Paziowie króla Zygmunta
Pięciu zgrabnych wyrostków, w barwie 1 paziów królewskich, przechodziło gwarząc, podskakując i śmiejąc się przez długi, ciemnawy korytarz, ciągnący się przez całą szerokość drugiego piętra starej, kazimierzowskiej jeszcze części zamku krakowskiego. Za nimi stąpał ciężko pachołek, niosąc na plecach ogromny tłumok z pościelą.
— No, a teraz którędy? — spytał paź, biegnący przodem, zatrzymując się bezradnie w miejscu, gdzie się dwa korytarze krzyżowały.
— Prosto przed się, paniczku — odpowiedział parobek — dopiero na drugim zakręcie obrócimy 2 się na lewo, potem przyjdą trzy schodki na dół, znowuj 3 prosto, potem pięć schodków do góry, jeszcze raz na lewo, no i już.
— Dobre mi już! Toć się człek nieszczęsny zgubić może w onym 4 labiryncie... — zawołał pierwszy z paziów z udanym przerażeniem.
— Ino 5 łaska boska, że smoka nie masz 6 ! — dodał krępy rudawy blondynek, rzucając czapką na najbliższego kolegę.
— Krzysztof Czema mniema, że smoka nie ma! — zaśmiał się tamten, odrzucając czapkę dalej.
— Jak to nie ma? A stara Papacoda nie smok? A Marina Arcamone nie smok?
— Hola, hola, nie tak głośno, pomnijcie 7 , że ściany mają uszy!
— Ostroróg własnego cienia się boi!
— Nie boję się niczego! — krzyknął dumnie zaczepiony, chłopak wysoki, o pięknych regularnych rysach, śniady jak Cygan.
— Przecz 8 więc przerywasz nam mowę jakimiś uszami?
— Słusznie czyni — zawyrokował najstarszy z paziów, siedemnastoletni Paweł Szydłowiecki. — Nie tylko ściany mają uszy, ale ostre języki latają po komnatach i donoszą co trza 9 i co nie trza, komu trza i komu nie trza.