Anioł kopalni węgla

Była to okolica bardzo malownicza. Nie dostrze­gało się tu ani skał urwistych, ani przepaści przera­żających, tylko pagórki uśmiechnięte, okryte zielenią drzew; trawniki gęste i szerokie strumyki, użyźnia­jące łąki ubarwione kwiatami.
Rozrzucone tu i owdzie na płaszczyźnie ładne domki bieliły się pomiędzy drzewami, dobrobyt pano­wał w okolicznych wioskach, i śpiew rolników zlewał się często ze szczebiotem ptasząt.
Jak tylko w początkach XIX wieku utworzyła się w blizkości tych miejsc tak świeżych, wesołych, uroczych, zielonych, kopalnia węgla, natychmiast zmie­niła swoje oblicze cała powierzchnia kraju.
Kłęby dymu pokryły atmosferę, jakby kirem ża­łobnym; woń kwiatów zastąpiły jadowite wyziewy, a echa rozlegały się li tylko brzękiem łańcuchów i skrzypieniem trybów maszynowych.
Ludzie, pracujący przy kopalni, wyglądali tak dziko, że wieśniacy przypatrywali im się z pewnego rodzaju bojaźnią.
Niektórzy z mieszkańców często zbliżali się do krawędzi studni, służącej jako wejście do kopalni wę­gla, ale nikt z nich nie miał odwagi wejść do pod­ziemi.
Powiadano bowiem, że od chwili, kiedy kopacz wstępuje w koszyk, zawieszony nad przepaścią, w któ­rym spuszcza się do wnętrza kopalni, życie jego zo­staje w ciągłem niebezpieczeństwie. Podczas przepra­wy bowiem trzeba się było ciągle obawiać i niebezpiecznego spotkania z drugim koszem, idącym w górę.
Przy wymijaniu odpycha się go nogą, ale jeśli przytem wykona się jaki ruch niezręczny lub oprze się ręką o gładką i ślizką ścianę studni, wówczas kosz zaczyna gwałtownie wirować, i siedzący w nim, stra­ciwszy przytomność, spada na dół.
Jeśli tego wypadku szczęśliwie uniknie, może się urwać sznur, upaść kosz, oberwać jaki odłam ka­mienia i zabić lub zranić zjeżdżającego.
Wewnątrz kopalni jeszcze większa obawa niebezpieczeństwa, gdyż zdarzają się wypadki zawalenia się sklepień, oberwania się ścian bocznych, wybuchu ga­zów piorunujących, zalania wodą, słowem, życiu górni­ków ze wszech stron zagraża tysiące niebezpieczeństw, większych i okropniejszych, niż w czasie walki na po­lu bitwy. Pozbawieni powietrza i światła, brodząc w błocie pod sklepieniem mokrem i nizkiem, zgięci, bez możności wyprostowania się, pracują często w po­stawach takich, że trudno pojąć, jak mogą w ten sposób trwać po kilka lub kilkanaście godzin bez przerwy.

Jules Gabriel Verne
nieznany
О книге

Язык

Польский

Год издания

2014-06-09

Издатель

Fundacja Nowoczesna Polska

Reload 🗙