Powiastki cmentarne
Rzecz dzieje się pod werendą 1 pewnej cukierni w ogrodzie...
...Wieczór letni, słońce idzie już spać i mówi dobranoc gwiazdom, które tu i owdzie wyglądają z przepaści błękitu, niby kąpiące się dziewice z gęstwin tataraku, dokąd zapędziły je zuchwałe spojrzenia nieskromnego, lecz ognistego chłopca.
Balsamiczna woń ogrodu miesza się z dymem tytoniu, wyziewami kawy i herbaty i pyłem, wznieconym przez damskie suknie. Szmer liści przedwcześnie zgrzybiałych drzewek i kaskada słowiczego śpiewu walczą o lepsze z szelestem wykrochmalonych ogonów 2 , brzękiem łyżeczek, basowymi głosami gości i dyszkantem 3 krótko ostrzyżonych, lecz nie dość krótko utrzymywanych chłopców.
Od kilku godzin, przed zmieniającymi się dość często szklankami ponczu 4 , siedzą trzy indywidua z linii obrończej. Jedno z nich jest patronem 5 , drugie adwokatem, trzecie mecenasem.
Panowie ci o godzinie piątej mówili o tym, że dni są gorące, o szóstej przeszli do reform sądowych, o siódmej do polityki, o ósmej do piękności natury, przy czym jednomyślnie zgodzili się, że widok księżyca w pełni pozostanie na zawsze piękny.
Gdy słońce zaszło, na ulicach zapłonął gaz, a każdy z obecnych powitał szóstą z kolei szklankę ponczu, gdy w dodatku księżyc ukazał się na firmamencie 6 — wówczas lodowata skorupa wzajemnej nieufności poczęła topnieć. Trzej juryści 7 dostrzegli, że w piersiach ich, obok kodeksu cywilnego i kryminalnego, istnieją jeszcze serca, poczęli rozmawiać o miłości i o dawno ubiegłych młodzieńczej swobody latach...
Potem nastało milczenie...
Potem niebo okryło się gwiazdami, niby złotym makiem, a słowiki w różnych stronach ogrodu śpiewały tak, jak śpiewać umieją tylko zakochane słowiki...
Potem dusze prawników wypełniły się wspomnieniami, jakąś nieokreśloną melancholią, jakimś uczuciem potrzeby wylania się..
Potem wniesiono nowe szklanki ponczu i zaczęły się opowieści.
— Mówię wam, panie dobrodzieju, że w naturze jest coś!... — rzekł patron.
— Może być! — dorzucił krótko mecenas.