Umizgi

Wyprawa Hrabiego na sad176 — Tajemnicza nimfa gęsi pasie — Podobieństwo grzybobrania do przechadzki cieniów elizejskich — Gatunki grzybów — Telimena w świątyni dumania — Narady tyczące się postanowienia Tadeusza — Hrabia pejzażysta — Tadeusza uwagi malarskie nad drzewami i obłokami — Hrabiego myśl o sztuce — Dzwon — Bilecik — Niedźwiedź, mospanie!

Hrabia wracał do siebie; lecz konia wstrzymywał,

Głową coraz w tył kręcił, w ogród się wpatrywał.

I raz mu się zdawało, że znowu z okienka

Błysnęła tajemnicza, bieluchna sukienka

I coś lekkiego znowu upadło z wysoka,

I przeleciawszy cały ogród w mgnieniu oka,

Pomiędzy zielonymi świeciło ogórki:

Jako promień słoneczny, wykradłszy się z chmurki,

Kiedy śród roli padnie na krzemienia skibę

Lub śród zielonej łąki w drobną wody szybę.

Hrabia zsiadł z konia, sługi odprawił do domu,

A sam ku ogrodowi ruszył po kryjomu.

Dobiegł wkrótce parkanu, znalazł w nim otwory

I wcisnął się po cichu, jak wilk do obory.

Nieszczęściem, trącił krzaki suchego agrestu:

Ogrodniczka, jak gdyby zlękła się szelestu,

Oglądała się wkoło, lecz nic nie spostrzegła;

Przecież ku drugiej stronie ogrodu pobiegła.

A Hrabia bokiem, między wielkie końskie szczawie,

Między liście łopuchu, na rękach, po trawie,

Skacząc jak żaba, cicho przyczołgał się blisko,

Wytknął głowę i ujrzał cudne widowisko.

W tej części sadu rosły tu i ówdzie wiśnie,

Śród nich zboże w gatunkach zmieszanych umyślnie:

Pszenica, kukuruza177, bób, jęczmień wąsaty,

Proso, groszek, a nawet krzewiny i kwiaty.

Domowemu to ptactwu taki ochmistrzyni178

Wymyśliła ogródek: sławna gospodyni,

Zwała się Kokosznicka, z domu Jendykowi-

czówna. Jej wynalazek epokę stanowi

W domowym gospodarstwie; dziś powszechnie znany,

Lecz w owych czasach jeszcze za nowość podany,

Przyjęty pod sekretem od niewielu osób,

Nim go wydał kalendarz, pod tytułem: Sposób

Na jastrzębie i kanie, albo nowy środek

Wychowywania drobiu — był to ów ogrodek.

Jakoż, zaledwie kogut, co odprawia warty,

Stanie i nieruchomie dzierżąc dziób zadarty,

I głowę grzebieniastą pochyliwszy bokiem,

Aby tym łacniej w niebo mógł celować okiem,

Dostrzeże wiszącego jastrzębia śród chmury,

Krzyknie: zaraz w ten ogród chowają się kury,

Nawet gęsi i pawie, i w nagłym przestrachu

Gołębie, gdy nie mogą schronić się na dachu.

Teraz w niebie żadnego nie widziano wroga;

Tylko skwarzyła słońca letniego pożoga.

Od niej ptaki w zbożowym ukryły się lasku;

Tamte leżą w murawie, te kąpią się w piasku.

Śród ptaszych głów sterczały główki ludzkie małe,

Odkryte; włosy na nich krótkie, jak len białe;

Szyje nagie do ramion; a pomiędzy nimi

Dziewczyna głową wyższa, z włosami dłuższymi.

Tuż za dziećmi paw siedział i piór swych obręcze

Szeroko rozprzestrzenił w różnofarbną179 tęczę,

Na której główki białe, jak na tle obrazku,

Rzucone w ciemny błękit, nabierały blasku.

Obrysowane wkoło kręgiem pawich oczu

Jak wiankiem gwiazd, świeciły w zbożu jak w przezroczu,

Pomiędzy kukuruzy złocistymi laski,

I angielską trawicą posrebrzaną w paski,

I szczyrem180 koralowym, i zielonym ślazem181;

Których kształty i barwy mieszały się razem

Niby krata ze srebra i złota pleciona,

A powiewna od wiatru jak lekka zasłona.

Nad gęstwą różnofarbnych kłosów i badylów

Wisiała jak baldachim jasna mgła motylów,

Zwanych babkami, których poczwórne skrzydełka

Lekkie jak pajęczyna, przejrzyste jak szkiełka,

Gdy w powietrzu zawisną, zaledwo widome182,

I chociaż brzęczą, myślisz, że są nieruchome.

Dziewczyna powiewała podniesioną w ręku

Szarą kitką, podobną do piór strusich pęku;

Nią zdała się oganiać główki niemowlęce

Od złotego motylów deszczu. W drugiej ręce

Coś u niej rogatego, złocistego świeci,

Zdaje się, że naczynie do karmienia dzieci:

Bo je zbliżała dzieciom do ust po kolei;

Miało zaś kształt złotego rogu Amaltei183.

Tak zatrudniona, przecież obracała głowę

Na pamiętne szelestem krzaki agrestowe,

Nie wiedząc, że napastnik już z przeciwnej strony

Przybliżył się, czołgając jak wąż przez zagony,

Aż wyskoczył z łopuchu. Spojrzała — stał blisko,

O cztery grzędy od niej, i kłaniał się nisko.

