Transfer
— Ty, widzisz tę żabę?
Chłopiec spojrzał pod nogi, a potem, uznawszy, że skąd żaba na chodniku na stacji PKP Płudy, zszedł na trawnik obok stacji PKP Płudy i zaczął go przeczesywać zmęczonym wzrokiem.
— Nie widzę — powiedział. — Wiesz, one się potrafią dobrze maskować.
Wzięłam go pod brodę i nakierowałam jego buzię na szyld żabki, kilkadziesiąt metrów dalej po tej samej stronie ulicy. Wyglądała na czynną. Sklepy spożywcze były ostatnio otwarte po kilka godzin dziennie i to też nie jednym ciągiem w środku dnia, tylko po godzinie, półtorej między świtem a północą.
— Idź, kup sobie coś do pociągu, będę czekała na peronie. Mamy piętnaście minut, ok? — Powiedział, że ok, a ja usiadłam na jedynej na peronie ławce. Łagodnie się półzaokrąglała pod drewnianym daszkiem i tylko z jednej strony było narzygane.
Tymczasem na ławkę po drugiej stronie torów wtoczyła się błękitna walizka pchana przez obszerny, szary namiot. Namiot miał kucyk na czubku głowy, nawet z tej odległości widziałam, że dziewczyna nie ma odrobiny makijażu na twarzy: to była naga, tłusta, niczym nieprzykryta twarz, taka, których się obecnie praktycznie nie widuje. Pomyślałam, że nawet w saunie, kiedy kolorówka, którą zapomniałaś zmyć, spływa ci na cycki, nie da się być tak gołą na twarzy jak była ta dziewczyna na przeciwległym peronie. Sauna. Kiedy to było.
Usiadła i zaczęła coś wyciągać z walizki, odpinając ją najpierw z jednej — nie udało się, to była zła strona — potem z drugiej — też się nie udało, bo to też była zła strona, znowu z pierwszej — to, okazało się, była strona właściwa, tylko najwyraźniej podła. Z torebki wyjęła książkę, przełożyła ją do otwartej walizki, z której z kolei wyjęła białe zawiniątko. Przyszło mi do głowy, że musi mieć tam ser i chleb, jak żeńcy na starych obrazach. Ogromnie to było niezdarne.
— Dziewczyno, nie mogę na ciebie patrzeć — powiedziałam na głos. — Po prostu nie mogę na ciebie patrzeć, przynosisz mi wstyd. Rodzajowi ludzkiemu przynosisz. Nie będę na ciebie patrzyła.