Dziady, część IV

Mieszkanie Księdza — stół nakryty, tylko co po wieczerzy — KsiądzPustelnik — dzieci — dwie świece na stole — lampa przed obrazem Najświętszej Panny Marii — na scienie zegar bijący.

Ich hab alle mürbe Leichenschleier auf, die in Särgen lagen — ich entfernte den erhabenen Trost der Ergebung, bloss um mir immer fort zu sagen: „Ach, so war es ja nicht! — Tausend Freuden sind auf ewig nachgeworfen in Grüfte und [du] stehst allein hier und überrechnest sie!” Dürftiger! Dürftiger! Schlage nicht das ganze zerrissene Buch der Vergangenheit auf!... Bist du noch nicht traurig genug?33

Jean Paul

KSIĄDZ

Dzieci, wstawajmy od stoła!

Teraz, po powszednim chlebie,

Klęknijcie przy mnie dokoła,

Podziękujmy Ojcu w niebie.

Dzień dzisiejszy34 Kościół święci

Za tych spółchrześcijan dusze,

Którzy spomiędzy nas wzięci

Czyscowe cierpią katusze.

Za nich ofiarujmy Bogu.

rozkłada książkę

Oto stosowna nauka.

DZIECI

czytają

„Onego czasu...”

KSIĄDZ

Kto tam? kto tam stuka?

Pustelnik wchodzi ubrany dziwacznie.

DZIECI

Jezus, Maryja!

KSIĄDZ

Któż to jest na progu?

zmieszany

Ktoś ty taki?... po co?... na co?

DZIECI

Ach, trup, trup! upiór, ladaco!

W imię Ojca!... zgiń, przepadaj!

KSIĄDZ

Ktoś ty, bracie? odpowiadaj.

PUSTELNIK

powolnie i smutnie

Trup... trup!... tak jest, moje dziecię.

DZIECI

Trup... trup... ach! ach! nie bierz tata35!

PUSTELNIK

Umarły!... o nie! tylko umarły dla świata!

Jestem pustelnik, czy mnie rozumiecie?

KSIĄDZ

Skąd przychodzisz tak nierano36?

Kto jesteś? jakie twe miano37?

Kiedy się tobie przypatruję z bliska,

Zdaje się, że cię kiedyś widziałem w tej stronie.

Powiedz, mój bracie, jakiegoś ty rodu?

PUSTELNIK

O tak! tak, byłem tutaj... o, dawno! za młodu!

Przed śmiercią!... będzie trzy lata!

Lecz co tobie do mego rodu i nazwiska?

Gdy dzwonią po umarłym, dziad stoi przy dzwonie,

Pytają ludzie, kto zeszedł ze świata?

udając dziada

„A na co ta ciekawość? zmów tylko pacierze”.

Otóż ja także umarły dla świata.

Na co tobie ciekawość, zmów tylko pacierze.

Nazwiska.

patrzy na zegar

jeszcze rano... powiedzieć nie mogę;

Idę z daleka, nie wiem, z piekła czyli z raju,

I dążę do tegoż kraju38.

Mój Księże, pokaż, jeśli wiesz, drogę!

KSIĄDZ

łagodnie, z uśmiechem

Dróg śmierci pokazywać nie chciałbym nikomu.

poufale

My, księża, tylko błędne prostujemy ścieżki.

PUSTELNIK

z żalem

Inni błądzą, Ksiądz w małym, ale własnym domu,

Czy to na wielkim świecie pokój lub zamieszki,

Czy gdzie naród upada, czy kochanek ginie,

O nic nie dbasz usiadłszy z dziećmi przy kominie.

A ja się męczę w słotnej, ciemnej porze!

Słyszysz, jaki szturm na dworze?

Czy widzisz łyskanie gromu?

ogląda się

Błogosławione życie w małym, własnym domu!

śpiewa

Kto miłości nie zna, ten żyje szczęśliwy,

I noc ma spokojną, i dzień nietęskliwy39.

W cichym, własnym domu!

śpiewa

Z pałaców sterczących dumnie40

Znijdź, piękna, do mojej chatki;

Znajdziesz u mnie świeże kwiatki,

Czułe serce znajdziesz u mnie.

Widzisz ptasząt zalecanki,

Słyszysz srebrny szmer strumyka;

Dla kochanka i kochanki

Dosyć domku pustelnika.

KSIĄDZ

Kiedy tak chwalisz mój dom i kominek,

Patrz, oto ogień służąca nakłada,

Siądź i pogrzej się; tobie potrzebny spoczynek.

PUSTELNIK

Pogrzej się! dobra, Księże, arcyprzednia rada!

śpiewa pokazując na piersi

Nie wiesz, jaki tu żar płonie,

Mimo deszczu, mimo chłodu,

Zawsze płonie!

Nieraz chwytam śniegu, lodu,

Na gorącym cisnę łonie;

I śnieg tonie, i lód tonie,

Z piersi moich para bucha,

Ogień płonie!

Stopiłby kruszce i głazy,

Gorszy niż ten tysiąc razy,

pokazując kominek

Milion razy!

I śnieg tonie, i lód tonie,

Z piersi moich para bucha,

Ogień płonie!

KSIĄDZ

na stronie

Ja swoje, a on swoje; — nie widzi, nie słucha.

do Pustelnika

Jednak do nitki przemoczony wszystek,

Zbladłeś, przeziąbłeś strasznie, drżysz jak listek.

Ktokolwiek jesteś, długą przejść musiałeś drogę.

PUSTELNIK

Kto jestem?... jeszcze rano41... powiedzieć nie mogę.

Idę z daleka, nie wiem, z piekła czyli z raju,

A dążę do tegoż kraju.

Tymczasem małą dam tobie przestrogę.

KSIĄDZ

na stronie

Trzeba z nim, widzę, innego sposobu.

PUSTELNIK

Pokaż... wszak dobrze wiesz do śmierci drogę?

KSIĄDZ

Dobrze, gotówem42 na wszelkie usługi,

Lecz od twojego wieku aż do grobu

Gościniec jest arcydługi.

PUSTELNIK

z pomieszaniem i smutnie sam do siebie

Ach, tak prędko przebiegłem gościniec tak długi!

KSIĄDZ

Dlatego jesteś znużony i chory.

Posil się; wraz przyniosę jadło i napoje.

PUSTELNIK

z obłąkaniem

A potem pójdziem?

KSIĄDZ

z uśmiechem

Zróbmy na drogę przybory.

Czy dobrze?

PUSTELNIK

z roztargnieniem i nieuwagą

Dobrze.

KSIĄDZ

Chodźcie, dzieci moje!

Oto mamy w domu gościa;

Nim ja powrócę, bawcie jegomościa.

odchodzi

DZIECKO

oglądając

Czemu waspan tak jesteś dziwacznie ubrany?

Jak strach albo rozbójnik, co to mówią w bajce,

Z różnych kawałków sukmany,

Na skroniach trawa i liście,

Wytarte płótno, przy pięknej kitajce43?

postrzega sztylet, Pustelnik chowa

Jaka to na sznurku blacha?

Różne paciorki, wstążek okrajce?

Cha cha cha cha!

Dalibóg, waspan wyglądasz na stracha!

Cha cha cha cha!

PUSTELNIK

zrywa się i jakby przypomina się

O dziatki, wy się ze mnie śmiać nie powinniście!

Słuchajcie, znałem pewną kobietę za młodu,

Tak jak ja nieszczęśliwą, z takiego powodu!

Miała takąż sukienkę i na głowie liście.

Gdy weszła do wsi, cała wieś nawałem,

Urągając się z jej biedy,

Pędzi, śmieje się, wykrzyka,

Podrzyźnia, palcem wytyka:

Ja się raz tylko, raz tylko zaśmiałem!

Kto wie, jeśli nie za to?... słuszne sądy boże!

Lecz któż mógł przewidzieć wtedy,

Że ja podobną sukienkę włożę?

Ja byłem taki szczęśliwy!

śpiewa

Kto miłości nie zna, ten żyje szczęśliwy,

I noc ma spokojną, i dzień nietęskliwy.

Ksiądz przychodzi z winem i talerzem.

PUSTELNIK

z wymuszoną wesołością

Księże, a lubisz ty smutne piosenki?

KSIĄDZ

Nasłuchałem się ich w życiu dosyć, Bogu dzięki!

Lecz nie traćmy nadziei, po smutkach wesele44.

PUSTELNIK

śpiewa

A odjechać od niej nudno45,

A przyjechać do niej trudno!46

Prosta piosenka, ale dobrą myśl zawiera!

KSIĄDZ

No! potem o tym, teraz zajrzyjmy do misy.

PUSTELNIK

Prosta pieśń! o! w romansach znajdziesz lepszych wiele!

z uśmiechem, biorąc książki z szafy

Księże, a znasz ty żywot Heloisy47?

Znasz ogień i łzy Wertera48?

śpiewa

Tylem wytrwał, tyle wycierpiałem,

Chyba śmiercią bole się ukoją;

Jeślim płochym obraził zapałem;

Tę obrazę krwią okupię moją4950.

dobywa sztylet

KSIĄDZ

wstrzymuje

Co to ma znaczyć?... szalony! czy można?

Odbierzcie mu żelazo, rozdejmijcie51 pięście.

Jesteś ty chrześcijanin? taka myśl bezbożna!

Znasz ty Ewangeliją?

PUSTELNIK

A znasz ty nieszczęście?

chowa sztylet

Ale dobrze! nie trzeba chwytać się przed porą,

patrzy na zegar

Skazówka na dziewiątej i trzy świece52 gorą!

śpiewa

Tylem wytrwał, tyle wycierpiałem,

Chyba śmiercią bole się ukoją;

Jeślim płochym obraził zapałem,

Tę obrazę krwią okupię moją.

Za coś dla mnie tyle ulubiona?

Za com z twoim spotkał się wejrzeniem?

Jednąm wybrał z tylu dziewcząt grona,

I ta cudzym przykuta pierścieniem!

Ach, jeśli ty Getego znasz w oryginale,

Gdyby przy tym jej głosek i dźwięk fortepianu!

Ale cóż? ty o boskiej tylko myślisz chwale,

Oddany twego tylko powinnościom stanu.

przerzucając książkę

Wszakże lubisz książki świeckie?...

Ach, te to, książki zbójeckie!

ciska książką

Młodości mojej niebo i tortury!

One zwichnęły osadę mych skrzydeł

I wyłamały do góry,

Że już nie mogłem na dół skręcić lotu.

Kochanek przez sen tylko widzianych mamideł;

Nie cierpiąc rzeczy ziemskich nudnego obrotu,

Gardzący istotami powszedniej natury,

Szukałem, ach! szukałem tej boskiej kochanki,

Której na podsłonecznym nie bywało świecie,

Którą tylko na falach wyobraźnej pianki

Wydęło tchnienie zapału,

A żądza w swoje własne przystroiła kwiecie.

Lecz gdy w czasach tych zimnych nie ma ideału,

Przez teraźniejszość w złote odleciałem wieki,

Bujałem po zmyślonym od poetów niebie,

Goniąc i błądząc, w błędach nieznużony goniec;

Wreszcie, na próżno zbiegłszy kraj daleki,

Spadam i już się rzucam w brudne uciech rzeki:

Nim rzucę się, raz jeszcze spojrzę koło siebie!

I znalazłem ją na koniec!

Znalazłem ją blisko siebie,

Znalazłem ją!... ażebym utracił na wieki!

KSIĄDZ

Podzielam twoję boleść, nieszczęśliwy bracie!

Lecz może jest nadzieja? są różne sposoby...

Słuchaj, czy już od dawna doświadczasz choroby?

PUSTELNIK

Choroby?

KSIĄDZ

Czy już dawno płaczesz po twej stracie?

PUSTELNIK

Jak dawno? dałem słowo, powiedzieć nie mogę;

Kto inny powie tobie. Mam ja towarzysza,

Zawżdy z nim razem odbywamy drogę!

ogląda się

Ach, tu tak ciepło, wygodna zacisza;

A na podwórzu wicher, gromy, burza sroga!

Mój towarzysz zapewne biedny drży u proga!

Gdy nas razem wyroki nielitośne pędzą,

Dobry Księże, i jego przyjmij na gospodę.

KSIĄDZ

Nigdy nie zamykałem drzwi moich przed nędzą.

PUSTELNIK

Ale stój, stój, mój bracie, ja sam go przywiodę.

odchodzi

DZIECIĘ

Cha cha cha! tato, co się jemu dzieje?

Biega i gada ani to, ni owo.

Jakie dziwaczne ubiory!

KSIĄDZ

Dzieci, będzie ten płakał, kto się z płaczu śmieje!

Nie śmiejcie się! to człowiek bardzo biedny, chory.

DZIECI

Chory? a on tak biega, wygląda tak zdrowo!

KSIĄDZ

Zdrów na twarzy, lecz w sercu głębokie ma rany.

PUSTELNIK

ciągnąc gałąź jedliny

Chodź, bracie, chodź tu!...

KSIĄDZ

do Dzieci

On ma rozum pomieszany.

PUSTELNIK

do jodły

Chodź, bracie, nie lękaj się dobrego księżyny.

DZIECI

Tato! ach, patrzaj, co on w ręku niesie:

Jak zbójca z wielką gałęzią jedliny.

PUSTELNIK

do Księdza, ukazując gałąź

Pustelnik przyjaciela znajdzie chyba w lesie!

Może cię zdziwia jego postać?

KSIĄDZ

Czyja?

PUSTELNIK

Mojego przyjaciela.

KSIĄDZ

Jako? tego kija?

PUSTELNIK

Niezgrabny, jak mówiłem, wychowany w lesie.

Przywitaj się!

podnosi gałąź

DZIECI

Co robisz? co robisz? ach, zbójca!

Pójdźże precz, rozbójniku, nie zabij nam ojca!

PUSTELNIK

O, prawda, moje dziatki, jest to wielki zbójca!

Ale on tylko sam siebie rozbija!

KSIĄDZ

Upamiętaj się, bracie; do czego ta jodła?

PUSTELNIK

Jodła? a, Ksiądz uczony! o głowo ty, głowo!

Przypatrz się lepiej, poznaj gałąź cyprysową;

To pamiątki rozstania, mego losu godła.

bierze książki

Weź księgę, i odczytaj dzieje zeszłych wieków:

Dwie były poświęcone krzewiny u Greków.

Kto kochał, od swej lubej ukochany wzajem,

Błogie włosy mirtowym przyozdabiał majem.

po pauzie

Jej ręką ułamana gałąź cyprysowa

Zawsze mi przypomina ostatnie „bądź zdrowa!”

Przyjąłem ją, schowałem, dotąd wiernie służy!

Nieczuła, lepsza od tych niby czułych ludzi.

Jej płacz mój nie rozśmiesza i skarga nie nudzi;

Jedna mi pozostała, z przyjaciół tak wielu!

Wszystkie tajniki serca mojego posiada;

Jeśli chcesz o mnie wiedzieć, pytaj, przyjacielu,

Zostawię was sam na sam, niech resztę wygada.

do gałęzi

Powiedz, jak dawno płaczę lubej straty.

Dawno to być musiało! przed dawnymi laty!

Pamiętam, kiedy cyprys przyjąłem z jej ręki

Był to listeczek taki, ot taki maleńki;

Zaniosłem, posadziłem na piasku, daleko...

I gorącą łez moich polewałem rzeką.

Patrz, jaka z liścia gałązka urosła,

Jaka gęsta i wyniosła!

Kiedy mię boleść ostatnia dotłoczy,

Nie chcąc na zagniewane poglądać niebiosa53,

Okryłem mój grobowiec cieniem tych warkoczy.

z łagodnym uśmiechem

Ach, taki właśnie był kolor jej włosa

Jak te cyprysu gałązki! Chcesz? pokażę.

szuka i ciągnie od piersi

Nie mogę odpiąć tej zawiązki.

coraz z większym sileniem się

Zawiązka miękka... z warkocza dziewicy...

Lecz skorom tylko położył na łonie,

Opasała mię wkoło na kształt włosiennicy;

Pierś przejada... w ciało tonie!...

Tonie, tonie, i wkrótce przetnie mi oddechy!

Wiele cierpię! ach! bo też wielkie moje grzechy!

KSIĄDZ

Uspokój się, uspokój! Przyjm słowo pociechy!

Ach, tak okropne bole, moje dziecię,

Za twe na ziemi jakieżkolwiek grzechy

Przyjmie w rachunku Bóg na tamtym świecie!

PUSTELNIK

Grzechy? i proszę, jakież moje grzechy?

Czyliż niewinna miłość wiecznej godna męki?

Ten sam Bóg stworzył miłość, który stworzył wdzięki.

On dusze obie łańcuchem uroku

Powiązał na wieki z sobą!

Wprzód, nim je wyjął ze światłości stoku,

Nim je stworzył i okrył cielesną żałobą,

Wprzódy je powiązał z sobą!

Teraz, kiedy złych ludzi odłącza nas ręka,

Rozciąga się ten łańcuch, ale się nie spęka!

Czucia nasze dzielącej uległe przeszkodzie,

Chociaż nigdy nie mogą napotkać się z bliska,

Przecież zawżdy po jednym biegają obwodzie,

Łańcuchem od jednego skreślone ogniska.

KSIĄDZ

Jeżeli Pan Bóg złączył, ludzie nie rozłączą!

Może się troski wasze pomyślnie zakończą.

PUSTELNIK

Chyba tam! gdy nad podłym wzbijemy się ciałem,

Złączy się znowu jedność, dusza z duszą zleje;

Bo tutaj wszelkie dla nas umarły nadzieje,

Tutaj ja się z mą lubą na wieki rozstałem!

po pauzie

Obraz tego rozstania dotąd w myśli stoi.

Pamiętam, śród jesieni... przy wieczornym chłodzie;

Jutro miałem wyjechać... błądzę po ogrodzie!

W rozmyślaniu, w modlitwach szukałem tej zbroi,

Którą bym odział serce, miękkie z przyrodzenia,

I wytrzymał ostatni pocisk jej spojrzenia!

Błądziłem po zaroślach, gdzie mnie oczy niosą.

Noc była najpiękniejsza!

Pamiętam dziś jeszcze:

Na kilka godzin pierwej wylały się deszcze,

Cała ziemia kroplistą połyskała rosą.

Doliny mgła odziewa jakby morze śniegu,

Z tej strony chmura gruba napędzała lawy54,

A z tamtej strony księżyc przezierał bladawy,

Gwiazdy toną w błękicie po nocnym obiegu.

Spojrzę... jak raz nade mną świeci gwiazdka wschodnia55;

O, znam ją odtąd dobrze, witamy się co dnia!

Spojrzę na dół... na szpaler... patrz, tam przy altanie,

Ujrzałem ją niespodzianie!

Suknią między ciemnymi bielejąca drzewy

Stała w miejscu, grobowej podobna kolumnie;

Potem biegła, jak lekkie zefiru powiewy,

Oczy zwrócone w ziemię... nie spojrzała ku mnie!

A lica jej bardzo blade.

Nachylam się, zajrzę z boku,

I dojrzałem łezkę w oku;

Jutro, rzekłem, jutro jadę!

„Bądź zdrów!” — odpowie z cicha: ledwie posłyszałem,

„Zapomnij!”... Ja zapomnę? o! rozkazać snadno56!

Rozkaż, luba, twym cieniom, niechaj wraz przepadną

I niech zapomną biegać za twym ciałem!...

Rozkazać snadno!

Zapomnij!!

śpiewa

Przestań płakać, przestań szlochać

Idźmy każdy w swoją drogę,

Ja cię wiecznie będę...

urywa śpiewanie

wspominać,

kiwa głową

śpiewa

Ale twoją być nie mogę!

Wspominać tylko?... jutro, jutro jadę!

Chwytam za rączki i na piersi kładę.

śpiewa

Najpiękniejsza, jak aniołek raju,

Najpiękniejsza ze wszystkich dziewica,

Wzrok niebieski, jako słońce w maju,

Odstrzelone od modrych wód lica.

Pocałunek jej, ach, nektar boski!

Jako płomień chwyta się z płomieniem,

Jak dwóch lutni zlewają się głoski

Harmonijnym ożenione brzmieniem.

Serce z sercem zbiega, zlatuje się, ściska,

Lica, usta łączą się, drżą, palą,

Dusza wionie w duszę... niebo, ziemia pryska

Roztopioną dokoła nas falą5758!

Księże! o nie! ty tego nie czujesz obrazu!

Ty cukrowych ust lubej nie tknąłeś ni razu!

Niech ludzie świeccy bluźnią, szaleją młokosy,

Serce twe skamieniało na natury głosy.

O luba, zginąłem w niebie,

Kiedym raz pierwszy pocałował ciebie!

śpiewa

Pocałunek jej, ach, nektar boski!

Jako płomień chwyta się z płomieniem,

Jak dwóch lutni zlewają się głoski

Harmonijnym ożenione brzmieniem.

chwyta Dziecię i chce pocałować; Dziecię ucieka

KSIĄDZ

Czegóż boisz się sobie równego człowieka?

PUSTELNIK

Przed nieszczęśliwym, ach, wszystko ucieka,

Jakby przed straszydłem z piekła!

Ach, tak! i ona przede mną uciekła!

„...Bądź zdrów!”... i w długiej ulicy

Niknie na kształt błyskawicy.

do Dzieci

I czegóż ona przede mną uciekła?

Czylim ją śmiałym przeraził wejrzeniem?

Czyli słówkiem lub skinieniem? Muszę przypomnieć!

przypomina

Tak się w głowie kręci!...

Nie! nie! ja wszystko widzę jak na dłoni,

Nie zgubiłem żadnego wyrazu z pamięci;

Dwa tylko słowa powiedziałem do niej.

z żalem

Księże, dwa tylko słowa!

„Jutro! bądź zdrowa!”

„Bądź zdrów!...” Gałązkę odrywa, podaje...:

„Oto jest, rzekła: co nam tu

na ziemię pokazuje

zostaje!

Bądź zdrów!” — i w długiej ulicy59

Niknie na kształt błyskawicy!

KSIĄDZ

Młodzieńcze, ja głęboko czuję, co cię boli!

Lecz słuchaj, są tysiące biedniejszych od ciebie.

Ja sam już nie na jednym płakałem pogrzebie.

Po ojcu i po matce już mówię pacierze,

Dwoje małych dziateczek aniołkami w niebie;

Ach, i moja wspólniczka szczęścia i niedoli,

Małżonka moja, którą kochałem tak szczerze!...

Ale cóż robić? Pan Bóg daje, Pan Bóg bierze!

Niechaj się dzieje według Jego świętej woli!

PUSTELNIK

mocno

Żona?

KSIĄDZ

Ach, to wspomnienie serce mi rozdarło!

PUSTELNIK

Jak to? gdzie się obrócę, wszyscy płaczą żony!

Lecz ja nie winien, twojej nie widziałem żony!

spostrzega się

Słuchaj! przyjmij pociechę, małżonku strapiony,

Żona twoja przed śmiercią już była umarłą!

KSIĄDZ

Jak to?

PUSTELNIK

mocniej

Gdy na dziewczynę zawołają: żono!

Już ją żywcem pogrzebiono!

Wyrzeka się przyjaciół, ojca, matki, brata,

Nawet... słowem, całego wyrzeka się świata,

Skoro stanęła na cudzym progu!

KSIĄDZ

Chociaż wyznania twoje mgła żalu pokrywa,

Wszakże ta, której płaczesz, jest podobno żywa?

PUSTELNIK

z ironią

Żywa? właśnie jest za co podziękować Bogu!

Żywa? jako? nie wierzysz! cóż się tobie zdaje?

Poprzysięgnę, uklęknę, palce na krzyż złożę,

Ona umarła i ożyć nie może!...

po pauzie z wolna

Ależ bo różne są śmierci rodzaje:

Jedna śmierć jest pospolita.

Śmiercią tą starzec, kobieta,

Dziecię, mąż, słowem, tysiące

Ludzi umiera co chwila;

I taką śmiercią Maryla,

Którą widziałem na łące.

śpiewa

Tam u Niemnowej odnogi,

Tam u zielonej rozłogi,

Jaki to sterczy kurhanek?

Spodem uwieńczon jak w wianek,

W maliny, ciernie i głogi...

przestaje śpiewać

Ach, i to jest widok srogi,

Kiedy piękność w życia kwiecie,

Ledwie wschodząca na świecie,

Żegnać się musi z lubym jeszcze światem!

Patrz, patrz, blada na pościeli,

Jak na obłoczkach mglisty poranek!

Z płaczem dokoła stanęli:

I smutny ksiądz u łóżka,

I smutniejsza czeladka,

I smutniejsza od niej drużka,

I smutniejsza od nich matka,

I najsmutniejszy kochanek.

Patrz, uchodzi z lica krasa,

Wzrok zapada i zagasa,

Ale jeszcze, jeszcze świeci;

Usta, gdzie się róża kwieci,

Więdną, gubią blask szkarłatu.

I jak z piwoniji kwiatu

Wycięty wąski listeczek,

Taka siność jej usteczek.

Podniosła głowę nad łóżko,

Rzuciła na nas oczyma:

Głowa opada na łóżko,

W twarzyczce bladość opłatka.

Ręce stygną, a serduszko

Bije z cicha, bije z rzadka,

Już stanęło, już jej nié ma;

Oko to, niegdyś podobne słonku...

Czy widzisz, Księże, pierścienie?

Smutna pamiątka została!

Jak w pierścionku

Brylant pała,

Takie jaśniały w oczach płomienie.

Lecz iskra duszy już się nie pali!

Błyszczą one jak rdzeni spróchniałej światełka,

Jak na gałązkach wody perełka,

Kiedy ją wicher skrysztali.

Podniosła głowę nad łóżko,

Rzuciła na nas oczyma,

Głowa opada na łóżko,

W twarzyczce bladość opłatka,

Ręce stygną, a serduszko

Bije z cicha, bije z rzadka.

Już stanęło... już jej nié ma!

DZIECIĘ

Umarła! ach, jaka szkoda!

Słuchając płakałem szczerze.

Czy to znajoma twoja, czy siostrzyczka młoda?

Ale nie płacz, niechaj jej wieczny pokój świeci,

Będziemy za nię co dzień mówili pacierze.

PUSTELNIK

To jedna śmierć, moje dzieci;

Ale jest straszniejsza druga,

Bo nie umarza od razu,

Powolna, bolesna, długa:

Śmierć ta dwie społem osoby ugodzi,

Lecz moje tylko zabija nadzieje,

Drugiej bynajmniej nie szkodzi.

Ona żyje, ona chodzi,

Kilka drobnych łez wyleje,

Potem w niej czucie rdzawieje,

I została na kształt głazu.

Ach, dwie osoby uderza od razu!

Lecz moje tylko zabiła nadzieje,

A jej bynajmniej nie szkodzi!

Kwitnie życiem, kwitnie zdrowiem.

Taką śmiercią umarła... kto? o nie... nie powiem!

Nieprawdaż, dzieci? straszniejsza daleko,

Gdy trup z rozwartą, ot tak, powieką.

Dzieci uciekają.

Jednak umarła!... Kiedy płaczę, ręce łamię,

Zbiegli się ludzie dokoła,

Wyciągają długie szyje,

Jeden mówi, że ja kłamię,

Drugi potrąca i woła:

„Patrz, szaleńcze, ona żyje!”

do Księdza

Nie wierz, choćby ci szyderce

Po tysiąc razy mówili:

Słuchaj, co mówi to serce:

Nie masz, nie masz Maryli!

po pauzie

Jeszcze rodzaj śmierci trzeci:

Śmierć wieczna60, jak Pismo mówi.

Biada, biada człowiekowi,

Którego ta śmierć zabierze!

Tą śmiercią może ja umrę61, dzieci;

Ciężkie, ciężkie moje grzechy!

KSIĄDZ

Przeciwko światu i przeciwko sobie

Cięższe twoje, niżeli przeciw Bogu, grzechy.

Człowiek nie jest stworzony na łzy i uśmiechy,

Ale dla dobra bliźnich swoich, ludzi.

Jakkolwiek w twardej Bóg doświadcza próbie,

Zapomnij o swym proszku, zważ na ogrom świata.

Ta myśl wielka pomniejsze zapały przystudzi.

Sługa boży pracuje do późnego lata,

Gnuśnik tylko zawczasu zamyka się w grobie62,

Nim go Pan trąbą straszliwą przebudzi.

PUSTELNIK

zdziwiony

Księże! a to są czary? sztuka niepojęta!

na stronie

Musi posiadać czarodziejskie sztuki,

Albo też nas podsłuchał i wszystko pamięta.

do Księdza

Wszak ja od niej słyszałem też same nauki!

Cała rzecz słowo w słowo jak z ust jej wyjęta,

Przy owym pożegnaniu, owego wieczora.

z ironią

Właśnie, właśnie to była do kazania pora!

Słyszałem od niej słówek pięknobrzmiących wiele:

„Ojczyzna i nauki, sława, przyjaciele!”

Lecz teraz groch ten całkiem od ściany odpada,

Ja sobie spokojnie drzemię.

Kiedyś duch mój przy wieszczym zapalał się rymie,

Kiedyś budził mię ze snu tryumf Milcyjada.

śpiewa

Młodości, ty nad poziomy

Wylatuj, a okiem słońca

Ludzkości całe ogromy

Przeniknij z końca do końca!63

Już tchnienie jej rozwiało te kształty olbrzymie!

Został się lekki cienik, mara blada,

Drobniuchne źdźbła odłamki,

Które lada motyl spasa,

Które by ona mogła wciągnąć z odetchnieniem;

A ona chce budować na tym proszku zamki!

Zrobiwszy mnie komarem, chce zmienić w Atlasa64

Dźwigającego nieba kamiennym ramieniem.

Na próżno! jedna tylko iskra jest w człowieku,

Raz tylko w młodocianym zapala się wieku.

Czasem ją oddech Minerwy65 roznieci,

Wtenczas nad ciemne plemiona

Powstaje mędrzec, i gwiazda Platona

W długie wieki wieków świeci.

Iskrę tę jeśli duma rozżarzy w pochodnie,

Wtenczas zagrzmi bohater, pnie się do szkarłatu66

Przez wielkie cnoty i przez większe zbrodnie,

I z pastuszego kija robi berło światu

Albo skinieniem oka stare trony wali.

po pauzie, z wolna

Czasem tę iskrę oko niebianki zapali,

Wtenczas trawi się w sobie, świeci sama sobie

Jako lampa w rzymskim grobie.

KSIĄDZ

O nieszczęśliwy zapaleńcze młody!

W żalach, które tak mocno zraniona pierś jąka,

Że nie jesteś zbrodniarzem, odkrywam dowody;

I że piękność, za którą twój się rozum błąka,

Nie z samej tylko powabna urody.

Jak z zapałem kochałeś, tak naśladuj godnie

Myślenia i uczucia niebieskiej istoty.

Zbrodniarz ją kochający wróciłby do cnoty,

A ty niby cnotliwy, puszczasz się na zbrodnie!