Już głowę odwróciła i wzniosła ramiona,

I zrywała się lecieć jak kraska184 spłoszona,

I już lekkie jej stopy wionęły nad liściem,

Kiedy dzieci, przelękłe podróżnego wniściem185

I ucieczką dziewczyny, wrzasnęły okropnie.

Posłyszała, uczuła, że jest nieroztropnie

Dziatwę małą, przelękłą i samą porzucić:

Wracała, wstrzymując się, lecz musiała wrócić,

Jak niechętny duch, wróżka przyzwany zaklęciem,

Przybiegła z najkrzykliwszym bawić się dziecięciem,

Siadła przy nim na ziemi, wzięła je na łono;

Drugie głaskała ręką i mową pieszczoną;

Aż się uspokoiły, objąwszy w rączęta

Jej kolana i tuląc główki jak pisklęta

pod skrzydło matki. Ona rzekła: «Czy to pięknie

Tak krzyczeć? Czy to grzecznie? Ten pan się zalęknie.

Ten pan nie przyszedł straszyć; to nie dziad szkaradny,

To gość, dobry pan, patrzcie tylko jaki ładny».

Sama spojrzała: Hrabia uśmiechnął się mile,

I widocznie był wdzięczny jej za pochwał tyle;

Postrzegła się, umilkła, oczy opuściła

I jako róży pączek cała się spłoniła.

W istocie był to piękny pan: słusznej urody,

Twarz miał pociągłą, blade lecz świeże jagody186,

Oczy modre, łagodne, włos długi, białawy;

Na włosach listki ziela i kosmyki trawy,

Które Hrabia oberwał pełznąc przez zagony,

Zieleniły się jako wieniec rozpleciony.

«O ty — rzekł — jakimkolwiek uczczę cię imieniem,

Bóstwem jesteś czy nimfą, duchem czy widzeniem!

Mów: własna li cię wola na ziemię sprowadza,

Obca li więzi ciebie na padole władza?

Ach, domyślam się, — pewnie wzgardzony miłośnik,

Jaki pan możny, albo opiekun zazdrośnik,

W tym cię parku zamkowym jak zaklętą strzeże!

Godna, by o cię bronią walczyli rycerze,

Byś została romansów heroiną smutnych!

Odkryj mi, piękna, tajnie twych losów okrutnych!

Znajdziesz wybawiciela. Odtąd twym skinieniem,

Jak rządzisz sercem moim, tak rządź mym ramieniem».

Wyciągnął ramię.

Ona z rumieńcem dziewiczym,

Ale z rozweselonym słuchała obliczem.

Jak dziecię lubi widzieć obrazki jaskrawe

I w liczmanach187 błyszczących znajduje zabawę,

Nim rozezna ich wartość: tak się słuch jej pieści

Z dźwięcznymi słowy, których nie pojęła treści.

Na koniec zapytała: «Skąd tu pan przychodzi?

I czego tu po grzędach szuka pan dobrodziéj?»

Hrabia oczy roztworzył. Zmieszany, zdziwiony,

Milczał; wreszcie, zniżając swej rozmowy tony:

«Przepraszam — rzekł — panienko! Widzę, żem pomieszał

Zabawy! Ach, przepraszam: jam właśnie pośpieszał

Na śniadanie: już późno, chciałem na czas zdążyć;

Panienka wie, że drogą trzeba wkoło krążyć,

Przez ogród zdaje mi się jest do dworu prościéj».

Dziewczyna rzekła: «Tędy droga jegomości;

Tylko grząd188 psuć nie trzeba. Tam, między murawą

Ścieżka». — «W lewo — zapytał Hrabia — czy na prawo?»

Ogrodniczka, podniósłszy błękitne oczęta,

Zdawała się go badać ciekawością zdjęta:

Bo dom o tysiąc kroków widny jak na dłoni,

A Hrabia drogi pyta? Ale Hrabia do niéj

Chciał koniecznie coś mówić i szukał powodu

Rozmowy: «Panna mieszka tu? blisko ogrodu?

Czy na wsi? Jak to było, żem panny we dworze

Nie widział? czy niedawno tu? przyjezdna może?»

Dziewczę wstrząsnęło głową. — «Przepraszam, panienko,

Czy nie tam pokój panny, gdzie owe okienko?»

Myślił zaś w duchu: jeśli nie jest heroiną

Romansów, jest młodziuchną, prześliczną dziewczyną.

Zbyt często wielka dusza, myśl wielka ukryta

W samotności, jak róża śród lasów rozkwita;

Dosyć ją wynieść na świat, postawić przed słońcem,

Aby widzów zdziwiła jasnych barw tysiącem!

Ogrodniczka tymczasem powstała w milczeniu,

Podniosła jedno dziecię zwisłe na ramieniu,

Drugie wzięła za rękę, a kilkoro przodem

Zaganiając jak gąski, szła dalej ogrodem.

Odwróciwszy się rzekła: «Czy też pan nie może

Rozbiegłe moje ptastwo wpędzić nazad w zboże?»

«Ja, ptastwo pędzać?» krzyknął Hrabia z zadziwieniem;

Ona tymczasem znikła, zakryta drzew cieniem.

Chwilę jeszcze z szpaleru189, przez majowe zwoje,

Przeświecało coś na wskroś jakby oczu dwoje.

Samotny Hrabia długo jeszcze stał w ogrodzie.

