Małe zwierzątka
Na początku była cisza, a w ciszy były myszy i mysią była ta cisza. Przez myszy wszystko się stało, a bez nich nic by się nie stało, co się stało. Nie byłoby bez nich końca tej opowieści ani niczego, co do tego końca doprowadziło. Koniec zaś, jak wiele końców, miał miejsce w grobie, płytkim i błotnistym, bo tamtego dnia niebo popękało w szwach i z napuchniętych, szarych chmur puściły się strugi deszczu.
W wykopanym własnoręcznie grobie leżał Prezydent. Leżał i wył, wył straszliwie i zwierzęco i bluźnił temu, co na ziemi, i temu, co na niebie, i w ogóle wszystkiemu, co akurat słuchało. Zaciskał w dłoniach gliniaste błoto i wściekle tłukł całym ciałem jak w napadzie epilepsji.
— Żryjcie mnie, kurwy pierdolone, żryjcie mnie wreszcie, no na co wy czekacie?!
A myszy tylko kornie spuściły głowy i trwały w milczeniu. Bo tak trzeba robić, kiedy jest się myszą.
W lokalnej prasie można niekiedy przeczytać, że Dębica jest dziurą. Miasteczko oficjalnie liczy blisko pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, a faktycznie może ze trzydzieści, bo reszta jest w Krakowie, w Warszawie, w Niemczech, w Anglii albo jeszcze gdzie indziej. Miasto kiedyś miało być większe, bo jeden z burmistrzów bardzo chciał zostać prezydentem i planował przyłączenie kilku okolicznych wiosek, aby Dębica stała się sześćdziesięciotysięczną metropolią, mogącą stawać w szranki z, bo ja wiem, Mielcem albo nawet Stalową Wolą. Mieszkańcy wsi stawili jednak solidarny opór, tymczasem partia, do której burmistrz należał, przestała być modna, a on sam nie tylko nie został prezydentem, lecz także przestał być burmistrzem.
Dębica znajduje się w połowie drogi między Tarnowem a Rzeszowem, które — w opinii wspomnianej prasy — również są dziurami, choć nie aż takimi, i leżą o lata świetlne od takiego na przykład Krakowa, o Warszawie nie wspominając. Można tedy wyczytać, że jest Dębica dziurą dziur.
Jest też miastem, które śmierdzi. Z zakładów drobiarskich śmierdzi kurami, z firmy oponiarskiej paloną gumą, a z wytwórni farb i lakierów — czymś bardzo dziwnym. A że każde z tych miejsc znajduje się na innym krańcu miasta, można po zapachu poznać, z której strony wieje wiatr. Bywają więc w Dębicy dni kurze, dni gumowe i dni o dziwnej woni. Latem, gdy wyleje któraś z okolicznych rzek, śmierdzi tu ponadto gnilnym zaduchem i wszystkim tym, co rwące, pogórskie rzeki niosą w swych trzewiach, zimą zaś śmierdzi dymem z ekogroszku i przeróżnych rzeczy, którymi ludzie palą w piecach.