Jakakolwiek przeszkoda tutaj was rozdwoi:

Idą ku sobie gwiazdy, choć je mgły zaciemią,

Mgła zniknie, gwiazda z gwiazdą na wieki się spoi,

Łańcuchy tu wiążące prysną razem z ziemią,

A tam nad ziemią znowu poznają się swoi,

I namiętność, choć zbytnią, Pan Bóg wam przebaczy.

PUSTELNIK

Jako? ty wiesz o wszystkim? co to wszystko znaczy?

udaje głos Księdza

Jej serce równie święte, jak powabne lice!

Łańcuch, który tu wiąże, nad ziemią opadnie!

Ty wiesz o wszystkim, ty nas podsłuchałeś zdradnie,

Wyłudziłeś tajemnicę

Ukrywaną w sercu na dnie,

O której przyjaciele nie wiedzą najszczersi.

Bo jednę rękę na cyprysu drzewie,

A drugą kładąc na piersi,

Zaprzysięgliśmy milczeć, i nikt o tym nie wie.

Ale tak, przypominam... tak, jednego razu,

Kiedy przez czarodziejski pędzla wynalazek

Odkradzione jej wdzięki przeniosłem w obrazek,

Przyjaciołom okazać chciałem cud obrazu.

Lecz to, co mnie unosi, ich nawet nie ruszy,

Czułość dla nich zabawą, która nam potrzebą;

Nie mają oka duszy, nie przejrzą do duszy!

Zimnym cyrklem chcą mierzyć piękności zalety!

Jak wilk lub jak astronom patrzają na niebo.

Inny jest wzrok pasterza, kochanka, poety.

Ach! ja tak ją na martwym ubóstwiam obrazku,

Że nie śmiem licem skazić jej bezbronnych ustek,

I gdy dobranoc daję przy księżyca blasku

Albo jeśli w pokoju lampa jeszcze płonie,

Nie śmiem rozkryć mych piersi, z szyi odpiąć chustek,

Nim jej liskiem cyprysu oczu nie zasłonię.

A moi przyjaciele!... żałuję pośpiechu!...

Jeden, gdy ubóstwienie w oku moim czyta,

Ledwie zgryzioną wargą nie upuścił śmiechu,

I rzekł ziewając: „At sobie kobieta!”

Drugi przydał: „Jesteś dziecko!”...

Ach, ten to starzec z swoim przeklętym rozumem

Pewnie wydał nas zdradziecko!

coraz z większym pomieszaniem

Opowiedział na rynku, przed dziećmi, przed tłumem;

A ktoś z tych dziatek, albo z gawiedzi,

Przyszedł i księdzu wyznał na spowiedzi...

z największym obłąkaniem

Możeś ty mnie podstępnie badał na spowiedzi?

KSIĄDZ

I na cóż nam te zdrady, spowiedź i podstępy?

Chociaż się dziwnym kłębkiem twoja żałość gmatwa,

Lecz czyj wzrok na bieg czucia nie jest całkiem tępy,

Temu do wywikłania tajemnica łatwa.

PUSTELNIK

Prawda! lecz to są ludzkiej własności narowy67,

Że, co dzień cały w sercu tkwi boleśnie,

Na noc przechodzi do głowy:

Wtenczas człowiek sam nie wie, co rozplecie we śnie.

Dawno, dawno!... raz miałem przypadek ten samy.

Po pierwszym z nią widzeniu wróciwszy do domu

Poszedłem spać, ni słówka nie mówiąc nikomu.

Nazajutrz, gdy dzień dobry przyniosłem dla mamy:

„Co to jest, mówi do mnie, żeś taki pobożny?

Modlisz się przez noc całą, wzdychasz nieustannie

I litaniją mówisz o Najświętszej Pannie68”.

Zrozumiałem i na noc zamknąłem podwoje,

Ale teraz nie mogę być równie ostrożny.

Nie mam domu; gdzie przyjdę, tam posłanie moje,

A często przez sen gadam... w myślach jak na fali!

Ustawna burza, zawieja,

Błyśnie i zmierzchnie,

Mnóstwo się zarysów skleja,

W jakieś tworzydło ocali69,

I znowu pierzchnie.

Jeden tylko obrazek na zawsze wyryty,

Czy rzucam się na piasek i patrzę w głąb ziemną,

Błyszczy jak księżyc w wodzie odbity:

Nie mogę dostać, lecz błyszczy przede mną;

Czyli wzrokiem od ziemi strzelę na błękity,

Za moim wzrokiem dokoła

Płynie i postać anioła

Aż na górne nieba szczyty.

Potem jak orlik na żaglach pierza

patrząc w górę

Stanie w chmurze i z wysoka,

Nim sam upadnie na zwierza,

Już go zabił strzałą oka;

Nie wzrusza się i z lekka w jednym miejscu chwieje,

Jakby uplatany w sidło

Albo do nieba przybity za skrzydło:

Tak właśnie ona nade mną jaśnieje!

śpiewa

Czyli słońce światu płonie,

Czy noc wciąga szatę ciemną;

Jej wyglądam, za nią gonię,

Zawsze przy mnie, lecz nie ze mną!

Otóż, gdy ona stanie przed mymi oczyma,

A sam jestem na polu albo w gajów cieniu,

Na próżno każę milczeć, język nie dotrzyma,

Przemówię do niej słówko, nazwę po imieniu,

A zły człowiek podsłucha.

Tak właśnie dziś rano

Zdradliwie mię podsłuchano.

Ranek był... wraz opiszę.

Pamiętam dziś jeszcze,

Na kilka godzin pierwej wylały się deszcze,

W dolinach tuman na kształt prószącego śniegu,

A na łąkach zaranna połyska się rosa,

Gwiazdy w błękit tonęły po nocnym obiegu:

Jedna tylko nade mną świeci gwiazdka wschodnia,

Którą wtenczas widziałem, którą widzę co dnia.

Tam przy altanie

spostrzega się

cha! cha! pobiegłem z ukosa...

To nie o tym poranku! ha! szał romansowy!

Przeklęty zawrocie głowy!...

po pauzie przypomina

Był ranek; kiedy dumam, narzekam i jęczę,

Deszcz lał jak z wiadra, tęgi wicher dmuchał,

Utuliłem głowę w krzaczek...

z łagodnym uśmiechem

Ten ladaco mię podsłuchał...

Lecz nie wiem, czy tylko jęki,

Czy nawet imię podsłuchał;

Bo bardzo blisko był krzaczek.

KSIĄDZ

O biedny, biedny młodzieńcze!

Co mówisz? kto cię podsłuchał?

PUSTELNIK

poważnie

Kto? oto pewny robaczek maleńki,

Który pełzał tuż przy głowie,

Świętojański to robaczek.

Ach, jakie ludzkie stworzenie!

Przypełznął do mnie i powie

(Zapewne mię chciał pocieszyć):

„Biedny człowieku, po co to jęczenie?

Ej, dosyć rozpaczą grzeszyć!

Kto temu winien, że piękna dziewczyna,

Żeś czuły? nie twoja wina.

Patrz, mówił dalej robaczek,

Na iskrę, co ze mnie strzela

I cały objaśnia krzaczek.

Zrazu szukałem w niej chluby,

Teraz widzę, że będzie przyczyną mej zguby

I zbawi nieprzyjaciela.

Iluż to braci moich złe jaszczurki spasły70!

Kląłem więc ozdobę własną,

Która na mnie śmierć sprowadza,

Chcę, żeby te iskry zgasły;

Ale cóż robić? nie moja w tym władza,

I póki żyję, te iskry nie zgasną”.

po pauzie, pokazując na serce

Tak, póki żyję, te iskry nie zgasną!

DZIECI

A posłuchajcie... a jaki cud, jaki!

Tato, słyszałeś o cudzie?

Ksiądz odchodzi, ściskając ramionami.

Czy można, żeby robaki

Rozmawiały tak jak ludzie?

PUSTELNIK

Czemuż nie? chodź tu, malcze, pod kantorek,

Nachyl się i przyłóż uszko;

Tu biedna duszka prosi o troje paciorek71.

Aha, słyszysz, jak kołata?

DZIECKO

Tak tak, tak tak, tata, tata.

A dalibógże kołata,

Jak zegarek pod poduszką.

Co to jest? tata, tek, ta tek!

PUSTELNIK

Mały robaczek, kołatek,

A niegdyś wielki lichwiarz!

do kołatka

Czego żądasz duszko?

udaje głos

„Proszę o troje paciorek”.

A tuś mi, panie sknero! znałem się z tym dziadem,

Był moim bliskim sąsiadem;

Zakopawszy się do złota,

Zawaliwszy chatę drągiem,

Nie dbał, że w progu jęczy wdowa i sierota,

Nikogo nie obdarzył chlebem ni szelągiem.

Za życia dusza jego przy pieniędzy worku

Leżała na dnie w kantorku.

Za to i teraz po śmierci,

Nim słuszną karę odbierze w piekle,

Słyszycie, jak gryzie wściekle,

Jak świdruje i jak wierci.

Przecież, jeśli łaska czyja,

Mówcie trzy Zdrowaś Maryja.

Ksiądz wchodzi ze szklanką wody.

PUSTELNIK

coraz mocniej pomieszany

A co, słyszałeś pisk złego ducha?

KSIĄDZ

Przebóg, co się tobie plecie?

ogląda się

Nic nie ma, wszędzie noc głucha!

PUSTELNIK

Nadstaw tylko lepiej ucha.

do Dziecięcia

Chodź tu, chodź tu, moje dziecię!

Czy słyszałeś?

DZIECIĘ

Prawda, tato,

Coś tam gada.

PUSTELNIK

Cóż ty na to?

KSIĄDZ

Pójdźcie spać, dzieci, co się wam marzy,

Nic ani szaśnie, cicho wokoło.

PUSTELNIK

do Dzieci z uśmiechem

Nie dziw, głosu natury nie dosłyszą starzy!

KSIĄDZ

Mój bracie, weź wody w dłonie

I zmyj trochę twoje czoło,

Może ten zapał gwałtowny ochłonie.

PUSTELNIK

bierze i myje, tymczasem zegar zaczyna bić, po kilku uderzeniach Pustelnik upuszcza wodę i patrzy nieporuszony poważnie i ponuro

Oto dziesiąta wybija

Kur pieje.

I kur pierwsze daje hasło;

Czas ucieka, życie mija

Świeca jedna na stoliku gaśnie.

I pierwsze światło zagasło.

Jeszcze, jeszcze dwie godziny,

zaczyna drżeć

Jak mnie zimno!

Ksiądz tymczasem patrzy zdziwiony nieco na świecę.

Wiatr zimny świszcze przez szczeliny:

Jak tu zimno!

idzie do pieca

Gdzież jestem?

KSIĄDZ

W przyjaciela domu.

PUSTELNIK

przytomniej

Pewnie cię nastraszyłem o niezwykłej porze,

Do nieznanego miejsca, w dziwacznym ubiorze?

Musiałem wiele gadać? ach, nie mów nikomu!

Jestem biedny podróżny, z dalekich stron jadę.

ogląda się i przytomniej

W młodości jeszcze, na środku gościńca,

Napadł, odarł mię całkiem

z uśmiechem

skrzydlaty złoczyńca.

Nie mam sukien; co znajdę, to na siebie kładę.

obrywa liście i szaty poprawia; z żalem

Ach, odarł mię, odebrał wszystkie skarby świata;

Została przy mnie jedna niewinności szata!

KSIĄDZ

który ciągle patrzał na świecę, do Pustelnika

Uspokój się, dla Boga!

do Dzieci

Kto to zgasił świecę?

PUSTELNIK

Każdy cud chcesz tłumaczyć; biegaj do rozumu...

Lecz natura, jak człowiek, ma swe tajemnice,

Które nie tylko chowa przed oczyma tłumu,

z zapałem

Ale żadnemu księdzu i mędrcom nie wyzna!

KSIĄDZ

bierze za rękę

Synu mój!

PUSTELNIK

poruszony i zdziwiony

Synu! Głos ten jakby blaskiem gromu

Rozum mój z mroczącego wydobywa cienia!

wpatruje się

Tak, poznaję, gdzie jestem, w czyim jestem domu.

Tak, tyś mój drugi ojciec, to moja ojczyzna72!

Poznaję luby domek! jak się wszystko zmienia!

Dziatki urosły, ciebie przyprósza siwizna!

KSIĄDZ

pomieszany bierze świecę, wpatruje się

Jak to? znasz mię? to on!... nie... tak..., nie, być nie może!

PUSTELNIK

Gustaw.

KSIĄDZ

Gustaw! ty Gustaw!

ściska

Gustaw! wielki Boże!

Uczeń mój! syn mój!

GUSTAW

ściska, patrząc na zegar

Ojcze, jeszcze ściskać mogę!

Bo potem... wkrótce... zaraz pójdę w kraj daleki!

Ach, i ty będziesz musiał wybrać się w tę drogę,

Uściśniemy się wtenczas, ale już na wieki!

KSIĄDZ

Gustaw! skąd? kędyś? przebóg! tak długa wędrówka?

Gdzieś ty bywał dotychczas, przyjacielu młody?

Nie wiedzieć kędyś zniknął, jakbyś wpadł do wody,

Litery nie napisać, nie nakazać słówka?

Wszak to lat tyle... Gustaw! cóż się z tobą dzieje?

Ty niegdyś w mojej szkole ozdoba młodzieży,

Na tobie najpiękniejszem zakładał nadzieje;

Czy można tak się zgubić? w jakiejże odzieży?

GUSTAW

z gniewem

Starcze! a gdy ja zacznę oskarżać nawzajem,

Przeklinać twe nauki, na sam widok zgrzytać?

Ty mnie zabiłeś! — ty mnie nauczyłeś czytać!

W pięknych księgach i pięknym przyrodzeniu czytać!

Ty dla mnie ziemię piekłem zrobiłeś

z żalem i uśmiechem

i rajem!

mocniej i ze wzgardą

A to jest tylko ziemia!

KSIĄDZ

Co słyszę? o Chryste!

Ja ciebie chciałem zgubić? mam sumnienie czyste!

Kochałem cię jak syna!

GUSTAW

I dlatego właśnie

Daruję ci!

KSIĄDZ

Ach! o nic nie prosiłem Boga,

Jak abym cię raz jeszcze na życiu obaczył!

GUSTAW

uściska

Uściśnijmy się jeszcze

patrzy na świecę

nim druga zagaśnie.

Pan Bóg do twojej prośby przychylić się raczył.

Lecz już późno,

patrzy na zegar

a długa do przebycia droga!

KSIĄDZ

Chociam mocno ciekawy słyszeć twe przygody,

Lecz teraz potrzebujesz spoczynku i wczasu. Jutro...

GUSTAW

Dziękuję, przyjąć nie mogę gospody,

Bo już mi na zapłatę nie staje zapasu.

KSIĄDZ

Jak to?

GUSTAW

O! tak! przeklęci, którzy nic nie płacą!

Za wszystko trzeba płacić: lub wzajemną pracą,

Albo wdzięcznym uczuciem, datkiem jednej łezki,

Za którą znowu Ojciec odpłaci niebieski.

Ale ja, przebłądziwszy te kraje pamiątek,

Gdzie tyle łez zabiera każdy znany kątek,

I resztę uczuć, i łzy wylałem ostatnie,

A nowych długów nie chcę zaciągać bezpłatnie.

po pauzie

Niedawno odwiedzałem dom nieboszczki matki,

Ledwie go poznać mogłem! już ledwie ostatki!

Kędy spojrzysz, — rudera, pustka i zniszczenie!

Z płotów koły, z posadzek wyjęto kamienie,

Dziedziniec mech zarasta, piołun, ostu zioła,

Jak na smętarzu w północ, milczenie dokoła!

O, inny dawniej bywał przyjazd mój w te bramy;

Po krótkim oddaleniu gdym wracał do mamy,

Już mię dobre życzenia spotkały z daleka,

Życzliwa domu czeladź aż za miastem czeka,

Na rynek siostry, bracia wybiegają mali,

„Gustaw! Gustaw!” wołają, pojazd zatrzymali:

Lecą nazad, gościńca wziąwszy po pierogu;

Mama z błogosławieństwem czeka mię na progu,

Wrzask współuczniów, przyjaciół, ledwo nie zagłuszy!...

Teraz pustka, noc, cichość, ani żywej duszy!

Słychać tylko psa hałas i coś na kształt stuku:

Ach! tyż to, psie nasz wierny, nasz poczciwy Kruku!

Stróżu i niegdyś całej kochanku rodziny,

Z licznych sług i przyjaciół tyś został jedyny!

Choć głodem przemorzony i skurczony laty,

Pilnujesz wrót bez zamka i bez panów chaty.

Kruku mój! pójdź tu, Kruku! Bieży, staje, słucha,

Skacze na piersi, wyje i pada bez ducha!...

Ujrzałem światło w oknach: wchodzę, cóż się dzieje?

Z latarnią, z siekierami plądrują złodzieje,

Burząc do reszty świętej przeszłości ostatki!

W miejscu, gdzie stało niegdyś łoże mojej matki,

Złodziej rąbał podłogę i odrywał cegły,

Chwyciłem, zgniotłem, — oczy na łeb mu wybiegły!

Siadam na ziemi płacząc; w przedporannym mroku

Ktoś nasuwa się, kijem podpierając kroku.

Kobieta w reszcie stroju, schorzała, wybladła,

Bardziej do czyscowego podobna widziadła;

Gdy obaczy straszliwą marę w pustym gmachu,

Żegnając się i krzycząc słania się z przestrachu.

Nie bój się! Pan Bóg z nami! ktoś, moja kochana?

Czego po domu pustym błąkasz się tak z rana?

„Jestem biedna uboga, ze łzami odpowie;

W tym domu niegdyś moi mieszkali panowie;

Dobrzy panowie, niech im wieczny pokój świeci!

Ale Pan Bóg nie szczęścił dla nich i dla dzieci:

Pomarli, dom ich pustką, upada i gnije,

O paniczu nie słychać, pewnie już nie żyje”.

Krwią mnie serce zabiegło, wsparłem się u proga...

Ach! więc wszystko minęło?

KSIĄDZ

Prócz duszy i Boga!

Wszystko minie na ziemi: szczęście i niedole.

GUSTAW

Ileż znowu pamiątek w twoim domku, w szkole!

Tum z dziećmi na dziedzińcu przesypywał piasek,

Po gniazda ptasze w tamten biegaliśmy lasek,

Kąpielą była rzeczka u okien ciekąca,

Po błoniach z studentami graliśmy w zająca.

Tam do gaju chodziłem w wieczór lub przede dniem,

By odwiedzić Homera, rozmówić się z Tassem73

Albo oglądać Jana zwycięstwo pod Wiedniem74.

Wnet zwoływam spółuczniów, szykuję pod lasem;

Tu krwawe z chmur pohańskich świecą się księżyce,

Tam Niemców potrwożonych następują roty;

Każę wodze ukrócić, w toku złożyć groty,

Wpadam, a za mną szabel polskich błyskawice!

Przerzadzają się chmury, wrzask o gwiazdy bije,

Gradem lecą turbany i obcięte szyje,

Janczarów75 zgraja pierzchła lub do piasku wbita,

Zrąbaną z koni jazdę rozniosły kopyta.

Aż pod wał trzebim drogę!... ten wzgórek był wałem.

Tam ona wyszła patrzeć na igraszkę dzieci,

Tam, gdy ją przy chorągwi Proroka ujrzałem,

Natychmiast umarł we mnie Godfred i Jan Trzeci.

Odtąd wszystkich spraw moich, chęci, myśli panią,

Ach, odtąd dla niej tylko, o niej, przez nią, za nią!

Jej pełne dotąd jeszcze wszystkie okolice:

Tu po raz pierwszy boskie obaczyłem lice,

Tu mnie pierwszej rozmowy uczciła wyrazem,

Tutaj, na wzgórku, Russa76 czytaliśmy razem;

Altankę jej pod tymi uwiązałem chłody,

Z tych lasów przynosiłem kwiateczki, jagody,

Z tych zdrojów, stojąc przy mnie, wywabiała wędką

Srebrnopiórego karpia, pstrąga z kraśną cętką;

A dziś!...

płacze

KSIĄDZ

Płacz; lecz niestety, boleść przypomnienia

Nas samych trawi, a nic wkoło nas nie zmienia!

GUSTAW

Dzisiaj po latach tylu, po takiej przemianie,

Na miejscach najszczęśliwszych, w najsmutniejszym stanie!

Gdybyś wziął martwy kamień, z którym igra dziecię,

I gdybyś z tym kamieniem obchodził po świecie,

A potem, do Ojczyzny wróciwszy z daleka,

Ten sam kamień, dla tegoż samego człowieka,

Co nim kiedyś jak dziecko igrał przy piastunie,

Dziś dla starca zmarłego dał pod głowę w trunie;

Gdyby z tego kamienia gorzka łza nie ciekła,

Księże, kamień bez sądu rzuć prosto do piekła!

KSIĄDZ

O! łza ta nie jest gorzka, gdy w obecne troski

Przypomnianego szczęścia miesza nektar boski;

Czułość ją u ludzkości wylewa ołtarza.

Gorzką truciznę sączą tylko łzy zbrodniarza.

GUSTAW

Słuchaj, powiem coś jeszcze... Byłem i w ogrodzie,

Pod tęż porę, w jesieni, przy wieczornym chłodzie,

Też same cieniowane chmurami niebiosa,

Tenże bladawy księżyc i kroplista rosa,

I tuman na kształt z lekka prószącego śniegu;

I gwiazdy toną w błękit po nocnym obiegu,

I taż sama nade mną świeci gwiazdka wschodnia,

Którą wtenczas widziałem, którą widzę co dnia;

W tychże miejscach toż samo uczucie paliło.

Wszystko było jak dawniej — tylko jej nie było!

Podchodzę ku altance, jakiś szmer u wniścia,

To ona?... Nie! to wietrzyk zżółkłe strząsał liścia.

Altano! mego szczęścia kolebko i grobie,

Tum poznał, tum pożegnał!... ach! com uczuł w tobie!

To miejsce może wczora było jej siedzeniem,

Ona wczora tym samym oddychała tchnieniem!

Słucham, oglądam wkoło, próżno wzrok się błąka,

Małegom tylko ujrzał nad sobą pająka,

Z listka wisząc, u słabej kołysał się nici,

Ja i on równie słabo do świata przybici!

Oparłem się o drzewo, wtem na końcu ławki

Widzę bukiety, trawkę, listek pośród trawki,

Tenże sam listek, listka mojego połowa,

dobywa listek

Który mi przypomina ostatnie: bądź zdrowa!

To mój dawny przyjaciel, czulem go powitał,

Długo z nim rozmawiałem i o wszystkom pytał:

Jak ona rano wstaje? czym się bawi z rana?

Jaką piosnkę najczęściej gra u fortepiana?

Do jakiego wybiega na przechadzkę zdroju?

W jakim najczęściej lubi bawić się pokoju?

Czy na moje wspomnienie rumieni się skromnie?

Czy sama czasem nie chcąc nie wspomina o mnie?...

Lecz co słyszę! o straszna ciekawości karo!

ze złością uderza się w czoło

Kobieta!...

śpiewa

Naprzód!...

urywa i do Dzieci

Dzieci! znacie piosnkę starą?

śpiewa

Naprzód ciebie wspomina

Co chwila, co godzina.

CHÓR DZIECI

Jakże kocha dziewczyna,

Co chwilę przypomina.

GUSTAW

Potem po razu co dnia,

A potem co tygodnia.

CHÓR DZIECI

Jakże czuła dziewczyna,

Co tydzień przypomina!

GUSTAW

A potem co miesiąca

Z początku albo z końca.

CHÓR DZIECI

Jakże dobra dziewczyna,

Co miesiąc przypomina!

GUSTAW

Biegną wody potoku,

Pamięć nie w naszej mocy:

Już tylko raz co roku,

Około Wielkiejnocy.

CHÓR DZIECI

Jaka grzeczna dziewczyna,

Jeszcze co rok wspomina!

GUSTAW

Więc

pokazując listek

ostatni przeszłości odrzuciła szczątek!

Więc już jej moich nosić nie wolno pamiątek!...:

Wychodziłem z ogrodu, krok mię własny zdradza,

Pod pałac niewidoma ciągnęła mię władza.

Tysiąc ogniów północne rozpędza ciemnoty,

Słychać wrzaski pojezdnych i karet tarkoty.

Już jestem blisko ściany, skradam się pomału,

Wciskam oczy ciekawe w podwoje z kryształu,

Wszystkie stoły nakryto, wszystkie drzwi przymknięto77;

Muzyka, śpiewy — jakieś obchodzono święto!

Toast!... słyszałem imię... ach, nie powiem czyje!

Jakiś głos nieznajomy wykrzyknął: „Niech żyje!”

„Niech żyje!” z ust tysiąca zabrzmiały te słowa;

Tak, niech żyje!... i z cicha przydałem: bądź zdrowa!

Wtem (o, gdy mię wspomnienia same nie zabiją!) Ksiądz wyrzekł drugie imię78 i krzyknął: „Niech żyją!”

wpatruje się jakby we drzwi

Ktoś dziękuje z uśmiechem... znam głos... pewnie ona.

Nie wiem pewnie... nie mogę widzieć za zwierciadłem,

Wściekłość mię oślepiła, poparłem79 ramiona,

Chciałem szyby rozsadzić... i bez duszy padłem...

po pauzie

Myślałem, że bez duszy... tylko bez rozumu!

KSIĄDZ

Nieszczęsny! dobrowolnych szukałeś męczarni.

GUSTAW

Jak trup samotny, obok weselnego tłumu,

Leżałem na zroszonej gorzkim płaczem darni:

Sprzeczność ostatnich w świecie pieszczot i męczarni!

Przebudzony, ujrzałem krwawy promyk wschodu.

Czekam chwilę: już nigdzie blasku ani szumu.

Ach, ta chwila jak piorun, a jak wieczność długa!

Na strasznym chyba sądzie taka będzie druga!

po pauzie z wolna

Wtem anioł śmierci wywiódł z rajskiego ogrodu80!

KSIĄDZ

I na cóż ból rozdrażniać w przygojonej ranie?

Synu mój, jest to dawna, lecz słuszna przestroga,

Że kiedy co się stało i już nie odstanie,

Potrzeba w tym uznawać wolą Pana Boga.

GUSTAW

z żalem

O nie! nas Bóg urządził ku wspólnemu życiu,

Jednakowa nam gwiazda świeciła w powiciu,

Równi, choć różnych zdarzeń wykształceni ciekiem,

Postawą sobie bliscy, jednostajni wiekiem,

Ten sam powab we wszystkim, toż samo niechcenie,

Też same w myślach składnie i w czuciach płomienie.

Gdy nas wszędzie tożsamość łączy niedościgła,

Bóg osnuł przyszłe węzły,

z żalem największym

a tyś je rozstrzygła81!

mocniej, gniewny

Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!

Postaci twojej zazdroszczą anieli,

A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!...

Przebóg! tak ciebie oślepiło złoto!

I honorów świecąca bańka, wewnątrz pusta!

Bodaj!... Niech, czego dotkniesz, przeleje się w złoto82;

Gdzie tylko zwrócisz serce i usta,

Całuj, ściskaj zimne złoto!

Ja, gdybym równie był panem wyboru,

I najcudniejsza postać dziewicza,

Jakiej Bóg dotąd nie pokazał wzoru,

Piękniejsza niżli aniołów oblicza,

Niżli sny moje, niżli poetów zmyślenia,

Niżli ty nawet... oddam ją za ciebie,

Za słodycz twego jednego spojrzenia!

Ach, i gdyby w posagu

Płynęło za nią wszystkie złoto Tagu83,

Gdyby królestwo w niebie,

Oddałbym ją za ciebie!

Najmniejszych względów nie zyska ode mnie,

Gdyby za tyle piękności i złota

Prosiła tylko, ażeby jej luby

Poświęcił małą cząstkę żywota,

Którą dla ciebie całkiem poświęca daremnie!

Gdyby prosiła o rok, o pół roka,

Gdyby jedna z nią pieszczota,

Gdyby jedno mgnienie oka,

Nie chcę! nie! i na takie nie zezwolę śluby.

surowo

A ty sercem oziębłym, obojętną twarzą,

Wyrzekłaś słowo mej zguby

I zapaliłaś niecne ogniska,

Którymi łańcuch wiążący nas pryska,

Które się wiecznym piekłem między nami żarzą,

Na moje wieczne męczarnie!

Zabiłaś mię, zwodnico! Nieba cię ukarzą,

Sam ja... nie puszczę bezkarnie,

Idę, zadrżyjcie, odmieńce!

dobywa sztylet i ze wściekłą ironią

Błyskotkę niosę dla jasnych panów!

Ot, tym wina utoczę na ślubne toasty...

Ha! wyrodku niewiasty!

Śmiertelne ścisnę wokoło szyi twojej wieńce!

Idę jak moję własność do piekła zagrabić, Idę!...

wstrzymuje się i zamyśla

O nie! nie... nie... żeby ją zabić,

Trzeba być trochę więcej niż pierwszym z szatanów!

Precz to żelazo!

chowa

niech ją własna pamięć goni,

Ksiądz odchodzi.

Niech ją sumienia sztylety ranią!

Pójdę, lecz pójdę bez broni,

Pójdę tylko spojrzeć na nią.

W salach, gdzie te od złota świecące pijaki

Przy godowym huczą stole!

Ja w tej rozdartej sukni, z tym liściem na czole,

Wnijdę i stanę przy stole...

Zdziwiona zgraja od stołu powstała,

Przepijają do mnie zdrowiem,

Proszą mię siedzieć: ja stoję jak skała,

Ani słowa nie odpowiem.

Plączą się skoczne kręgi przy śpiewach i brzęku,

Prosi mię w taniec drużba godowa,

A ja z ręką na piersiach, z listkiem w drugim ręku,

Nie odpowiem ani słowa! wtem ona z swoim anielskim urokiem,

„Gościu mój, rzecze, pozwól! niech się dowiem,

Skąd przychodzisz, kto jesteś?” — Ja nic nie odpowiem;

Tylko na nią cisnę okiem,

Ha! okiem! okiem jadowitej żmije,

Całe piekło z mych piersi przywołam do oka;

Niech będzie ślepą, martwą jak opoka,

Na wskroś okiem przebiję!

Wgryzę się jak piekielny dym pod jej powieki

I w głowie utkwię na wieki,

Będę jej myśli czyste przez cały dzień brudził

I w nocy ją ze snu budził.

powolniej, z czułością

A ona tak jest czuła, tak łacno dotkliwa84,

Jako na trawce wiosenne puchy,

Które lada zefiru zwiewają podmuchy

I lada rosa obrywa.

Każde wzruszenie moje natychmiast ją wzruszy,

Każdy przyostry wyraz zadraśnie;

Od cienia smutku mego jej wesołość gaśnie:

Tak znaliśmy nawzajem czucia wspólnej duszy,

Co jedno pomyśliło, już drugie odgadło.

Całą istnością połączeni ścisło,

Spojrzawszy tylko na twarzy zwierciadło,

Serce nasze jak w czystym widzieliśmy stoku.

Jakie tylko uczucie na mych oczach błysło,

Natychmiast lotem promyka

Aż do jej serca przenika,

I na powrót błyszczy w oku.