Dusza jego, jak ziemia po słońca zachodzie,

Ostygała powoli, barwy brała ciemne;

Zaczął marzyć, lecz sny miał bardzo nieprzyjemne.

Zbudził się, sam nie wiedząc, na kogo się gniewał:

Niestety, mało znalazł! nadto się spodziewał!

Bo gdy zagonem pełzał ku owej pasterce,

Paliło mu się w głowie, skakało w nim serce;

Tyle wdzięków w tajemnej nimfie upatrywał,

W tyle ją cudów ubrał, tyle odgadywał!

Wszystko znalazł inaczej: prawda, że twarz ładną,

Kibić miała wysmukłą, ale jak nieskładną!

A owa pulchność liców i rumieńca żywość,

Malująca zbyteczną, prostacką szczęśliwość!

Znak, że myśl jeszcze drzemie, że serce nieczynne!

I owe odpowiedzi, tak wiejskie, tak gminne!

«Po cóż się łudzić — krzyknął — zgaduję po czasie:

Moja nimfa tajemna pono gęsi pasie!»

Z nimfy zniknieniem, całe czarowne przezrocze

Zmieniło się. Te wstęgi, te kraty urocze

Złote, srebrne: niestety! więc to była słoma?

Hrabia z załamanymi poglądał rękoma

Na snopek uwiązanej trawami mietlicy190,

Którą brał za pęk strusich piór w ręku dziewicy.

Nie zapomniał naczynia: złocista konewka,

Ów rożek Amaltei, była to marchewka!

Widział ją w ustach dziecka pożeraną chciwie:

Więc było po uroku! po czarach! po dziwie!

Tak chłopiec, kiedy ujrzy cykoryi kwiaty,

Wabiące dłoń miękkimi, lekkimi bławaty,

Chce je pieścić, zbliża się, dmuchnie: i z podmuchem

Cały kwiat na powietrzu rozleci się puchem,

A w ręku widzi tylko badacz zbyt ciekawy

Nagą łodygę szarozielonawej trawy.

Hrabia wcisnął na oczy kapelusz i wracał

Tamtędy, kędy przyszedł; ale drogę skracał,

Stąpając po jarzynach, kwiatach i agreście,

Aż, przeskoczywszy parkan, odetchnął nareście!

Przypomniał, że dziewczynie mówił o śniadaniu;

Może już wszyscy wiedzą o jego spotkaniu

W ogrodzie, blisko domu? może szukać wyślą?

Postrzegli, że uciekał? kto wie, co pomyślą?

Więc wypadało wrócić. Chyląc się u płotów

Około miedz i zielska, po tysiącach zwrotów

Rad był przecież, że wyszedł w końcu na gościniec,

Który prosto prowadził na dworski dziedziniec.

Szedł przy płocie, a głowę odwracał od sadu.

Jak złodziej od spichlerza, aby nie dać śladu,

Że go myśli nawiedzić albo już nawiedził:

Tak Hrabia był ostrożny, choć go nikt nie śledził;

Patrzył w stronę przeciwną ogrodu, na prawo.

Był gaj z rzadka zarosły, wysłany murawą.

Po jej kobiercach, na wskroś białych pniów brzozowych,

Pod namiotem obwisłych gałęzi majowych,

Snuło się mnóstwo kształtów, których dziwne ruchy,

Niby tańce, i dziwny ubiór: istne duchy

Błądzące po księżycu. Tamci w czarnych, ciasnych,

Ci w długich, rozpuszczonych szatach jak śnieg jasnych;

Tamten pod kapeluszem jak obręcz szerokim,

Ten z gołą głową; inni jak gdyby obłokiem

Obwiani, idąc, na wiatr puszczają zasłony,

Ciągnące się za głową, jak komet ogony.

Każdy w innej postawie: ten przyrósł do ziemi,

Tylko oczyma kręci na dół spuszczonemi;

Ów, patrząc wprost przed siebie, niby senny kroczy,

Jak po linie, ni w prawo, ni w lewo nie zboczy;

Wszyscy zaś ciągle w różne schylają się strony

Aż do ziemi, jak gdyby wybijać pokłony.

Jeżeli się przybliżą albo się spotkają,

Ani mówią do siebie, ani się witają,

Głęboko zadumani, w sobie pogrążeni.

Hrabia widział w nich obraz elizejskich cieni191,

Które, chociaż boleściom, troskom niedostępne,

Błąkają się spokojne, ciche, lecz posępne.

Któż by zgadnął, że owi tak mało ruchomi,

Owi milczący ludzie — są nasi znajomi,

Sędziowscy towarzysze? Z hucznego śniadania

Wyszli na uroczysty obrzęd grzybobrania.

Jako ludzie rozsądni, umieją miarkować

Mowy i ruchy swoje, aby je stosować

W każdej okoliczności do miejsca i czasu.

Dlatego, nim ruszyli za Sędzią do lasu,

Wzięli postawy tudzież ubiory odmienne,

Służące do przechadzki opończe192 płócienne,

Którymi osłaniają po wierzchu kontusze193,

A na głowy słomiane wdziali kapelusze.

Stąd biali wyglądają jak czyśćcowe dusze.

Młodzież także przebrana, oprócz Telimeny

I kilku po francusku chodzących.

Tej sceny

Hrabia nie pojął; nie znał wiejskiego zwyczaju:

Więc zdziwiony niezmiernie biegł pędem do gaju.

