Narodziny Boga
Słyszę co noc konary rzek, które pod ziemią się prężą,
co noc za sercem tak goniąc — nie chwytam.
Oto deszcze spadają podobne szklanym wężom,
wzrok jak nóż po szkle — po niebie zgrzyta.
Jeszcze mi twarze zwierząt migną,
jeszcze lądy albo zamyślenie,
albo puszcze jak róże po płatku rozwiną,
albo i ta ucieczka wieczna.
A kto mi tak sfery pogłębia,
aż się planety w głąb nieba, bez końca
nakładają na kręgi, wirując i hucząc?
Ja morderca — na śmierci liczyć się uczę,