Wesele na Capri - Paul Heyse; Bertold Merwin

Wesele na Capri

Już zbyt długo rozkoszowaliśmy się wiosną neapolitańską. Należało wreszcie pożegnać Neapol 1 , jeśli mieliśmy jeszcze zastać naszych przyjaciół w Rzymie 2 . Nie mogliśmy się jednak zdobyć na rozpoczęcie podróży na Północ, nie zwiedziwszy choćby w przelocie naszego ukochanego Capri 3 .
Było to w dzień Zielonych Świąt 4 . Okolica kąpała się w promieniach złotego słońca, gdy w Santa Lucia 5 wstępowaliśmy na mały parowiec. Mieliśmy wrażenie, jak gdyby powietrze, otaczające ten cudny brzeg, nigdy nie było czystsze, miasteczka wzdłuż zatoki aż po Sorrento 6 , wyzierające spośród bladej zieleni ogrodów oliwnych i pomarańczowych, nigdy nie wyglądały jaśniej i świąteczniej. A cóż dopiero nasza wyspa, tonąca w fioletowych oparach... È una magia! 7 — powiedział kapitan okrętu, który przecież widok ten podziwiał po raz tysiączny.
Toteż podróżni pierwszej klasy niedługo pozostawali na ławkach pod wielkim płóciennym dachem. Jeden na drugim udawali się na przedni pokład, a nawet stary Szkot z dwiema rudymi córkami, który podczas najpiękniejszych przejazdów stale zatopiony był w lekturze książki podróżnej, zamknął ją i poszukał sobie na burcie miejsca, by raz przecież bez opieki swego Murraya 8 rozkoszować się cudami nieba i ziemi.
Właśnie wstałem, by pójść za tym przykładem, gdy moja żona zwróciła uwagę na dziwną parę: starszą damę i młodzieńca, niezwracających na swe otoczenie najmniejszej uwagi, zagłębionych we własne sprawy tak dalece, iż nie raczyli zaszczycić ani jednym spojrzeniem wspaniałości dokoła nich się ścielących.
Otyła, niska dama siedziała skulona, pochyliwszy podbródek na pierś; otulona była fałdzistym, staroświeckim płaszczem jedwabnym, na kolanach miała małą torebkę podróżną, a siedziała tak znieruchomiała, iż można by ją uważać za śpiącą, gdyby od czasu do czasu cichym westchnieniem i jękiem nie zdradzała, że wcale nie śpi i bardzo dobrze słyszy, co do niej mówi półgłosem młody jej towarzysz. Spod jej wielkiego słomkowego kapelusza można było dojrzeć tylko część szerokiej starej twarzy, broniącej się uporczywie przed promieniami słońca, jak sowa, która się zabłąkała w jasny dzień. Młody człowiek u jej boku był bardzo przystojny, miał świeżą twarz, okoloną ciemnym włosem; miał na sobie nowiutkie, zgrabne letnie ubranie, na głowie czarny kapelusz. Już na pierwsze wejrzenie zyskiwał sympatię dobrodusznością, z jaką się odnosił do starej damy. Jednakże słowa jego zdawały się nie robić na niej najmniejszego wrażenia.

Paul Heyse
Bertold Merwin
Страница

О книге

Язык

Польский

Год издания

2022-02-21

Издатель

Fundacja Nowoczesna Polska

Reload 🗙