Grzybów było w bród. Chłopcy biorą krasnolice,

Tyle w pieśniach litewskich sławione lisice,

Co są godłem panieństwa: bo czerw194 ich nie zjada,

I dziwna195, żaden owad na nich nie usiada.

Panienki za wysmukłym gonią borowikiem,

Którego pieśń nazywa grzybów pułkownikiem196.

Wszyscy dybią na rydza; ten wzrostem skromniejszy

I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,

Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,

Czy zimą. Ale Wojski zbierał muchomory.

Inne pospólstwo grzybów, pogardzone w braku

Dla szkodliwości albo niedobrego smaku,

Lecz nie są bez użytku: one zwierza pasą

I gniazdem są owadów i gajów okrasą197.

Na zielonym obrusie łąk, jako szeregi

Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi

Surojadki srebrzyste, żółte i czerwone,

Niby czareczki różnym winem napełnione;

Koźlak, jak przewrócone kubka dno wypukłe,

Lejki, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,

Bielaki krągłe, białe, szerokie i płaskie,

Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,

I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona

Purchawka, jak pieprzniczka; zaś innych imiona,

Znane tylko w zajęczym lub wilczym języku,

Od ludzi nieochrzczone; a jest ich bez liku.

Ni wilczych, ni zajęczych nikt dotknąć nie raczy;

A kto schyla się ku nim, gdy błąd swój obaczy,

Zagniewany, grzyb złamie albo nogą kopnie:

Tak szpecąc trawę, czyni bardzo nieroztropnie.

Telimena ni wilczych, ni ludzkich nie zbiera.

Roztargniona, znudzona, dokoła spoziera,

Z głową w górę zadartą. Więc pan Rejent w gniewie

Mówił o niej, że grzybów szukała na drzewie;

Asesor ją złośliwiej równał do samicy,

Która miejsca na gniazdo szuka w okolicy.

Jakoż zdała się szukać samotności, ciszy.

Oddalała się z wolna od swych towarzyszy,

I szła lasem na wzgórek pochyło wyniosły,

Ocieniony, bo drzewa gęściej na nim rosły.

W środku szarzał się kamień; strumień spod kamienia

Szumiał, tryskał i zaraz, jakby szukał cienia,

Chował się między gęste i wysokie zioła,

Które wodą pojone bujały dokoła;

Tam ów bystry swawolnik, spowijany w trawy

I liściem podesłany, bez ruchu, bez wrzawy,

Niewidzialny i ledwie dosłyszany szepce,

Jako dziecię krzykliwe złożone w kolebce,

Gdy matka nad nim zwiąże firanki majowe

I liścia makowego nasypie pod głowę.

Miejsce piękne i ciche: tu się często schrania

Telimena, zowiąc je Świątynią dumania.

Stanąwszy nad strumieniem, rzuciła na trawnik

Z ramion swój szal powiewny, czerwony jak krwawnik;

I podobna pływaczce, która do kąpieli

Zimnej schyla się, nim się zanurzyć ośmieli,

Klęknęła i powoli chyliła się bokiem;

Wreszcie, jakby porwana koralu potokiem,

Upadła nań i cała wzdłuż się rozpostarła.

Łokcie na trawie, skronie na dłoniach oparła,

Z głową na dół skłonioną; na dole u głowy,

Błysnął francuskiej książki papier welinowy198;

Nad alabastrowymi stronicami księgi,

Wiły się czarne pukle i różowe wstęgi.

W szmaragdzie bujnych traw, na krwawnikowym szalu,

W sukni długiej, jak gdyby w powłoce koralu,

Od której odbijał się włos z jednego końca,

Z drugiego czarny trzewik; po bokach błyszcząca

Śnieżną pończoszką, chustką, białością rąk, lica,

Wydawała się z dala jak pstra gąsienica,

Gdy wpełźnie na zielony liść klonu.

Niestety!

Wszystkie tego obrazu wdzięki i zalety

Darmo czekały znawców, nikt nie zważał na nie,

Tak mocno zajmowało wszystkich grzybobranie.

Tadeusz przecież zważał i w bok strzelał okiem,

I nie śmiejąc iść prosto, przysuwał się bokiem:

Jak strzelec, gdy w ruchomej gałęzistej szopie,

Usiadłszy na dwóch kołach, podjeżdża na dropie,

Albo na siewki idąc, przy koniu się kryje,

Strzelbę złoży na siodle lub pod końską szyję,

Niby to bronę włóczy, niby jedzie miedzą,

A coraz się przybliża, kędy ptaki siedzą:

Tak skradał się Tadeusz.

Sędzia czaty zmieszał

I przeciąwszy mu drogę, do źródła pośpieszał.

Z wiatrem igrały białe poły sarafana199

I wielka chustka w pasie końcem uwiązana;

Słomiany, podwiązany kapelusz od ruchu

Nagłego chwiał się z wiatrem jako liść łopuchu,

Spadając to na barki, to znowu na oczy;

W ręku ogromna laska: tak pan Sędzia kroczy.

Schyliwszy się i ręce obmywszy w strumieniu,

Usiadł przed Telimeną na wielkim kamieniu,

I, wsparłszy się oburącz na gałkę słoniową

Trzciny ogromnej, z taką ozwał się przemową:

«Widzi aśćka200, od czasu jak tu u nas gości

Tadeuszek, niemało mam niespokojności.

