Z pamiętników bezrobotnych. Pamiętnik nr 4
Oto opis mojego życia szczery i prawdziwy. Jest to spowiedź matki, która walczyła i borykała się z losem, i boryka od lat osiemnastu, tj. kiedy w tym wieku wyszłam za mąż.
Wyszłam za człowieka, którego znałam zaledwie parę tygodni, starszego od siebie o dwadzieścia lat i do tego wdowca. Wychowana byłam w domu moralnie. Matkę straciłam w czternastym roku życia mojego. Mając macochę i ojca, który był dobry, lecz zimny i mało miał serca, toteż wyszłam za mąż bez zawiadomienia ojca i macochy, bo ona chciała, ażebym wyszła za jej syna, którego ja nie lubiłam, tak samo jak i macochy. Macocha mnie też nie lubiła za to i powiedziała: „Dałabym ci wszystko, co byś zechciała, ażebyś kochała mojego syna, inaczej nic nie dostaniesz”. I tak się stało. Kupiłam sobie używaną suknię i za indultem 1 wzięłam ślub ze swoim mężem, który mnie kochał, jak to było w jego pojęciu. Bo ja poznałam, że swojego męża nie kocham, zaraz po ślubie, ale wiedząc, że on mnie kocha, byłam uległa i cicha i nie dałam jemu poznać, że cierpiałam bardzo. Byłam przekonaną, że tak być musi, bo ja mu przysięgałam posłuszeństwo. Otóż wyniki były takie, że miałam dzieci ośmioro. Pierwszy chłopczyk żył sześć tygodni. Jak umarł na zapalenie płuc, strasznie rozpaczałam, bo straciłam istotkę, którą strasznie pokochałam. Mój mąż też rozpaczał, bo też kochał, bo to był syn i ochrzczony był jego imieniem. Mąż jako technik budowlany zarabiał dobrze, lecz trwało to bardzo krótko, bo chciał w życiu coś zrobić, więc rzucał się na wszelkie wynalazki, był bardzo wierzący w ludzi, toteż kilka wynalazków się nie udało. Były takie, które były dobre, to i inni wykorzystali go i nic z tego nie miał, tak że moje życie było różne. Przenosiłam już dużo złego.
W 1905 roku, kiedy były rozruchy, mąż mój przechodząc ul. Elektoralną, zauważył, że gonią kogoś i strzelają. Cofnął się i skrył do bramy, i nie zamknął jej, toteż ten, którego gonili, wpadł do tej bramy, w której się skrył mój mąż, za nim wpadła policja i zaraz męża mojego zatrzymali. Jeden z agentów mówił, że to nie ten, ale nic nie pomogło, zaaresztowali go, przyszła rewizja, cały dom przewrócili, nic nie znaleźli, ale męża nie wypuścili. Ja byłam w odmiennym stanie, i czworo dzieci drobnych. Byłam bez jednego grosza, bo mąż pracował i wydawał na wynalazek zwany „perpetuum mobile 2 ”, w który całe swoje życie wkładał i zarobione pieniądze, tak że nigdy nic odłożyć nie mogłam. Toteż kiedy się dowiedziałam, że mąż znajduje się w Mokotowie 3 w więzieniu niewinnie, poszłam prosić naczelnika żandarmerii o zwolnienie. Opowiedziałam mu wszystko, lecz on odpowiedział, że może by się co dało zrobić, lecz ja muszę z nim wypić herbatę i pójść na kolację. Ja na to odpowiedziałam, że mam dzieci, które kocham, że wola Boża, co będzie z moim mężem, lecz na kolację z nim nie pójdę. Na co on odpowiedział, żebym się namyśliła i przysłała mu odpowiedź, której mu nie dałam, tylko poszłam na komorne pracować. Mróz był duży. Ja co dzień wstawałam rano o czwartej, dzieci śpiące ubierałam, karmiłam i układałam spać, bo sama co dzień musiałam zdobywać numerek, wyciągając rękę, ażeby ten, kto dawał numerka 4 na codzienną pracę, zobaczył mnie i dał numerek. Boże, jaka ja byłam szczęśliwa, bo miałam zarobić 40 kopiejek 5 , które co dzień wypłacali i ja co dzień za to kupowałam chleb, cukier, kartofle, i tak pracowałam, ażeby utrzymać dom, i tak przeszło 3 miesiące. Przyszedł mąż. Znowuż się wziął za swój wynalazek, przy którym pracował dzień i noc, kiedy zarobił lub pożyczył pieniędzy, zaraz modele, odlewy i robota szła. Jeden inżynier, drugi przychodzili i pocieszali mnie, która już zaczęłam wątpić o tym, że mąż mój co w życiu zrobi. A tu wojna, wszystko się zmarnowało, sprzedało, licytacja, brak i nędza. Pracy mąż nie miał, tylko siedział przy swojej maszynie i spał przy niej, zapomniał zupełnie o żonie i dzieciach, a było ich siedmioro. Ja zrozpaczona, przygnębiona, chodziłam po te obiady i starałam się o żywność. Miałam różne projekty ze strony Niemców, lecz tak ich nienawidziłam i brzydziłam się, że wolałam jeść tę zupę. Syn mój najstarszy pracował w sekcji żywnościowej, to wyrobił lepsze obiady, lecz kupić butów i ubrania nie było za co. Syna mojego też namawiali Żydzi, ażeby brał bony na mąkę, cukier, chleb, że mu kupią rower, dadzą pieniędzy, że nie będziem mieli 6 biedy — naturalnie, że się nie zgodził od razu, tylko przyszedł do mnie i odpowiedział, a ja mu doradziłam, ażeby poszedł osobiście do domu kierownika i opowiedział to wszytko jemu, i żeby ich aresztowali. Tak też zrobił syn mój, toteż Żydów piekarzy aresztowali, bo ich wskazał. Syn mój był prawą ręką moją, bo ja, jak powiedziałam do swojego męża, co tu robić, dzieci się pochorują od tego chleba bonowego, lub co robić, nie mamy pieniędzy, to mój mąż odpowiadał: „Co ja zrobię, głową muru nie rozbiję”, a kiedy się do syna odezwałam; „Co zrobić, Stefciu?”, to on odpowiadał: „Nie martw się, matusiu, dadzą mnie gratyfikację 7 , to gwiazdkę 8 , to już mnie poreperujesz te ubranie, a kupisz to, co będziesz uważała”. Był kochanym synem.