W klatce
„Wierzę, iż miłość mężczyzny dla kobiety nie powinna być alfą i omegą ludzkiego istnienia, że ugiąć się, złamać się pod nią może tylko człowiek słaby, albo taki, któremu ona zastąpić musiała wszystko: czyn, ideę, sławę. W klatce niéma wyboru pożywienia; zgłodniały bierze taki pokarm, jaki znajduje, a jeśli pokarm ten jest trucizną, żyje nią czas jakiś, a potém... umiera, i tém się kończy jedna z tragi-komedyi ludzkiego istnienia na świecie.”
„Jeden uśmiech spod małego kapelusika wprowadza duszę w świat marzeń.”
(Wiktor Hugo: Nędznicy .)
Było to w miesiącu Wrześniu, przy schyłku krótkiego jesiennego dnia.
Przed jedną z największych stacyi kolei żelaznéj, wiodącéj z Wilna do Warszawy, stał długi szereg wagonów, a w jednym z nich, zasunięta w głąb powozu, z książką w ręku i gęstą zasłoną z czarnéj koronki na twarzy, siedziała kobieta.
Zmrok zapadał coraz ciemniejszy. Pod dużym gmachem stacyi błyskały latarnie, chodzili i gwarzyli ludzie, — w górze między chmurami wypływały gdzieniegdzie gwiazdy, a w dali ciemniał las, szerokim i nieruchomym pasem łącząc szare niebo z szarą ziemią.
Zadzwoniono po raz piérwszy.
Do wagonu, w którym siedziała kobieta z zasłoną, lekko i zręcznie wskoczył młody mężczyzna. Postać jego zgrabna i smukła, mimo zmroku, wdzięcznie zarysowała się na otaczającém ją ciemném tle; błysnęły stalowe ozdoby przewieszonéj przez ramię jego podróżnéj torebki i widać było wymykające się z pod czapeczki gęste i bardzo jasne włosy. Wskoczył do wagonu, stanął przy drzwiczkach i obejrzał się, jakby pytając losów, jakie towarzystwo zsyłają mu na długą może podróż.
Kobieta zwróciła twarz na wchodzącego i z po-za zasłony swojéj patrzyła na młodego człowieka.
I on patrzył na nią, ale, niestety! nic nie widział, oprócz niewyraźnéj postaci kobiecéj. Byłaż ona młoda czy stara, piękna czy brzydka? — nie mógł dojrzéć, bo siedziała w głębi powozu, a cienie były za nią, przed nią, wkoło niéj.
Znowu rozległ się głos dzwonka.