Jestem bezdzietny, stary; ten dobry chłopczyna,

Wszak to moja na świecie pociecha jedyna,

Przyszły dziedzic fortunki mojej. Z łaski nieba,

Zostawię mu kęs niezły szlacheckiego chleba;

Już mu też czas obmyśleć los, postanowienie;

Ale zważaj no, aśćka, moje utrapienie!

Wiesz, że pan Jacek, brat mój, Tadeusza ociec,

Dziwny człowiek, zamiarów jego trudno dociec,

Nie chce wracać do kraju, Bóg wie gdzie się kryje,

Nawet nie chce synowi oznajmić, że żyje,

A ciągle nim zarządza. Naprzód w legijony

Chciał go posyłać; byłem okropnie zmartwiony.

Potem zgodził się przecie, by w domu pozostał

I żeby się ożenił. Jużbyć żony dostał;

Partyję upatrzyłem. Nikt z obywateli

Nie wyrówna z imienia ani z parenteli201

Podkomorzemu; jego starsza córka Anna

Jest na wydaniu, piękna i posażna panna;

Chciałem zagaić». Na to Telimena zbladła,

Złożyła książkę, wstała nieco i usiadła.

«Jak mamę kocham — rzekła — czy to, panie bracie,

Jest w tym sens jaki, czy wy Boga w sercu macie?

To myślisz Tadeusza zostać dobrodziejem,

Jeśli młodego chłopca zrobisz grykosiejem?

Świat mu zawiążesz! wierz mi, kląć was kiedyś będzie!

Zakopać taki talent w lasach i na grzędzie!

Wierz mi, ile poznałam, pojętne to dziecię,

Warto, żeby na wielkim przetarło się świecie.

Dobrze brat zrobi, gdy go do stolicy wyśle,

Na przykład do Warszawy? Lub wie brat, co myślę...

Żeby do Peterburka? Ja pewnie tej zimy

Pojadę tam dla sprawy; razem ułożymy,

Co zrobić z Tadeuszem. Znam tam wiele osób,

Mam wpływy: to najlepszy kreacyi sposób.

Za mą pomocą, znajdzie wstęp w najpierwsze domy,

A kiedy będzie ważnym osobom znajomy,

Dostanie urząd, order; wtenczas niech porzuci

Służbę, jeżeli zechce, niech do domu wróci,

Mając już i znaczenie, i znajomość świata.

I cóż brat myśli o tym?» — «Jużci, w młode lata —

Rzekł Sędzia — nieźle chłopcu trochę się przewietrzyć,

Obejrzeć się na świecie, między ludźmi przetrzéć;

Ja za młodu niemało świata objechałem:

Byłem w Piotrkowie, w Dubnie, to za trybunałem

Jadąc jako palestrant202, to własne swe sprawy

Forytując203, jeździłem nawet do Warszawy.

Człek niemało skorzystał! Chciałbym i synowca

Wysłać pomiędzy ludzi, prosto jak wędrowca,

Jak czeladnika, który terminuje lata,

Ażeby nabył trochę znajomości świata.

Nie dla rang ni orderów! Proszę uniżenie,

Ranga moskiewska, order: cóż to za znaczenie?

Któryż to z dawnych panów, ba, nawet dzisiejszych,

Między szlachtą w powiecie nieco zamożniejszych,

Dba o podobne fraszki204? Przecież są w estymie205

U ludzi; bo szanujem w nich ród, dobre imię,

Albo urząd, lecz ziemski, przyznany wyborem

Obywatelskim, nie zaś czyimś tam faworem206».

Telimena przerwała: «Jeśli brat tak myśli,

Tym lepiej, więc go jako wojażera207 wyślij».

«Widzi siostra — rzekł Sędzia, skrobiąc smutnie głowę —

Chciałbym bardzo: cóż, kiedy mam trudności nowe!

Pan Jacek nie wypuszcza z opieki swej syna,

I przysłał mi tu właśnie na kark bernardyna

Robaka, który przybył z tamtej strony Wisły,

Przyjaciel brata, wszystkie wie jego zamysły;

A więc o Tadeusza już wyrzekli losie,

I chcą, by się ożenił, aby pojął Zosię,

Wychowankę waćpani. Oboje dostaną,

Oprócz fortunki mojej, z łaski Jacka wiano

W kapitałach; wiesz aśćka, że ma kapitały,

I z łaski jego mam też fundusz prawie cały:

Ma więc prawo rozrządzać... aśćka pomyśl o tem,

Żeby się to zrobiło najmniejszym kłopotem.

Trzeba ich z sobą poznać. Prawda, bardzo młodzi,

Szczególnie Zosia mała, lecz to nic nie szkodzi.

Czas by już Zośkę wreszcie wydobyć z zamknięcia.

Bo wszakci to już pono wyrasta z dziecięcia».

Telimena zdziwiona i prawie wylękła

Podnosiła się coraz, na szalu uklękła;

Zrazu słuchała pilnie, potem dłoni ruchem

Przeczyła, ręką żwawo wstrząsając nad uchem,

Odpędzając jak owad nieprzyjemne słowa

Na powrót w usta mówcy —

«A! a! to rzecz nowa!

Czy to Tadeuszowi szkodzi, czy nie szkodzi —

Rzekła z gniewem — sądź o tym sam waćpan dobrodziéj!

Mnie nic do Tadeusza; sami o nim radźcie,

Zróbcie go ekonomem lub w karczmie posadźcie,

Niech szynkuje lub z lasu niech zwierzynę znosi:

Z nim sobie, co zechcecie, zróbcie. Lecz do Zosi?

