Posłowie
Trzeciego dnia od ogłoszenia, świtem bladym jak niemowlę, w tej porze, w której wszystko jest możliwe, wszystko jest projektem i zamierzeniem, i nic nie kostnieje w konkret i trwałość, w której z nadrzecznych mgieł wyłaniają się dopiero kształty świata a chroniące dróg stare drzewa ledwie zaznaczają bezlistnymi rusztowaniami swoją obecność ponad nakrywającym pola mlecznym całunem, w tej porze zmarzniętej na kość otulony grubym kocem chłopiec wypatrywał z wietrznego tarasu miejskiej kampanili 1 , czuwając nad sennym miastem, miastem śniącym o swej minionej i przyszłej potędze, odwróconym od szarej nieistotności historycznego momentu czasów teraźniejszych, równie senny jak miasto, noszący w sobie całą jego starość, przekazaną przez rodziców i dziadków w niekończących się wieczornych opowieściach o dawnych wspaniałych czasach, ponad ocierającymi się o siebie płaszczyznami ceglastych dachów, przypominających z oddali łuskę smoka, który przed wiekami przysiadł na wzgórzu i tak umarł, kamieniejąc w miasto, w którego trzewiach z czasem zamieszkali osadnicy, żłobiąc tunele i kawerny, przeobrażając przestrzeń i ustanawiając prawa, ponad spowitymi mrokiem wilgotnymi wąwozami wąskich uliczek, przecinających się pod wszystkimi kątami świata, tworzącymi labirynt znany tylko mieszkańcom, mylący obcych, dający zagubionym chwilowe i złudne pocieszenie niewielkimi placami, które letnią porą przyzywają szemraniem fontann o wapiennych cembrowinach drążonych korzeniami mchu, mniszka lekarskiego, powoju i bezimiennych chwastów, senny, lecz skupiony chłopiec wypatrywał pierwszych oznak zmiany, by we właściwej chwili pociągnąć za pokryty rosą sznur kołyszącego się nad jego głową zielonego od patyny dzwonu, by spiżowe serce obwieściło miastu i światu ich nadejście.
Zazwyczaj potrzeba trzech dni, by uświadomić sobie koniec i przejść przez ciemność, a potem spakować całe swoje dotychczasowe życie aż do najdrobniejszego szczegółu, najmniej istotnego napomknienia i wyruszyć w nieznane, w podróż do innego świata, wobec którego żywi się zupełnie nieuzasadnioną nadzieję, że będzie lepszy od starego, ale też równie silne oczekiwanie, że zastanie się wszystko znane i oswojone, bez konieczności konfrontowania się z obcością, bez przymusu nauki nowych reguł, bez całej tej niepewności podróży, która może kusi, ale zarazem sprawia, że trzymamy się na dystans, oraz towarzyszące nadziei i oczekiwaniu przeświadczenie, czasem głęboko ukryte w warstwach uśpionych myśli, że tej właśnie nadziei nie można w żaden sposób pogodzić z tym właśnie oczekiwaniem, że pragnienie, by spotkać inne i zarazem oswojone jest być może najczulszym odruchem człowieka wobec świata i ludzi, ale jest też iluzją potrzebującą, niczym gotycka katedra, setek przypór i rusztowań, skupienia tak wielu kłamstw i małych oszustw, by przetrwać i stać się fundamentem scalającym wspólnotę, że tylko w krótkich przebłyskach najdziwniejszych ludzkich doświadczeń można wierzyć, że ta iluzja jest możliwa i może się powieść, a cała reszta czasu wypełniona musi zostać pielęgnowaniem tej jednej myśli, której mimo całej jej kruchości nie można zbyć ani odpędzić, gdyż powraca i przewierca myślenie na wylot, więc tym bardziej trudno wierzyć, że te trzy dni na przejście pozwalają wyhodować nową duszę i nastroić ją, by zaśpiewała w chórze podobnie nowych dusz, które chcą tylko przetrwać, chcą przetrzymać najtrudniejszy okres odsunięcia i bezradności, okres pozbawienia wszelkich wpływów i upokorzenia przynoszonego nieuchronnie przez koniec.