczas kąpieli nogi. Miękkie rzemyki sandałów oplatały mu łydki po same kolana. Nagle, nim zdążył się ubrać, na drugim brzegu rzeki pojawiła się tęga, szeroka w biodrach chłopka, która przez złożone w tubę dłonie zawołała gromkim głosem:

Alter Kacyzne
Michał Friedman
Страница

О книге

Язык

Польский

Год издания

2014-01-14

Издатель

Fundacja Nowoczesna Polska

Reload 🗙