[W takiej ciszy słyszała, jak na godzin stopnie...]
pnie się w niej ten roślinny puch, twardnieje w orzech;
to było dziecko małe, które wkołysali
ciepłych swych ciał pomrukiem jak szelestem morza
w jej pełnię i dojrzałość, która równa ziemi
ogarnęła i rosła rączkami drobnemi,
zarysem ust różowych, roślinką maleńką,
którą czuła pod lekko wyciągniętą ręką.
„Wróć!” — wołała, a krzyk jej — cień niedotykalny,
pienił się w urnie nocy. Drzewa niebo niosły
i jak rybak, co trąci nieostrożnym wiosłem
tataraki i kwiaty podwodne ukaże,
tak wiatr obłokom zwijał nachmurzone twarze