Miasta umarłe
(1910)
Wśród ludzi żywych podróżowałem, a jednak piszę: „miasta umarłe”, tak dalece wszystko, o czym tutaj chcę opowiedzieć, różne jest od tego, co dzisiaj przywykliśmy życiem nazywać...
A to jest zabawne, że wybrałem się właściwie do miasta żywego, do najżywszego owszem pono 1 , jakie jest na świecie. Miałem jechać do Paryża. Ten zamiar zresztą powtarza się u mnie co roku od lat już jedenastu, to jest od ostatniej mojej w metropolii świata bytności. I zawsze utykam gdzieś po drodze, zawsze skręcam kędyś na południe — ku miastom słonecznym, ku wybrzeżom morza błękitnym, ku Rzymowi memu ukochanemu, albo na śnieżne wyżyny Alp.
Nie wiem sam, przez co się to dzieje, że do Paryża dojechać nie mogę. Zohydziły mi go może chwalby przesadne a płytkie, sławiące w zewnętrznym, ruchliwym życiu jego szczyt kultury i cywilizacji — zbrzydziła mi go ta zgraja pismaków wszelakiej narodowości, co jedzie tam niby po rozkwit ducha najwyższy, a wraca — wedle przysłowia — po dawnemu owsem, zachwycając się jeno 2 kabaretami i nocnym ruchem po bulwarowych kawiarniach.
Wiem, że miasto, naprawdę wielkie i duchem potężne, temu nie winne, lecz ci raczej, co niczego więcej dojrzeć w nim nie umieją — wiem, że krzywdę mu wyrządzam, przenosząc nań mimowolnie tę niechęć do nadętych a marnych szumowin ludzkich europejskiej niby-kultury — ale ostatecznie, przyznając Paryżowi wszystko, spieszę doń tak, jak się spieszy do pięknej, mądrej i światowej, ale nie nazbyt kochanej kobiety.
I teraz, gdym około Nowego Roku z Krakowa wyruszył, miasto 3 w dwa dni stanąć u zamierzonego celu podróży, wlokłem się dyszlem rzemiennym i okolami przez różne kraje, zgoła nie po drodze leżące, aż po czterech blisko miesiącach o brzeg Adriatyku się oparłem i nie zawadziwszy nawet o Paryż, powróciłem do domu, ażeby patrzeć, jak się z wiosną nasze jabłonie po wiejskich sadach rozwijają...
...W Pradze czeskiej zatrzymałem się naprzód. Trochę dla jakichś niby interesów literackich, dla proponowanego mi wystawienia w teatrze miejskim którejś z moich sztuk, co zresztą nie doszło do skutku, a więcej po to, aby patrzeć na stary Hradczyn 4 , tam za mostem, po drugiej stronie Wełtawy, ażeby szukać około w ziemię osiadłego żydowskiego ratusza strzępów ostatnich miasta odwiecznego, co ustępuje coraz więcej miejsca rozrastającym się nowym, banalnym wielkomiejskim ulicom... A potem, po paru dniach, pojechałem dalej, na drugą stronę czeskich gór, do Norymbergi.