Obrazki więzienne
Był dzień jesienny, cały złoty i modry od gasnącego słońca i cichej pogody. Około trzeciej po południu przed gmachem więziennym zatrzymał się wóz z kapustą.
— Bra-ma!... — Bra-ma!... — krzyknął przeciągle parobek, siedzący na nim w czerwonym lejbiku 1 i samodziałowym 2 spencerze 3 .
Nikt się jednak z otwieraniem bramy nie kwapił.
— Bra-ma!... — krzyknął znów parobek i zaklął, bo mu się konie kręcić zaczynały.
Chwilę trwała cisza. Nikt bramy nie otwierał.
— Nada głośnieje 4 — przemówił flegmatycznie sołdat 5 , stojący przed budką na warcie.
— Bra-ma!... — wrzasnął parobek z całej swojej siły.
— A prr!... A gdzie!... — dodał, ściągając batem lejcową 6 , która mu się zaplątała w półszorkach 7 . — Ażeby cię!
Zeskoczył po orczyku 8 na ziemię. Okręcił lejce na kłonicy 9 i pięścią jak taranem zaczął walić w bramę.
Rozległo się wielkie echo po sklepionym wnętrzu, przez długą wszakże chwilę nikt nie przybywał.
Zaczłapały wreszcie jakieś ciężkie kroki, a razem ze zgrzytem klucza, obracanego w zamku, dał się słyszeć głos cierpki i gniewliwy.
— Czego walisz! Czego walisz! Czego próżno pazury obijasz? Jak mam otworzyć, to i bez twego walenia otworzę!