Co się robi, gdy się wydało książkę

Kiedy zostało się już tym pisarzem, wydało książkę, zaczęło i szybko przestało czytać gazetowe recenzje i internetowe opinie, wtedy dzwonią. Dzwonią i mówią: Dzień dobry, panie pisarzu, może pojechałby pan w trasę po Europie Środkowo-Wschodniej, poczytał środkowoeuropejskim słuchaczom swoje dwa opowiadania, które uprzednio przetłumaczone, przesuwałyby się za pana plecami w czeskim, słowackim, a nawet ukraińskim tempie na specjalnym międzynarodowym ekranie, a następnie jeszcze chwilę porozmawiałby pan z prowadzącą albo prowadzącym o swoich tekstach, o kondycji literatury, o miażdżycy demokracji i tuberkulozie mediów? I pisarz się oczywiście zgadza, bo kto by nie chciał pojechać koleją do Brna, autobusem do Ostrawy, potem znowu koleją do Koszyc i wreszcie zepsutym samochodem przez góry, Zakarpacie, aż do Lwowa? I to jeszcze zahaczywszy gdzieś po drodze o złoty od upału Wrocław. Kto by nie chciał, żeby historyjki o Marku z Grochowa przeglądały się w niebieskich oczach Czeszek, Polaków, Słowaków i Ukrainek? Więc się odpowiada: Tak, chciałbym — dopiero po chwili uświadamiając sobie, że się będzie jeździło z obcymi ludźmi, z obcymi pisarzami, w dodatku w tym roku gościem honorowym jest Turcja, więc trzeba będzie używać angielskiego, prowadzić te małe rozmowy, które z pisarzami bezwiednie przekształcają się w eseistykę na żywo, pod stukot kół, pod piwo, pod „cholera, musi tu być gdzieś jakaś toaleta”. Ale słowo się rzekło, chciałoby się.
Przywitaliśmy się, na tyle mój angielski pozwala, i ruszyliśmy z polskim kierowcą do Ostrawy, tam dwaj autorzy z pięknych krain zostawali na wieczorne spotkanie, a ja z biletem w lewej i piwem ostravar w prawej ręce miałem pociągiem sunąć do Brna, perły baroku. Mój zmysł lingwistyczny jeszcze przez chwilę wyławiał z szybkiej rozmowy: pogodę, profesje rozmówców, nazwy miast, z których pochodzą, ale rozmowa przyśpieszyła, jakby kierowca wrzucił czwórkę nie tylko w mercedesie, ale i w głowach moich towarzyszy. Zaczęło się.
Lełeorylicośtamcośtam Céline! — powiedział słowacki dramaturg i eseista. Ołrajtgudłeljamcośtam Ezra Pound! — odpowiedział mu turecki nowelista. I obaj popatrzyli na mnie. Spanikowałam. Przymierzałem tego Céline’a do Pounda, jakiś poetycko-nazistowski krzyżak mi wychodził, taki, co potem nawiedzi cię w nocy, szepcząc w języku zagubionych, ale tamci patrzyli wyczekująco... Samuel Beckett! — palnąłem bez dodatków, no bo jakie niby miałbym mówić dodatki? Słoweński dramaturg się skrzywił, jakby zabolał go nagle ząb mądrości (a wyglądał na takiego, co ma i ósemki, i dziewiątki), ale turecki, samobójczo przystojny nowelista ze Stambułu popatrzył na mnie uważnie i pokiwał głową. Jakby ktoś mu właśnie pokazał wzory skróconego mnożenia. I popadł w zamyślenie. Na próżno Słoweniec próbował złowić jego wzrok, Turek był dla świata stracony, znalazł się w jakimś miejscu, gdzie Céline, Pound i Beckett mówią do siebie po turecku, piją po turecku kawę, palą stambulską sziszę i mówią rzeczy tak piękne, że orbity planet pękają jak zbyt długo eksploatowane tory.

Paweł Sołtys
Содержание

Страница

О книге

Язык

Польский

Год издания

2019-04-29

Издатель

Fundacja Nowoczesna Polska

Reload 🗙