III

Słońce, gdy na zachodzie złotą tarczę skłoni,

Purpurą zdobi jeszcze skał korony wierzchnie,

Tysiąc tęczowych świateł po szczytach się goni,

Tu zsinieje... tam ogniem zaświeci... znów zmierzchnie.

A w dole na jeziora zamąconej toni,

Odbity blask zakrwawia drżących wód powierzchnię,

Póki skrwawionej fali płaszcz mgły nie osłoni,

I ostatni rumieniec wieczoru nie pierzchnie.

Wszystko zgasło... świat cały napełniony mrokiem...

Granitowe olbrzymy majaczeją w dali:

Rosną w bezmiar i kształty zmieniają przed okiem...

Mgła pokryła przepaści szarym swym obłokiem

I jezioro zniknęło... lecz słychać szum fali,

I z gór lecący potok wymowniej się żali...