Układanka
Ostatnimi czasy myślał o niej coraz częściej. Od miesiąca planował przeprowadzkę, ciągle więc łapał się na przeglądaniu starych albumów ze zdjęciami, kiedy powinien był pakować je do kartonowych pudeł. Potrafił godzinami siedzieć na podłodze w opustoszałym mieszkaniu, śmiejąc się z jej głupiej miny czy tego, jak tragiczne były wszystkie jego poprzednie fryzury. Ona z kolei zawsze wyglądała świetnie — każda zmiana w jej wyglądzie kojarzyła mu się z konkretnymi zmianami w jej życiu, wyraźnie też pamiętał ich dyskusje o modzie, które prawie zawsze przeradzały się w egzystencjalne rozważania. Kiedy zmieniła szkołę, przestała nosić swój ulubiony wisiorek, który wcześniej był na prawie wszystkich fotografiach. Po każdej poważniejszej kłótni z ojcem jakby na złość farbowała włosy, a gdy na miesiąc wyniosła się z domu, przekłuła sobie nos. Znalazł kilka zdjęć, prawdopodobnie zrobionych przez jej starszego brata, na których widać było małego chłopca pomalowanego szminką i dziewczynkę z zupełnie łysą głową. Nie przypominał sobie, kto pokazał im, jak świetną rozrywką jest hazard, ale, odkąd pamiętał, zakładali się o każdą głupotę; zazwyczaj to ona wygrywała. Z albumu wyjął jeden portret, o którego istnieniu zapomniał na zaskakująco długo. Ostrożnie włożył go pomiędzy strony leżącej najbliżej książki z myślą, że w nowym mieszkaniu koniecznie musi zawisnąć na ścianie, w ramce czy bez.
Ona miała na sobie jego starą skórzaną kurtkę i czerwoną czapkę z daszkiem, a on powyciągany sweter, który prawdopodobnie dalej leżał na dnie szafy jego rodziców. Oboje nosili wtedy krótko ścięte włosy, mieli podobne uśmiechy i identyczne, na niego wyraźnie za ciasne spodnie. Z plecakami na ramionach wyglądali jak dwójka kolegów po wyjściu ze szkoły, w tamtym okresie przypadkowi ludzie często brali ich za braci. Ona potrafiła się z tego śmiać, on tylko kręcił głową. Na zdjęciu oboje patrzyli w obiektyw, a z ich oczu, przynajmniej z jego perspektywy, wyraźnie biło jedno konkretne uczucie. Trzymali się za ręce, za nimi dało się zobaczyć wybieg słoni w krakowskim zoo, świeciło słońce, prawdopodobnie śpiewały ptaki i, o ile pamięć go nie myliła, wszystko było wtedy niemalże idealne. Oboje byli zakochani, co zdawało się być bardziej zauważalne nawet od tego, że włosy obcinali sobie nawzajem, pośpiesznie, w publicznej łazience i, że jego kurtka była na nią za duża. Nie wiedział, czy osoba robiąca zdjęcie była świadoma, że stoi przed nią dwójka przyjaciół kochających ją w najbardziej naiwny sposób, ale myślał, że teraz, patrząc im w oczy po latach, byłoby to dla niej oczywiste.