Ach tak! tak ją kochałem! pójdęż teraz trwożyć

I na kochanka larwę85 potępieńca włożyć?

Po co? czego chcę od niej? o zazdrości podła!

I jakież są jej grzechy?

Czyli mię słówkiem dwuznacznym podwiodła?

Czy wabiącymi łowiła uśmiechy

Albo kłamliwe układała lice?

I gdzież są jej przysięgi, jakie obietnice?

Miałemże od niej choć przez sen nadzieję?

Nie! nie! sam urojone żywiłem mamidła,

Sam przyprawiłem jady, od których szaleję!

Po cóż ta wściekłość? jakie do niej prawa?

Co za moją wzgardzoną przemawia osobą?

Gdzie wielkie cnoty? świetne czyny? sława?

Nic, nic! ach, jednę miłość mam za sobą!

Znam to; nigdym śmiałymi nie zgrzeszył zapędy,

Nie prosiłem, ażeby była mnie wzajemną:

Prosiłem tylko o maleńkie względy,

Tylko żeby była ze mną,

Choćby jak krewna z krewnym, jak siostrzyczka z bratem,

Bóg świadkiem, przestałbym na tem.

Gdybym mówił: widzę ją, widziałem ją wczora, jutro widzieć będę;

Z nią z rana, w dzień koło niej, koło niej z wieczora,

Oddam pierwszy dzień dobry, u stołu z nią siędę —

Ach, jak byłbym szczęśliwy!

po pauzie

Zapędzam się marnie.

Ty pod zazdrosnych oczu, chytrych żądeł strażą!

Ani obaczyć nie wolno bezkarnie.

Pożegnać, porzucić każą... Umrzeć!...

z żalem

Kamienni ludzie! wy nie wiecie,

Jak ciężka śmierć pustelnika!

Konając patrzy na świat, sam jeden na świecie!

Dłoń mu przychylna powiek nie zamyka!

Żałobne grono łoża nie otoczy,

Nikt nie pójdzie za trumną do wieczności domu,

Garsteczki piasku nie rzuci na oczy,

Zapłakać nie masz komu!

O, gdybym mógł choć przez sen pokazać się tobie,

Gdybyś na mojej pamiątkę męki

Jeden przynajmniej dzionek chodziła w żałobie,

Przypięła jednę czarną wstążkę do sukienki!...

Może spojrzysz ukradkiem... i łezka boleści...

I pomyślisz westchnąwszy: ach, on mię tak kochał!

z dziką ironią

Stój, stój, żałosne pisklę!.. precz, wrzasku niewieści!

Będęż, jak dziecko szczęścia, umierając szlochał?

Wszystko mi, wszystko niebiosa wydarły,

Lecz reszty dumy nie mogą odebrać!

Żywy, o nic przed nikim nie umiałem żebrać,

Żebrać litości nie będę umarły!

z determinacją

Rób, co chcesz, jesteś woli swojej panią,

Zapomnij... ja zapomnę!

pomieszany

wszak już zapomniałem?

zamyślony

Jej rysy... coraz ciemniej... tak, już się zatarły!

Już ogarniony wieczności otchłanią

Doczesnym pogardzam szałem...

pauza

Ach, wzdycham! czegóż wzdycham? ha! westchnąłem za nią,

Nie! nie mogę zapomnieć o niej i umarły.

Wszakże ją widzę, wszak tu, o, tu stoi!

Płacze nade mną... jaka łezka szczera!

z żalem

Płacz, moja luba, twój Gustaw umiera!

z determinacją

No, dalej, śmiało, Gustawie!

podnosi sztylet

z żalem

Nie bój się, luba, on się nic nie boi!

Czego żałujesz, on nic z sobą nie zabiera!

Tak! wszystko! wszystko tobie zostawię,

Zostawię życie, i świat, i rozkosze,

z wściekłością

I twego86!... wszystko... o nic... ani łzy nie proszę!

do Księdza, który wchodzi ze służącemi

Słuchaj ty... jeśli [cię] kiedy obaczy...

z wzmagającą się gwałtownością

Pewna nadludzka dziewica... kobiéta,

I jeśli ciebie zapyta,

Z czego umarłem? nie mów, że z rozpaczy;

Powiedz, że byłem zawsze rumiany, wesoły,

Żem ani wspomniał nigdy o kochance,

Że sobie grałem w karty, piłem z przyjacioły...

Że ta pijatyka... tańce mi się w tańcu... ot

uderza nogą

skręciła noga.

Z tego umarłem...

przebija się

KSIĄDZ

Jezus, Maria! bój się Boga!

chwyta za rękę, Gustaw stoi; zegar zaczyna bić

GUSTAW

pasując się ze śmiercią, patrzy na zegar

Łańcuch szeleści... Jednasta wybija!

KSIĄDZ

Gustawie!

Kur pieje drugi raz.

GUSTAW

To drugie hasło!

Czas ucieka, życie mija!

Zegar kończy bić, świeca druga gaśnie.

I drugie światło zagasło!

Koniec boleści!...

dobywa sztylet i chowa

KSIĄDZ

Ratujcie, przebóg, może jaka rada!

Ach, już, już kona, wbił do rękojeści,

Padł ofiarą szaleństwa!

GUSTAW

z zimnym uśmiechem

Przecież nie upada!

KSIĄDZ

chwyta za rękę

O zbrodnio! Boże, odpuść... Gustawie! Gustawie!

GUSTAW

Zbrodnia taka nie może popełniać się co dzień,

Daj pokój próżnej obawie;

Stało się — osądzono — tylko dla nauki

Scenę boleści powtórzył zbrodzień.

KSIĄDZ

Jak to? co to jest?

GUSTAW

Czary, omamienie, sztuki.

KSIĄDZ

Ach! włosy mi się jeżą; drżą pode mną nogi,

W imię Ojca i Syna! co to wszystko znaczy?

GUSTAW

patrząc na zegar

Wybiło dwie godziny: miłości, rozpaczy,

A teraz następuje godzina przestrogi.

KSIĄDZ

chce go sadzić

Usiądź, połóż się, oddaj zabójcze narzędzie,

Pozwól rany opatrzyć —

GUSTAW

Daję tobie słowo,

Że aż do dnia sądnego sztylet w pochwach będzie.

O ranach próżna troska, wszak wyglądam zdrowo?

KSIĄDZ

Jak Bóg na niebie, nie wiem, co to...

GUSTAW

Skutki szału,

Albo może kuglarstwo? — Są kosztowne bronie,

Których ostrze przenika i aż w duszy tonie;

Przecież widomie nie uszkodzą ciału.

Taką bronią po dwakroć zostałem przebity...

po pauzie z uśmiechem

Taką bronią za życia są oczy kobiéty,

ponuro

A po śmierci grzesznika cierpiącego skrucha!

KSIĄDZ

W imię Ojca i Syna i Świętego Ducha!

Czego stoisz jak martwy? zaglądasz na stronę?

Ach, oczy!... przebóg, jakby bielmem powleczone!

Puls ustał... ręce twoje zimne jak żelazo!

Co to wszystko ma znaczyć?

GUSTAW

O tym inną razą!

Słuchaj, jakie mię na świat zamiary przywiodły.

Kiedy wchodząc do ciebie stanąłem u progu,

Pamiętam, że z dziatkami odprawiałeś modły,

Któreś za dusze zmarłe ofiarował Bogu.

KSIĄDZ

chwyta krucyfiks

Prawda, zaraz dokończym...

ciągnie Dzieci do siebie

GUSTAW

No, przyznaj się szczerze,

Czy wierzysz w piekło, w czyściec?...

KSIĄDZ

Ja we wszystko wierzę,

Cokolwiek w Piśmie Świętym Chrystus nam ogłasza

I w co zaleca wierzyć Kościół, matka nasza.

GUSTAW

I w co twoje pobożne wierzyły pradziady?

Ach, najpiękniejsze święto, bo święto pamiątek,

Za cóż zniosłeś dotychczas obchodzone Dziady?

KSIĄDZ

Ta uroczystość ciągnie z pogaństwa początek;

Kościół mnie rozkazuje i nadaje władzę

Oświecać lud, wytępiać reszty zabobonu.

GUSTAW

pokazując na ziemię

Jednak proszę przeze mnie, i ja szczerze radzę,

Przywrócić nam Dziady. Tam, u Wszechmocnego tronu,

Kędy nasz żywot ścisłe odważają szale,

Tam większym jest ciężarem łza jednego sługi,

Którą szczerze wyleje nad tobą u zgonu,

Niż kłamliwe po drukach rozgłaszane żale,

Płatny orszak i kirem powleczone cugi.

Jeśli, żałując śmierci dobrego dziedzica,

Lud zakupioną świecę stawia mu na grobie,

W cieniach wieczności jaśniej błyszczy się ta świéca

Niż tysiąc lamp w niechętnej palonych żałobie.

Jeśli przyniesie miodu plastr i skromne mleko

I garścią mąki grobowiec posypie:

Lepiej posili duszę, o! lepiej daleko,

Niż krewni modnym balem wydanym na stypie.

KSIĄDZ

Ani słowa. Lecz Dziady, te północne schadzki

Po cerkwiach, pustkach lub zimnych pieczarach,

Pełen guślarstwa obrzęd świętokradzki,

Pospólstwo nasze w grubej utwierdza ciemnocie;

Stąd dziwaczne powieści, zabobonów krocie

O nocnych duchach, upiorach i czarach.

GUSTAW

Więc żadnych nie ma duchów?

z ironią

Świat ten jest bez duszy?

Żyje, lecz żyje tylko jak kościotrup nagi,

Który lekarz tajemną sprężyną rozruszy;

Albo jest to coś na kształt wielkiego zegaru,

Który obiega popędem ciężaru?

z uśmiechem

Tylko nie wiecie, kto zawiesił wagi!

O kołach, o sprężynach rozum was naucza;

Lecz nie widzicie ręki i klucza!

Gdyby z twych oczu ziemskie odpadło nakrycie,

Obaczyłbyś niejedno wkoło siebie życie,

Umarłą bryłę świata pędzące do ruchu.

do Dzieci, które wchodzą

Dzieci, chodźcie pod kantorek.

do kantorka

Czego potrzebujesz, duchu?

GŁOS Z KANTORKA

Proszę o troje paciorek.

KSIĄDZ

przerażony

W imię Ojca... niech biega... Altarystę87 zbudzi,

Słowo stało się ciałem!... zawołajcie ludzi!...

GUSTAW

Wstydź się, wstydź się, mój ojcze, gdzie rozum? gdzie wiara?

Krzyż jest mocniejszy niżli wszyscy ludzie twoi,

A kto się Boga boi, ten się nic nie boi.

KSIĄDZ

Mów, czego potrzebujesz... ach, to upiór! mara!

GUSTAW

Ja! nic nie potrzebuję, jest potrzebnych88 tylu!

łowi koło świecy motyla

A tuś mi, panie motylu!

do Księdza, pokazując motyla

Ten migający wkoło oćmy89 rój skrzydlaty

Za życia gasił każdy promyczek oświaty,

Za to po strasznym sądzie ciemność ich zagarnie;

Tymczasem z potępioną błąkając się duszą,

Chociaż nie lubią światła, w światło lecieć muszą,

To są dla ciemnych duchów najsroższe męczarnie!

Patrzaj, ów motyl, strojny barwionymi szaty,

Był jakiś królik90 albo pan bogaty,

I wielkim skrzydeł roztworem

Zaciemiał miasta, powiaty.

Ten drugi, mniejszy, czarny i pękaty,

Był książek głupim cenzorem

I przelatując sztuk nadobne kwiaty,

Oczerniał każdą piękność, którą tylko zoczył,

Każdą słodkość zatrutym wysysał ozorem

Albo przebijał do ziemi środka,

I nauk ziarno z samego zarodka

Gadziny zębem roztoczył...

Ci znowu, w licznym snujący się gwarze,

Są dumnych pochlebnisie, czernideł pisarze.

Na jakie pan ich gniewał się zagony,

Tam przeklęta chmura leci,

I czy ledwie wschodzące, czy dojrzałe plony

Jako sarańcza91wybija.

Za tych wszystkich, moje dzieci,

Nie warto zmówić i Zdrowaś Maryja.

Są inne, słuszniej godne litości istoty,

A między nimi twoi przyjaciele, ucznie,

Których ty wyobraźnią w górne pchnąłeś loty,

Których wrodzony ogień podniecałeś sztucznie.

Jaką, żyjąc, pokutę mieli za swe winy,

Oznajmiłem, wieczności przestąpiwszy progi:

Życie moje ścisnąłem w krótkie trzy godziny

I znowu wycierpiałem dla twojej przestrogi.

Im więc nieś ulgę prośbą i mszalną ofiarą;

Dla mnie oprócz wspomnienia nic więcej nie proszę.

Za grzech mój życie było dostateczną karą,

A dziś, nie wiem, nagrodę czy pokutę znoszę.

Bo kto na ziemi rajskie doznawał pieszczoty,

Kto znalazł drugą swojej połowę istoty,

Kto nad świeckiego życia wylatując krańce,

Duszą i sercem gubi się w kochance,

Jej tylko myślą myśli, jej oddycha tchnieniem,

Ten i po śmierci również własną bytność traci,

I przyczepiony do lubej postaci,

Jej tylko staje się cieniem.

Jeśli, żyjąc, świętemu był uległy panu,

Niebieską z nim chwałę dzieli;

Albo ze złym do wiecznej strącony topieli,

Jest bolesnego wspólnikiem stanu.

Na szczęście Bóg mię zrobił poddanym anioła,

Dla niej i dla mnie przyszłość śmieje się wesoła.

Tymczasem, jak cień błądząc przy kochanych wdziękach,

Bywam albo w niebiosach, albo w piekła mękach.

Gdy ona wspomni, westchnie i łezkę wyleje,

Zbliżam się do usteczek, biały włos rozwieję,

Zmieszam się z odetchnieniem i przeniknę ciebie,

I jestem w niebie!

Lecz kiedy!... oh, czujecie, wy, coście kochali!

Jakim zawiść ogniem pali!...

Długo jeszcze po świecie błąkać się potrzeba,

Aż ją Bóg w swoje objęcie powoła;

Natenczas śladem lubego anioła

I cień mój błędny wkradnie się do nieba.

Zegar zaczyna bić.

śpiewa

Bo słuchajcie i zważcie u siebie,

Że według bożego rozkazu:

Kto za życia choć raz był w niebie,

Ten po śmierci nie trafi od razu.

Zegar kończy bić, kur pieje, lampa przed obrazem gaśnie, Gustaw znika92.

CHÓR

Bo słuchajmy i zważmy u siebie,

Że według bożego rozkazu:

Kto za życia choć raz był w niebie,

Ten po śmierci nie trafi od razu.

Dziadów część III

Świętej pamięci

JANOWI SOBOLEWSKIEMU93

CYPRIANOWI DASZKIEWICZOWI94

FELIKSOWI KÓŁAKOWSKIEMU95

spółuczniom, spółwięźniom, spółwygnańcom

za miłość ku ojczyźnie prześladowanym,

z tęsknoty ku ojczyźnie zmarłym

w Archangielsku, na Moskwie, w Petersburgu —

narodowej sprawy męczennikom

poświęca Autor

[PRZEDMOWA]

Polska od pół wieku przedstawia widok z jednej strony tak ciągłego, niezmordowanego i niezbłaganego okrucieństwa tyranów, z drugiej tak nieograniczonego poświęcenia się ludu i tak uporczywej wytrwałości, jakich nie było przykładu od czasu prześladowania chrześcijaństwa. Zdaje się, że królowie mają przeczucie Herodowe o zjawieniu się nowego światła na ziemi i o bliskim swoim upadku, a lud coraz mocniej wierzy w swoje odrodzenie się i zmartwychwstanie.

Dzieje męczeńskiej Polski obejmują wiele pokoleń i niezliczone mnóstwo ofiar; krwawe sceny toczą się po wszystkich stronach ziemi naszej i po obcych krajach. — Poema, które dziś ogłaszamy, zawiera kilka drobnych rysów tego ogromnego obrazu, kilka wypadków z czasu prześladowania podniesionego przez Imperatora Aleksandra96.

Około roku 1822 polityka Imperatora Aleksandra, przeciwna wszelkiej wolności, zaczęła się wyjaśniać, gruntować i pewny brać kierunek. W ten czas podniesiono na cały ród polski prześladowanie powszechne, które coraz stawało się gwałtowniejsze i krwawsze. Wystąpił na scenę pamiętny w naszych dziejach senator Nowosilcow97. On pierwszy instynktową i zwierzęcą nienawiść rządu rosyjskiego ku Polakom wyrozumował jak zbawienną i polityczną, wziął ją za podstawę swoich działań, a za cel położył zniszczenie polskiej narodowości. W ten czas całą przestrzeń ziemi od Prosny aż do Dniepru i od Galicji do Bałtyckiego morza zamknięto i urządzono jako ogromne więzienie. Całą administracją98 nakręcono jako jedną wielką Polaków torturę, której koło obracali carewicz Konstanty99 i senator Nowosilcow.

Systematyczny Nowosilcow wziął naprzód na męki dzieci i młodzież, aby nadzieje przyszłych pokoleń w zarodzie samym wytępić. Założył główną kwaterę katowstwa w Wilnie, w stolicy naukowej prowincji litewsko-ruskich. Były wówczas między młodzieżą uniwersytetu różne towarzystwa literackie100, mające na celu utrzymanie języka i narodowości polskiej, Kongresem Wiedeńskim101 i przywilejami Imperatora zostawionej Polakom. Towarzystwa te, widząc wzmagające się podejrzenia rządu, rozwiązały się wprzód jeszcze, nim ukaz zabronił ich bytu. Ale Nowosilcow, chociaż w rok po rozwiązaniu się towarzystw przybył do Wilna, udał przed Imperatorem, że je znalazł działające; ich literackie zatrudnienia wystawił jako wyraźny bunt przeciwko rządowi, uwięził kilkaset młodzieży i ustanowił pod swoim wpływem trybunały wojenne na sądzenie studentów. W tajemnej procedurze rosyjskiej oskarżeni nie mają sposobu bronienia się, bo często nie wiedzą, o co ich powołano102: bez zeznania nawet komisja według woli swojej jedne przyjmuje i w raporcie umieszcza, drugie uchyla. Nowosilcow, z władzą nieograniczoną od carewicza Konstantego zesłany, był oskarżycielem, sędzią i katem.

Skasował kilka szkół w Litwie, z nakazem, aby młodzież do nich uczęszczającą uważano za cywilnie umarłą, aby jej do żadnych posług obywatelskich, na żadne urzędy nie przyjmowano i aby jej nie dozwolono ani w publicznych, ani w prywatnych zakładach kończyć nauk. Taki ukaz, zabraniający uczyć się, nie ma przykładu w dziejach i jest oryginalnym rosyjskim wymysłem. Obok zamknienia szkół, skazano kilkudziesięciu studentów do min103 sybirskich, do taczek, do garnizonów azjatyckich. W liczbie ich byli małoletni, należący do znakomitych rodzin litewskich. Dwudziestu kilku, już104 nauczycieli, już uczniów uniwersytetu, wysłano na wieczne wygnanie w głąb Rosji jako podejrzanych o polską narodowość. Z tylu wygnańców jednemu tylko dotąd udało się wydobyć się z Rosji105.

Wszyscy pisarze, którzy uczynili wzmiankę o prześladowaniu ówczesnym Litwy, zgadzają się na to, że w sprawie uczniów wileńskich było coś mistycznego i tajemniczego106. Charakter mistyczny, łagodny, ale niezachwiany Tomasza Zana107, naczelnika młodzieży, religijna rezygnacja, braterska zgoda i miłość młodych więźniów, kara boża, sięgająca widomie prześladowców, zostawiły głębokie wrażenie na umyśle tych, którzy byli świadkami lub uczestnikami zdarzeń; a opisane zdają się przenosić czytelników w czasy dawne, czasy wiary i cudów.

Kto zna dobrze ówczesne wypadki, da świadectwo autorowi, że sceny historyczne i charaktery osób działających skryślił sumiennie, nic nie dodając i nigdzie nie przesadzając. I po cóż by miał dodawać albo przesadzać; czy dla ożywienia w sercu rodaków nienawiści ku wrogom? czy dla obudzenia litości w Europie? — Czymże są wszystkie ówczesne okrucieństwa w porównaniu tego, co naród polski teraz cierpi108 i na co Europa teraz obojętnie patrzy! Autor chciał tylko zachować narodowi wierną pamiątkę z historii litewskiej lat kilkunastu: nie potrzebował ohydzać rodakom wrogów, których znają od wieków; a do litościwych narodów europejskich, które płakały nad Polską jak niedołężne niewiasty Jeruzalemu nad Chrystusem, naród nasz przemawiać tylko będzie słowami Zbawiciela: „Córki Jerozolimskie, nie płaczcie nade mną, ale nad samymi sobą”.

LITWA

PROLOG

W Wilnie przy ulicy Ostrobramskiej, w klasztorze ks. ks. Bazylianów, przerobionym na więzienie stanu — cela więźnia.

A strzeżcie się ludzi, albowiem was będą wydawać do siedzącej rady i w bożnicach swoich was biczować będą.

Mat. R. X w. 17109

I do Starostów i do Królów będziecie wodzeni na świadectwo im i poganom.

w. 18110

I będziecie w nienawiści u wszystkich dla imienia mego. Ale kto wytrwa aż do końca, ten będzie zbawion.

w. 22111

Więzień wsparty na oknie; śpi

ANIOŁ STRÓŻ

Niedobre, nieczułe dziecię!

Ziemskie matki twej zasługi,

Prośby jej na tamtym świecie

Strzegły długo wiek twój młody

Od pokusy i przygody:

Jako róża, anioł sadów,

We dnie kwitnie, w noc jej wonie

Bronią senne dziecka skronie

Od zarazy i owadów.

Nieraz ja na prośbę matki

I za pozwoleniem bożem

Zstępowałem do twej chatki,

Cichy, w cichej nocy cieniu:

Zstępowałem na promieniu

I stawałem nad twym łożem.

Gdy cię noc ukołysała,

Ja nad marzeniem namiętnym

Stałem jak lilija biała,

Schylona nad źródłem mętnym.

Nieraz dusza mnie twa zbrzydła,

Alem w złych myśli nacisku

Szukał dobrej, jak w mrowisku

Szukają ziarnek kadzidła.

Ledwie dobra myśl zaświeci,

Brałem duszę twą za rękę,

Wiodłem w kraj, gdzie wieczność świeci,

I śpiewałem jej piosenkę,

Którą rzadko ziemskie dzieci

Słyszą, rzadko i w uśpieniu,

A zapomną w odecknieniu.

Jam ci przyszłe szczęście głosił,

Na mych rękach w niebo nosił,

A tyś słyszał niebios dźwięki

Jako pjanych uczt piosenki.

Ja, syn chwały nieśmiertelnej,

Przybierałem wtenczas postać

Obrzydłej larwy piekielnej,

By cię straszyć, by cię chłostać;

Tyś przyjmował chłostę Boga

Jak dziki męczarnie wroga.

I dusza twa w niepokoju,

Ale z dumą się budziła,

Jakby w niepamięci zdroju

Przez noc całą męty piła.

I pamiątki wyższych światów

W głąb ciągnąłeś, jak kaskada,

Gdy w podziemną przepaść wpada,

Ciągnie liście drzew i kwiatów.

Natenczas gorzko płakałem,

Oblicze tuląc w me dłonie;

Chciałem i długo nie śmiałem

Ku niebieskiej wracać stronie,

Bym nie spotkał twojej matki;

Spyta się: «Jaka nowina

Z kuli ziemskiej, z mojej chatki,

Jaki sen był mego syna?»

WIĘZIEŃ

budzi się strudzony i patrzy w okno — ranek

Nocy cicha, gdy wschodzisz, kto ciebie zapyta,

Skąd przychodzisz; gdy gwiazdy przed sobą rozsiejesz,

Kto z tych gwiazd tajnie przyszłej drogi twej wyczyta!

«Zaszło słońce», wołają astronomy z wieży,

Ale dlaczego zaszło, nikt nie odpowiada;

Ciemności kryją ziemię i lud we śnie leży,

Lecz dlaczego śpią ludzie, żaden z nich nie bada.

Przebudzą się bez czucia, jak bez czucia spali —

Nie dziwi słońca dziwna, lecz codzienna głowa;

Zmienia się blask i ciemność jako straż pułkowa;

Ale gdzież są wodzowie, co jej rozkazali?

A sen? — ach, ten świat cichy, głuchy, tajemniczy,

Życie duszy, czyż nie jest warte badań ludzi!

Któż jego miejsce zmierzy, kto jego czas zliczy!

Trwoży się człowiek śpiący — śmieje się, gdy zbudzi.

Mędrcy mówią, że sen jest tylko przypomnienie —

Mędrcy przeklęci!

Czyż nie umiem rozróżnić marzeń od pamięci?

Chyba mnie wmówią, że moje więzienie

Jest tylko wspomnienie.

Mówią, że senne czucie rozkoszy i kaźni

Jest tylko grą wyobraźni; —

Głupi! zaledwie z wieści wyobraźnią112 znają

I nam wieszczom o niej bają!

Bywałem w niej, zmierzyłem lepiej jej przestrzenie

I wiem, że leży za jej granicą — marzenie.

Prędzej dzień będzie nocą, rozkosz będzie kaźnią,

Niż sen będzie pamięcią, mara wyobraźnią.

kładzie się i wstaje znowu — idzie do okna

Nie mogę spocząć, te sny, to straszą, to łudzą:

Jak te sny mię trudzą!

drzemie

DUCHY NOCNE

Puch czarny, puch miękki pod głowę podłóżmy,

Śpiewajmy, a cicho — nie trwóżmy, nie trwóżmy.

DUCH Z LEWEJ STRONY

Noc smutna w więzieniu, tam w mieście wesele,

U stołów tam muzyki huczą;

Przy pełnych kielichach śpiewają minstrele113,

Tam nocą komety się włóczą:

Komety z oczkami i z jasnym warkoczem.

Więzień usypia

Kto po nich kieruje łódź w biegu,

Ten zaśnie na fali, w marzeniu uroczem,

Na naszym przebudzi się brzegu.

ANIOŁ

My uprosiliśmy Boga,

By cię oddał w ręce wroga.

Samotność mędrców mistrzyni.

I ty w samotnym więzieniu,

Jako prorok na pustyni,

Dumaj o twym przeznaczeniu;

CHÓR DUCHÓW NOCNYCH

W dzień Bóg nam dokucza, lecz w nocy wesele,

W noc późną próżniaki się tuczą,

I w nocy swobodniej śpiewają minstrele,

Szatany piosenek ich uczą.

Kto ranną myśl świętą przyniesie z kościoła,

Kto rozmów poczciwych smak czuje,

Noc-pjawka wyciągnie pobożną myśl z czoła,

Noc-wąż w ustach smaki zatruje.

Śpiewajmy nad sennym, my, nocy synowie,

Usłużmy, aż będzie nam sługą.

Wpadnijmy mu w serce, biegajmy po głowie,

Nasz będzie — ach, gdyby spał długo!

ANIOŁ

Modlono się za tobą na ziemi i w niebie,

Wkrótce muszą tyrani na świat puścić ciebie.

WIĘZIEŃ

budzi się i myśli

Ty, co bliźnich katujesz, więzisz i wyrzynasz,

I uśmiechasz się we dnie, i w wieczór ucztujesz;

Czy ty z rana choć jeden sen twój przypominasz,

A jeśliś go przypomniał, czy ty go pojmujesz?

drzemie

ANIOŁ

Ty będziesz znowu wolny, my oznajmić przyszli.

WIĘZIEŃ

budzi się

Będę wolny? — pamiętam, ktoś mi wczora prawił;

Nie, skądże to, czy we śnie? czy Bóg mi objawił?

zasypia

ANIOŁOWIE

Pilnujmy tylko, ach, pilnujmy myśli,

Między myślami bitwa już stoczona.

DUCHY Z LEWEJ STRONY

Podwójmy napaść.

DUCHY Z PRAWEJ

My podwójmy straże.

Czy zła myśl wygra, czy dobra pokona,

Jutro się w mowach i w dziełach pokaże;

I jedna chwila tej bitwy wyrzeka

Na całe życie o losach człowieka.

WIĘZIEŃ

Mam być wolny — tak! nie wiem, skąd przyszła nowina,

Lecz ja znam, co być wolnym z łaski Moskwicina.

Łotry zdejmą mi tylko z rąk i nóg kajdany,

Ale wtłoczą na duszę — ja będę wygnany!

Błąkać się w cudzoziemców, w nieprzyjaciół tłumie,

Ja śpiewak — i nikt z mojej pieśni nie zrozumie

Nic — oprócz niekształtnego i marnego dźwięku.

Łotry, tej jednej broni z rąk mi nie wydarły,

Ale mi ją zepsuto, przełamano w ręku;

Żywy, zostanę dla mej ojczyzny umarły,

I myśl legnie zamknięta w duszy mojej cieniu,

Jako dyjament w brudnym zawarty kamieniu.

wstaje i pisze węglem z jednej strony:

D. O. M.114

GUSTAVUS

OBIIT M. D. CCC. XXIII

CALENDIS NOVEMBRIS115

z drugiej strony:

HIC NATUS EST

CONRADUS M. D. CCC. XXIII

CALENDIS NOVEMBRIS116

wspiera się na oknie — usypia

DUCH

Człowieku! gdybyś wiedział, jaka twoja władza!

Kiedy myśl w twojej głowie, jako iskra w chmurze,

Zabłyśnie niewidzialna, obłoki zgromadza,

I tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze;

Gdybyś wiedział, że ledwie jedną myśl rozniecisz,

Już czekają w milczeniu, jak gromu żywioły,

Tak czekają twej myśli — szatan i anioły:

Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz;

A ty jak obłok górny, ale błędny, pałasz

I sam nie wiesz, gdzie lecisz, sam nie wiesz, co zdziałasz.

Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony,

Myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony.

AKT I

SCENA I

Korytarz — straż z karabinami stoi opodal — kilku więźniów młodych ze świecami wychodzą z cel swoich — północ

JAKUB

Czy można? — obaczym się?

ADOLF

Straż gorzałkę pije:

Kapral nasz.

JAKUB

Która biła?

ADOLF

Północ niedaleko.

JAKUB

Ale jak nas runt117 złowi, kaprala zasieka.

ADOLF

Tylko zgaś świecę; — widzisz — ogień w okna bije.

gaszą świecę

Runt dzieciństwo118! runt musi do wrót długo pukać,

Dać hasło i odebrać, musi kluczów szukać: —

Potem — długi korytarz, — nim nas runt zacapi119,

Rozbieżym się, drzwi zamkną, każdy padł i chrapi.

Inni więźniowie, wywołani z celi, wychodzą

ŻEGOTA

Dobry wieczór.

KONRAD

I ty tu!

KS. LWOWICZ

I wy tu?

SOBOLEWSKI

I ja tu.

FREJEND

A wiecie co, Żegoto, idziem do twej celi,

Świeży więzień dziś wstąpił do nowicyjatu120,

I ma komin; tam dobry ogień będziem mieli,

A przy tym nowość, — dobrze widzieć nowe ściany.

