Najpiękniejsza

W dniu 19 Kwietnia 1889 roku, w Operze, podczas przedstawienia trzeciego aktu Romea i Julii , książe Agenor literalnie stracił głowę. Biegał od loży do loży, objawiając wszędzie tenże sam zachwyt.
— Ach! ta blondynka! Ach! jaka to blondynka! Ach! jaka to idealna blondynka! Widzieliście tę blondynkę? Czy znacie tę blondynkę?
Jak na teraz, loża to pani de Marizy, wielka parterowa loża, tuż obok sceny położona, rozlegała się temi i tym podobnemi okrzykami uwielbienia.
— Jaką blondynkę? — spytała pani de Marizy.
— Jakto! jaką? Jedna tylko jest taka w całéj sali teatralnéj! Spojrzyj pani przed siebie... tam w loży piérwszopiętrowéj... w loży państwa de Sainte-Mesme. Przypatrz się jéj pani baronowo, przypatrz się dobrze... Widzisz ją pani?
— Widzę. Niegodziwie ubrana, ale... niebrzydka.
— Niebrzydka! Cudo! Istne cudo! Niedobrze ubrana? no... tak! na to się zgadzam... Państwo Sainte-Mesme mają rodzinę zamieszkującą okolice Perigordu: musi to być jakaś krewna z prowincyi. Ale jaki ma uśmiech! A jak osadzoną szyję! A jakie ramiona! Ach! szczególniéj ramiona....
— Mój drogi panie, albo pan idź sobie, albo bądź cicho.... Przeszkadzasz mi pan słuchać Reszkego....
Książę poszedł więc sobie. Pokazało się, że nikt, ale to nikt zupełnie nie zna téj nieporównanéj blondynki. Nieraz jednak była przedtém w Operze, ale na mieszczańskich miejscach: w loży drugiego piętra. Dla księcia Agenora zaś po-za lożami piérwszopiętrowemi nic już nie istniało: próżnia tylko i nicość ponad niemi. Noga księcia nigdy jeszcze nie postała w loży drugopiętrowéj, a zatém — lóż drugopiętrowych nie było wcale na świecie.
Podczas gdy Romeo, klęcząc u nóg brata Laurentego, przysięgał, że wiekuiście kochać będzie Julią, książę błąkał się po kurytarzach Opery. Kim jest ta przecudna blondynka? Książę Agenor chce to wiedziéć i koniecznie dowiedziéć się tego musi. Raptem przypomniał sobie książę, że ta poczciwa pani Picard jest tak zwaną ouvreuse’ą loży państwa de Sainte-Mesme, i że on, książę Agenor de Nérius, ma zaszczyt być oddawna przyjacielem, blizkim przyjacielem téj poczciwéj, téj nieoszacowanéj pani Picard. Ona-to, w ostatnich latach drugiego cesarstwa, uczyła księcia bezika, oraz wszystkich odmian téj gry o tyle szlachetnéj, o ile zajmującéj; a mianowicie: bezika chińskiego, bezika japońskiego i t. d. Książę miał wówczas lat dwadzieścia, pani Picard — czterdzieści. Nie miała wówczas jeszcze posady, jaką zajmowała obecnie w narodowéj Akademii muzycznéj, gdzie powierzonym jej był urząd otwierania kilku lóż piérwszopiętrowych. Pełniła ona wtedy urząd inny — i nie synekurą będący — ciotką była młodziutkiéj i nader miłéj osóbki, któréj prześliczna buzia i niemniéj prześliczne nogi pokazywały się w teatrze „Variétés,” w sztukach stanowiących przegląd widowisk w ciągu roku przedstawianych. Książę, młodziutki jeszcze wówczas i zaledwie w świat wchodzący, przepędził sobie spokojnie ze trzy lub ze cztery lata życia pomiędzy tą ciocią a siostrzenicą, zupełnie jak w rodzinném kółeczku. Potém — one sobie poszły w swoję stronę, on w swoję i dopiéro w jakie lat dziesięć przynajmniéj, gdy poszedłszy pewnego wieczoru na Operę, oddawał książę Agenor swój paltot niemłodéj, czcigodnie wyglądającéj damie, usłyszał powitalną mówkę:

Ludovic Halévy
nieznany
Страница

О книге

Язык

Польский

Год издания

2014-08-26

Издатель

Fundacja Nowoczesna Polska

Reload 🗙