Chłopi, Część trzecia - Wiosna
Czas był wiosenny o świtaniu.
Kwietniowy dzień dźwigał się leniwie z legowisk mroków i mgieł jako ten parob 1 , któren legł spracowany, a nie wywczasowawszy 2 się do cna, zrywać się ano 3 musi nade dniem, by wnetki 4 imać się 5 pługa i do orki się brać.
Poczynało dnieć.
Ale cichość była jeszcze całkiem drętwa, tyle jeno 6 , co rosy kapały rzęsiście z drzew pośpionych w mącie 7 nieprzejrzanym.
Niebo, kiej 8 ta płachta modrawa 9 , przejęta 10 wilgotnością i orosiała 11 , przecierało się już ździebko 12 nad ziemią czarną, głuchą i zgoła 13 w mrokach zagubioną.
Mgły niby mleko wzburzone przy udoju zalewały łęgi 14 i pola nizinne. Kokoty 15 zaczęły piać na wyprzódki 16 gdziesik 17 po wsiach jeszcze niewidnych 18 .
Ostatnie gwiazdy gasły kiej oczy śpiączką morzone.
Na wschodzie zaś, jako zarzewie roztlewające 19 spod ostygłych popiołów, jęły się rozżarzać zorze czerwone.
Mgły się zakolebały 20 z nagła, wzdęły i ruchający 21 ciężko, niby wody roztopów wiosennych, biły w czarne pola albo zasie 22 , kieby 23 dymy kadzielne, wionęły sinym przędziwem 24 ku niebu.
Dzień się już stawał i przepierał 25 z blednącą nocą, która przywierała do ziem grubym, przemoczonym kożuchem.
Niebo się rozlewało z wolna światłościami, zniżając się coraz barzej 26 nad światem, że już kajś niekaj 27 wydzierały się 28 na jaśnię 29 czuby drzew, oprzędzone 30 mgłami, a gdzie znów, na wyżach 31 , jakieś pola szare, przesiąkłe rosą, wyleniały się 32 z nocy; to stawy zamigotały poślepłymi lustrami albo strumienie, kiej długachne, orosiałe przędze, wlekły się wskroś mgieł rzednących i świtów.
Dzień się już czynił coraz większy, zorze rozsączały się w martwe siności, że na niebie poczynały gorzeć jakoby krwawe łuny pożarów jeszcze niedojrzanych. I tak się galanto 33 rozwidniało, iż ano bory wyrastały dokoła czarną obręczą, a wielka droga, obsiadła rzędami topoli pochylonych, utrudzonych jakoby w ciężkim chodzie pod wzgórze, dźwigała się coraz widniej na światłość. Zaś wsie, potopione w mrokach przyziemnych, wyzierały gdzieniegdzie pod zorze, kieby te czarne kamienie spod wody spienionej, i poniektóre już drzewa co bliższe srebrzyły się — całe w rosach i brzaskach.