Co waćpaństwu do Zosi? Ja jej ręką rządzę,

Ja sama! Że pan Jacek dawał był pieniądze

Na wychowanie Zosi, i że jej wyznaczył

Małą pensyjkę roczną, więcej przyrzec raczył,

Toć jej jeszcze nie kupił. Zresztą, państwo wiecie,

I dotąd jeszcze o tym wiadomo na świecie,

Że hojność państwa dla nas nie jest bez powodu,

Winni coś Soplicowie dla Horeszków rodu».

(Tej części mowy Sędzia słuchał z niepojętem

Pomieszaniem, żałością i widocznym wstrętem208;

Jakby lękał się reszty mowy, głowę skłonił,

I ręką potakując, mocno się zapłonił.)

Telimena kończyła: «Byłam jej piastunką,

Jestem krewną, jedyną Zosi opiekunką.

Nikt oprócz mnie nie będzie myślił o jej szczęściu».

«A jeśli ona szczęście znajdzie w tym zamęściu? —

Rzekł Sędzia wzrok podnosząc. — Jeśli Tadeuszka

Podoba?» — «Czy podoba? to na wierzbie gruszka!

Podoba, nie podoba: a to mi rzecz ważna!

Zosia nie będzie, prawda, partyja posażna;

Ale też nie jest z lada wsi, lada szlachcianka,

Idzie z jaśnie wielmożnych, jest wojewodzianka,

Rodzi się z Horeszkówny; małżonka dostanie!

Staraliśmy się tyle o jej wychowanie!

Chybaby tu zdziczała». Sędzia pilnie słuchał,

Patrząc w oczy; zdało się, że się udobruchał,

Bo rzekł dosyć wesoło: «No, to i cóż robić!

Bóg widzi, szczerze chciałem interesu dobić;

Tylko bez gniewu. Jeśli aśćka się nie zgodzi,

Aśćka ma prawo; smutno: gniewać się nie godzi.

Radziłem, bo brat kazał; nikt tu nie przymusza.

Gdy aśćka rekuzuje pana Tadeusza,

Odpisuję Jackowi, że nie z mojej winy

Nie dojdą Tadeusza z Zosią zaręczyny.

Teraz sam będę radzić. Pono209 z Podkomorzym

Zagaimy swatowstwo i resztę ułożym».

Przez ten czas Telimena ostygła z zapału:

«Ja nic nie rekuzuję, braciszku, pomału!

Sam mówiłeś, że jeszcze za wcześnie — zbyt młodzi, —

Rozpatrzmy się, czekajmy, nic to nie zaszkodzi,

Poznajmy z sobą państwo młodych, będziem zważać;

Nie można szczęścia drugich tak na traf narażać.

Ostrzegam tylko wcześnie: niech brat Tadeusza

Nie namawia, kochać się w Zosi nie przymusza;

Bo serce nie jest sługa, nie zna co to pany,

I nie da się przemocą okuwać w kajdany».

Za czym210 Sędzia, powstawszy, odszedł zamyślony.

Pan Tadeusz z przeciwnej przybliżył się strony,

Udając, że szukanie grzybów tam go zwabia.

W tymże kierunku z wolna posuwa się Hrabia.

Hrabia podczas Sędziego sporów z Telimeną

Stał za drzewami, mocno zdziwiony tą sceną.

Dobył z kieszeni papier i ołówek, sprzęty,

Które zawsze miał z sobą, i na pień wygięty,

Rozpiąwszy kartkę, widać, że obraz malował,

Mówiąc sam z sobą: «Jakbyś umyślnie grupował:

Ten na głazie, ta w trawie; grupa malownicza!

Głowy charakterowe! z kontrastem oblicza!»

Podchodził, wstrzymywał się, lornetkę przecierał,

Oczy chustką obwiewał i coraz spozierał:

«Miałożby to cudowne, śliczne widowisko

Zginąć albo zmienić się, gdy podejdę blisko?

Ten aksamit traw, będzież to mak i botwinie?

W nimfie tej czyż obaczę jaką ochmistrzynię?»

Choć Hrabia Telimenę już dawniej widywał

W domu Sędziego, w którym dosyć często bywał,

Lecz mało ją uważał: zadziwił się zrazu,

Rozeznając w niej model swojego obrazu.

Miejsca piękność, postawy wdzięk i gust ubrania

Zmieniły ją, zaledwo była do poznania.

W oczach świeciły jeszcze niezagasłe gniewy;

Twarz, ożywiona wiatru świeżymi powiewy,

Sporem z Sędzią i nagłym przybyciem młodzieńców,

Nabrała mocnych, żywszych niż zwykle rumieńców.

«Pani — rzekł Hrabia — racz mej śmiałości darować;

Przychodzę i przepraszać, i razem dziękować.

Przepraszać, że jej kroków śledziłem ukradkiem;

I dziękować, że byłem jej dumania świadkiem.

Tyle ją obraziłem! winienem jej tyle!

Przerwałem chwilę dumań; winienem ci chwile

Natchnienia, chwile błogie! Potępiaj człowieka;

Ale sztukmistrz twojego przebaczenia czeka!

Na wielem się odważył, na więcej odważę:

Sądź!» — tu ukląkł i podał swoje pejzaże.