SOBOLEWSKI

Żegoto! a, jak się masz; — i ty tu, kochany!

ŻEGOTA

U mnie cela trzy kroki; was taka gromada.

FREJEND

Wiecie co, pójdźmy lepiej do celi Konrada.

Najdalsza jest, przytyka do muru kościoła;

Nie słychać stamtąd, choć kto śpiewa albo woła.

Myślę dziś głośno gadać i chcę śpiewać wiele;

W mieście pomyślą, że to śpiewają w kościele.

Jutro jest Narodzenie Boże. — Eh — koledzy,

Mam i kilka butelek.

JAKUB

Bez kaprala wiedzy?

FREJEND

Kapral poczciwy, i sam z butelek skorzysta,

Przy tym jest Polak, dawny nasz legijonista,

Którego car przerobił gwałtem na Moskala.

Kapral dobry katolik, i więźniom pozwala

Przepędzić wieczór świętej Wigiliji razem.

JAKUB

Gdyby się dowiedzieli, nie uszłoby płazem.

Wchodzą do celi Konrada, nakładają ogień w kominie i zapalają świecę. — Cela Konrada jak w Prologu

KS. LWOWICZ

I skądże się tu wziąłeś, Żegoto kochany?

Kiedy?

ŻEGOTA

Dziś mię porwali z domu, ze stodoły.

KS. LWOWICZ

I ty byłeś gospodarz?

ŻEGOTA

Jaki! zawołany.

Żebyś ty widział moje merynosy121, woły!

Ja, co pierwej nie znałem, co owies, co słoma,

Mam sławę najlepszego w Litwie ekonoma.

JAKUB

Wzięto cię niespodzianie?

ŻEGOTA

Od dawna słyszałem

O jakimś w Wilnie śledztwie; dom mój blisko drogi.

Widać było kibitki latające czwałem

I co noc nas przerażał poczty dźwięk złowrogi.

Nieraz gdyśmy wieczorem do stołu zasiedli

I ktoś żartem uderzył w szklankę noża trzonkiem,

Drżały kobiety nasze, staruszkowie bledli,

Myśląc, że już zajeżdża feldjeger ze dzwonkiem.122

Lecz nie wiedziałem, kogo szukają i za co,

Nie należałem dotąd do żadnego spisku.

Sądzę, że rząd to śledztwo wynalazł dla zysku,

Że się więźniowie nasi porządnie opłacą

I powrócą do domu.

TOMASZ

Taką masz nadzieję?

ŻEGOTA

Jużci przecież bez winy w Sybir nas nie wyślą;

A jakąż winę naszą znajdą lub wymyślą?

Milczycie, — wytłumaczcież, co się tutaj dzieje,

O co nas oskarżono, jaki powód sprawy?

TOMASZ

Powód — że Nowosilcow przybył tu z Warszawy.

Znasz zapewne charakter pana Senatora.

Wiesz, że już był w niełasce u imperatora,

Że zysk dawniejszych łupiestw przepił i roztrwonił,

Stracił u kupców kredyt i ostatkiem gonił.

Bo pomimo największych starań i zabiegów

Nie może w Polsce spisku żadnego wyśledzić;

Więc postanowił świeży kraj, Litwę, nawiedzić,

I tu przeniósł się z całym głównym sztabem szpiegów.

Żeby zaś mógł bezkarnie po Litwie plądrować

I na nowo się w łaskę samodzierżcy wkręcić,

Musi z towarzystw naszych wielką rzecz wysnuwać

I nowych wiele ofiar carowi poświęcić.

ŻEGOTA

Lecz my się uniewinnim —

TOMASZ

Bronić się daremnie —

I śledztwo, i sąd cały toczy się tajemnie;

Nikomu nie powiedzą, za co oskarżony,

Ten, co nas skarży, naszej ma słuchać obrony;

On gwałtem chce nas karać — nie unikniem kary.

Został nam jeszcze środek smutny — lecz jedyny:

Kilku z nas poświęcimy wrogom na ofiary,

I ci na siebie muszą przyjąć wszystkich winy.

Ja stałem na waszego towarzystwa czele,

Mam obowiązek cierpieć za was, przyjaciele;

Dodajcie mi wybranych jeszcze kilku braci,

Z takich, co są sieroty, starsi, nieżonaci,

Których zguba niewiele serc w Litwie zakrwawi,

A młodszych, potrzebniejszych z rąk wroga wybawi.

ŻEGOTA

Więc aż do tego przyszło?

JAKUB

Patrz, jak się zasmucił.

Nie wiedział, że dom może na zawsze porzucił.

FREJEND

Nasz Jacek musiał żonę zostawić w połogu,

A nie płacze —

FELIKS KOŁAKOWSKI

Ma płakać? owszem — chwała Bogu.

Jeśli powije syna, przyszłość mu wywieszczę —

Daj mi no rękę — jestem trochę chiromanta123,

Wywróżę tobie przyszłość twojego infanta124.

patrząc na rękę

Jeśli będzie poczciwy, pod moskiewskim rządem

Spotka się niezawodnie z kibitką i sądem;

A kto wie, może wszystkich nas znajdzie tu jeszcze —

Lubię synów, to nasi przyszli towarzysze.

ŻEGOTA

Wy tu długo siedzicie?

FREJEND

Skądże datę wiedzieć?

Kalendarza nie mamy, nikt listów nie pisze;

To gorsza, że nie wiemy, póki mamy siedzieć.

SUZIN

Ja mam u okna parę drewnianych firanek

I nie wiem nawet, kiedy mrok, a kiedy ranek.

FREJEND

Ale pytaj Tomasza, patryjarchę biedy;

Największy szczupak, on też pierwszy wpadł do matni;

On nas tu wszystkich przyjął i wyjdzie ostatni,

Wie o wszystkich, kto przybył, skąd przybył i kiedy.

SUZIN

To pan Tomasz! ja poznać nie mogłem Tomasza;

Daj mi rękę, znałeś mię krótko i niewiele:

Wtenczas tak była droga wszystkim przyjaźń wasza

Otaczali was liczni, bliżsi przyjaciele;

Nie dojrzałeś mię w tłumie, lecz ja ciebie znałem,

Wiem, coś zrobił, coś cierpiał, żebyś nas ocalił; —

Odtąd będę się z twojej znajomości chwalił,

I w dzień zgonu przypomnę — z Tomaszem płakałem.

FREJEND

Ale dla Boga, po co te łzy, płacze, zgroza.

Patrz — Tomasz, gdy był wolny, miał na swoim czole

Wypisano wielkimi literami: «koza».

Dziś w więzieniu jak w domu, jak w swoim żywiole.

On był na świecie jako grzyby kryptogamy,

Więdniał i schnął od słońca; — wsadzony do lochu,

Kiedy my, słoneczniki, bledniejem, zdychamy,

On rozwija się, kwitnie i tyje po trochu.

Ale też wziął pan Tomasz kuracyją modną,

Sławną teraz na świecie kuracyją głodną.

ŻEGOTA

do Tomasza

Głodem ciebie morzono?

FREJEND

Dodawano strawy;

Ale gdybyś ją widział, — widok to ciekawy!

Dość było taką strawą w pokoju zakadzić,

Ażeby myszy wytruć i świerszcze wygładzić.

ŻEGOTA

I jakże ty jeść mogłeś!

TOMASZ

Tydzień nic nie jadłem,

Potem jeść próbowałem, potem z sił opadłem;

Potem jak po truciźnie czułem bole, kłucia,

Potem kilka tygodni leżałem bez czucia.

Nie wiem, ile i jakiem choroby przebywał,

Bo nie było doktora, co by je nazywał.

Wreszcie jam wstał jadł znowu i do sił przychodził,

I zdaje mi się, żem się do tej strawy zrodził.

FREJEND

z wymuszoną wesołością

Wierzcie mi, tam za kozą125 same urojenia;

Kto tu był, sekret kuchni i mieszkań przeniknął:

Jeść, mieszkać, źle czy dobrze — skutek przywyknienia.

Pytał raz Litwin, nie wiem, diabła czy Pińczuka126:

«Dlaczego siedzisz w błocie?» — «Siedzę, bom przywyknął».

JAKUB

Ależ przywyknąć, bracie!

FREJEND

Na tym cała sztuka.

JAKUB

Ja tu siedzę podobno od ośmiu miesięcy,

A tak tęsknię jak pierwej, nie mniej —

FREJEND

I nie więcéj?

Pan Tomasz tak przywyknął, że mu powiew zdrowy

Zaraz piersi obciąża, robi zawrót głowy.

On odwyknął oddychać, nie wychodzi z celi —

Jeśli go stąd wypędzą, koza się opłaci:

Bo on potem ni grosza na wino nie straci,

Tylko łyknie powietrza i wnet się podchmieli127.

TOMASZ

Wolałbym być pod ziemią, w głodzie i chorobie,

Znosić kije i gorsze niźli kije — śledztwo,

Niż tu, w lepszym więzieniu, mieć was za sąsiedztwo. —

Łotry! wszystkich nas w jednym chcą zakopać grobie.

FREJEND

Jak to? więc płaczesz po nas — masz kogo żałować.

Czy nie mnie? pytam, jaka korzyść z mego życia?

Jeszcze w wojnie — mam jakiś talencik do bicia,

I mógłbym kilku dońcom128 grzbiety naszpikować.

Ale w pokoju — cóż stąd, że lat sto przeżyję

I będę klął Moskalów, i umrę — i zgniję.

Na wolności wiek cały byłbym mizerakiem,

Jak proch, albo jak wino miernego gatunku; —

Dziś, gdy wino zatknięto, proch przybito kłakiem,

W kozie mam całą wartość butli i ładunku.

Wytchnąłbym się jak wino z otwartej konewki;

Spaliłbym jak proch lekko z otwartej panewki.

Lecz jeśli mię w łańcuchach stąd na Sybir wyślą,

Obaczą mię Litwini bracia i pomyślą:

Wszakci to krew szlachecka, to młódź nasza ginie,

Poczekaj, zbójco caru129, czekaj, Moskwicinie! —

Taki jak ja, Tomaszu, dałby się powiesić,

Żebyś ty jednę chwilę żył na świecie dłużéj:

Taki jak ja — ojczyźnie tylko śmiercią służy;

Umarłbym dziesięć razy, byle cię raz wskrzesić, —

Ciebie, lub ponurego poetę Konrada,

Który nam o przyszłości, jak Cygan, powiada. —

do Konrada

Wierzę, bo Tomasz mówił, żeś ty śpiewak wielki,

Kocham cię, boś podobny także do butelki:

Rozlewasz pieśń, uczuciem, zapałem oddychasz,

Pijem, czujem, a ciebie ubywa — usychasz.

bierze za rękę Konrada i łzy sobie ociera

do Tomasza i Konrada

Wy wiecie, że was kocham, ale można kochać,

Nie płakać. Otóż, bracia, osuszcie łzy wasze; —

Bo jak się raz rozczulę i jak zacznę szlochać,

I herbaty nie zrobię, i ogień zagaszę.

robi herbatę

Chwila milczenia

KS. LWOWICZ

Prawda, źle przyjmujemy nowego przybysza;

pokazując Żegotę

W Litwie zły to znak płakać we dniu inkrutowin130

Czy nie dosyć w dzień milczym! — he? — jak długa cisza.

JAKUB

Czy nie ma nowin z miasta?

WSZYSCY

Nowin?

KS. LWOWICZ

Żadnych nowin?

ADOLF

Jan dziś chodził na śledztwo, był godzinę w mieście,

Ale milczy i smutny; — i jak widać z miny,

Nie ma ochoty gadać.

KILKU Z WIĘŹNIÓW

No, Janie! Nowiny?

JAN SOBOLEWSKI

ponuro

Niedobre — dziś — na Sybir — kibitek dwadzieście

Wywieźli.

ŻEGOTA

Kogo? — naszych?

JAN

Studentów ze Żmudzi.

WSZYSCY

Na Sybir?

JAN

I paradnie! — było mnóstwo ludzi.

KILKU

Wywieźli!

JAN

Sam widziałem.

JACEK

Widziałeś! — i mego

Brata wywieźli? — wszystkich?

JAN

Wszystkich, — do jednego

Sam widziałem. — Wracając, prosiłem kaprala

Zatrzymać się; pozwolił chwilkę. Stałem z dala,

Skryłem się za słupami kościoła. W kościele

Właśnie msza była; — ludu zebrało się wiele.

Nagle lud cały runął przeze drzwi nawałem,

Z kościoła ku więzieniu. Stałem pod przysionkiem,

I kościół tak był pusty, że w głębi widziałem

Księdza z kielichem w ręku i chłopca ze dzwonkiem.

Lud otoczył więzienie nieruchomym wałem;

Od bram więzienia na plac, jak w wielkie obrzędy,

Wojsko z bronią, z bębnami stało we dwa rzędy;

W pośrodku nich kibitki. — Patrzę, z placu sadzi

Policmejster na koniu; — z miny zgadłbyś łatwo,

Że wielki człowiek, wielki tryumf poprowadzi:

Tryumf Cara północy, zwycięzcy — nad dziatwą. —

Wkrótce znak dano bębnem i ratusz otwarty —

Widziałem ich: — za każdym z bagnetem szły warty,

Małe chłopcy, znędzniałe, wszyscy jak rekruci

Z golonymi głowami; — na nogach okuci.

Biedne chłopcy — najmłodszy, dziesięć lat, niebożę,

Skarżył się, że łańcucha podźwignąć nie może;

I pokazywał nogę skrwawioną i nagą.

Policmejster przejeżdża, pyta, czego żądał;

Policmejster człek ludzki, sam łańcuch oglądał:

«Dziesięć funtów, zgadza się z przepisaną wagą». —

Wywiedli Janczewskiego; — poznałem, oszpetniał,

Sczerniał, schudł, ale jakoś dziwnie wyszlachetniał.

Ten przed rokiem swawolny, ładny chłopczyk mały,

Dziś poglądał z kibitki, jak z odludnej skały

Ów Cesarz! — okiem dumnym, suchym i pogodnym;

To zdawał się pocieszać spólników niewoli,

To lud żegnał uśmiechem, gorzkim, lecz łagodnym,

Jak gdyby im chciał mówić: nie bardzo mię boli.

Wtem zdało mi się, że mnie napotkał oczyma,

I nie widząc, że kapral za suknią mię trzyma,

Myślił, żem uwolniony; — dłoń swą ucałował,

I skinął ku mnie, jakby żegnał i winszował; —

I wszystkich oczy nagle zwróciły się ku mnie,

A kapral ciągnął gwałtem, ażebym się schował;

Nie chciałem, tylkom stanął bliżej przy kolumnie.

Uważałem na więźnia postawę i ruchy: —

On postrzegł, że lud płacze patrząc na łańcuchy,

Wstrząsł nogą łańcuch, na znak, że mu niezbyt ciężył. —

A wtem zacięto konia, — kibitka runęła —

On zdjął z głowy kapelusz, wstał i głos natężył,

I trzykroć krzyknął: «Jeszcze Polska nie zginęła». —

Wpadli w tłum; — ale długo ta ręka ku niebu,

Kapelusz czarny jako chorągiew pogrzebu,

Głowa, z której włos przemoc odarła bezwstydna,

Głowa niezawstydzona, dumna, z dala widna,

Co wszystkim swą niewinność i hańbę obwieszcza

I wystaje z czarnego tylu głów natłoku,

Jak z morza łeb delfina, nawałnicy wieszcza,

Ta ręka i ta głowa zostały mi w oku,

I zostaną w mej myśli, — i w drodze żywota

Jak kompas pokażą mi, powiodą, gdzie cnota:

Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie,

Zapomnij o mnie. —

KS. LWOWICZ

Amen za was.

KAŻDY Z WIĘŹNIÓW

I za siebie.

JAN SOBOLEWSKI

Tymczasem zajeżdżały inne rzędem długim

Kibitki; — ich wsadzano jednego po drugim.

Rzuciłem wzrok po ludu ściśnionego kupie,

Po wojsku, — wszystkie twarze pobladły jak trupie;

A w takim tłumie taka była cichość głucha,

Żem słyszał każdy krok ich, każdy dźwięk łańcucha.

Dziwna rzecz! wszyscy czuli, jak nieludzka kara:

Lud, wojsko czuje, — milczy, — tak boją się cara.

Wywiedli ostatniego; — zdało się, że wzbraniał,

Lecz on biedny iść nie mógł, co chwila się słaniał,

Z wolna schodził ze schodów i ledwie na drugi

Szczebel stąpił, stoczył się i upadł jak długi;

To Wasilewski, siedział tu w naszym sąsiedztwie;

Dano mu tyle kijów onegdaj na śledztwie,

Że mu odtąd krwi kropli w twarzy nie zostało.

Żołnierz przyszedł i podjął z ziemi jego ciało,

Niósł w kibitkę na ręku, ale ręką drugą

Tajemnie łzy ocierał; — niósł powoli, długo

Wasilewski nie zemdlał, nie zwisnął, nie ciężał,

Ale jak padł na ziemię prosto, tak otężał.

Niesiony, jak słup sterczał i jak z krzyża zdjęte

Ręce miał nad barkami żołnierza rozpięte;

Oczy straszne, zbielałe, szeroko rozwarte; —

I lud oczy i usta otworzył; — i razem

Jedno westchnienie z piersi tysiąca wydarte,

Głębokie i podziemne jęknęło dokoła,

Jak gdyby jękły wszystkie groby spod kościoła.

Komenda je zgłuszyła bębnem i rozkazem:

«Do broni — marsz!» — ruszono, a środkiem ulicy

Puściła się kibitka lotem błyskawicy.

Jedna pusta; — był więzień, ale niewidomy131;

Rękę tylko do ludu wyciągnął spod słomy,

Siną, rozwartą, trupią; trząsł nią, jakby żegnał;

Kibitka w tłum wjechała; — nim bicz tłumy przegnał,

Stanęli przed kościołem; i właśnie w tej chwili

Słyszałem dzwonek, kiedy trupa przewozili.

Spojrzałem w kościół pusty i rękę kapłańską

Widziałem, podnoszącą ciało i krew Pańską,

I rzekłem: Panie! Ty, co sądami Piłata

Przelałeś krew niewinną dla zbawienia świata,

Przyjm tę spod sądów cara ofiarę dziecinną,

Nie tak świętą ni wielką, lecz równie niewinną.

Długie milczenie

JÓZEF

Czytałem ja o wojnach; — w dawnych, dzikich czasach,

Piszą, że tak okropne wojny prowadzono,

Że nieprzyjaciel drzewom nie przepuszczał w lasach

I że z drzewami na pniu zasiewy palono.

Ale car mędrszy, srożej, głębiej Polskę krwawi,

On nawet ziarna zboża zabiera i dławi;

Sam szatan mu metodę zniszczenia tłumaczy.

KOŁAKOWSKI

I uczniowi najlepszą nagrodę wyznaczy.

Chwila milczenia

KS. LWOWICZ

Bracia, kto wie, ów więzień może jeszcze żyje;

Pan Bóg to sam wie tylko i kiedyś odkryje.

Ja, jak ksiądz, pomodlę się, i wam radzę szczerze

Zmówić za męczennika spoczynek pacierze. —

Kto wie, jaka nas wszystkich czeka jutro dola.

ADOLF

Zmówże i po Ksawerym pacierz, jeśli wola;

Wiesz, że on, nim go wzięli, w łeb sobie wystrzelił.

FREJEND

Łebski! — To z nami uczty wesołe on dzielił,

Jak przyszło dzielić biedę, on w nogi ze świata.

KS. LWOWICZ

Nieźle by i za tego pomodlić się brata.

JANKOWSKI

Wiesz, księże: dalibógże, drwię ja z twojej wiary:

Cóż stąd, choćbym był gorszym niż Turki, Tatary,

Choćbym został złodziejem, szpiegiem, rozbójnikiem,

Austryjakiem, Prusakiem, carskim urzędnikiem;

Jeszcze tak prędko bożej nie lękam się kary; —

Wasilewski zabity, my tu — a są cary.

FREJEND

Toż chciałem mówić, dobrze, żeś ty za mnie zgrzeszył; —

Ale pozwól odetchnąć, bom całkiem osłupiał

Słuchając tych powieści — człek spłakał się, zgłupiał.

Ej, Feliksie, żebyś ty nas trochę pocieszył!

Ty, jeśli zechcesz, w piekle diabła byś rozśmieszył.

KILKU WIĘŹNIÓW

Zgoda, zgoda, Feliksie, musisz gadać, śpiewać,

Feliks ma głos, hej, Frejend, hej, wina nalewać.

ŻEGOTA

Stójcie na chwilę — ja też szlachcic sejmikowy,

Choć ostatni przybyłem, nie chcę cicho siedzieć;

Józef nam coś o ziarnkach mówił, — na te mowy

Gospodarz winien z miejsca swego odpowiedzieć.

Lubo car wszystkie ziarna naszego ogrodu

Chce zabrać i zakopać w ziemię w swoim carstwie,

Będzie drożyzna, ale nie bójcie się głodu;

Pan Antoni już pisał o tym gospodarstwie.

JEDEN Z WIĘŹNIÓW

Jaki Antoni?

ŻEGOTA

Znacie bajkę Goreckiego132?

A raczej prawdę?

KILKU

Jaką? Powiedz nam, kolego.

ŻEGOTA

Gdy Bóg wygnał grzesznika z rajskiego ogrodu,

Nie chciał przecie, ażeby człowiek umarł z głodu;

I rozkazał aniołom zboże przysposobić

I rozsypać ziarnami po drodze człowieka.

Przyszedł Adam, znalazł je, obejrzał z daleka

I odszedł; bo nie wiedział, co ze zbożem robić.

Aż w nocy przyszedł diabeł mądry i tak rzecze:

«Niedaremnie tu Pan Bóg rozsypał garść żyta,

Musi tu być w tych ziarnach jakaś moc ukryta;

Schowajmy je, nim człowiek ich wartość dociecze».

Zrobił rogiem rów w ziemi i nasypał żytem,

Naplwał i ziemią nakrył, i przybił kopytem; —

Dumny i rad, że boże zamiary przeniknął,

Całym gardłem rozśmiał się i ryknął, i zniknął.

Aż tu wiosną, na wielkie diabła zadziwienie,

Wyrasta trawa, kwiecie, kłosy i nasienie.

O wy! co tylko na świat idziecie z północą133,

Chytrość rozumem, a złość nazywacie mocą;

Kto z was wiarę i wolność znajdzie i zagrzebie,

Myśli Boga oszukać — oszuka sam siebie.

JAKUB

Brawo, Antoni! pewnie Warszawę nawiedzi

I za tę bajkę znowu z rok w kozie posiedzi.

FREJEND

Dobre to — lecz ja znowu do Feliksa wracam.

Wasze bajki — i co mi to za poezyje,

Gdzie muszę głowę trudnić, niźli sens namacam;

Nasz Feliks z piosenkami niech żyje i pije!

nalewa mu wino

JANKOWSKI

A Lwowicz co? — on pacierz po umarłych mówi!

Posłuchajcie, zaśpiewam piosnkę Lwowiczowi.

śpiewa

Mówcie, jeśli wola czyja,

Jezus Maryja.

Nim uwierzę że nam sprzyja

Jezus Maryja:

Niech wprzód łotrów powybija

Jezus Maryja.

Tam car jak dzika bestyja,

Jezus Maryja!

Tu Nowosilcow jak żmija,

Jezus Maryja!

Póki cała carska szyja,

Jezus Maryja,

Póki Nowosilcow pija,

Jezus Maryja,

Nie uwierzę, że nam sprzyja

Jezus Maryja.

KONRAD

Słuchaj, ty! — tych mnie imion przy kielichach wara.

Dawno nie wiem, gdzie moja podziała się wiara,

Nie mieszam się do wszystkich świętych z litaniji,

Lecz nie dozwolę bluźnić imienia Maryi.

KAPRAL

podchodząc do Konrada

Dobrze, że Panu jedno to zostało imię —

Choć szuler zgrany wszystko wyrzuci z kalety,

Nie zgrał się, póki jedną ma sztukę monety.

Znajdzie ją w dzień szczęśliwy, więc z kalety wyjmie,

Więc da w handel na procent, Bóg pobłogosławi,

I większy skarb przed śmiercią, niźli miał, zostawi.

To imię, Panie, nie żart — więc mnie się zdarzyło

W Hiszpaniji, lat temu — o, to dawno było,

Nim car mię tym oszpecił mundurem szelmowskim —

Więc byłem w legijonach, naprzód pod Dąbrowskim,

A potem wszedłem w sławny pułk Sobolewskiego.

SOBOLEWSKI

To mój brat!

KAPRAL

O mój Boże! pokój duszy jego!

Walny żołnierz — tak — zginął od pięciu kul razem;

Nawet podobny Panu. — Otóż — więc z rozkazem

Brata Pana jechałem w miasteczko Lamego —

Jak dziś pamiętam — więc tam byli Francuziska:

Ten gra w kości, ten w karty, ten dziewczęta ściska —

Nuż beczeć; — Każdy Francuz, jak podpije, beczy.

Jak zaczną tedy śpiewać wszyscy nic do rzeczy,

Siwobrode wąsale takie pieśni tłuste!

Aż był wstyd mnie młodemu. — Z rozpusty w rozpustę,

Dalej bredzić na świętych; — otóż z większych w większe

Grzechy laząc, nuż bluźnić na Pannę Najświętszę —

A trzeba wiedzieć, że mam patent sodalisa134

I z powinności bronię Maryi imienia —

Więc ja im perswadować: — Stulcie pysk, do bisa!

Więc umilkli, nie chcąc mieć ze mną do czynienia. —

Konrad zamyśla się, inni zaczynają, rozmowę

Ale no Pan posłuchaj, co się stąd wyświęci.

Po zwadzie poszliśmy spać, wszyscy dobrze cięci —

Aż w nocy trąbią na koń — zaczną obóz trwożyć —

Francuzi nuż do czapek, i nie mogą włożyć: —

Bo nie było na co wdziać, — bo każdego główka

Była ślicznie odcięta nożem jak makówka.

Szelma gospodarz porznął jak kury w folwarku; —

Patrzę, więc moja głowa została na karku;

W czapce kartka łacińska, pismo nie wiem czyje:

«Vivat Polonus, unus defonsor Mariae»135.

Otóż widzisz Pan, że ja tym imieniem żyję.

JEDEN Z WIĘŹNIÓW

Feliksie, musisz śpiewać; nalać mu herbaty

Czy wina. —

FELIKS

Jednogłośnie decydują braty,

Że muszę być wesoły. Chociaż serce pęka,

Feliks będzie wesoły i będzie piosenka.

śpiewa

Nie dbam, jaka spadnie kara,

Mina136, Sybir czy kajdany.

Zawsze ja wierny poddany

Pracować będę dla cara;

W minach kruszec kując młotem,

Pomyślę: ta mina szara

To żelazo, — z niego potem

Zrobi ktoś topór na cara.

Gdy będę na zaludnieniu,

Pojmę córeczkę Tatara;

Może w moim pokoleniu

Zrodzi się Paleń137 dla cara.

Gdy w kolonijach osiędę,

Ogród zorzę, grzędy skopię,

A na nich co rok siać będę

Same lny, same konopie.

Z konopi ktoś zrobi nici —

Srebrem obwita nić szara

Może się kiedyś poszczyci,

Że będzie szarfą dla cara138.

CHÓR

śpiewa

Zrodzi się Paleń dla cara

ra — ra — ra — ra — ra — ra —

SUZIN

Lecz cóż to Konrad cicho zasępiony siedzi,

Jakby obliczał swoje grzechy do spowiedzi?

Feliksie, on nie słyszał zgoła twoich pieni;

Konradzie! — patrzcie — zbladnął, znowu się czerwieni.

Czy on słaby?

FELIKS

Stój, cicho — zgadłem, że tak będzie —

O, my znamy Konrada, co to znaczy, wiemy.

Północ jego godzina. — Teraz Feliks niemy,

Teraz, bracia, piosenkę lepszą posłyszemy.

Ale muzyki trzeba; — ty masz flet, Frejendzie,

Graj dawną jego nutę, a my cicho stójmy

I kiedy trzeba, głosy do chóru nastrójmy.

JÓZEF

patrząc na Konrada

Bracia! duch jego uszedł i błądzi daleko:

Jeszcze nie wrócił — może przyszłość w gwiazdach czyta,

Może się tam z duchami znajomymi wita,

I one mu powiedzą, czego z gwiazd docieką.

Jak dziwne oczy — błyszczy ogień pod powieką,

A oko nic nie mówi i o nic nie pyta;

Duszy teraz w nich nie ma; błyszczą jak ogniska

Zostawione od wojska, które w nocy cieniu

Na daleką wyprawę ruszyło w milczeniu —

Nim zgasną, wojsko wróci na swe stanowiska.

Frejend próbuje różnych nut

KONRAD

śpiewa

Pieśń ma była już w grobie, już chłodna, —

Krew poczuła — spod ziemi wygląda —

I jak upiór powstaje krwi głodna:

I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda.

Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga,

Z Bogiem i choćby mimo Boga!

Chór powtarza

I Pieśń mówi: ja pójdę wieczorem,

Naprzód braci rodaków gryźć muszę,

Komu tylko zapuszczę kły w duszę,

Ten jak ja musi zostać upiorem.

Tak! zemsta, zemsta, etc. etc.

Potem pójdziem, krew wroga wypijem,

Ciało jego rozrąbiem toporem:

Ręce, nogi goździami przybijem,

By nie powstał i nie był upiorem.

Z duszą jego do piekła iść musim,

Wszyscy razem na duszy usiędziem,

Póki z niej nieśmiertelność wydusim,

Póki ona czuć będzie, gryźć będziem.

Tak! zemsta, zemsta, etc. etc.

KS. LWOWICZ

Konradzie, stój, dla Boga, to jest pieśń pogańska.

KAPRAL

Jak on okropnie patrzy, — to jest pieśń szatańska.

przestają śpiewać

KONRAD

z towarzyszeniem fletu

Wznoszę się! lecę! tam, na szczyt opoki —

Już nad plemieniem człowieczem,

Między proroki.

Stąd ja przyszłości brudne obłoki

Rozcinam moją źrenicą jak mieczem;

Rękami jak wichrami mgły jej rozdzieram —

Już widno — jasno — z góry na ludy spozieram —

Tam księga sybilińska139 przyszłych losów świata —

Tam, na dole!

Patrz, patrz, przyszłe wypadki i następne lata,

Jak drobne ptaki, gdy orła postrzegą,

Mnie, orła na niebie!

Patrz, jak do ziemi przypadają, biegą,

Jak się stado w piasek grzebie —

Za nimi, hej, za nimi oczy me sokole,

Oczy błyskawice,

Za nimi szpony moje! — dostrzegę je, schwycę.

Cóż to? jaki ptak powstał i roztacza pióra,

Zasłania wszystkich, okiem mię wyzywa;

Skrzydła ma czarne jak burzliwa chmura,

A szerokie i długie na kształt tęczy łuku.

I niebo całe zakrywa —

To kruk olbrzymi — ktoś ty? — ktoś ty, kruku?

Ktoś ty? — jam orzeł! — patrzy kruk — myśl moję plącze!

