Dziewczyna ze spalonego domu
Przechyliłem się ciekawie przez barierę mostu, mocno obejmując palcami chłodne żelazo poręczy, aby nie ugniatało piersi, i na chwilę przymknąłem powieki. Powietrze pachniało jeszcze wciąż letnim deszczem, ale już poczynało falować od słońca, a z rozgrzanych kamieni chodnika podnosiła się ciepła jak oddech para i ocierała się o skórę nóg. Od rzeki szły rześkie, jakby bukowe powiewy, nasilały się i słabły, migotały nieledwie jak łamiące się fale, czasem prześlizgiwała się między nimi, jak błysk na wodzie, winna woń butwiejących liści. Co prawda, ściągałem bojaźliwie nozdrza, gdyż po asfalcie ulicy ciągnęły z łoskotem ciężarówki, wydzielając ckliwy fetor spalin, który mieszał się z zapachem wilgotnego kurzu, przesiąkał bagiennymi wyziewami z rynsztoków i zagłuszał zupełnie podmuchy rzecznego wiatru.
Wypalony dom, czerwone, podbrązowione cegły, jakby zgniłe od góry, pokryte liszajami tynku i sinymi zaciekami; w pustym, do szczętu wyjedzonym przez ogień wnętrzu — cienkie piszczele kominów; nielogiczne otwory w murze na niepotrzebne drzwi i okna — wszystko oplecione żarłocznym bluszczem, który wgryzał się w ściany i pełzał po gzymsach; siatka odgradzająca dom od ulicy — zardzewiała i postrzępiona; przy domu dychawiczna, blada topola, srebrna od deszczu i przełamana przez pocisk — oglądana znad arkad mostu — leżały drobne i kruche, nieważne jak dziecięce zabawki.
Za murami rozpościerało się rozległe pole zarosłe bujną, puszystą trawą, wyblakłą jak stare obicie zielonej kanapy, która stała kiedyś w wypalonym domu; wśród trawy mieniły się tęczowe odpryski rozbitych szyb. Gdzieniegdzie rudziały płaty świeżego gruzu, roślinność nie zdążyła jeszcze pochłonąć całkowicie niedawnego usypiska. Opasywała je półkolem ulica o wykrzywionych latarniach, wykarczowana z domów i nieuczęszczana przez przechodniów, a na stoku skarpy, ociężałe i rozparte w ziemi, rosły fantastycznie obfite, pieniące się liśćmi drzewa; trawa pięła się drapieżnie po zboczu i kłuła ostrą zielenią wzrok; wśród drzew zasłonięte krzewami stały czołgi pomalowane na kolor zwiędłych liści i bieliły się modele myśliwskich samolotów. Pod skarpą na żółciutkim piaseczku wystawiono na widok publiczny broń artyleryjską rozmaitego kalibru. Wzdłuż mostu turkotały po kocich łbach chłopskie biedki 1 naładowane cegłami i wapnem, nad domem zaś, nad polem, skarpą i biedkami samotnie toczyły się po niebie skłębione chmury o liliowych i różanych brzuchach, rozkwitały i więdły na wietrze jak przyśpieszone kwiaty.