Śmierć

W pocie oblicza twego będziesz pożywał chleba, aż się nawrócisz do ziemi, gdyżeś z niej wzięty; boś jest proch i w proch się obrócisz.
Genesis : III, 19.
Licho wie, co mi tam znów w piersi wlazło: kręci, wierci, kłuje i strzyka, że zipnąć porządnie nie można. I z czego się to złe przyplątało? Jedno głupie przeziębienie nie powinno chyba takich brewerii z człowiekiem wyprawiać. A tu naprawdę wszyscy diabli piknik sobie w moich płucach wyprawiają. Pluję, charczę na wszystkie strony, mało płuc z tym kaszlem z piersi nie wyrzucę, a żadnego z tych figlarzów retro 1 do piekła odesłać nie mogę. Dalibóg, cierpliwości braknie. Bo żeby to jeszcze była jakaś poważniejsza choroba, tak np. jaka dżuma, cholera, a choćby i suchoty, no, toby człowiekowi i nie żal fatygi było pomocować się trochę z taką grubą sztuką — a choćby w końcu i klapnąć trzeba było — to i wielka rzecz!... fiu!... Ale ja przecież czuję doskonale, że to tylko jakaś przemijająca faiblesse 2 i nic więcej. Influenza 3 czy co, u licha?!
Bo że Stach przesadza, to więcej niż pewno. Do dziś nie mogę mu tego darować, że mnie wtedy do łóżka zapakował. Gdybym się był uparł 4 i na swoim postawił, byłaby się ta cała choroba moja rozeszła 5 jakoś. Alboż to raz tak było? Wieczorem wracam z lekcji zmoczony do nitki, nogi pływają, coś mnie w piersiach gniecie i kłuje — a ja na drugi dzień zdrów jak ryba, znowu od świtu do nocy po błocie maszeruję. A że tam kaszlu trochę było, to i wielka rzecz! — Ale nigdy tego suchego, najbardziej męczącego. Ot — odchrząkiwałem tylko może więcej od innych, ale to już widać natura moja taka.
I trzebaż nieszczęścia, żem mu tę krew wtedy pokazał. Boże! Jaką on miał minę! Malować, słowo honoru, malować tylko! Oczy wytrzeszczone, ręce dygocą; aż mi się go żal zrobiło, doprawdy, bo my się ogromnie z sobą kochamy. Więcej się jego przerażenia zląkłem niż tej swojej krwi. Naturalnie zmiękłem od razu jak masło. Dałem mu już wyprawiać ze mną, co mu się tylko spodobało; a że przy tym i te szelmowskie piersi piekielnie jak nigdy mnie bolały, skapcaniałem do reszty. No i naturalnie stało się straszne głupstwo. Zaczęliśmy się rozczulać wzajemnie (niech licho porwie wszelkie czułości!), ja się nie wiadomo z czego i po co rozmazałem jak stara histeryczka — potem w nocy gorączka, majaczenie, krwotok, historie — rano doktor, bańki, lód — jednym słowem, taka chryja, jakiej świat nie widział. No i jak też szczęśliwie z kochanym doktorkiem zapakowali mnie do łóżka, tak czwarty tydzień prawie się z niego nie podnoszę. Rozbabrali tylko chorobę, nic więcej, a to wszystko funta kłaków nie było warte. Stach zaraz pompatycznie nazwał moją chorobę zapaleniem płuc i kazał mi w to wierzyć jak w ewangelię, co nie przeszkadzało, żem się śmiał z tego od początku do końca. Niegodziwiec, chciał mi nawet papierosy skonfiskować: wyprawiłem mu o to taką awanturę, że się na mnie pół dnia dąsał.

Ignacy Dąbrowski
О книге

Язык

Польский

Год издания

2020-07-22

Издатель

Fundacja Nowoczesna Polska

Reload 🗙