Ktoś ty? — jam gromowłady! —

Spojrzał na mnie — w oczy mię jak dymem uderzył,

Myśli moje miesza — plącze —

KILKU WIĘŹNIÓW

Co on mówi! — co — co to — patrz, patrz, jaki blady!

porywają Konrada

Uspokój się...

KONRAD

Stój! stójcie! — jam się z krukiem zmierzył —

Stójcie — myśli rozplączę —

Pieśń skończę — skończę —

słania się

KS. LWOWICZ

Dosyć tych pieśni.

INNI

Dosyć.

KAPRAL

Dosyć — Pan Bóg z nami —

Dzwonek! — słyszycie dzwonek? — runt, runt pod bramami!

Gaście ogień — do siebie!

JEDEN Z WIĘŹNIÓW

patrząc w okno

Bramę odemknęli —

Konrad osłabł — zostawcie — sam, sam jeden w celi!

Uciekają wszyscy

SCENA II. IMPROWIZACJA

KONRAD

po długim milczeniu

Samotność — cóż po ludziach, czy-m śpiewak dla ludzi?

Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha,

Obejmie okiem wszystkie promienie jej ducha?

Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi:

Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie;

Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie,

A słowa myśl pochłoną i tak drżą nad myślą,

Jak ziemia nad połkniętą, niewidzialną rzeką.

Z drżenia ziemi czyż ludzie głąb nurtów docieką.

Gdzie pędzi, czy się domyślą? —

Uczucie krąży w duszy, rozpala się, żarzy,

Jak krew po swych głębokich, niewidomych cieśniach;

Ile krwi tylko ludzie widzą w mojej twarzy,

Tyle tylko z mych uczuć dostrzegą w mych pieśniach.

Pieśni ma, tyś jest gwiazdą za granicą świata!

I wzrok ziemski, do ciebie wysłany za gońca,

Choć szklanne weźmie skrzydła140, ciebie nie dolata,

Tylko o twoję mleczną drogę się uderzy;

Domyśla się, że to słońca,

Lecz ich nie zliczy, nie zmierzy.

Wam, pieśni, ludzkie oczy, uszy, niepotrzebne; —

Płyńcie w duszy mej wnętrznościach,

Świećcie na jej wysokościach,

Jak strumienie podziemne, jak gwiazdy nadniebne.

Ty Boże, ty naturo! dajcie posłuchanie. —

Godna to was muzyka i godne śpiewanie. —

Ja mistrz!

Ja mistrz wyciągam dłonie!

Wyciągam aż w niebiosa i kładę me dłonie

Na gwiazdach jak na szklannych harmoniki kręgach.

To nagłym, to wolnym ruchem,

Kręcę gwiazdy moim duchem.

Milijon tonów płynie; w tonów milijonie

Każdy ton ja dobyłem, wiem o każdym tonie;

Zgadzam je, dzielę i łączę,

I w tęcze, i w akordy, i we strofy plączę,

Rozlewam je we dźwiękach i w błyskawic wstęgach. —

Odjąłem ręce, wzniosłem nad świata krawędzie,

I kręgi harmoniki wstrzymały się w pędzie.

Sam śpiewam, słyszę me śpiewy —

Długie, przeciągłe jak wichru powiewy,

Przewiewają ludzkiego rodu całe tonie,

Jęczą żalem, ryczą burzą,

I wieki im głucho wtórzą;

A każdy dźwięk ten razem gra i płonie,

Mam go w uchu, mam go w oku,

Jak wiatr, gdy fale kołysze,

Po świstach lot jego słyszę,

Widzę go w szacie obłoku.

Boga, natury godne takie pienie!

Pieśń to wielka, pieśń-tworzenie.

Taka pieśń jest siła, dzielność,

Taka pieśń jest nieśmiertelność!

Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę,

Cóż Ty większego mogłeś zrobić — Boże?

Patrz, jak te myśli dobywam sam z siebie,

Wcielam w słowa, one lecą,

Rozsypują się po niebie,

Toczą się, grają i świecą;

Już dalekie, czuję jeszcze,

Ich wdziękami się lubuję,

Ich okrągłość dłonią czuję,

Ich ruch myślą odgaduję:

Kocham was, me dzieci wieszcze!

Myśli moje! gwiazdy moje!

Czucia moje! wichry moje!

W pośrodku was jak ojciec wśród rodziny stoję,

Wy wszystkie moje!

Depcę was, wszyscy poeci,

Wszyscy mędrce i proroki,

Których wielbił świat szeroki.

Gdyby chodzili dotąd śród swych dusznych141 dzieci,

Gdyby wszystkie pochwały i wszystkie oklaski

Słyszeli, czuli i za słuszne znali,

I wszystkie sławy każdodziennej blaski

Promieniami na wieńcach swoich zapalali;

Z całą pochwał muzyką i wieńców ozdobą,

Zebraną z wieków tyla i z pokoleń tyla,

Nie czuliby własnego szczęścia, własnej mocy

Jak ja dziś czuję w tej samotnej nocy:

Kiedy sam śpiewam w sobie,

Śpiewam samemu sobie.

Tak! — czuły jestem, silny jestem i rozumny. —

Nigdym nie czuł, jak w tej chwili —

Dziś mój zenit, moc moja dzisiaj się przesili,

Dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny;

Dziś jest chwila przeznaczona,

Dziś najsilniej wytężę duszy mej ramiona —

To jest chwila Samsona,

Kiedy więzień i ślepy dumał u kolumny.

Zrzucę ciało i tylko jak duch wezmę pióra —

Potrzeba mi lotu,

Wylecę z planet i gwiazd kołowrotu,

Tam dojdę, gdzie graniczą Stwórca i natura.

I mam je, mam je, mam — tych skrzydeł dwoje;

Wystarczą: — od zachodu na wschód je rozszerzę,

Lewym o przeszłość, prawym o przyszłość uderzę.

I dojdę po promieniach uczucia — do Ciebie!

I zajrzę w uczucia Twoje,

O Ty! o którym mówią, że czujesz na niebie!

Jam tu, jam przybył, widzisz, jaka ma potęga!

Aż tu moje skrzydło sięga.

Lecz jestem człowiek, i tam, na ziemi me ciało;

Kochałem tam, w ojczyźnie serce me zostało —

Ale ta miłość moja na świecie,

Ta miłość nie na jednym spoczęła człowieku

Jak owad na róży kwiecie:

Nie na jednej rodzinie, nie na jednym wieku.

Ja kocham cały naród! — objąłem w ramiona

Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia,

Przycisnąłem tu do łona,

Jak przyjaciel, kochanek, małżonek, jak ojciec:

Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić,

Chcę nim cały świat zadziwić,

Nie mam sposobu i tu przyszedłem go dociec.

Przyszedłem zbrojny całą myśli władzą,

Tej myśli, co niebiosom Twe gromy wydarła,

Śledziła chód Twych planet, głąb morza rozwarła —

Mam więcej, tę Moc, której ludzie nie nadadzą,

Mam to uczucie, co się samo w sobie chowa

Jak wulkan, tylko dymi niekiedy przez słowa.

I Mocy tej nie wziąłem z drzewa edeńskiego,

Z owocu wiadomości złego i dobrego;

Nie z ksiąg ani z opowiadań,

Ani z rozwiązania zadań,

Ani z czarodziejskich badań.

Jam się twórcą urodził:

Stamtąd przyszły siły moje,

Skąd do Ciebie przyszły Twoje,

Boś i Ty po nie nie chodził:

Masz, nie boisz się stracić; i ja się nie boję.

Czyś Ty mi dał, czy wziąłem, skąd i Ty masz — oko

Bystre, potężne: w chwilach mej siły — wysoko

Kiedy na chmur spojrzę szlaki

I wędrowne słyszę ptaki,

Żeglujące na ledwie dostrzeżonym skrzydle;

Zechcę i wnet je okiem zatrzymam jak w sidle —

Stado pieśń żałosną dzwoni,

Lecz póki ich nie puszczę, Twój wiatr ich nie zgoni.

Kiedy spojrzę w kometę z całą mocą duszy,

Dopóki na nią patrzę, z miejsca się nie ruszy.

Tylko ludzie skazitelni,

Marni, ale nieśmiertelni,

Nie służą mi, nie znają — nie znają nas obu,

Mnie i Ciebie.

Ja na nich szukam sposobu

Tu, w niebie.

Tę władzę, którą mam nad przyrodzeniem,

Chcę wywrzeć na ludzkie dusze,

Jak ptaki i jak gwiazdy rządzę mym skinieniem,

Tak bliźnich rozrządzać muszę.

Nie bronią — broń broń odbije,

Nie pieśniami — długo rosną,

Nie nauką — prędko gnije,

Nie cudami — to zbyt głośno.

Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie;

Rządzić jak Ty wszystkimi zawsze i tajemnie: —

Co ja zechcę, niech wnet zgadną,

Spełnią, tym się uszczęśliwią,

A jeżeli się sprzeciwią,

Niechaj cierpią i przepadną.

Niech ludzie będą dla mnie jak myśli i słowa,

Z których, gdy zechcę, pieśni wiąże się budowa; —

Mówią, że Ty tak władasz!

Wiesz, żem myśli nie popsuł, mowy nie umorzył;

Jeśli mnie nad duszami równą władzę nadasz,

Ja bym mój naród jak pieśń żywą stworzył,

I większe niżli Ty zrobiłbym dziwo,

Zanuciłbym pieśń szczęśliwą!

Daj mi rząd dusz! — Tak gardzę tą martwą budową,

Która gmin światem zowie i przywykł ją chwalić,

Żem nie próbował dotąd, czyli moje słowo

Nie mogłoby jej wnet zwalić.

Lecz czuję w sobie, że gdybym mą wolę

Ścisnął, natężył i razem wyświecił,

Może bym sto gwiazd zgasił, a drugie sto wzniecił —

Bo jestem nieśmiertelny! i w stworzenia kole

Są inni nieśmiertelni; — wyższych nie spotkałem —

Najwyższy na niebiosach! — Ciebie tu szukałem,

Ja najwyższy z czujących na ziemnym padole.

Nie spotkałem Cię dotąd — żeś Ty jest, zgaduję;

Niech Cię spotkam i niechaj Twą wyższość uczuję —

Ja chcę władzy, daj mi ją, lub wskaż do niej drogę!

O prorokach, dusz władcach, że byli, słyszałem,

I wierzę; lecz co oni mogli, to ja mogę,

Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz,

Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz.

Długie milczenie

z ironią

Milczysz, milczysz! wiem teraz, jam Cię teraz zbadał,

Zrozumiałem, coś Ty jest i jakeś Ty władał. —

Kłamca, kto Ciebie nazywał miłością,

Ty jesteś tylko mądrością.

Ludzie myślą, nie sercem, Twych dróg się dowiedzą;

Myślą, nie sercem, składy broni Twej wyśledzą —

Ten tylko, kto się wrył w księgi,

W metal, w liczbę, w trupie ciało,

Temu się tylko udało

Przywłaszczyć część Twej potęgi.

Znajdzie truciznę, proch, parę,

Znajdzie blaski, dymy, huki,

Znajdzie prawność, i złą wiarę

Na mędrki i na nieuki.

Myślom oddałeś świata użycie,

Serca zostawiasz na wiecznej pokucie,

Dałeś mnie najkrótsze życie

I najmocniejsze uczucie. —

Milczenie

Czym jest me czucie?

Ach, iskrą tylko!

Czym jest me życie?

Ach, jedną chwilką!

Lecz te, co jutro rykną, czym są dzisiaj gromy?

Iskrą tylko.

Czym jest wieków ciąg cały, mnie z dziejów wiadomy?

Jedną chwilką.

Z czego wychodzi cały człowiek, mały światek?

Z iskry tylko.

Czym jest śmierć, co rozprószy myśli mych dostatek?

Jedną chwilką.

Czym był On, póki światy trzymał w swoim łonie?

Iskrą tylko.

Czym będzie wieczność świata, gdy On go pochłonie?

Jedną chwilką.

GŁOS Z LEWEJ STRONY142

Wsiąść muszę

Na duszę

Jak na koń.

Goń! goń

W cwał, w cwał!

GŁOS Z PRAWEJ

Co za szał!

Brońmy go, brońmy,

Skrzydłem osłońmy

Chwila i iskra, gdy się przedłuża, rozpala —

Stwarza i zwala.

Śmiało, śmiało! tę chwilę rozdłużmy, rozdalmy,

Śmiało, śmiało! tę iskrę rozniećmy, rozpalmy —

Teraz — dobrze — tak. Jeszcze raz Ciebie wyzywam,

Jeszcze po przyjacielsku duszę Ci odkrywam.

Milczysz, — wszakżeś z Szatanem walczył osobiście?

Wyzywam Cię uroczyście.

Nie gardź mną, ja nie jeden, choć sam tu wzniesiony.

Jestem na ziemi sercem z wielkim ludem zbratan,

Mam ja za sobą wojska, i mocy, i trony;

Jeśli ja będę bluźnierca,

Ja wydam Tobie krwawszą bitwę niźli Szatan:

On walczył na rozumy, ja wyzwę na serca.

Jam cierpiał, kochał, w mękach i miłości wzrosłem;

Kiedyś mnie wydarł osobiste szczęście,

Na własnej piersi ja skrwawiłem pięście,

Przeciw Niebu ich nie wzniosłem.

GŁOS143

Rumaka

Przedzierzgnę w ptaka.

Orlimi pióry

Do góry!

W lot!

GŁOS

Gwiazdo spadająca!

Jaki szał

W otchłań cię strąca!

Teraz duszą jam w moję ojczyznę wcielony;

Ciałem połknąłem jej duszę,

Ja i ojczyzna to jedno.

Nazywam się Milijon — bo za milijony

Kocham i cierpię katusze.

Patrzę na ojczyznę biedną,

Jak syn na ojca wplecionego w koło;

Czuję całego cierpienia narodu,

Jak matka czuje w łonie bole swego płodu.

Cierpię, szaleję — a Ty mądrze i wesoło

Zawsze rządzisz,

Zawsze sądzisz,

I mówią, że Ty nie błądzisz!

Słuchaj, jeśli to prawda, com z wiarą synowską

Słyszał, na ten świat przychodząc,

Że Ty kochasz; — jeżeliś Ty kochał świat rodząc,

Jeśli ku zrodzonemu masz miłość ojcowską; —

Jeżeli serce czułe było w liczbie zwierząt,

Któreś Ty w arce zamknął i wyrwał z powodzi; —

Jeśli to serce nie jest potwór, co się rodzi

Przypadkiem, ale nigdy lat swych nie dochodzi; —

Jeśli pod rządem Twoim czułość nie jest bezrząd,

Jeśli w milijon ludzi krzyczących «ratunku!”»

Nie patrzysz jak w zawiłe zrównanie rachunku; —

Jeśli miłość jest na co w świecie Twym potrzebną

I nie jest tylko Twoją omyłką liczebną...

GŁOS144

Orła w hydrę!

Oczy mu wydrę.

Do szturmu dalej

Dymi! pali!

Ryk! grzmot!

GŁOS

Z jasnego słońca

Kometo błędu!

Gdzie koniec twego pędu?

Bez końca, bez końca!

Milczysz! — Jam Ci do głębi serce me otworzył,

Zaklinam, daj mi władzę: — jedna część jej licha,

Część tego, co na ziemi osiągnęła pycha,

Z tą jedną cząstką ileż ja bym szczęścia stworzył!

Milczysz! — nie dasz dla serca, dajże dla rozumu. —

Widzisz, żem pierwszy z ludzi i z aniołów tłumu,

Że Cię znam lepiej niźli Twoje archanioły,

Wart, żebyś ze mną władzą dzielił się na poły —

Jeślim nie zgadł, odpowiedz — milczysz! ja nie kłamię.

Milczysz i ufasz, że masz silne ramię —

Wiedz, że uczucie spali, czego myśl nie złamie —

Widzisz to moje ognisko: — uczucie,

Zbieram je, ściskam, by mocniej pałało,

Wbijam w żelazne woli mej okucie,

Jak nabój w burzące działo.

GŁOS145

Ognia! pal!

GŁOS

Litość! żal!

Odezwij się, — bo strzelę przeciw Twej naturze;

Jeśli jej w gruzy nie zburzę,

To wstrząsnę całym państw Twoich obszarem;

Bo wystrzelę głos w całe obręby stworzenia:

Ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia:

Krzyknę, żeś Ty nie ojcem świata, ale...

GŁOS DIABŁA

Carem!

Konrad staje chwilę, słania się i pada

DUCHY Z LEWEJ STRONY

PIERWSZY

Depc, chwytaj!

DRUGI

Jeszcze dysze.

PIERWSZY

Omdlał, omdlał, a nim

Przebudzi się, dodusim.

DUCH Z PRAWEJ STRONY

Precz — modlą się za nim.

DUCH Z LEWEJ

Widzisz, odpędzają nas.

PIERWSZY Z LEWEJ

Ty bestyjo głupia!

Nie pomogłeś mu słowo ostatnie wyrzygnąć,

Jeszcze o jeden stopień w dumę go podźwignąć!

Chwila dumy — ta czaszka już byłaby trupia.

Być tak blisko tej czaszki! i nie można deptać!

Widzieć krew w jego ustach, i nie można chłeptać!

Najgłupszy z diabłów, tyś go wypuścił w pół drogi.

DRUGI

Wróci się, wróci —

PIERWSZY

Precz stąd — bo wezmę na rogi

I będę cię lat tysiąc niósł, i w paszczę samą

Szatana wbiję.

DRUGI

Cha! cha! straszysz, ciociu! mamo!

Ja dziecko będę płakać —

płacze

Masz —

uderza rogiem

A co, nie chybił?

Leć i nie wyłaź z piekła — aha, do dna przybił —

Rogi me, brawo, rogi —

PIERWSZY

Sacrédieu!146

DRUGI

uderza

Masz.

PIERWSZY

W nogi.

Słychać stukanie i klucz we drzwiach

DRUGI DUCH

Pop, klecha, przyczajmy się i schowajmy rogi.

SCENA III

Wchodzą Kapral, braciszek bernardyn Piotr, jeden Więzień

KS. PIOTR

W imię Ojca i Syna i Świętego Ducha.

WIĘZIEŃ

On zapewne osłabiał. — Konradzie! — nie słucha.

KS. PIOTR

Pokój temu domowi, pokój grzesznikowi!

WIĘZIEŃ

Dla Boga, on osłabiał, patrz — miota się, dąsa,

To jest wielka choroba147, patrz, on usta kąsa.

Ks. Piotr modli się

KAPRAL

do Więźnia

Mój Panie, idźcie sobie, a nas tu zostawcie.

WIĘZIEŃ

Ale dla Boga! próżnych modlitew nie prawcie;

Podejmijcie go z ziemi, połóżmy do łóżka;

Księże Pietrze.

KS. PIOTR

Tu zostaw.

WIĘZIEŃ

Oto jest poduszka.

kładzie Konrada

E, ja wiem, co to znaczy. — Czasem nań napada

Takie szaleństwo: długo śpiewa, potem gada,

A jutro zdrów jak ryba. Lecz kto wam powiedział,

Że on osłabiał?

KAPRAL

Panie, ot byś cicho siedział.

Niech brat Piotr pomodli się nad waszym kolegą;

Bo ja wiem, że tu było — coś — tu — niedobrego.

Gdy runt odszedł, w tej celi hałas posłyszałem,

Spojrzę dziurką od klucza, a co tu widziałem,

To mnie wiedzieć. Pobiegłem do mojego kmotra,

Bo on człowiek pobożny, do braciszka Piotra —

Patrz na tego chorego: niedobrze się dzieje —

WIĘZIEŃ

Dalibóg nie pojmuję — nic, i oszaleję.

KAPRAL

Oszaleć? — Ej, Panowie, strzeżcie się, Panowie!

U was usta wymowne, wiele nauk w głowie,

A patrzcie, głowa mądra w prochu się taczała,

I z tych ust, tak wymownych, patrzaj — piana biała.

Słyszałem, co on śpiewał, ja słów nie pojąłem,

Lecz było coś u niego w oczach i nad czołem.

Wierz mi, że z tym człowiekiem niedobrze się dzieje —

Byłem ja w legijonach, nim wzięto w rekruty,

Brałem szturmem fortece, klasztory, reduty;

Więcej dusz wychodzących z ciała ja widziałem,

Niźli Waćpan przeczytał książek w życiu całem.

A to jest rzecz niemała widzieć, jak człek kona.

Widziałem ja na Pradze księży zarzynanych,

I w Hiszpaniji żywcem z wieży wyrzucanych;

Widziałem matek szablą rozrywane łona,

I dzieci konające na kozackich pikach,

I Francuzów na śniegu, i Turków na palu;

I wiem, co w konających widać męczennikach,

A co w złodzieju, zbójcy, Turku lub Moskalu.

Widziałem rozstrzelanych, co patrzyli śmiele

W rurę broni, nie chcieli na oczy zasłony;

A jak padli na ziemię, widziałem w ich ciele

Strach, co za życia wstydem i pychą więziony,

Wyszedł z trupa jak owad i pełzał wokoło:

Gorszy strach niż ten, który tchórza w bitwie nęka.

Taki strach, że dość spojrzeć na zamarłe czoło,

Aby widzieć, że dusza dąsa się i lęka,

Gardzi bólem i cierpi, i wieczna jej męka.

A więc, mój Panie, myślę, że twarz umarłego

Jest jak patent wojskowy do świata przyszłego,

I poznasz zaraz, jak on tam będzie przyjęty,

W jakiej randze i stopniu: święty czy przeklęty. —

A więc tego człowieka i pieśń, i choroba.

I czoło, i wzrok wcale mi się nie podoba.

Otóż Waćpan spokojnie idź do swojej celi,

My z bratem Piotrem będziem przy chorym siedzieli.

Więzień odchodzi

KONRAD

Przepaść — tysiąc lat — pusto — dobrze — jeszcze więcéj!

Ja wytrzymam i dziesięć tysiąców tysięcy —

Modlić się? — tu modlitwa nie przyda się na nic —

I byłaż taka przepaść bez dna i bez granic? —

Nie wiedziałem — a była.

KAPRAL

Słyszysz, jak on szlocha:

KS. PIOTR

Synu mój, tyś na sercu, które ciebie kocha.

do Kaprala

Wyjdź stąd i patrz, ażeby nikt tędy nie chodził

I póki stąd nie wyjdę, nikt mi nie przeszkodził.

Kapral odchodzi

KONRAD

zrywa się

Nie! — oka mi nie wydarł! mam to silne oko,

Widzę stąd, i stąd nawet, choć ciemno — głęboko,

Widzę ciebie, Rollison, — bracie, cóż to znaczy?

I tyś w więzieniu, zbity, krwią cały zbryzgany,

I ciebie Bóg nie słuchał, i tyś już w rozpaczy;

Szukasz noża, próbujesz głowę tłuc o ściany: —

«Ratunku!» — Bóg nie daje, ja ci dać nie mogę,

Oko mam silne, spojrzę, może cię zabiję —

Nie — ale ci pokażę okiem — śmierci drogę.

Patrz, tam masz okno, wybij, skocz, zleć i złam szyję,

I ze mną tu leć w głębie, w ciemność — lećmy na dół —

Otchłań — otchłań ta lepsza niźli ziemi padół;

Tu nie ma braci, matek, narodów, — tyranów —

Pójdź tu.

KS. PIOTR

Duchu nieczysty, znam cię po twym jadzie,

Znowuś tu, najchytrzejszy ze wszystkich szatanów,

Znowu w dom opuszczony leziesz, brzydki gadzie.

Tyś wpełznął w jego usta, na zgubęś tu wpełznął,

W imię Pańskie jam ciebie pojmał i ochełznął148.

Exorciso149...

DUCH

Stój, nie klnij — stój, odstąp od progu,

Wyjdę —

KS. PIOTR

Nie wyjdziesz, aż się upodoba Bogu.

Lew z pokolenia Judy tu Pan — on zwycięża:

Sieć na lwa zastawiłeś i w twym własnym wniku150

Złowiłeś się — Bóg ciebie złowił w tym grzeszniku.

W jego ustach chcę tobie najsroższy cios zadać:

Kłamco, ja tobie każę, musisz prawdę gadać.

DUCH

Parle-moi donc français, mon pauvre capucin,

J’ai pu dans le grand monde oublier mon latin.

Mais étant saint, tu dois avoir le don des langues —

Vielleicht sprechen Sie deutsch, was murmeln Sie so bang —

What it is, — Cavalleros, rispondero Io.151

KS. PIOTR

Ty to z ust jego wrzeszczysz, stujęzyczna żmijo,

DUCH

C’est juste, dans ce jeu, nous sommes de moitié,

Il est savant, et moi, diable de mon métier.

J’étais son précepteur et je m’en glorifie,

En sais-tu plus que nous? parle — je te défie.152

KS. PIOTR

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

DUCH

Ale stój, stój, mój księże, stój, już dosyć tego;

Tylko, księżuniu, nie męcz na próżno: — czyś szatan,

Żeby tak męczyć!

KS. PIOTR

Ktoś ty?

DUCH

Lukrecy, Lewiatan,

Voltaire, Alter Fritz, Legio sum.

KS. PIOTR

Coś widział?

DUCH

Zwierza.

KS. PIOTR

Gdzie?

DUCH

W Rzymie.

KS. PIOTR

Nie słucha mię — wróćmy do pacierza.

modli się

DUCH

Ale słucham.

KS. PIOTR

Gdzieś widział więźnia?

DUCH

Mówię, w Rzymie —

KS. PIOTR

Kłamiesz.

DUCH

Księże, na honor, na kochanki imię,

Mej kochanki czarniutkiej, co tak do mnie wzdycha —

A wiesz ty, jak się zowie moja luba? — Pycha.

Jakiś ty nieciekawy! —

KS. PIOTR

do siebie

Przeciwią się duchy;

Upokórzmy się Panu i zróbmy akt skruchy.

modli się

DUCH

Ale co tam masz robić, ja sam stąd wyruszę,

Przyznaję się, że wlazłem niezgrabnie w tę duszę.

Tu mnie kole — ta dusza jest jak skóra jeża,

Włożyłem ją na wywrót, kolcami do kiszek.

Ksiądz modli się

Aleś bo i ty majster, choć prosty braciszek; —

Osły, powinni ciebie obrać za papieża.

Głupstwo stawią w kościele na przód, jak kolumny,

A ciebie kryją w kątku: świecznik, gwiazdę blasku!

KS. PIOTR

Tyranie i pochlebco, i podły, i dumny,

Żebyś pierś ugryzł, u nóg wleczesz się po piasku.

DUCH

śmiejąc się

Aha! gniewasz się, pacierz przerwałeś — da capo153;

Żebyś sam widział, jak ty śmiesznie kręcisz łapą —

Istny niedźwiadek, gdy się broni od komarów! —

On trzepie swoje, — no więc — dosyć już tych swarów;

Znam twoję moc i chcę się tobie wyspowiadać,

Będę ci o przeszłości i przyszłości gadać. —

A wiesz ty, co o tobie mówią w całym mieście? —

Ksiądz modli się

A wiesz ty, co to będzie z Polską za lat dwieście? —

A wiesz, dlaczego tobie przeor tak nie sprzyja? —

A wiesz, w Apokalipsie co znaczy bestyja? —

Milczy i trzepie — oczy aż strach we mnie wlepił.

Powiedz, księżuniu, czegoś do mnie się uczepił?

Co ja winien, że takie mam odbierać chłosty.

Czy ja jestem król diabłów, — wszak ja diabeł prosty.

Zważ, czy to prawnie sługę ukarać za pana,

Wszakże ja tu przyszedłem z rozkazu Szatana;

Trudno mu się tłumaczyć, bo z nim nie brat za brat,

Jestem jako Kreishauptmann154, Gubernator, Landrat155: —

Każą duszę brać w areszt, biorę, sadzę w ciemność;

Zdarza się przy tym duszy jaka nieprzyjemność,

Ale czyż z mojej winy? — jam ślepe narzędzie;

Tyran szelma da ukaz, pisze: «Niech tak będzie» —

Czyż to mnie miło męczyć, — mnie samemu męka. —

Ach —

wzdycha

jak to źle być czułym. — Ach, serce mi pęka.

Wierz mi: gdy pazurami grzesznika odzieram,

Nieraz ogonem, ah! ah! — łzy sobie ocieram.

Ksiądz modli się

A wiesz, że jutro będziesz bity jako Haman?

KS. PIOTR

In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti, Amen.

Ego te exorciso, spiritus immunde156

DUCH

Księże, stój — słucham — gadam — stój — jedną sekundę!

KS. PIOTR

Gdzie jest nieszczęsny więzień, co chce zgubić duszę? —

Milczysz — Exorciso te

DUCH

Gadam, gadam — muszę.

KS. PIOTR

Kogo widziałeś?

DUCH

Więźnia.

KS. PIOTR

Jakiego?

DUCH

Grzesznika.

KS. PIOTR

Gdzie? —

DUCH

Tam, w drugim klasztorze.

KS. PIOTR

W jakim?

DUCH

Dominika.

Ten grzesznik już przeklęty, prawem mnie należy.

KS. PIOTR

Kłamiesz.

DUCH

On już umarły.

KS. PIOTR

Kłamiesz.

DUCH

Chory leży.

KS. PIOTR

Exorciso te

DUCH

Gadam, gadam, skaczę — śpiewam —

Tylko nie klnij — jak gadać? — dusisz — ledwie ziewam.

KS. PIOTR

Mów prawdę.

DUCH

Grzesznik chory, lata bez pamięci

I jutro rano szyję niezawodnie skręci.

KS. PIOTR

Kłamiesz.

DUCH

Poświadczy godny świadek, kmotr Belzebub.

Pytaj go, męcz — niewinnej duszy mojej nie gub.

KS. PIOTR

Jak ratować grzesznika?

DUCH

Bodajeś zdechł, klecho,

Nie powiem.

KS. PIOTR

Exorciso

DUCH

Ratować pociechą.

KS. PIOTR

Dobrze, gadaj wyraźnie — czego mu potrzeba?

DUCH

Mam chrypkę, nie wymówię.

KS. PIOTR

Mów!

DUCH

Mój panie! królu!

Daj odpocząć

KS. PIOTR

Mów, czego potrzeba —

DUCH

Księżulu,

Ja tego nie wymówię.

KS. PIOTR

Mów!

DUCH

He — Wina — Chleba —

KS. PIOTR

Rozumiem, Chleba Twego i Krwi Twojej, Panie —

Pójdę, i daj mi spełnić Twoje rozkazanie.

do Ducha

A teraz zabierz z sobą twe złości i błędy,

Skąd wszedłeś i jak wszedłeś, idź tam i tamtędy.

Duch uchodzi

KONRAD

Dźwigasz mię! — ktoś ty? — strzeż się, sam spadniesz w te doły.

Podaje rękę — lećmy — w górę jak ptak lecę —

Mile oddycham wonią — promieniami świecę.

Któż mi dał rękę? — dobrzy ludzie i anioły;

Skądże litość, wam do mnie schodzić do tych dołów?

Ludzie? — Ludźmi gardziłem, nie znałem aniołów.

