Pamiętnik morski
Buenos Aires, Puerto nuevo 1 , Dársena B 2 .
— Patrz pan, to on! — wykrzykuje moje zataczające się nieszczęście.
Patrzę za chwiejnym paluchem. Stoi tam w deszczu smutny, towarowy okręt popielatego koloru. Złote literki „Orient” tkwią na jego dziobie w zawstydzonej ironii.
— To mój... kochany... ja na nim... powiezie!
Ten jegomość zwisa mi na ręku już od godziny, to jest od chwili, kiedy wyszliśmy z pewnego baru na Leandro Alem. Siedział gdzieś w kącie przy olbrzymim kuflu piwa i podskoczył do mnie w chwili, kiedy rozmawiałem przez telefon.
— Panie, pan Polak?! Ja zaraz odjeżdżam, a pan Polak!
To był właśnie pan De, rodak, którego lekkomyślnie zgodziłem się odprowadzić do portu. Było mi wprawdzie po drodze, bo w tym właśnie porcie stał także i mój okręt, który dziś miał odjechać w daleką podróż. Przez całą tą chwiejną drogę towarzysz mój mówił o jakichś „świętych drzewach, łechcących niebiosa”, o tym, że „istnieje jakiś specjalny wicher słoneczny”. Przystawał co chwila i dłonią zdawał się obmacywać niewidzialne kształty i dopiero w jego okrzyku: „Patrz pan, to on!” — odsłonił się traf naszej przynależności na dni następne. Bo i ja także mam jechać na „Oriencie”. Kiedy mu to powiedziałem, nie zdziwił się, tylko mruknął coś w rodzaju: zapisano to w przeznaczeniu... Wspinając się na okręt po wąskich schodkach, musiałem wziąć na siebie niejako część jego rozluźnionych ruchów. Wtaszczyliśmy się jakoś na pokład, towarzysz zaraz mi się gdzieś wymknął, a ja poszedłem do kapitana. Znałem go już z poprzedniej rozmowy. Ten kapitan towarowego okrętu fińskiego był to rzeczywiście ogorzały, czerstwy marynarz o niebieskich oczach. Sam był też Finem i nosił jakieś trudne nazwisko. Popijał — rzeczywiście — whisky w towarzystwie kilku cywilów i zaraz polecił mnie rosłemu stewardowi, który zaprowadził mnie do kabiny z dwoma łóżkami, gdzie się już mieściły moje uprzednio przywiezione rzeczy. Steward zaraz odszedł przywołany przez kapitana dźwięcznym słowem: „stiuard-tii!” Nie chciało mi się siedzieć w mrocznej kabinie, więc zamierzałem właśnie wyjść na pokład, kiedy akurat wtoczył się pan De.
Zbigniew Uniłowski
---
19 czerwca 1935
20 czerwca
21 czerwca
22 czerwca
23 czerwca
24 czerwca
25 czerwca
26 czerwca
27 czerwca
28 czerwca
29 czerwca
30 czerwca
1 lipca
2 lipca
3 lipca
4 lipca
5 lipca
6 lipca
7 lipca
8 lipca
9 lipca
10 lipca
11 lipca
12 lipca
13 lipca
14 lipca
18 lipca
19 lipca
20 lipca
21 lipca
22 lipca
23 lipca
24 lipca
25 lipca
26 lipca
27 lipca