Telimena sądziła malowania proby

Tonem grzecznej, lecz sztukę znającej osoby;

Skąpa w pochwały, lecz nie szczędziła zachętu:

«Brawo — rzekła — winszuję, niemało talentu.

Tylko pan nie zaniedbuj; szczególniej potrzeba

Szukać pięknej natury! O, szczęśliwe nieba

Krajów włoskich! różowe cezarów ogrody!

Wy, klasyczne Tyburu211 spadające wody!

I straszne Pauzylipu skaliste wydroże!

To, Hrabio, kraj malarzów212! U nas, żal się Boże!...

Dziecko muz, w Soplicowie oddane na mamki,

Umrze pewnie. Mój Hrabio, oprawię to w ramki,

Albo w album umieszczę, do rysunków zbiorku,

Które zewsząd skupiałam: mam ich dosyć w biurku».

Zaczęli więc rozmowę o niebios błękitach,

Morskich szumach i wiatrach wonnych, i skał szczytach,

Mieszając tu i ówdzie, podróżnych zwyczajem,

Śmiech i urąganie się nad ojczystym krajem.

A przecież wokoło nich ciągnęły się lasy

Litewskie, tak poważne i tak pełne krasy!

Czeremchy oplatane dzikich chmielów wieńcem,

Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem,

Leszczyna jak menada213 z zielonymi berły,

Ubranymi jak w grona, w orzechowe perły;

A niżej dziatwa leśna: głóg w objęciu kalin,

Ożyna214 czarne usta tuląca do malin.

Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce,

Jak do tańca stające panny i młodzieńce

Wkoło pary małżonków. Stoi pośród grona

Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona

Wysmukłością kibici i barwy powabem:

Brzoza biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem.

A dalej, jakby starce na dzieci i wnuki

Patrzą, siedząc w milczeniu, tu sędziwe buki,

Tam matrony topole i mchami brodaty

Dąb, włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty,

Wspiera się, jak na grobów połamanych słupach,

Na dębów, przodków swoich, skamieniałych trupach.

Pan Tadeusz kręcił się, nudząc niepomału215

Długą rozmową, w której nie mógł brać udziału.

Aż, gdy zaczęto sławić cudzoziemskie gaje,

I wyliczać z kolei wszystkich drzew rodzaje:

Pomarańcze, cyprysy, oliwki, migdały,

Kaktusy, aloesy, mahonie, sandały,

Cytryny, bluszcz, orzechy włoskie, nawet figi,

Wysławiając ich kształty, kwiaty i łodygi:

Tadeusz nie przestawał dąsać się i zżymać216,

Na koniec nie mógł dłużej od gniewu wytrzymać.

Był on prostak, lecz umiał czuć wdzięk przyrodzenia217,

I patrząc w las ojczysty, rzekł pełen natchnienia:

«Widziałem w botanicznym wileńskim ogrodzie,

Owe sławione drzewa rosnące na wschodzie

I na południu, w owej pięknej włoskiej ziemi;

Któreż równać się może z drzewami naszemi?

Czy aloes z długimi jak konduktor pałki?

Czy cytryna, karlica z złocistymi gałki,

Z liściem lakierowanym, krótka i pękata,

Jako kobieta mała, brzydka, lecz bogata?

Czy zachwalony cyprys długi, cienki, chudy,

Co zdaje się być drzewem nie smutku, lecz nudy?

Mówią, że bardzo smutnie wygląda na grobie;

Jest to jak lokaj Niemiec we dworskiej żałobie,

Nieśmiejący rąk podnieść ani głowy skrzywić,

Aby się etykiecie niczym nie sprzeciwić.

«Czyż nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina,

Która jako wieśniaczka, kiedy płacze syna,

Lub wdowa męża, ręce załamie, roztoczy

Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy!

Niema z żalu, postawą jak wymownie szlocha!

Czemuż pan Hrabia, jeśli w malarstwie się kocha,

Nie maluje drzew naszych, pośród których siedzi?

Prawdziwie, będą z pana żartować sąsiedzi,

Że mieszkając na żyznej litewskiej równinie,

Malujesz tylko jakieś skały i pustynie».

«Przyjacielu — rzekł Hrabia — piękne przyrodzenie

Jest formą, tłem, materią; a duszą — natchnienie,

Które na wyobraźni unosi się skrzydłach,

Poleruje się gustem, wspiera na prawidłach.

Nie dość jest przyrodzenia, nie dosyć zapału:

Sztukmistrz musi ulecieć w sfery ideału!

Nie wszystko, co jest piękne, wymalować da się!

Dowiesz się o tym wszystkim z książek w swoim czasie.

Co się tyczy malarstwa: do obrazu trzeba

Punktów widzenia, grupy, ansamblu218 i nieba,

Nieba włoskiego! Stąd też w kunszcie pejzażów219,

Włochy były, są, będą, ojczyzną malarzów!

Stąd też, oprócz Brejgela (lecz nie van der Helle,

Ale pejzażysty: bo są dwaj Brejgele220)

I oprócz Ruisdala221, na całej północy

Gdzież był pejzażysta który pierwszej mocy?

Niebios, niebios potrzeba». — «Nasz malarz Orłowski222,

Przerwała Telimena — miał gust soplicowski.

(Trzeba wiedzieć, że to jest Sopliców choroba,

Że im oprócz ojczyzny nic się nie podoba).