KS. PIOTR

Módl się, bo strasznie Pańska dotknęła cię ręka:

Usta, którymiś wieczny Majestat obraził,

Te usta zły duch słowy szkaradnymi skaził;

Słowa głupstwa, najsroższa dla mądrych ust męka,

Oby ci policzone były za pokutę.

Obyś o nich zapomniał —

KONRAD

Już są tam — wykute.

KS. PIOTR

Obyś, grzeszniku, nigdy sam ich nie wyczytał,

Oby cię o znaczenie ich Bóg nie zapytał —

Módl się; myśl twoja w brudne obleczona słowa,

Jak grzeszna, z tronu swego strącona królowa,

Gdy w żebraczej odzieży, okryta popiołem,

Odstoi czas pokuty swojej przed kościołem,

Znowu na tron powróci, strój królewski wdzieje

I większym niżli pierwej blaskiem zajaśnieje.

Usnął —

klęka

— Twe miłosierdzie, Panie, jest bez granic.

pada krzyżem

Panie, otom ja sługa dawny, grzesznik stary,

Sługa już spracowany i niezgodny na nic.

Ten młody, zrób go za mnie sługą Twojej wiary,

A ja za jego winy przyjmę wszystkie kary.

On poprawi się jeszcze, on wsławi Twe Imię.

Módlmy się, Pan nasz dobry! Pan ofiarę przyjmie.

modli się

W bliskim kościele, za ścianą, zaczynają śpiewać pieśń Bożego Narodzenia. Nad Księdzem Piotrem Chór aniołów na nutę: «Anioł pasterzom mówił»

CHÓR ANIOŁÓW

głosy dziecinne

Pokój temu domowi,

Spoczynek grzesznikowi.

Sługo! sługo pokorny, cichy,

Wniosłeś pokój w dom pychy.

Pokój temu domowi.

ARCHANIOŁ PIERWSZY

na nutę: «Bóg nasz ucieczką»

Panie, on zgrzeszył, przeciwko Tobie zgrzeszył on bardzo.

ARCHANIOŁ DRUGI

Lecz płaczą nad nim, modlą się za nim Twoi Anieli.

ARCHANIOŁ PIERWSZY

Tych zdepc, o Panie, tych złam, o Panie, którzy Twe święte sądy pogardzą,

ARCHANIOŁ DRUGI

Ale tym daruj, co świętych sądów Twych nie pojęli.

ANIOŁ

Kiedym z gwiazdą nadziei

Leciał świecąc Judei,

Hymn Narodzenia śpiewali Anieli:

Mędrcy nas nie widzieli,

Królowie nie słyszeli.

Pastuszkowie spostrzegli

I do Betlejem biegli:

Pierwsi wieczną mądrość witali,

Wieczną władzę uznali:

Biedni, prości i mali.

ARCHANIOŁ PIERWSZY

Pan, gdy ciekawość, dumę i chytrość w sercu Aniołów, sług swych, obaczył,

Duchom wieczystym, Aniołom czystym, Pan nie przebaczył.

Runęły z niebios, jak deszcz gwiaździsty, Aniołów tłumy,

I deszczem lecą za nimi co dzień mędrców rozumy.

CHÓR ANIOŁÓW

Pan maluczkim objawia,

Czego wielkim odmawia.

Litość! litość! nad synem ziemi,

On był między wielkiemi,

Litość nad synem ziemi.

ARCHANIOŁ DRUGI

On sądów Twoich nie chodził badać jako ciekawy,

Nie dla mądrości ludzkiej on badał, ani dla sławy.

ARCHANIOŁ PIERWSZY

On Cię nie poznał, on Cię nie uczcił, Panie nasz wielki!

On Cię nie kochał, on Cię nie wezwał, nasz Zbawicielu!

ARCHANIOŁ DRUGI

Lecz on szanował imię Najświętszej Twej Rodzicielki.

On kochał naród, on kochał wiele, on kochał wielu.

ANIOŁ

Krzyż w złoto oprawiony

Zdobi królów korony.

Na piersi mędrców błyszczy jak zorze,

A w duszę wniść nie może:

Oświeć, oświeć ich, Boże!

CHÓR ANIOŁÓW

My tak ludzi kochamy,

Tak z nimi być żądamy

Wygnani od mędrków i króli,

Prostaczek nas przytuli,

Nad nim dzień, noc śpiewamy.

CHÓR ARCHANIOŁÓW

Podnieś tę głowę, a wstanie z prochu, niebios dosięże,

I dobrowolnie padnie, i uczci krzyża podnóże;

Wedle niej cały świat u stóp krzyża niechaj polęże

I niech Cię wsławi, żeś sprawiedliwy i litościwy Pan nasz, o Boże!

OBADWA CHÓRY

Pokój, pokój prostocie,

Pokornej, cichej cnocie!

Sługo, sługo pokorny, cichy,

Wniosłeś pokój w dom pychy,

Pokój grzesznemu sierocie.

SCENA IV. DOM WIEJSKI PODE LWOWEM

Pokój sypialny — Ewa157, młoda panienka, wbiega, poprawia kwiaty przed obrazem Najświętszej Panny, klęka i modli się. Wchodzi Marcelina158

MARCELINA

Modlisz się jeszcze dotąd! — czas spać, północ biła.

EWA

Jużem się za ojczyznę moję pomodliła,

Jak nauczono, i za ojca, i za mamę;

Zmówmy jeszcze i za nich pacierze też same.

Choć oni tak daleko, ale to są dziatki

Jednej ojczyzny naszej, Polski, jednej matki.

Litwin, co dziś tu przybył, uciekł od Moskali;

Strach słyszeć, co tam oni z nimi wyrabiali.

Zły car kazał ich wszystkich do ciemnicy wsadzić

I jak Herod chce całe pokolenie zgładzić.

Litwin ten bardzo ojca naszego zasmucił,

Poszedł w pole i dotąd z przechadzki nie wrócił.

Mama na mszę posłała i obchód żałobny,

Bo wielu z nich umarło. — Ja pacierz osobny

Zmówię za tego, co te piosenki ogłosił;

pokazując książkę

I on także w więzieniu, jak nam gość donosił.

Te piosenki czytałam; niektóre są piękne —

Jeszcze pójdę, przed Matką Najświętszą uklęknę,

Pomodlę się za niego; kto wie, czy w tej chwili

Ma rodziców, żeby się za nim pomodlili.

Marcelina odchodzi

Ewa modli się i usypia

ANIOŁ

Lekko i cicho, jak lekkie sny zlećmy.

CHÓR ANIOŁÓW

Braciszka miłego sen rozweselmy,

Sennemu pod głowę skrzydło podścielmy,

Oczami, gwiazdami, twarz mu oświećmy,

Śpiewając i grając latajmy wiankiem,

Nad czystym, nad cichym naszym kochankiem.

Rączęta liliowe za liście splećmy,

Za róże kwitnące czoła rozniećmy,

Spod wstążek gwiaździstych włos nasz rozwiążmy.

Rozpuśćmy w promienie, rozlejmy w wonie;

Kwitnącym, pachnącym, żyjącym wiankiem

Kochanka naszego piersi okrążmy,

Kochanka naszego otulmy skronie.

Śpiewając i grając latajmy wiankiem,

Nad czystym, nad cichym naszym kochankiem.

EWA

WIDZENIE

Deszczyk tak świeży, miły, cichy jak rosa,

I skąd ten deszczyk — tak czyste niebiosa,

Jasne niebiosa! —

Krople zielone, kraśne — trawki, równianki159,

Róże, lilije, wianki

Obwijają mię wkoło. — Ach, jaki sen wonny,

Sen lekki, słodki, — oby był dozgonny.

Różo błyszcząca, słoneczna,

Lilijo przeczysta, mleczna!

Ty nie z ziemi: — tam rosłaś, nad białym obłokiem.

Narcyzie, jakim śnieżnym patrzysz na mnie okiem;

A te błękitne kwiaty pamiątek,

Jak źrenice niewiniątek —

Poznałam — kwiatki moje — sama polewałam,

W moim ogródku wczora nazbierałam,

I uwieńczyłam Matki Boskiej skronie,

Tam nad łóżkiem na obrazku.

Widzę — to Matka Boska — cudowny blasku!

Pogląda na mnie, bierze wianek w dłonie,

Podaje Jezusowi, a Jezus dziecię

Z uśmiechem rzuca na mnie kwiecie —

Jak wypiękniały kwiatki — jak ich wiele — krocie,

A wszystkie w przelocie

Szukają na powietrzu siebie,

Moje kochanki!

I same plotą się w wianki.

Jak tu mnie miło, jak w niebie;

Jak tu mnie dobrze, mój Boże; —

Niech mię na zawsze ten wianek otoczy,

Niech zasnę, umrę, patrząc w te róże,

W te białe narcyzu oczy.

Róża, ta róża żyje

Wstąpiła w nią dusza,

Główką lekko rusza,

Jaki ogień z niej bije.

To rumieniec żyjący — jak zorzy wniście160.

Śmieje się, jak na uśmiech rozwija liście,

Roztula między liściem dwoje ust z koralu,

Mówi, coś mówi — jak cicho, jak skromnie.

Co ty, różo, szepcesz do mnie?

Zbyt cicho, smutnie — czy to głos żalu?

Skarżysz się, żeś wyjęta z rodzinnej trawki?

Nie wzięłam ciebie dla mojej zabawki,

Jam tobą skronie Matki Najświętszej wieńczyła,

Jam po spowiedzi wczora łzami cię poiła;

A z twoich ust koralu

Wylatują promieniem

Iskierka po iskierce —

Czy taka światłość jest twoim pieniem?

Czego chcesz, różo miła?

RÓŻA

Weź mnie na serce.

ANIOŁOWIE

Rozwiążmy, rozplećmy anielski wianek.

RÓŻA

Odwijam me skrzydła, wyplatam czoło.

ANIOŁOWIE

My w niebo do domu lećmy wesoło.

RÓŻA

Ja będę ją bawił, nim błyśnie ranek,

Na sennym jej sercu złożę me skronie:

Jak święty apostoł, Pański kochanek,

Na boskim Chrystusa spoczywał łonie.

SCENA V. CELA KSIĘDZA PIOTRA

KS. PIOTR

modli się leżąc krzyżem

Panie! czymże ja jestem przed Twoim obliczem? —

Prochem i niczem;

Ale gdym Tobie moję nicość wyspowiadał,

Ja, proch, będę z Panem gadał.

WIDZENIE

Tyran wstał — Herod! — Panie, cała Polska młoda

Wydana w ręce Heroda.

Co widzę — długie, białe, dróg krzyżowych biegi,

Drogi długie — nie dojrzeć — przez puszcze161, przez śniegi

Wszystkie na północ! — tam, tam w kraj daleki,

Płyną jak rzeki.

Płyną: — ta droga prosto do żelaznej bramy,

Tamta jak strumień wpadła pod skałę, w te jamy,

A tamtej ujście w morzu. — Patrz! po drogach leci

Tłum wozów — jako chmury wiatrami pędzone,

Wszystkie tam w jedną stronę.

Ach, Panie! to nasze dzieci,

Tam na północ — Panie, Panie!

Takiż to los ich — wygnanie!

I dasz ich wszystkich wygubić za młodu,

I pokolenie nasze zatracisz do końca? —

Patrz! — ha! — to dziecię uszło — rośnie — to obrońca!

Wskrzesiciel narodu, —

Z matki obcej; krew jego dawne bohatery,

A imię jego będzie czterdzieści i cztery.

Panie! czy przyjścia jego nie raczysz przyśpieszyć?

Lud mój pocieszyć? —

Nie! lud wycierpi. — Widzę ten motłoch — tyrany,

Zbójce — biegą — porwali — mój Naród związany

Cała Europa wlecze, nad nim się urąga —

«Na trybunał!» — Tam zgraja niewinnego wciąga.

Na trybunale gęby, bez serc, bez rąk; sędzie —

To jego sędzie!

Krzyczą: «Gal, Gal sądzić będzie»

Gal w nim winy nie znalazł i — umywa ręce,

A króle krzyczą: «Potęp i wydaj go męce;

Krew jego spadnie na nas i na syny nasze;

Krzyżuj syna Maryi, wypuść Barabasze:

Ukrzyżuj, — on cesarza koronę znieważa,

Ukrzyżuj, — bo powiemy, żeś ty wróg cesarza».

Gal wydał — już porwali — już niewinne skronie

Zakrwawione, w szyderskiej, cierniowej koronie,

Podnieśli przed świat cały; — i ludy się zbiegły —

Gal krzyczy: «Oto naród wolny, niepodległy!»

Ach, Panie, już widzę krzyż — ach, jak długo, długo

Musi go nosić — Panie, zlituj się nad sługą.

Daj mu siły, bo w drodze upadnie i skona —

Krzyż ma długie, na całą Europę ramiona,

Z trzech wyschłych ludów, jak z trzech twardych drzew ukuty. —

Już wleką; już mój Naród na tronie pokuty —

Rzekł: «Pragnę» — Rakus162 octem, Borus163 żółcią poi,

A matka Wolność u nóg zapłakana stoi.

Patrz — oto żołdak Moskal z kopiją przyskoczył

I krew niewinną mego narodu wytoczył.

Cóżeś zrobił, najgłupszy, najsroższy z siepaczy!

On jeden poprawi się, i Bóg mu przebaczy.

Mój kochanek już głowę konającą spuścił,

Wołając: «Panie, Panie, za coś mię opuścił!»

On skonał!

Słychać Chóry aniołów — daleki śpiew wielkanocnej pieśni — na koniec słychać: «alleluja! alleluja!»

Ku niebu, on ku niebu, ku niebu ulata!

I od stóp jego wionęła

Biała jak śnieg szata —

Spadła, — szeroko — cały świat się w nią obwinął.

Mój kochanek na niebie, sprzed oczu nie zginął.

Jako trzy słońca błyszczą jego trzy źrenice,

I ludom pokazuje przebitą prawicę.

Któż ten mąż? — To namiestnik na ziemskim padole.

Znałem go, — był dzieckiem — znałem,

Jak urósł duszą i ciałem!

On ślepy, lecz go wiedzie anioł pacholę.

Mąż straszny — ma trzy oblicza,

On ma trzy czoła.

Jak baldakim rozpięta księga tajemnicza

Nad jego głową, osłania lice.

Podnóżem jego są trzy stolice.

Trzy końce świata drżą, gdy on woła;

I słyszę z nieba głosy jak gromy:

To namiestnik wolności na ziemi widomy!

On to na sławie zbuduje ogromy

Swego kościoła!

Nad ludy i nad króle podniesiony;

Na trzech stoi koronach, a sam bez korony:

A życie jego — trud trudów,

A tytuł jego — lud ludów;

Z matki obcej, krew jego dawne bohatery,

A imię jego czterdzieści i cztery.

Sława! sława! sława!

zasypia

ANIOŁOWIE

schodzą widomie

Usnął — Wyjmijmy z ciała duszę, jak dziecinę

Senną z kolebki złotej, i zmysłów sukienkę

Lekko zwleczmy; ubierzmy w światło jak jutrzenkę

I lećmy. Jasną duszę nieśmy w niebo trzecie,

Ojcu naszemu złożyć na kolanach dziecię;

Niech uświęci sennego ojcowską pieszczotą,

A przed ranną modlitwą duszę wrócim życiu,

I znowu w czystych zmysłów otulim powiciu,

I znowu złożym w ciało, jak w kolebkę złotą.

SCENA VI

Pokój sypialny wspaniały — Senator obraca się na łożu i wzdycha — Dwóch Diabłów nad głową

DIABEŁ I

Spił się, a nie chce spać,

Muszę tak długo stać,

Łajdaku, cicho leż!

Czy go tam kole jeż?

DIABEŁ II

Syp mu na oczy mak.

DIABEŁ I

Zasnął, wpadnę jak zwierz.

DIABEŁ II

Jako na wróbla ptak.

OBADWAJ

Duszę do piekła wlec,

Wężami smagać, piec.

BELZEBUB

Wara!

DWAJ DIABŁY

Coś ty za kmotr?

BELZEBUB

Belzebub.

DWAJ DIABŁY

No, i cóż?

BELZEBUB

Zwierzyny mi nie płosz.

DIABEŁ I

Ale gdy zaśnie łotr,

Do mnie należy sen?

BELZEBUB

Jak ujrzy noc i żar,

Srogość i mnogość kar,

Zlęknie się naszych scen;

Przypomni jutro sen,

Może poprawić się,

Jeszcze daleko zgon.

DIABEŁ II

wyciągając szpony

Pozwól zabawić się —

Co ty o niego drżysz,

Gdy poprawi się on,

Ja każę święcić się

I wezmę w ręce krzyż.

BELZEBUB

Jak zbyt nastraszysz raz,

Gotów przypomnieć sen,

Gotów oszukać nas,

Wypuścisz ptaka z rąk.

DIABEŁ I

pokazując sennego

Ależ braciszek ten,

Ten mój najmilszy syn,

Będzież on spał bez mąk?

Nie chcesz? — ja męczę sam.

BELZEBUB

Łotrze, a znasz mój czyn164?

Od cara zwierzchność mam!

DIABEŁ I

Pardon — cóż każesz Waść?

BELZEBUB

Możesz na duszę wpaść,

Możesz ją w pychę wzdąć,

A potem w hańbę pchnąć,

Możesz w pogardzie wlec

I szyderstwami siec,

Ale o piekle cyt!

My lećmy — fit, fit, fit.

odlatuje

DIABEŁ I

Więc ja za duszę cap;

Aha, łajdaku, drżysz!

DIABEŁ II

Tylko ją bierz do łap

Lekko, jak kotek mysz.

WIDZENIE SENATORA

SENATOR

przez sen

Pismo! — to dla mnie — reskrypt Jego Carskiej Mości!

Własnoręczny, — ha! ha! ha! — rubli sto tysięcy.

Order! — gdzie — lokaj, przypnij — tu. Tytuł książęcy!

A! — a! — Wielki Marszałku; a! — pękną z zazdrości:

przewraca się

Do Cesarza! — przedpokój — oni wszyscy stoją;

Nienawidzą mnie wszyscy, kłaniają się, boją.

Marszałek — Grand Contrôleur165 — ledwie poznasz, w masce.

Ach, jakie lube szemrania,

Dokoła lube szemrania:

Senator w łasce, w łasce, w łasce, w łasce, w łasce.

Ach, niech umrę, niech umrę śród tego szemrania,

Jak śród nałożnic moich łaskotania!

Każdy się kłania,

Jestem duszą zebrania.

Patrzą na mnie, zazdroszczą — nos w górę zadzieram:

O rozkoszy! umieram, z rozkoszy umieram!

przewraca się

Cesarz! — Jego Imperatorska Mość — a! Cesarz wchodzi,

A! — co? — nie patrzy! zmarszczył brwi — spojrzał ukosem?

Ach! — Najjaśniejszy Panie — ach! — nie mogę głosem —

Głos mi zamarł — ach, dreszcz, pot, — ach! dreszcz ziębi, chłodzi. —

Ach, Marszałek! — co? do mnie odwraca się tyłem.

Tyłem, a! senatory, dworskie urzędniki!

Ach, umieram, umarłem, pochowany, zgniłem,

I toczą mię robaki, szyderstwa, żarciki.

Uciekają ode mnie. Ha! jak pusto! głucho.

Szambelan szelma, szelma! patrz, wyszczyrza zęby —

Dbrum — ten uśmiech jak pająk wleciał mi do gęby.

spluwa

Jaki dźwięk! — to kalambur — o brzydka mucho;

opędza koło nosa

Lata mi koło nosa

Jak osa,

I epigramy, żarciki, przytyki,

Te szmery, — ach, to świerszcze wlazły mi w ucho:

Moje ucho, moje ucho!

wytrząsa palcem ucho

Jaki szmer — kamerjunkry świszczą jak puszczyki,

Damy ogonem skrzeczą jak grzechotniki,

Jaki okropny szmer! śmiechy! wrzaski:

Senator wypadł z łaski, z łaski! z łaski, z łaski.

pada z łóżka na ziemią

DIABŁY

zstępują widomie

Teraz duszę ze zmysłów wydrzem, jak z okucia

Psa złego; lecz nie całkiem, nałożym kaganiec,

Na wpół zostawim w ciele, by nie tracił czucia;

Drugą połowę wleczmy aż na świata kraniec,

Gdzie się doczesność kończy, a wieczność zaczyna,

Gdzie z sumnieniem graniczy piekielna kraina;

I złe psisko uwiążem tam, na pograniczu:

Tam pracuj, ręko moja, tam świstaj, mój biczu.

Nim trzeci kur zapieje, musim z tej męczarni

Wrócić zmordowanego, skalanego ducha;

Znowu przykuć do zmysłów jako do łańcucha,

I znowu w ciele zamknąć jako w brudnej psiarni.

SCENA VII. SALON WARSZAWSKI

Kilku wielkich Urzędników, kilku wielkich Literatów, kilka Dam wielkiego tonu, kilku Jenerałów i Sztabsoficerow; wszyscy incognito piją herbatę przy stoliku — bliżej drzwi kilku Młodych ludzi i dwóch Starych Polaków. Stojący rozmawiają z żywością — towarzystwo stolikowe mówi po francusku, przy drzwiach po polsku

PRZY DRZWIACH

ZENON NIEMOJEWSKI

do Adolfa

To i u was na Litwie toż samo się dzieje?

ADOLF

Ach, u nas gorzej jeszcze, u nas krew się leje!

NIEMOJEWSKI

Krew?

ADOLF

Nie na polu bitwy, lecz pod ręką kata,

Nie od miecza, lecz tylko od pałki i bata.

Rozmawiają ciszej

PRZY STOLIKU

HRABIA

To bal był taki świetny, i wojskowych wiele?

FRANCUZ

Ja słyszałem, że było pusto jak w kościele.

DAMA

Owszem, pełno —

HRABIA

I świetny?

DAMA

O tym mówić długo.

KAMERJUNKIER

Służono najniezgrabniej, choć z liczną usługą;

Nie miałem szklanki wina, ułamku pasztetu,

Tak zawalono całe wniście do bufetu.

DAMA I

W sali tańców zgoła nic nie ugrupowano,

Jak na raucie angielskim po nogach deptano.

DAMA II

Bo to był tylko jeden z prywatnych wieczorów.

SZAMBELAN

Przepraszam, bal proszony — mam dotąd bilety.

wyjmuje inwitacje166 i pokazuje, wszyscy przekonywają się

DAMA I

Tym gorzej; pomieszano grupy, toalety,

Nie można było zgoła ocenić ubiorów.

DAMA II

Odtąd jak Nowosilcow wyjechał z Warszawy,

Nikt nie umie gustownie urządzić zabawy:

Nie widziałam pięknego balu ani razu.

On umiał ugrupować bal na kształt obrazu;

Słychać między mężczyznami śmiech

DAMA I

Śmiejcie się, Państwo, mówcie, co się wam podoba,

A była to potrzebna w Warszawie osoba.

PRZY DRZWIACH

JEDEN Z MŁODYCH

Cichowski uwolniony?

ADOLF

Ja znam Cichowskiego.

Właśnie byłem, chciałem się dowiedzieć od niego,

Żeby między naszymi na Litwie rozgłosić.

ZENON NIEMOJEWSKI

My powinniśmy z sobą łączyć się i znosić;

Inaczej, rozdzieleni, wszyscy zginiem marnie.

gadają ciszej

MŁODA DAMA

przy nich stojąca

A jakie on okropne wytrzymał męczarnie!

rozmawiają

PRZY STOLIKU

JENERAŁ

do Literata

Ale przeczytaj wreszcie — dajże się uprosić.

LITERAT

Ja nie umiem na pamięć.

JENERAŁ

Zwykłeś z sobą nosić.

Masz przy sobie pod frakiem — a — widzę okładki:

Damy chcą słyszeć.

LITERAT

Damy? — a! — to literatki.

Więcej wierszy francuskich na pamięć umieją

Niźli ja.

JENERAŁ

idzie mówiąc z Damami

Tylko niechaj Panie się nie śmieją.

DAMA

Macie robić lekturę? — przepraszam — choć umiem

Po polsku, ale polskich wierszy nie rozumiem.

JENERAŁ

do Oficera

Ma racyję po części, bo nudne po trochu.

pokazuje na Literata

Opiewa tysiąc wierszy o sadzeniu grochu.

do Literata

Czytajże, jeśli ciebie nie będziem słuchali —

To patrz —

pokazując na drugiego Literata

ten nam gazeciarz swe rymy wypali.

Śliczna byłaby wszystkim słuchaczom przysługa.

Patrz, jak się on zaprasza, jak śmieje się, mruga;

I usta już otworzył jak zdechłą ostrygę,

I oko zwrócił wielkie i słodkie jak figę.

LITERAT

do siebie

Wychodzą —

do Jenerała

Długie wiersze, ja bym piersi strudził.

JENERAŁ

do Oficera

Dobrze, że nie chce czytać, boby nas zanudził.

MŁODA DAMA

oddzielając się od grupy młodszej, ode drzwi, do stolika

A to jest rzecz okropna — słuchajcie, Panowie!

do Adolfa

Niechaj Pan tym Ichmościom o Cichowskim powie.

OFICER WYŻSZY

Cichowski wypuszczony?

HRABIA

Przesiedział lat tyle

W więzieniu —

SZAMBELAN

Ja myśliłem, że leżał w mogile.

do siebie

O takich rzeczach słuchać nie bardzo bezpiecznie,

A wyjść w środku powieści byłoby niegrzecznie.

wychodzi

HRABIA

Wypuszczony? — to dziwna.

ADOLF

Nie znaleźli winy.

MISTRZ CEREMONII

Któż tu mówi o winach; — są inne przyczyny —

Kto długo był w więzieniu, widział, słyszał wiele —

A rząd ma swe widoki, ma głębokie cele,

Które musi ukrywać. — To jest rzecz rządowa —

Tajniki polityczne — myśl gabinetowa.

To się tak wszędzie dzieje — są tajniki stanu —

Ale Pan z Litwy, — a! a! — to jest dziwno Panu.

Panowie na wsi, to tak chcecie o cesarstwie

Wiedzieć wszystko, jak gdyby o swym gospodarstwie.

uśmiecha się

KAMERJUNKIER

Pan z Litwy, i po polsku? nie pojmuję wcale —

Ja myśliłem, że w Litwie to wszystko Moskale.

O Litwie, dalibógże! mniej wiem niż o Chinach —

Constitutionnel coś raz pisał o Litwinach,

Ale w innych gazetach francuskich ni słowa.

PANNA

do Adolfa

Niech Pan opowie, — to rzecz ważna, narodowa.

STARY POLAK

Znałem starych Cichowskich, uczciwa rodzina;

Oni są z Galicyi. Słyszałem, że syna

Wzięli i zamorzyli: — mój krewny daleki!

Nie widziałem go dawno, — o ludzie! o wieki!

Trzy pokolenia przeszły, jak nas przemoc dręczy;

Męczyła ojców naszych, — dzieci, wnuków męczy!

ADOLF

Wszyscy zbliżają się i słuchają

Znałem go będąc dzieckiem; — był on wtenczas młody,

Żywy, dowcipny, wesół i sławny z urody;

Był duszą towarzystwa; gdzie się tylko zjawił.

Wszystkich opowiadaniem i żartami bawił;

Lubił dzieci, i często brał mię na kolana,

U dzieci miał on tytuł «wesołego pana».

Pamiętam włosy jego, — nieraz ręce moje

Plątałem w jasnych włosów kędzierzawe zwoje.

Wzrok pamiętam, — musiał być wesoły, niewinny,

Bo kiedy patrzył na nas, zdawał się dziecinny;

I patrząc na nas, wabił nas do swej źrenicy,

Patrząc nań, myśleliśmy, żeśmy rówiennicy.

On wtenczas miał się żenić; — pomnę, że przynosił

Dzieciom dary swej przyszłej i na ślub nas prosił.

Potem długo nie przyszedł, i mówiono w domu,

Że nie wiedzieć gdzie zniknął, umknął po kryjomu,

Szuka rząd, ale śladu dotąd nie wytropił, —

Na koniec powiedziano: zabił się, utopił.

Policyja dowodem stwierdziła domysły,

Znaleziono płaszcz jego nad brzegami Wisły;

Przyniesiono płaszcz żonie — poznała — on zginął;

Trupa nie znaleziono — i tak rok przeminął.

Dlaczegóż on się zabił? — pytano, badano,

Żałowano, płakano; wreszcie — zapomniano.

I minęło dwa lata. Jednego wieczora

Więźniów do Belwederu wiedziono z klasztora.

Wieczór ciemny i dżdżysty; — nie wiem, czy przypadkiem,

Czy umyślnie ktoś był tej procesyi świadkiem;

Może jeden z odważnych warszawskich młodzieńców,

Którzy śledzą pobytu i nazwiska jeńców:

Warty stały w ulicach, głucho było w mieście —

Wtem ktoś zza muru krzyknął: «Więźnie, kto jesteście?»

Sto ozwało się imion; — śród nich dosłyszano

Jego imię, i żonie nazajutrz znać dano.

Pisała i latała, prosiła, błagała,

Lecz prócz tego imienia — nic nie posłyszała.

I znowu lat trzy przeszło bez śladu, bez wieści.

Lecz nie wiedzieć kto szerzył w Warszawie powieści,

Że on żyje, że męczą, że przyznać się wzbrania

I że dotąd nie złożył żadnego wyznania;

Że mu przez wiele nocy spać nie dozwolano,

Że karmiono śledziami i pić nie dawano;

Że pojono opijum, nasyłano strachy,

Larwy; że łaskotano w podeszwy, pod pachy —

Lecz wkrótce innych wzięto, o innych zaczęli

Mówić; żona płakała, wszyscy zapomnieli.

Aż niedawno przed domem żony w nocy dzwonią —

Otworzono: Oficer i żandarm pod bronią,

I więzień. — On — każą dać pióra i papieru;

Podpisać, że wrócony żywy z Belwederu.

Wzięli podpis, i palcem pogroziwszy: «Jeśli

Wydasz...» — i nie skończyli; jak weszli, odeszli.

To on był. — Biegę widzieć, przyjaciel ostrzega:

«Nie idź dzisiaj, bo spotkasz pod wrotami szpiega».

Idę nazajutrz, w progu policejskie draby;

Idę w tydzień, on sam mię nie przyjmuje, słaby.

Aż niedawno za miastem w pojeździe spotkałem —

Powiedziano, że to on, bo go nie poznałem.

Utył, ale to była okropna otyłość:

Wydęła go zła strawa i powietrza zgniłość;

Policzki mu nabrzmiały, pożółkły i zbladły,

W czole zmarszczki pół wieku, włosy wszystkie spadły.

Witam, on mię nie poznał, nie chciał mówić do mnie,

Mówię, kto jestem, patrzy na mnie bezprzytomnie.

Gdym dawnej znajomości szczegóły powiadał,

Wtenczas on oczy we mnie utopił i badał.

Ach! wszystko, co przecierpiał w swych męczarniach dziennych,

I wszystko, co przemyślił w swych nocach bezsennych,

Wszystko poznałem w jednej chwili z jego oka;

Bo na tym oku była straszliwa powłoka.

