Koszałki Opałki
Przez tydzień cały głosiły jaskrawe afisze o niebywałym występie błazna, ulubieńca stolicy jedynego w swoim rodzaju.
Magnaci, hulacy, robigrosze, urzędnicy, dziennikarze, artyści, pracownicy i próżniacy, cnotliwi i hultaje, ich żony i kochanki, cały Paryż zgromadził się w cyrku — mrowiem głów, kapeluszy z piórami, mundurów, palt i lornetek.
Zalegli loże, krzesła, galerie dwóch pięter, amfiteatr cały, od areny w górę, kołami aż do sufitu.
Program w szybkim tempie zbliża się ku końcowi.
Antrakt. Koń tresowany. Dzwonek... Siłacz. Gimnastyk. Znów pauza. Dzwonek... Szmer. Cisza.
Wychodzi oczekiwany. Na piasek areny rzuca niedbale biały kwadrat dywanu. Siada, w stroju błazeńskim, łokcie wsparł na kolanach, na dłoniach czoło i zastygł.
Ktoś pierwszy uderzył w dłonie, ktoś drugi klasnął w ręce, ktoś trzeci, dziewiąty, dziesiąty i wszyscy zaczęli bić brawo, zerwał się huragan oklasków i okrzyki nawoływania.
Błazen siedział pochylony, nieruchomy na dywanie areny, czoło wsparłszy na dłoniach, i ani się dziwi, ani dziękuje — zamarł w zadumie.
Zamilkli i oni: magnaci, hulacy, robigrosze i dziennikarze, cnotliwi i hultaje, ich żony, córki i kochanki — zamilkli i czekają.
Czekają.
Zaczęli się niecierpliwić, w duchu, potem w szmerze cichym, potem głośniej i głośniej, wołając, złorzecząc i rozkazując.
Biją laskami w podłogę, uderzają lornetkami o poręcze, tupią nogami i krzyczą.
Janusz Korczak
---
Błazen
Na wydaniu
Pieśń wiosenna
Okrutnie śmieszny
Dobroczyńcy
Dzieci to...
Zrównoważony
Mój sen
Poczciwości człowiek
Bez tytułu
Kelner jest człowiekiem
Oświata
Miasto Metagłupin
Ostatni wieczór
Wcale nie dowcipny
Ptasznik
Franek
Savoir vivre
Zdziś
Służba domowa
Salon
Taksator
List otwarty
Cyrkowy
Z wywiadów
Posada
Koniec świata
Zasługa
Powołanie
Nieszczęśliwi
Po co?
Jestem zrujnowany