Skarb matki
Powiadają, że latem, w upalny dzień, w okolicy południa, ziemia się otwiera i skarby się suszą na słońcu. Dawne skarby, które ktoś przed laty zdobył — na wojnie, albo i gdzie indziej — w ziemi zakopał, a potem sam gdzieś w szerokim świecie przepadł i zaginął bez śladu.
Nieraz i dziś się komuś przytrafia, że gdy spojrzy od strony wsi na dalekie pola czy łąki, zobaczy złota plamę, wiązkę złotych iskier, połyskujących tajemniczo z jakiegoś miejsca pod lasem. Rzuca wtedy wszystko i pędzi w tamtą stronę.
— Skarby! — myśli sobie. — Skarby się dziś suszą! — Pozbieram wszystko i będę bogaczem!
Ale gdy zziajany i zasapany dobiega do tego miejsca, nic w nim nie znajduje. Zniknęły złote blaski i promienie — może tam najwyżej jakaś kępka jaskrów czy łubinu żółtego pod lasem rośnie i nic więcej.
— Oj, do licha, nie zdążyłem! Już się ziemia zamknęła! A mało brakowało! Może za rok się uda? — myśli.
Takie to opowieści wędrują z ust do ust — nic dziwnego, że ludzie ciągle skarbów szukają.
Żyła sobie kiedyś kobieta młoda i synka miała niedużego. Jej mąż gdzieś w świecie zaginął, bo go do wojska zabrali, żadnych wieści od niego nie było, nie wiedziała nawet, czy żyje jeszcze.
Takich kobiet jak ona była we wsi cała gromadka, ale stary właściciel majątku troszczył się o nie, dawał im pracę i wyżywienie, żeby jakoś przeżyły.
Więc kobieta krzątała się przez dzień cały, a chłopaczek kręcił się przy niej.
Pewnego letniego dnia, kiedy wraz z innymi grabiła siano na łące, rozgląda się nagle — a tu synek gdzieś zniknął.
— Gdzieś go tam poniosło, łobuziaka — mówi do kobiety, co pracowała obok. — Pójdę, poszukam go.
Położyła grabie w trawie i przed siebie idzie.