Źrenice miał podobne do kawałków szklanych,

Które zostają w oknach więzień kratowanych,

Których barwa jest szara jak tkanka pajęcza,

A które, patrząc z boku, świecą się jak tęcza:

I widać w nich rdzę krwawą, iskry, ciemne plamy,

Ale ich okiem na wskroś przebić nie zdołamy:

Straciły przezroczystość, lecz widać po wierzchu,

Że leżały w wilgoci, w pustkach, w ziemi, w zmierzchu.

W miesiąc poszedłem znowu, myśliłem, że zdoła

Rozpatrzyć się na świecie i pamięć przywoła.

Lecz tyle tysięcy dni był pod śledztwa próbą,

Tyle tysięcy nocy rozmawiał sam z sobą,

Tyle lat go badały mękami tyrany,

Tyle lat otaczały słuch mające ściany;

A całą jego było obroną — milczenie,

A całym jego były towarzystwem — cienie;

Że już się nie udało wesołemu miastu

Zgładzić w miesiąc naukę tych lat kilkunastu.

Słońce zda mu się szpiegiem, dzień donosicielem,

Domowi167 jego strażą, gość nieprzyjacielem.

Jeśli do jego domu przyjdzie kto nawiedzić,

Na klamki trzask on myśli zaraz: idą śledzić;

Odwraca się i głowę na ręku opiera,

Zdaje się, że przytomność, moc umysłu zbiera:

Ścina usta, by słowa same nie wypadły,

Oczy spuszcza, by szpiegi z oczu co nie zgadły.

Pytany, myśląc zawsze, że jest w swym więzieniu,

Ucieka w głąb pokoju i tam pada w cieniu,

Krzycząc zawsze dwa słowa: «Nic nie wiem, nie powiem!»

I te dwa słowa — jego stały się przysłowiem;

I długo przed nim płacze na kolanach żona

I dziecko, nim on bojaźń i wstręt swój pokona.

Przeszłą niewolę lubią opiewać więźniowie;

Myśliłem, że on ją nam najlepiej opowie,

Wyda na jaw spod ziemi i spod straży zbirów

Dzieje swe, dzieje wszystkich Polski bohatyrów: —

Bo teraz Polska żyje, kwitnie w ziemi cieniach,

Jej dzieje na Sybirze, w twierdzach i więzieniach.

I cóż on na pytania moje odpowiedział?

Że o swoich cierpieniach sam już nic nie wiedział,

Nie pomniał. — Jego pamięć zapisana cała

Jak księga herkulańska pod ziemią spróchniała:

Sam autor zmartwychwstały nie umie w niej czytać,

Rzekł tylko: «Będą o to Pana Boga pytać,

On to wszystko zapisał, wszystko mnie opowie».

Adolf łzy ociera

Długie milczenie

DAMA MŁODA

do Literata

Czemu to o tym pisać nie chcecie, Panowie?

HRABIA

Niech to stary Niemcewicz w pamiętniki wsadzi:

On tam, słyszałem, różne szpargały gromadzi.

LITERAT I

To historyja!

LITERAT II

Straszna.

KAMERJUNKIER

Dalbóg, wyśmienita.

LITERAT I

Takich dziejów słuchają, lecz kto je przeczyta?

I proszę, jak opiewać spółczesne wypadki;

Zamiast mitologiji są naoczne świadki.

Potem, jest to wyraźny, święty przepis sztuki,

Że należy poetom czekać — aż — aż —

JEDEN Z MŁODZIEŻY

Póki? —

Wieleż lat czekać trzeba, nim się przedmiot świeży

Jak figa ucukruje, jak tytuń uleży?

LITERAT I

Nie ma wyraźnych reguł.

LITERAT II

Ze sto lat.

LITERAT I

To mało!

LITERAT III

Tysiąc, parę tysięcy —

LITERAT IV

A mnie by się zdało,

Że to wcale nie szkodzi, że przedmiot jest nowy,

Szkoda tylko, że nie jest polski, narodowy.

Nasz naród się prostotą, gościnnością chlubi,

Nasz naród scen okropnych, gwałtownych nie lubi; —

Śpiewać, na przykład, wiejskich chłopców zalecanki.

Trzody, cienie — Sławianie, my lubim sielanki.

LITERAT I

Spodziewam się, że Panu przez myśl nie przejedzie,

Aby napisać wierszem, że ktoś jadał śledzie.

Ja mówię, że poezji nie ma bez poloru,

A polor być nie może tam, gdzie nie ma dworu:

Dwór to sądzi o smaku, piękności i sławie;

Ach, ginie Polska! dworu nie mamy w Warszawie.

MISTRZ CEREMONII

Nie ma dworu! — a to mię dziwi niepomału,

Przecież ja jestem mistrzem ceremonijału.

HRABIA

cicho do Mistrza

Gdybyś Namiestnikowi wyrzekł za mną słówko,

Moja żona byłaby pierwszą pokojówką.

głośno

Ale próżno, nie dla nas wysokie urzędy!

Arystokracja tylko ma u dworu względy.

DRUGI HRABIA

niedawno kreowany168 z mieszczan

Arystokracja zawsze swobód jest podporą,

Niech państwo przykład z Wielkiej Brytaniji biorą.

Zaczyna się kłótnia polityczna — młodzież wychodzi

PIERWSZY Z MŁODYCH

A łotry! — o, to kija!

A *** G ***

O, to stryczka, haku!

Ja bym im dwór pokazał, nauczyłbym smaku.

N***

Patrzcie, cóż my tu poczniem, patrzcie, przyjaciele,

Otóż to jacy stoją na narodu czele.

WYSOCKI

Powiedz raczej: na wierzchu. Nasz naród jak lawa,

Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,

Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi;

Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.

odchodzą

SCENA VIII. PAN SENATOR

W Wilnie — sala przedpokojowa; na prawo drzwi do sali komisji śledczej, gdzie prowadzą więźniów i widać ogromne pliki papierów — w głębi drzwi do pokojów Senatora, gdzie słychać muzykę — czas po obiedzie — u okna siedzi Sekretarz nad papierami; dalej nieco na lewo stolik, gdzie grają w wiska — Nowosilcow pije kawę; koło niego szambelan Bajkow, Pelikan i jeden Doktor — u drzwi warta i kilku Lokajów nieruchomych

SENATOR

do Szambelana

Diable! quelle corvée!169 — przecież po obiedzie.

La princesse170 nas z[a]wiodła i dziś nie przyjedzie.

Zresztą, en fait des dames171, stare albo głupie: —

Gadać, imaginez-vous172, o sprawach przy supie173!

Je jure174, tych patryjotków nie mieć à ma table175,

Avec leur franc parler et leur ton détestable176.

Figurez-vous177 — ja gadam o strojach, kasynie,

A moja kompanija o ojcu, o synie: —

«On stary, on zbyt młody, Panie Senatorze,

On kozy znieść nie może, Panie Senatorze,

On prosi spowiednika, on chce widzieć żonę,

On...» — Que sais-je!178 — piękny dyskurs179 w obiady proszone.

Il y a de quoi180 oszaleć, muszę skończyć sprawę

I uciec z tego Wilna w kochaną Warszawę181.

Monseigneur182 mnie napisał de revenir bientôt183,

On się beze mnie nudzi, a ja z tą hołotą —

Je n’en puis plus184

DOKTOR

podchodząc

Mówiłem właśnie, Jaśnie Panie,

Że ledwie rzecz zaczęta, i sprawa w tym stanie,

W jakim jest chory, kiedy lekarz go nawiedzi

I zrobi anagnosin185. Mnóstwo uczniów siedzi,

Tyle było śledzenia, żadnego dowodu;

Jeszcześmy nie trafili w samo jądro wrzodu.

Cóż odkryto? wierszyki! ce sont de maux légers186,

Ce sont, można powiedzieć, accidents passagers187;

Ale osnowa spisku dotąd jest tajemną,

I...

SENATOR

z urazą

Tajemną? — to, widzę, Panu w oczach ciemno!

I nie dziw, po obiedzie — więc, signor Dottore,

Adio, bona notte188 — dzięki za perorę!

Tajemną! sam śledziłem i ma być tajemną?

I vous osez189, Docteur, mówić tak przede mną?

Któż kiedy widział formalniejsze śledztwa?

pokazując papiery

Wyznania dobrowolne, skargi i świadectwa,

Wszystko jest, i tu cały spisek świętokradzki

Stoi spisany jasno jak ukaz senacki190. —

Tajemną! — za te nudy, owóż co mam w zysku.

DOKTOR

Jaśnie Panie, excusez191, któż wątpi o spisku!

Właśnie mówią — że...

LOKAJ

Człowiek kupca Kanissyna

Czeka i jakiś Panu rejestr192 przypomina.

SENATOR

Rejestr? jaki tam rejestr? — kto?

LOKAJ

Kupiec Kanissyn,

Co mu Pan przyjść rozkazał...

SENATOR

Idźże precz, sukisyn!

Widzisz, że ja zajęty.

DOKTOR

do Lokajów

A głupie bestyje!

Przychodzić — Pan Senator, widzisz, kawę pije.

SEKRETARZ

wstając od stolika

On powiada, że jeśli Pan zapłatę zwleka,

On zrobi proces.

SENATOR

Napisz grzecznie, niechaj czeka.

zamyśla się

A propos — ten Kanissyn — trzeba mu wziąć syna

Pod śledztwo — Oj, to ptaszek!

SEKRETARZ

To mały chłopczyna.

SENATOR

Oni wszyscy mali, ale patrz w ich serce; —

Najlepiej ogień zgasić, dopóki w iskierce.

SEKRETARZ

Syn Kanissyna w Moskwie.

SENATOR

W Moskwie? — a, voyez-vous193,

Emisaryjusz klubów194. — Czas zabieżeć temu,

Wielki czas.

SEKRETARZ

On podobno u kadetów służy.

SENATOR

U kadetów? — voyez-vous, on tam wojsko burzy.

SEKRETARZ

Dzieckiem z Wilna wyjechał.

SENATOR

Oh! cet incendiaire195,

Ma tu korespondentów.

do Sekretarza

Ce n’est pas ton affaire196;

Rozumiesz! — Hej, dyżurny! — We dwadzieście cztery

Godzin wysłać kibitkę i zabrać papiery.

Zresztą ojciec lękać się nas nie ma przyczyny,

Jeśli syn dobrowolnie przyzna się do winy.

DOKTOR

Właśnie jak miałem honor mówić Jaśnie Panu,

Są tam ludzie różnego i wieku, i stanu; —

To najniebezpieczniejsze jest spisku symptoma,

A wszystkim rusza pewna sprężyna kryjoma,

Którą...

SENATOR

z urazą

Kryjoma?

DOKTOR

Mówię, tajemnie skrywana,

Odkryta dzięki przezorności Jaśnie Pana.

Senator odwraca się

do siebie

To szatan niecierpliwy, — z tym człowiekiem bieda!

Mam tyle ważnych rzeczy; wymówić mi nie da.

PELIKAN

do Senatora

Co Pan Senator każe z Rollisonem robić?

SENATOR

Jakim?

PELIKAN

Co to na śledztwie musiano go obić.

SENATOR

Eh bien?197

PELIKAN

On zachorował.

SENATOR

Wieleż kijów dano?

PELIKAN

Byłem przy śledztwie, ale tam nie rachowano —

Pan Botwinko śledził go.

BAJKOW

Pan Botwinko; cha, cha —

O! nieprędko on kończy, gdy się raz rozmacha.

Ja zaręczam, że on go opatrzył nieszpetnie —

Parions198, że mu wyliczył najmniej ze trzy setnie.

SENATOR

zadziwiony

Trois cents coups et vivant? trois cents coups, le coquin,

Trois cents coups sans mourir, — quel dos de jacobin!199

Myśliłem, że w Rosyi la vertu cutanée

Surpasse tout200 — ten łotr ma une peau mieux tannée!201

Je n’y conçois rien! — ha, ha, ha, ha, mon ami!202

do grającego w wiska, który czeka na swego kompana

Polaki nam odbiorą nasz handel skórami.

Un honnête soldat en serait mort dix fois!

Quel rebelle!203

podchodzi do stolika

Dla Pana mam un homme de bois204

Chłopiec drewniany; dał mu sam Botwinko kije.

Trzysta kijów dziecięciu — figurez-vous?205 żyje!

do Pelikana

Nic nie wyznał?

PELIKAN

Prawie nic; — zęby tylko zaciął,

Krzyczy, że nie chce skarżyć niewinnych przyjaciół.

Ale z tych kilku słówek odkrywa się wiele —

Widać, że ci uczniowie — jego przyjaciele.

SENATOR

C’est juste206: jaki upór!

DOKTOR

Właśnie powiadałem

Jaśnie Panu, że młodzież zarażają szałem,

Ucząc ich głupstw: na przykład, starożytne dzieje!

Któż nie widzi, że młodzież od tego szaleje.

SENATOR

wesoło

Vous n’aimez pas l’histoire, — ha, ha, un satirique

Aurait dit, że boisz się devenir historique207.

DOKTOR

I owszem, uczyć dziejów, niech się młodzież dowie,

Co robili królowie, wielcy ministrowie...

SENATOR

C’est juste.

DOKTOR

ucieszony

Właśnie mówię, widzi Pan Dobrodziéj,

Że jest sposób wykładać dzieje i dla młodzi.

Lecz po co zawsze prawić o republikanach.

Zawsze o Ateńczykach, Spartanach, Rzymianach.

PELIKAN

do jednego ze swoich towarzyszów, pokazując Doktora

Patrz, patrz, jak za nim łazi pochlebca przeklęty,

I wścibi się mu w łaskę — co to za wykręty!

podchodzi do Doktora

Ale cóż o tym mówić, czy to teraz pora;

Zważ no, czy można nudzić pana Senatora.

LOKAJ

do Senatora

Czy Pan rozkaże wpuścić te panie — kobiety —

Pan wie — co wysiadają tu co dzień z karety —

Jedna ślepa, a druga —

SENATOR

Ślepa? któż to ona?

LOKAJ

Pani Rollison

PELIKAN

Matka tego Rollisona.

LOKAJ

Co dzień tu są.

SENATOR

Odprawić było —

DOKTOR

Z Panem Bogiem!

LOKAJ

Odprawiamy, lecz siada i skwierczy pod progiem.

Kazaliśmy brać w areszt, — ze ślepą kobiétą

Trudno iść, lud się skupił, żołnierza wybito.

Czy mam wpuścić?

SENATOR

E! rady sobie dać nie umiesz —

Wpuścić, tylko aż do pół schodów — czy rozumiesz?

A potem ją sprowadzić — aż w dół — o tak tęgo;

z gestem

Żeby nas nie nudziła więcej swą włóczęgą.

Drugi Lokaj wchodzi i oddaje list Bajkowowi

No, czegóż stoisz, pójdźże —

BAJKOW

Elle porte une lettre208.

oddaje list

SENATOR

Któż by to za nią pisał?

BAJKOW

La princesse peut-être209.

SENATOR

czyta

Księżna! skąd jej to przyszło? na kark mi ją wpycha.

Avec quelle chaleur!210 — Wpuścić ją, do licha.

Wchodzą dwie Damy i Ksiądz Piotr

PELIKAN

do Bajkowa

To stara czarownica, mère de ce fripon211.

SENATOR

grzecznie

Witam, witam, któraż z pań jest pani Rollison?

P. ROLLISON

z płaczem

— Ja — mój syn! Panie Dobrodzieju...

SENATOR

Proszę — chwilę,

Pani masz list, a po cóż przyszło tu Pań tyle?

DRUGA DAMA

Nas dwie.

SENATOR

do Drugiej

I po cóż Panią mam tu honor witać?

DRUGA

Pani Rollison trudno drogi się dopytać,

Nie widzi. —

SENATOR

Ha! nie widzi — a to wącha może?

Bo co dzień do mnie trafia.

DRUGA

Ja tu ją przywożę,

Ona sama i stara, i nie bardzo zdrowa.

P. ROLLISONOWA

Na Boga...!

SENATOR

Cicho.

do Drugiej

Pani któż jesteś?

DRUGA

Kmitowa.

SENATOR

Lepiej siedź w domu i miej o synach staranie,

Jest na nich podejrzenie.

KMITOWA

bladnąc

Jak to, jak to? Panie!

Senator śmieje się

P. ROLLISONOWA

Panie! litość — ja wdowa! Panie Senatorze!

Słyszałam, że zabili — czyż można, mój Boże!

Moje dziecko! — Ksiądz mówi, że on jeszcze żyje;

Ale go biją, Panie! któż dzieci tak bije! —

Jego zbito — zlituj się — po katowsku zbito.

płacze

SENATOR

Gdzie? kogo? — gadaj przecie po ludzku, kobiéto.

P. ROLLISONOWA

Kogo? ach, dziecko moje! Mój Panie — ja wdowa —

Ach, wieleż to lat, póki człek dziecko wychowa!

Mój Jaś już drugich uczył; niech Pan wszystkich spyta,

Jak on uczył się dobrze. — Ja biedna kobiéta!

On mnie żywił ze swego szczupłego dochodu —

Ślepa, on był mnie okiem — Panie, umrę z głodu.

SENATOR

Kto poplótł, że go bili, nie wyjdzie na sucho.

Kto mówił?

P. ROLLISONOWA

Kto mnie mówił? ja mam matki ucho.

Ja ślepa; teraz w uchu cała moja dusza,

Dusza matki. — Wiedli go wczora do ratusza;

Słyszałam —

SENATOR

Wpuszczono ją?

P. ROLLISONOWA

Wypchnęli mię z progu

I z bramy, i z dziedzińca. Siadłam tam na rogu,

Pod murem; — mury grube, — przyłożyłam ucho —

Tam siedziałam od rana. — W północ, w mieście głucho,

Słucham — w północ, tam z muru — nie, nie zwodzę siebie;

Słyszałam go, słyszałam, jak Pan Bóg na niebie;

Ja głos jego słyszałam uszami własnemi —

Cichy, jakby spod ziemi, jak ze środka ziemi. —

I mój słuch wszedł w głąb muru, daleko, głęboko;

Słyszałam, męczono go —

SENATOR

Jak w gorączce bredzi!

Ale tam, moja Pani, wielu innych siedzi?

P. ROLLISONOWA

Jak to? — czyż to nie był głos mojego dziecięcia?

Niema owca pozna głos swojego jagnięcia

Śród najliczniejszej trzody — ach, to był głos taki! —

Ach, dobry Panie, żebyś słyszał raz głos taki,

Ty byś już nigdy w życiu spokojnie nie zasnął!

SENATOR

Syn Pani zdrów być musi, gdy tak głośno wrzasnął.

P. ROLLISONOWA

pada na kolana

Jeśli masz ludzkie serce...

Otwierają się drzwi od sali — słychać muzykę, — wbiega Panna ubrana jak na bal

PANNA

Monsieur le Sénateur —

Oh! je vous interromps, on va chanter le choeur

De «Don Juan»; et puis le concerto de Herz...212

SENATOR

Herz! choeur! tu także była mowa około serc213.

Vous venez à propos, vous belle comme un coeur.

Moment sentimental! il pleut ici des coeurs214.

do Bajkowa

Żeby le grand-duc Michel215 ten kalambur wiedział,

Ma foi216, to już bym dawno w radzie państwa siedział.

do Panny

J’y suis — dans un moment217.

P. ROLLISONOWA

Panie, nie rzucaj nas

W rozpaczy, ja nie puszczę —

chwyta za suknię

PANNA

Faites-lui donc grâce!218

SENATOR

Diable m’emporte219, jeśli wiem, czego chce ta jędza.

P. ROLLISONOWA

Chcę widzieć syna.

SENATOR

z przyciskiem

Cesarz nie pozwala.

KS. PIOTR

Księdza!

P. ROLLISONOWA

Księdza przynajmniej poszlij, syn mój prosi księdza.

Może kona; — gdy ciebie płacz matki nie wzruszy,

Bój się Boga, dręcz ciało, ale nie gub duszy.

SENATOR

C’est drôle220; — kto te po mieście wszystkie plotki nosi,

Kto WaćPani powiedział, że on księdza prosi?

P. ROLLISONOWA

pokazując Księdza Piotra

Ten ksiądz poczciwy mówił; on tygodni tyle

Biega, błaga, lecz nie chcą wpuścić i na chwilę.

Spytaj księdza, on powie...

SENATOR

patrząc bystro na Księdza

To on wie? — poczciwy! —

No zgoda, zgoda, — dobrze, — Cesarz sprawiedliwy;

Cesarz księży nie wzbrania, owszem sam posyła,

Aby do moralności młodzież powróciła.

Nikt jak ja religiji nie ceni, nie lubi —

wzdycha

Ach, ach, brak moralności, to, to młodzież gubi.

Eh bien221, żegnam więc Panie.

P. ROLLISONOWA

do Panny

Ach, Panienko droga!

Wstaw się ty jeszcze za mną, ach, na rany Boga!

Mój syn mały; — rok siedzi o chlebie i wodzie,

W zimnym, ciemnym więzieniu, bez odzieży, w chłodzie.

PANNA

Est-il possible?222

SENATOR

w ambarasie223

Jak to, jak to? on rok siedział?

Jak to, imaginez-vous224 — jam o tym nie wiedział!

do Pelikana

Słuchaj, trzeba tę sprawę najpierwej rozpatrzyć,

Jeśli to prawda, uszy komisarzom natrzyć.

do Rollisonowej

Soyez tranquille225, przyjdź tu o siódmej godzinie.

P. KMITOWA

Nie płacz tak, pan Senator nie wie o twym synie,

Jak się dowie, obaczysz, może oswobodzi.

P. ROLLISONOWA

uradowana

Nie wie? — chce wiedzieć? o, niech mu Pan Bóg nagrodzi.

Ja to zawsze mówiłam ludziom: — być nie może

Tak okrutny, jak mówią, on stworzenie boże,

On człowiek, jego matka mlekiem wykarmiła —

Ludzie śmieli się; widzisz, jam prawdę mówiła.

do Senatora

Tyś nie wiedział! — te łotry wszystko tobie tają.

Wierz mi, Panie, tyś łotrów otoczony zgrają;

Nie ich pytaj, nas pytaj, my wszystko powiemy,

Całą prawdę —

SENATOR

śmiejąc się

No dobrze, o tym pomówiemy,

Dziś nie mam czasu, adieu226. — Księżnej powiedz, Pani,

Że co można, to wszystko każę zrobić dla niej.

grzecznie

Adieu, Madame Kmit, adieu — co mogę, to zrobię.

do Księdza Piotra

Waść, księże, zostań, parę słów mam szepnąć tobie.

do Panny

J’y suis dans un moment227.

Wszyscy odchodzą prócz dawnych osób

SENATOR

po pauzie do Lokajów

A szelmy, łajdaki!

Łotry, stoicie przy drzwiach i porządek taki?

Skórę wam zedrę, szelmy, służby was nauczę:

do jednego Lokaja

Słuchaj — ty idź za babą —

do Pelikana

Nie, Panu poruczę.

Skoro wyjdzie od Księżnej, daj jej pozwolenie

Widzieć syna i prowadź aż tam — tam, w więzienie,

Potem osobno zamknij, — tak, na cztery klucze.

C’en est trop228 — a łajdaki, służby was nauczę!

rzuca się na krzesło

LOKAJ

ze drżeniem

Pan kazał wpuścić —

SENATOR

schwytując się

Co? co? — ty śmiesz, ty! mnie gadać?

Toś wyuczył się w Polsce panu odpowiadać.

Stój, stój, ja cię oduczę. — Wieść go do kwatery

Policmejstra — sto kijów i tygodnie cztery

Na chleb i wodę —

PELIKAN

Niech Pan Senator uważy,

Iż mimo tajemnicy i czujności straży

O biciu Rollisona niechętne osoby

Wieść roznoszą, i może wynajdą sposoby

Oczernić przed Cesarzem nasze czyste chęci,

Jeśli się temu śledztwu prędko łeb nie skręci.

DOKTOR

Właśnie ja rozmyślałem nad tym, Jaśnie Panie.

Rollison od dni wielu cierpi pomieszanie;

Chce sobie życie odjąć, do okien się rzuca,

A okna są zamknięte...

PELIKAN

On chory na płuca;

Nie należy w zamknionym powietrzu go morzyć;

Rozkażę mu więc okna natychmiast otworzyć.

Mieszka na trzecim piętrze — powietrza użyje...

SENATOR

roztargniony

Wpuszczać mi na kark babę, gdy ja kawę piję;

Nie dadzą chwili —

DOKTOR

Właśnie mówię, Jaśnie Panie,

Że potrzeba mieć większe o zdrowiu staranie.

Po obiedzie, mówiłem zawsze, niechaj Pan te

Sprawy odłoży na czas: — ça mine la santé229.

SENATOR

spokojnie

Eh, mon Docteur230, przed wszystkim służba i porządek

Potem, to owszem dobrze na słaby żołądek;

To żółć porusza, a żółć fait la digestion231.

Po obiedzie, ja mógłbym voir donner la question232,

Kiedy tak każe służba: — en prenant son café233,

Wiesz co, to chwila właśnie widzieć auto-da-fé234.

PELIKAN

odpychając Doktora

Jakże Pan z Rollisonem każe decydować?

Jeżeli on dziś jeszcze... umrze, to?...

SENATOR

Pochować;

I pozwalam, jeżeli zechcesz, balsamować.

A propos balsam, Bajkow! — tobie by się zdało

Trochę balsamu, bo masz takie trupie ciało,

A żenisz się. Czy wiecie, on ma narzeczoną;

Drzwi z lewej strony odmykają się — Lokaj wchodzi — Senator pokazując drzwi

Tę panienkę, tam patrzaj, białą i czerwoną.

Fi, pan młody, avec un teint si délabré235,

Powinien byś brać ślub twój jak Tyber à Capré,

Nie pojmuję, jak oni mogli pannę zmusić

Pięknymi usteczkami słowo tak wykrztusić.

BAJKOW

Zmusić? — Parions, że ja z nią za rok się rozwiodę

I potem co rok będę brał żoneczki młode;

Bez przymusu; dość spojrzeć na tę lub na ową:

C’est beau236 małej szlachciance być jenerałową.

Spytaj księdza, jeżeli zapłacze przy ślubie.

SENATOR

A propos księdza

do Księdza

pódź no, mój czarny cherubie!

Patrzcie, quelle figure! on ma l’air d’un poète237

Czy ty widziałeś kiedy un regard aussi bête238?

Potrzeba go ożywić. — Masz rumu kieliszek.

KS. PIOTR

Nie piję.

SENATOR

No, kapłanie, pij!

KS. PIOTR

Jestem braciszek.

SENATOR

Braciszek czy stryjaszek, skądże to Waszeci

Wiedzieć, co po więzieniach robią cudze dzieci?

Czy to Waszeć chodziłeś z wieściami do matki?

KS. PIOTR

Ja.

SENATOR

do Sekretarza

Zapisz to wyznanie — a oto są świadki.

do Księdza

A skądżeś o tym wiedział? he? ptaszek nie lada!

Spostrzegł się, że notują, i nie odpowiada.

W jakim klasztorze bractwo twe?

KS. PIOTR

U bernardynów.

SENATOR

A u dominikanów pewnie masz kuzynów?

Bo u dominikanów ten Rollison siedział.

No gadajże, skąd ty wiesz, kto ci to powiedział?

Słyszysz! — ja tobie każę — nie szepc mi po cichu.

Ja w imieniu Cesarza każę; słyszysz, mnichu?

Mnichu! czy ty słyszałeś o ruskim batogu?

do Sekretarza

Zapisz, że milczał.

do Księdza

Wszak ty służysz Panu Bogu —

Znasz ty teologiją — słuchaj, teologu.

Wiesz ty, że wszelka władza od Boga pochodzi,

Gdy władza każe mówić, milczeć się nie godzi.

Ksiądz milczy

A czy wiesz, mnichu, że ja mógłbym cię powiesić,

I obaczym, czy przeor potrafi cię wskrzesić.

KS. PIOTR

Jeśli kto władzę cierpi, nie mów, że jej słucha;

Bóg czasem daje władzę w ręce złego ducha.

SENATOR

Jeżeli cię powieszę, a Cesarz się dowie,

Żem zrobił nieformalnie, a wiesz, co on powie?

«Ej, Senatorze, widzę, że się już ty bisisz».

A ty, mnichu, tymczasem jak wisisz, tak wisisz.

Pódź no bliżej, ostatni raz cię będę badał:

Wyznaj, kto tobie o tym biciu rozpowiadał?

He? — milczysz — już od Boga ty się nie dowiedział —

Kto mówił? — co? — Bóg? — anioł? — diabeł?

KS. PIOTR

Tyś powiedział.

SENATOR

obruszony

«Tyś?» — mnie mówić: tyś? — tyś, — ha, mnich!

DOKTOR

Ha, kapcanie!

Mówi się Panu: Jaśnie Oświecony Panie.

do Pelikana

Naucz go tam, jak mówić; ten mnich widzę z chlewa;

Daj mu tak —

pokazuje ręką

PELIKAN

daje Księdzu policzek

Widzisz, ośle, Senator się gniewa.

KSIĄDZ

do Doktora

Panie, odpuść mu, Panie; on nie wie, co zrobił!

Ach, bracie, tą złą radą tyś sam się już dobił.

Dziś ty staniesz przed Bogiem.

SENATOR

Co to?

BAJKOW

On błaznuje.

Daj mu jeszcze raz w papę, niech nam prorokuje.

daje mu szczutkę239

KS. PIOTR

Bracie, i ty poszedłeś za jego przykładem!

Policzone dni twoje, pójdziesz jego śladem.

SENATOR

Hej, posłać po Botwinkę! zatrzymać tu klechę —

Ja sam będę przy śledztwie, będziem mieć uciechę.

Obaczym, czy on będzie milczał tak upornie.

Ktoś go namówił.

DOKTOR

Właśnie przedstawiam pokornie,

To jest rzecz umówiona, i te wszystkie spiski

Kieruje, jak wiem pewnie, Książę Czartoryski;

SENATOR

schwytuje się za krzesła

Que me dites-vous là, mon cher240, o Książęciu?

Impossible241

do siebie

kto wie? — eh! — śledztwo lat dziesięciu,

Nim się Książę wyplącze, jeśli ja go splątam.

do Doktora

Skądże wiesz?

DOKTOR

Dawno, czynnie, sprawą się zaprzątam.

SENATOR

I Pan mnie nie mówiłeś?

DOKTOR

Jaśnie Pan nie słuchał;

Ja mówiłem, że ktoś to ten pożar rozdmuchał.

SENATOR

Ktoś! ktoś! ale czy Książę?

DOKTOR

Mam ślad oczywisty,

Mam doniesienia, skargi i przejęte listy.

SENATOR

Listy Księcia?

DOKTOR

Przynajmniej jest mowa o Księciu

W tych listach i o całym jego przedsięwzięciu,

I wielu profesorów — a głównym ogniskiem

Jest Lelewel. On tajnie kieruje tym spiskiem.

SENATOR

do siebie

Ach, gdyby jaki dowód! choćby podejrzenie,

Ślad dowodu, cień śladu, choćby cieniów cienie!

