Alicja w krainie czarów
Zlo panoszy się na świecie na skutek wolności człowieczej.
Zofia Kossak
Wśród książek „oświęcimskich”, pisanych przez dyletantów 2 i debiutantów literackich, jest jedna — i bodajże pierwsza chronologicznie, bo datowana jeszcze sprzed końca wojny — zaopatrzona w nazwisko zawodowej literatki, pani Zofii Kossak 3 , a nosząca sugestywny tytuł Z otchłani 4 . Książkę tę pochwaliła krytyka katolicka, marksiści 5 natomiast zbyli ją paru cytatami: „bez komentarzy”. Otóż ten właśnie komentarz chciałbym napisać, gdyż książka pani Kossak i w ogóle pani Kossak, taka jaką ją poznajemy z jej relacji obozowej — jest tak osobliwym zjawiskiem socjologicznym, tak klasycznym obrazem pewnego typu mentalności wytworzonej przez obóz, że byłoby grzeszkiem typu tego nie odtworzyć i nie sklasyfikować.
Autorka Pożogi i Krzyżowców , mająca według opinii fachowca — „dar plastycznego widzenia powierzchni życia”, operująca „niesłychanie prymitywną formą powieściową”, niezdolna dostrzegać „cechy wielkich procesów historyczno-społecznych”, w książce o obozie oświęcimskim poszła po linii swej dawnej twórczości literackiej, z tym oczywiście, że światopogląd katolicki zaostrzył się tutaj w coś w rodzaju bigoterii 6 .
Wbrew założeniu autorki, że „ta relacja nie zamierza być pracą literacką, a jedynym jej celem (jest) uczciwe i wierne przedstawienie warunków lagrowych 7 ” (s. 60), znakomita autorka Bez oręża fantazjuje w każdym niemal zdaniu, za to jednak usilnie stara się zaopatrzyć swą relację w obfite naddatki literackie, sprawiające swą pretensjonalnością 8 makabryczne wrażenie na przygodnym czytelniku, który przygodnie również był w obozie w Auschwitzu. Pomyłki autorki rozciągają się od warstwy słownej i poprzez dowolne interpretowanie faktów sięgają do absurdalnych pomysłów historiozoficznych 9 .
Potknięcia słowne (lagier zamiast lager, PUF zamiast puff 10 , arbeitcerka 11 etc. ) nie są zbyt jaskrawe, świadczą jednak o nieobeznaniu autorki z gwarą obozową. Gorzej, gdy zdumiony czytelnik dowiaduje się, że nie było męskiego obozu w Birkenau (s. 2), że na stacji oświęcimskiej „rampy nie było” (s. 16), że kwarantanna to „nowe zarządzenie” (w październiku ’43), że w Birkenau „zginęło do 50 tys. krasnoarmiejców 12 ”, a reszta zgodziła się pójść na służbę niemiecką jako warta przy lagrze kobiecym (s. 28), że „gdziekolwiek w Birkenau zaczęto kopać — na głębokości dwóch łopat natrafiano na ciała w rozkładzie” (s. 28), że w ciągu ’42 roku „nie istniała żadna, bodaj prymitywna forma szpitala” (s. 31), że „plwociny pokrywały ziemię zastygłym szkliwem” (s. 40), że „zimą w bloku panowała ta sama temperatura, co na dworze” (s. 47), że na lagrze kobiecym „zupy można było zjeść bardzo dużo” (s. 54) (taak, a Greczynki? ), że „w porównaniu z rokiem 1941–42 warunki lagrowe z roku 43 — 44 cokolwiek się poprawiły” (s. 79) (bagatela! paczki, apele, selekcje Aryjczyków 13 ), że ucieczki z obozu męskiego „były na ogół udane”, tylko „sposób, w jaki zbiegowie oszukiwali czujność psów, pozostawał tajemnicą męskiego obozu” (s. 98), że w porównaniu z blokiem dziesiątym (doświadczalnym), „komora gazowa stawała się marzeniem” (s. 112) dla kobiet, że dla organizatorów „pieniądze papierowe nie wchodziły w grę” (s. 124), że durchfall 14 rozkładał „człowieka na zielonkawą, cuchnącą ciecz” (s. 210) i tak dalej, i tak dalej, błędy drobne i grube, subtelne i naiwne, a wszystkie świadczące o jednym, że autorka Z otchłani otchłanią się nie interesowała i w relacji o niej o tak zwane realia nie dbała, dając zupełnie fałszywy wizerunek środowiska, w którym przebywała. Rzecz charakterystyczna: zakres jej wiadomości jest wąski; autorka nie pisze nic o pracy na komandach 15 zewnętrznych ( Aussenkommando ), o pracy w polu, jak to się mówiło. Jakże to się stało, że przebywając w Birkenau prawie rok (od października ’43 do czerwca–lipca ’44), pani Śliwińska (taki bowiem pseudonim miała ona w obozie) nie była ani razu w polu? Niestety, mechaniki dekowania się 16 autorka nie odsłoniła, a przecież była to jedna z ciekawych spraw obozowych i szpitalnych.