Nieraz już mi o uszy obiła się mowa:

«To Czartoryski wyniósł tak Nowosilcowa».

Obaczym teraz, kto z nas będzie mógł się chwalić,

Czy ten, co umiał wynieść, czy ten, co obalić.

do Doktora

Pójdź — que je vous embrasse242 — a! a! to rzecz inna,

Ja wraz zgadnąłem, że to sprawa nie dziecinna:

Ja wraz zgadnąłem, że to jest Książęcia sztuka.

DOKTOR

poufale

I Pan zgadnął? — zje diabła, kto Pana oszuka.

SENATOR

poważnie

Choć ja wiem o tym wszystkim, Panie Radco Stanu,

Jeśli odkryć dowody udało się Panu,

Ecoutez243, daję Panu senatorskie słowo,

Naprzód pensyję roczną powiększę połową

I tę skargę za dziesięć lat służby policzę,

Potem może starostwo, dobra kanonicze,

Order — kto wie, nasz Cesarz wspaniale opłaca,

Ja go sam będę prosił, — już to moja praca.

DOKTOR

Mnie też to kosztowało niemało zabiegów;

Ze szczupłej mojej płacy opłacałem szpiegów;

A wszystko z gorliwości o dobro Cesarza.

SENATOR

biorąc go pod rękę

Mon cher, idź zaraz, weźmij mego sekretarza.

Wziąć te wszystkie papiery i opieczętować;

do Doktora

Wieczorem będziem wszystko razem trutynować244.

do siebie

Ja pracowałem, śledztwo prowadziłem całe,

A on z tego odkrycia miałby zysk i chwałę!

zamyśla się

do Sekretarza w ucho

Przyaresztuj Doktora razem z papierami.

do Bajkowa, który wchodzi

To ważna sprawa, musim zatrudnić się sami.

Doktor wymknął się z pewnym słówkiem nieumyślnie,

Zbadałem go, a śledztwo ostatek wyciśnie.

Pelikan, widząc względy Senatora, odprowadza Doktora i kłania mu się nisko

DOKTOR

do siebie

Niedawno mię odpychał — ho, ho, Pelikanie!

I ja go zepchnę, i tak, że już nie powstanie.

do Senatora

Zaraz wracam.

SENATOR

niedbale

O ósmej ja wyjeżdżam z miasta.

DOKTOR

patrząc na zegarek

Co to? na mym zegarku godzina dwunasta?

SENATOR

Już piąta.

DOKTOR

Co, już piąta? — ledwie oczom wierzę.

Mój indeks245 na dwunastej, na samym numerze

Stanął i na dwunastej sam indeksu nosek;

Żeby choć o sekundę ruszył, choć o włosek!

KS. PIOTR

Bracie, i twój już zegar stanął i nie ruszy

Do drugiego południa. — Bracie, myśl o duszy.

DOKTOR

Czego ty chcesz?

PELIKAN

Proroctwo tobie jakieś burczy.

Patrz, jak mu oczy błyszczą, istny wzrok jaszczurczy!

KS. PIOTR

Bracie, Pan Bóg różnymi znakami ostrzega.

PELIKAN

Ten braciszek coś bardzo wygląda na szpiega —

Otwierają się drzwi z lewej strony, wchodzi mnóstwo dam wystrojonych, urzędników, gości, — za nimi muzyka

P. GUBERNATOROWA

Czy można?

P. SOWIETNIKOWA

C’est indigne!246

P. JENERAŁOWA

Ah! mon cher Sénateur247,

Czekamy, posyłamy!

P. SOWIETNIKOWA

Vraiment, c’est un malheur248.

WSZYSTKIE

razem

Wreszcie przyszłyśmy szukać.

SENATOR

Cóż to? — jaka gala!

DAMA

I tu możemy tańczyć, dość obszerna sala.

stają i szykują się do tańca

SENATOR

Pardon, mille pardons, j’étais très occupé:

Que vois-je, un menuet? parfaitement groupé!

Cela m’a rappelé les jours de ma jeunesse!249

KSIĘŻNA

Ce n’est qu’une surprise250.

SENATOR

Est-ce vous, ma déesse!

Que j’aime cette danse, une surprise? ah! dieux!251

KSIĘŻNA

Vous danserez, j’espère252.

SENATOR

Certes, et de mon mieux253.

Muzyka gra menueta z «Don Juana» — z lewej strony stoją czynownicy, czyli urzędnicy i urzędniczki — z prawej kilku z młodzieży, kilku młodych oficerów rosyjskich, kilku starych ubranych po polsku i kilka młodych dam. — Na środku menuet. Senator tańczy z narzeczoną Bajkowa; Bajkow z Księżną

BAL

SCENA ŚPIEWANA

Z PRAWEJ STRONY

DAMA

Patrz, patrz starego, jak się wije,

Jak sapie, oby skręcił szyję.

do Senatora

Jak ślicznie, lekko tańczysz Pan!

na stronę

Il crévera dans l’instant254.

MŁODY CZŁOWIEK

Patrz, jak on łasi się i liże,

Wczora mordował, tańczy dziś;

Patrz, patrz, jak on oczyma strzyże,

Skacze jak w klatce ryś.

DAMA

Wczora mordował i katował,

I tyle krwi niewinnej wylał;

Patrz, dzisiaj on pazury schował

I będzie się przymilał.

Z LEWEJ STRONY

KOLLESKI REGESTRATOR

do Sowietnika255

Tańczy Senator, czy widzicie,

Ej, Sowietniku, pódźmy w tan.

SOWIETNIK

Uważaj, czy to przyzwoicie,

Byś ze mną tańczył Pan.

REGESTRATOR

Ale tu znajdziem kilka dam.

SOWIETNIK

A nie o to idzie rzecz;

Ja sobie wolę tańczyć sam

Niż z tobą — pódźże precz.

REGESTRATOR

Skądże to?

SOWIETNIK

Jestem sowietnikiem.

REGESTRATOR

Ja jestem oficerski syn.

SOWIETNIK

Mój Panie, ja nie tańczę z nikim,

Kto ma tak niski czyn.

do Pułkownika

Pódź, Pułkowniku, pódźże w taniec,

Widzisz, że tańczy sam Senator.

PUŁKOWNIK

Jaki tam gadał oszarpaniec?

pokazując Regestratora

SOWIETNIK

Kolleski Regestrator!

PUŁKOWNIK

Ta szuja256, istne jakubiny!

DAMA

do Senatora

Jak ślicznie, lekko tańczysz Pan.

SOWIETNIK

z gniewem

Jak tu pomieszały się czyny!

DAMA

Il crévera dans l’instant.

LEWA STRONA

chórem

DAMY

Ah! quelle beauté, quelle grâce!257

MĘŻCZYŹNI

Jaka to świetność, przepych jaki!

PRAWA STRONA

chórem

MĘŻCZYŹNI

Ach, łotry, szelmy, ach, łajdaki!

Żeby ich piorun trzasł.

SENATOR

tańcząc, do Gubernatorowej

Chcę zrobić znajomość Starosty,

On piękną żonę, córkę ma;

Ale zazdrosny —

GUBERNATOR

biegąc za Senatorem

To człek prosty;

Niech Pan to na nas zda.

podchodzi do Starosty

A żona Pańska?

STAROSTA

W domu siedzi.

GUBERNATOR

A córki?

STAROSTA

Jedną tylko mam.

GUBERNATOROWA

I córka balu nie odwiedzi?

STAROSTA

Nie!

GUBERNATOROWA

Pan tu sam?

STAROSTA

Ja sam.

GUBERNATOR

I żona nie zna Senatora?

STAROSTA

Dla siebie tylko żonę mam.

GUBERNATOROWA

Chciałam wziąć córkę Pańską wczora.

STAROSTA

Usłużność Pani znam.

GUBERNATOR

Tu w menuecie para zbywa,

Senator potrzebuje dam.

STAROSTA

Moja córka w parach nie bywa,

Jej parę znajdę sam.

GUBERNATOROWA

Mówiono, że tańczy i grywa,

Senator chciał zaprosić sam.

STAROSTA

Widzę, że pan Senator wzywa

Na raz po kilka dam.

LEWA STRONA

chórem

Jaka muzyka, jaki śpiew.

Jak pięknie meblowany dom.

PRAWA STRONA

chórem

Te szelmy z rana piją krew,

A po obiedzie rom.

SOWIETNIK

pokazując Senatora

Drze ich, to prawda, lecz zaprasza,

Takiemu dać się drzeć nie żal.

STAROSTA

Po turmach258 siedzi młodzież nasza,

Nam każą iść na bal259.

OFICER ROSYJSKI

do Bestużewa

Nie dziw, że nas tu przeklinają,

Wszak to już mija wiek,

Jak z Moskwy w Polskę nasyłają

Samych łajdaków stek.

STUDENT

do Oficera

Patrz, jak się Bajkow, Bajkow rucha,

Co to za mina, co za ruch!

Skacze jak po śmieciach ropucha,

Patrz, patrz, jak nadął brzuch.

Wyszczerzył zęby, nazbyt łyknął,

Patrz, jak otwiera gębę on,

Słuchaj, ach, słuchaj, Bajkow ryknął.

Bajkow nuci

do Bajkowa

Mon Général, quelle chanson260!

BAJKOW

śpiewa pieśń Beranżera261

Quel honneur, quel bonheur!

Ah! monsieur le sénateur!

Je suis votre humble serviteur262, etc. etc.

STUDENT

Général, ce sont vos paroles?263

BAJKOW

Oui264.

STUDENT

Je vous en fais compliment265.

JEDEN Z OFICERÓW

śmiejąc się

Ces couplets sont vraiment fort drôles,

Quel ton satirique et plaisant!266

MŁODY CZŁOWIEK

Pour votre muse sans rivale

Je vous ferais académicien267.

BAJKOW

w ucho, — pokazując Księżną

Senator dziś będzie rogal.

SENATOR

w ucho, — pokazując narzeczoną Bajkowa

Va, va, je te coifferai bien268.

PANNA

tańcząc, do Matki

Nazbyt ohydni, nazbyt starzy.

MATKA

z prawej strony

Jeśli ci zbrzydnął, to go rzuć.

SOWIETNIKOWA

z prawej strony

Jak mojej córeczce do twarzy.

STAROSTA

Jak od nich rumem czuć.

SOWIETNIKOWA DRUGA

do córki stojącej obok

Tylko, Zosieńku, podnieś wzrok.

Może Senator cię obaczy.

STAROSTA

Jeżeli o mnie się zahaczy,

Dam rękojeścią

biorąc za karabelą

— w bok

LEWA STRONA

chórem

Ach, jaka świetność, przepych jaki!

Ah, quelle beauté, quelle grâce!

PRAWA STRONA

Ach, szelmy, łotry, ach, łajdaki!

Żeby ich piorun trzasł.

Z PRAWEJ STRONY MIĘDZY MŁODZIEŻĄ

JUSTYN POL

do Bestużewa, pokazując na Senatora

Chcę mu scyzoryk mój w brzuch wsadzić

Lub zamalować w pysk.

BESTUŻEW

Cóż stąd, jednego łotra zgładzić

Lub obić, co za zysk?

Oni wyszukają przyczyny,

By uniwersytety znieść,

Krzyknąć, że ucznie jakubiny,

I waszą młodzież zjeść.

JUSTYN POL

Lecz on zapłaci za męczarnie,

Za tyle krwi i łez.

BESTUŻEW

Cesarz ma u nas liczne psiarnie,

Cóż, że ten zdechnie pies.

POL

Nóż świerzbi w ręku, pozwól ubić.

BESTUŻEW

Ostrzegam jeszcze raz!

POL

Pozwól przynajmniej go wyczubić.

BESTUŻEW

A zgubić wszystkich was.

POL

Ach, szelmy, łotry, ach, zbrodniarze!

BESTUŻEW

Muszę ciebie wywieść za próg.

POL

Czyż go to za nas nikt nie skarze?

Nikt się nie pomści?

odchodzą ku drzwiom

KS. PIOTR

— Bóg!

Nagle muzyka się zmienia i gra arią Komandora

TAŃCZĄCY

Co to jest? — co to?

GOŚCIE

Jaka muzyka ponura!

JEDEN

patrząc w okna

Jak ciemno, patrz no, jaka zebrała się chmura.

zamyka okno — słychać z dala grzmot

SENATOR

Cóż to? Czemu nie grają?

DYREKTOR MUZYKI

Zmylili się.

SENATOR

Pałki!

DYREKTOR

Bo to miano grać różne z opery kawałki,

Oni nie zrozumieli, i stąd zamieszanie.

SENATOR

No, no, no — arrangez donc269 — no, panowie — panie.

Słychać krzyk wielki za drzwiami

PANI ROLLISON

za drzwiami, okropnym głosem

Puszczaj mię! Puszczaj.

SEKRETARZ

Ślepa!

LOKAJ

strwożony

Widzi — patrz, jak sadzi

Po schodach, zatrzymajcie!

DRUDZY LOKAJE

Kto jej co poradzi!

PANI ROLLISON

Ja go znajdę tu, tego pijaka, tyrana!

LOKAJ

chce zatrzymać — ona obala jednego z nich

A! patrz, jak obaliła — a! a! opętana.

uciekają

PANI ROLLISON

Gdzie ty! — znajdę cię, mozgi270 na bruku rozbiję —

Jak mój syn! Ha, tyranie! syn mój, syn nie żyje!

Wyrzucili go oknem — czy ty masz sumnienie?

Syna mego tam z góry, na bruk, na kamienie.

Ha, ty pijaku stary, zbryzgany krwią tylu

Niewiniątek, pódź! — gdzie ty, gdzie ty, krokodylu?

Ja ciebie tu rozedrę, jak mój Jaś, na sztuki. —

Syn! wyrzucili z okna, z klasztoru, na bruki.

Me dziecię, mój jedynak! mój ojciec-żywiciel —

A ten żyje, i Pan Bóg jest, i jest Zbawiciel!

KS. PIOTR

Nie bluźń, kobieto; syn twój zraniony, lecz żyje.

PANI ROLLISON

Żyje? syn żyje? czyje to są słowa, czyje?

Czy to prawda, mój księże? — Ja zaraz pobiegłam —

«Spadł» krzyczą, — biegę — wzięli — i zwłok nie dostrzegłam:

Zwłok mego jedynaka. — Ja biedna sierota!

Zwłok syna nie widziałam. Widzisz — ta ślepota!

Lecz krew na bruku czułam — przez Boga żywego

Tu czuję — krew tę samą, tu krew syna mego,

Tu jest ktoś krwią zbryzgany — tu, tu jest kat jego!

Idzie prosto do Senatora — Senator umyka się — Pani Rollison pada zemdlona na ziemię — Ks. Piotr podchodzi do niej ze Starostą — słychać uderzenie piorunu

WSZYSCY

zlęknieni

Słowo stało się ciałem! — To tu!

INNI

Tu! Tu!

KS. PIOTR

Nie tu.

JEDEN

patrząc w okno

Jak blisko — w sam róg domu uniwersytetu.

SENATOR

podchodzi do okna

Okna Doktora!

KTOŚ Z WIDZÓW

Słyszysz w domu krzyk kobiéty?

KTOŚ NA ULICY

śmiejąc się

Cha — cha — cha — diabli wzięli.

Pelikan wbiega zmieszany

SENATOR

Nasz Doktor?

PELIKAN

Zabity

Od piorunu. Fenomen ten godzien rozbiorów:

Około domu stało dziesięć konduktorów271,

A piorun go w ostatnim pokoju wytropił,

Nic nie zepsuł i tylko ruble srebrne stopił,

Srebro leżało w biurku, tuż u głów Doktora,

I zapewne służyło dziś za konduktora.

STAROSTA

Ruble rosyjskie, widzę, bardzo niebezpieczne.

SENATOR

do Dam

Panie zmieszały taniec — jak Panie niegrzeczne.

widząc, te ratują Panią Rollison

Wynieście ją, wynieście — pomóc tej kobiecie.

Wynieście ją.

KS. PIOTR

Do syna?

SENATOR

Wynieście, gdzie chcecie.

KS. PIOTR

Syn jej jeszcze nie umarł, on jeszcze oddycha,

Pozwól mnie iść do niego.

SENATOR

Idź, gdzie chcesz, do licha!

do siebie

Doktor zabity, ach! ach! ach! c’est inconcevable!272

Ten ksiądz mu przepowiedział — ah! ah! ah! c’est diable!273

do kompanii

No i cóż w tym strasznego? — wiosną idą chmury,

Z chmury piorun wypada: — taki bieg natury.

SOWIETNIKOWA

do męża

Już gadajcie, co chcecie, a strach zawsze strachem.

Ja nie chcę dłużej z wami być pod jednym dachem;

Mówiłam: mężu, nie leź do tych spraw dziecinnych —

Pókiś knutował Żydów, chociaż i niewinnych,

Milczałam — ale dzieci; — a widzisz Doktora?

SOWIETNIK

Głupia jesteś.

SOWIETNIKOWA

Do domu wracam, jestem chora.

Słychać znowu grzmot — wszyscy uciekają; naprzód lewa, potem prawa strona. — Zostaje Senator, Pelikan, Ks. Piotr

SENATOR

patrząc za uciekającymi

Przeklęty Doktor! żyjąc nudził mię do mdłości,

A jak zdechł, patrzaj, jeszcze rozpędza mi gości.

do Pelikana

Voyez, jak ten ksiądz patrzy — voyez, quel oeil hagard274;

To jest dziwny przypadek, un singulier hasard275.

Powiedz no, mój księżuniu, czy znasz jakie czary,

Skąd przewidziałeś piorun? — może boskie kary?

Ksiądz milczy

Prawdę mówiąc, ten Doktor troszeczkę przewinił,

Prawdę mówiąc, ten Doktor nad powinność czynił.

On aurait fort à dire276 — kto wie, są przestrogi —

Mój Boże, czemu prostej nie trzymać się drogi!

No i cóż, księże? — milczy!... milczy i zwiesił nos.

Ale go puszczę wolno: — on dirait bien des choses277!...

zamyśla się

PELIKAN

Cha! cha! cha! jeśli śledztwo jest niebezpieczeństwem,

Toć by nas przecie piorun zaszczycił pierwszeństwem.

KS. PIOTR

Opowiem wam dwie dawne, ale pełne treści...

SENATOR

ciekawy

O piorunie? — Doktorze? — mów!

KS. PIOTR

— dwie przypowieści.

Onego czasu w upał przyszli ludzie różni

Zasnąć pod cieniem muru; byli to podróżni.

Między nimi był zbójca, a gdy inni spali,

Anioł Pański zbudził go: «Wstań, bo mur się wali».

On zbójca był ze wszystkich innych najzłośliwszy:

Wstał, a mur inne pobił. On ręce złożywszy

Bogu dziękował, że mu ocalono zdrowie.

A Pański anioł stanął przed nim i tak powie:

«Ty najwięcej zgrzeszyłeś! kary nie wyminiesz,

Lecz ostatni najgłośniej, najhaniebniej zginiesz».

A druga powieść taka. — Za czasu dawnego,

Pewny wódz rzymski pobił króla potężnego;

I kazał na śmierć zabić wszystkie niewolniki,

Wszystkie rotmistrze pułków i wszystkie setniki.

Ale króla samego przy życiu zostawił,

Tudzież starosty, tudzież pułkowniki zbawił. —

I mówili do siebie głupi więźnie owi:

«Będziem żyć, podziękujmy za życie wodzowi».

Aż jeden żołnierz rzymski, co im posługował,

Rzekł im: «Zaprawdę wódz was przy życiu zachował;

Bo was przykuje przy swym tryumfalnym wozie

I będzie oprowadzał po całym obozie,

I do miasta powiedzie; bo wy z tych jesteście,

Których wodzą po Rzymie, onym sławnym mieście,

Aby lud rzymski krzyknął: Patrzcie, co wódz zrobił,

On takie króle, takie pułkowniki pobił.

Potem, gdy was w łańcuchach złotych oprowadzi,

Odda was w ręce kata, a kat was osadzi

Na głębokie, podziemne i ciemne wygnanie,

Kędy będzie płacz wieczny i zębów zgrzytanie».

Tak mówił żołnierz rzymski; — do żołnierza tego

Król gromiąc rzekł: «Twe słowa są słowa głupiego,

Czyś ty kiedy na ucztach z twoim wodzem siedział,

Ażebyś jego rady, jego myśli wiedział?»

Zgromiwszy, pił i śmiał się z swymi współwięźniami,

Ze swymi hetmanami i pułkownikami.

SENATOR

znudzony

Il bat la campagne278... Księże, gdzie chcesz, ruszaj sobie.

Jeśli cię jeszcze złowię, tak skórę oskrobię,

Że cię potem nie pozna twa matka rodzona

I będziesz mi wyglądał jak syn Rollisona.

Senator odchodzi do swoich pokojów z Pelikanem. Ks. Piotr idzie ku drzwiom i spotyka Konrada, który, prowadzony na śledztwo od dwóch żołnierzy, ujrzawszy Księdza wstrzymuje się i patrzy nań długo

KONRAD

Dziwna rzecz, nie widziałem nigdy tej postaci,

A znam go, jak jednego z mych rodzonych braci.

Czy to we śnie! — tak, we śnie, teraz przypomniałem,

Taż sama twarz, te oczy, we śnie go widziałem.

On to, zdało się, że mię wyrywał z otchłani.

do Księdza

Mój księże, choć jesteśmy mało sobie znani,

Przynajmniej ksiądz mię nie znasz: przyjmij dziękczynienie

Za łaskę, którą tylko zna moje sumienie.

Drodzy są i widziani we śnie przyjaciele,

Gdy prawdziwych na jawie widzim tak niewiele.

Weź, proszę, ten pierścionek, przedaj; daj połowę

Ubogim, drugą na mszę za dusze czyscowe;

Wiem, co cierpią, jeżeli czyściec jest niewolą;

Mnie, kto wie, czy już kiedy słuchać mszy pozwolą.

KS. PIOTR

Pozwolą — Za pierścionek ja ci dam przestrogę.

Ty pojedziesz w daleką, nieznajomą drogę;

Będziesz w wielkich, bogatych i rozumnych tłumie,

Szukaj męża, co więcej niźli oni umie;

Poznasz, bo cię powita pierwszy w Imię Boże.

Słuchaj, co powie...

KONRAD

wpatrując się

Cóż to? tyżeś?... czy być może?

Stój na chwilę... dla Boga...

KS. PIOTR

Bywaj zdrów! nie mogę.

KONRAD

Jedno słowo...

ŻOŁNIERZ

Nie wolno! każdy w swoję drogę. —

SCENA IX. NOC DZIADÓW

Opodal widać kaplicę — smętarz — Guślarz i Kobieta w żałobie

GUŚLARZ

Już idą w cerkiew gromady

I wkrótce zaczną się Dziady,

Iść nam pora, już noc głucha.

KOBIETA

Ja tam nie pójdę, guślarzu,

Ja chcę zostać na smętarzu,

Chcę jednego widzieć ducha:

Tego, co przed laty wielu

Zjawił się po mym weselu,

Co pośród duchów gromady

Stanął nagle krwawy, blady,

I mnie dzikim okiem łowił,

I ani słowa nie mówił.

GUŚLARZ

On żył może, gdym go badał,

Dlatego nie odpowiadał.

Bo na duchów zgromadzenie,

W tajemniczą noc na Dziady,

Można wzywać żywych cienie.

Ciała będą u biesiady

Albo u gry, albo w boju,

I zostaną tam w pokoju;

Dusza zwana po imieniu

Objawia się w lekkim cieniu;

Lecz póki żyje, ust nie ma,

Stoi biała, głucha, niema.

KOBIETA

Cóż znaczyła w piersiach rana?

GUŚLARZ

Widać, że w duszę zadana.

KOBIETA

Ja tu sama zgubię drogę.

GUŚLARZ

Ja tu z tobą zostać mogę.

Tam beze mnie zrobią czary,

Jest tam inny guślarz stary. —

Czy słyszysz te śpiewy w dali?

Już się tam ludzie zebrali.

Pierwszą klątwę już zaklęli,

Klątwę wianka i kądzieli,

Wezwali powietrznych duchów.

Widzisz tych świateł tysiące,

Jakby gwiazdy spadające?

Ten ognistych ciąg łańcuchów?

To powietrznych roje duchów.

Patrz, już nad kaplicą świecą

Pod czarnym niebios obszarem,

Jak gołębie, kiedy lecą

W nocy nad miasta pożarem,

Gdy białymi skrzydeł puchy

Odbijając żar ogniska,

Ptastwo jak stado gwiazd błyska.

KOBIETA

On nie będzie z tymi duchy!

GUŚLARZ

Widzisz, blask z kaplicy bucha,

Teraz klęli ognia władzą;

Ciała w nocy złego ducha

Z pustyń, z mogił wyprowadzą.

Tędy będą ciągnąć duchy.

Poznasz go, jeśli pamiętasz,

Ukryj się ze mną w dąb suchy,

W ten dąb suchy i wygniły,

Tu się niegdyś wróżki kryły.

Już rusza się cały smętarz,

Rozwierają się mogiły,

Wybuchnął płomyk niebieski;

Podskakują w górę deski,

Wysuwają potępieńce

Blade głowy, długie ręce;

Widzisz oczy jak zarzewie,

Schowaj oczy, skryj się w drzewie.

Upiór z dala wzrokiem piecze,

Lecz guślarza nie urzecze.

Ha!

KOBIETA

Co widzisz?

GUŚLARZ

Trup to świeży!

W nie zgniłej jeszcze odzieży.

Dymem siarki trąci wkoło,

Czarne ma jak węgiel czoło.

Zamiast oczu — w jamach czaszki

Żarzą się dwie złote blaszki,

A w środku każdego kółka

Siedzi diablik, jak w źrenicy,

I wywraca wciąż koziołka,

Miga lotem błyskawicy.

Trup tu bieży, zębem zgrzyta,

Z ręki przelewa do ręki,

Jak gdyby z sita do sita,

Wrzące srebro — słyszysz jęki?

WIDMO

Gdzie kościół? — gdzie kościół — gdzie Boga lud chwali?

Gdzie kościół, ach, pokaż, człowiecze.

Ach, widzisz, jak we łbie ten dukat mię pali,

Jak srebro stopione dłoń piecze.

Ach, wylej, człowieku, dla biednej sieroty,

Dla więźnia jakiego, dla wdowy,

Ach, wylej mi z ręki żar srebrny i złoty,

I dukat ten wyłup mi z głowy.

Ty nie chcesz! ha, kruszec przelewać ja muszę

Aż kiedyś ten dzieci pożerca

Wyzionie łakomą, bezdenną swą duszę,

Ten kruszec mu wleję do serca.

A potem przez oczy, przez uszy wyleję

I znowu tym wleję korytem,

I będę tym trupem obracać jak sitem,

Naleję, wyleję, przesieję!

Ach, kiedyż przez niego ten kruszec przesieję!

Ach, czekać tak długo! — goreję! goreję!

ucieka

GUŚLARZ

Ha!

KOBIETA

Co widzisz?

GUŚLARZ

Ha, jak blisko!

Drugi wylazł, ku nam bieży,

Jakie obrzydłe trupisko!

Blade, tłuste, trup to świeży,

I strój świeży ma na ciele,

Ubrany jak na wesele;

I gad niedawno go toczy,

Ledwie mu wpół wygryzł oczy.

Od kaplicy w stronę skoczył,

Czart go uwiódł, czart zamroczył,

Nie puści go do kaplicy.

Czart przybrał postać dziewicy;

I na trupa rączką kiwa,

Okiem mruga, śmiechem wzywa;

Skacze ku niej trup zwiedziony,

Z grobu na grób, jak szalony.

I rękami, i nogami

Wije, jak wiatrak skrzydłami —

Już pada do jej uścisków;

Wtem spod nóg jego wytryska

Dziesięć długich, czarnych pysków;

Wyskakują czarne psiska,

Od nóg lubej go porwały

I targają na kawały,

Członki krwawym pyskiem trzęsą,

Po polu roznoszą mięso.

Psy zniknęły. — Nowe dziwo,

Każda część trupa jest żywą:

Wszystkie jak oddzielne trupy

Biegą zebrać się do kupy.

Głowa skacze jak ropucha

I nozdrzami ogień bucha;

Czołgają się piersi trupa

Jak wielka żółwia skorupa —

Już zrosła się głowa z ciałem,

Jak krokodyl bieży cwałem.

Oderwanej ręki palce

Drżą, wiją się jak padalce;

Dłoń za piasek chwyta, grzebie,

I ciągnie rękę do siebie,

I nogi się przyczołgały,

I znowu trup wstaje cały.

Znowu wabi ulubiona,

Znowu pada w jej ramiona,

Znowu go porwały czarty,

I znowu w sztuki rozdarty —

Ha! niech go więcej nie widzę!

KOBIETA

Tak się boisz?

GUŚLARZ

Tak się brzydzę!

Żółwie, padalce, ropuchy:

W jednym trupie tyle gadów!

KOBIETA

On nie będzie z tymi duchy!

GUŚLARZ

Wkrótce, wkrótce koniec Dziadów.

Słyszysz — trzeci kur już pieje;

Tam śpiewają ojców dzieje,

I rozchodzą się gromady.

KOBIETA

I nie przyszedł on na Dziady!

GUŚLARZ

Jeśli duch ten jeszcze w ciele,

Wymów teraz jego imię,

Ja na czarodziejskie ziele

W tajemniczym zaklnę rymie;

I duch ciało swe zostawi,

I przed tobą się objawi.

KOBIETA

Wymówiłam —

GUŚLARZ

On nie słucha —

Ja zakląłem.

KOBIETA

Nie ma ducha!

GUŚLARZ

O kobieto! twój kochanek

Albo zmienił ojców wiarę,

Albo zmienił imię stare.

Widzisz, już zbliża się ranek,

Gusła nasze moc straciły,

Nie pokaże się twój miły.

wychodzą z drzewa

Cóż to? cóż to! — patrz: z zachodu,

Tam od Giedymina grodu,

Śród gęstych kłębów zamieci

Kilkadziesiąt wozów leci,

Wszystkie lecą ku północy,

Lecą ile w koniach mocy.

Widzisz, jeden tam na przedzie.

W czarnym stroju —

KOBIETA

On!

GUŚLARZ

Tu jedzie.

KOBIETA

I znowu nazad zawrócił,

I tylko raz okiem rzucił,

Ach, raz tylko, — jakie oko!

GUŚLARZ

Pierś miał zbroczoną posoką,

Bo w tej piersi jest ran wiele:

Straszne cierpi on katusze,

Tysiąc mieczów miał on w ciele,

A wszystkie przeszły — aż w duszę.

Śmierć go chyba z ran uleczy.

KOBIETA

Któż weń wraził tyle mieczy?

GUŚLARZ

Narodu nieprzyjaciele.

KOBIETA

Jedną ranę miał na czole,

Jedną tylko i niewielką,

Zda się być czarną kropelką.

GUŚLARZ

Ta największe sprawia bole;

Jam ją widział, jam ją zbadał;

Tę ranę sam sobie zadał,

Śmierć z niej uleczyć nie może.

KOBIETA

Ach, ulecz go, wielki Boże!