Orłowski, który życie strawił w Peterburku,

Sławny malarz (mam jego kilka szkiców w biurku)

Mieszkał tuż przy cesarzu, na dworze, jak w raju:

A nie uwierzy Hrabia, jak tęsknił po kraju!

Lubił ciągle wspominać swej młodości czasy,

Wystawiał wszystko w Polszcze: ziemię, niebo, lasy...»

«I miał rozum! — zawołał Tadeusz z zapałem. —

To państwa niebo włoskie, jak o nim słyszałem,

Błękitne, czyste: wszak to jak zamarzła woda;

Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda?

U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków!

Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!

Bo każda chmura inna: na przykład jesienna

Pełznie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna,

I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi,

Jak rozwite223 warkocze, to są deszczu strugi;

Chmura z gradem, jak balon szybko z wiatrem leci,

Krągła, ciemnobłękitna, w środku żółto świeci,

Szum wielki słychać wkoło; nawet te codzienne,

Patrzcie państwo, te białe chmurki, jak odmienne!

Zrazu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi,

A z tyłu wiatr jak sokół do kupy je pędzi:

Ściskają się, grubieją, rosną — nowe dziwy!

Dostają krzywych karków, rozpuszczają grzywy,

Wysuwają nóg rzędy i po niebios sklepie

Przelatują jak tabun rumaków po stepie:

Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się... nagle

Z ich karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle,

Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie

Cicho, z wolna po niebios błękitnej równinie!»

Hrabia i Telimena poglądali w górę;

Tadeusz jedną ręką pokazał im chmurę,

A drugą ścisnął z lekka rączkę Telimeny.

Kilka już upłynęło minut cichej sceny;

Hrabia rozłożył papier na swym kapeluszu

I wydobył ołówek. Wtem przykry dla uszu

Odezwał się dzwon dworski i zaraz śród lasu

Cichego pełno było krzyku i hałasu.

Hrabia, kiwnąwszy głową, rzekł poważnym tonem:

«Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem!...

Rachunki myśli wielkiej, plany wyobraźni,

Zabawki niewinności, uciechy przyjaźni,

Wylania się serc czułych: gdy spiż z dala ryknie,

Wszystko miesza się, zrywa, mąci się i niknie!»

Tu, obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie,

«Cóż zostaje?» A ona mu rzekła: «Wspomnienie!»

I chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek,

Podała mu urwany kwiatek niezabudek224.

Hrabia go ucałował i na pierś przyszpilał;

Tadeusz z drugiej strony krzak ziela rozchylał,

Widząc, że się ku niemu tym zielem przewija

Coś białego: była to rączka jak lilija;

Pochwycił ją, całował i usty po cichu

Utonął w niej jak pszczoła w liliji kielichu.

Uczuł na ustach zimno; znalazł klucz i biały

Papier w trąbkę zwiniony; był to listek mały.

Porwał, schował w kieszenie; nie wie, co klucz znaczy,

Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy.

Dzwon wciąż dzwonił i echem z głębi cichych lasów

Odezwało się tysiąc krzyków i hałasów.

Odgłos to był szukania i nawoływania,

Hasło zakończonego na dziś grzybobrania;

Odgłos nie smutny wcale ani pogrzebowy,

Jak się Hrabiemu zdało: owszem, obiadowy.

Dzwon ten, w każde południe krzyczący z poddasza,

Gości i czeladź domu na obiad zaprasza:

Tak było w dawnych licznych dworach we zwyczaju

I zostało się w domu Sędziego. Więc z gaju

Wychodziła gromada, niosąca krobeczki225,

Koszyki uwiązane końcami chusteczki,

Pełne grzybów; a panny w jednym ręku niosły,

Jako wachlarz zwiniony, borowik rozrosły,

W drugim związane razem jakby polne kwiatki,

Opieńki i rozlicznej barwy surojadki.

Wojski miał muchomora. Z próżnymi przychodzi

Rękami Telimena; z nią panicze młodzi.

Goście weszli w porządku i stanęli kołem.

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem:

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy,

Idąc kłaniał się starcom, damom i młodzieży;

Obok stał kwestarz; Sędzia tuż przy bernardynie.

Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie;

Podano w kolej wódkę: za czym226 wszyscy siedli,

I chołodziec litewski milczkiem żwawo jedli.

Obiadowano ciszej, niż się zwykle zdarza;

Nikt nie gadał, pomimo wezwań gospodarza.

Strony biorące udział w wielkiej o psów zwadzie,

Myśliły o jutrzejszej walce i zakładzie;

Myśl wielka zwykle usta do milczenia zmusza.

Telimena, mówiąca wciąż do Tadeusza,

Musiała ku Hrabiemu nieraz się odwrócić,

Nawet na Asesora nieraz okiem rzucić:

Tak ptasznik patrzy w sidło, kędy szczygły zwabia,

I razem w pastkę227 wróblą. Tadeusz i Hrabia,

Obadwa228 radzi z siebie, obadwa szczęśliwi,

Obaj pełni nadziei, więc niegadatliwi.

Hrabia na kwiatek dumne opuszczał wejrzenie,

A Tadeusz ukradkiem spozierał w kieszenie,

Czy ów kluczyk nie uciekł? Ręką nawet chwytał

I kręcił kartkę, której dotąd nie przeczytał.

Sędzia Podkomorzemu węgrzyna, szampana

Dolewał, służył pilnie, ściskał za kolana,

Ale do rozmawiania z nim nie miał ochoty

I widać, że czuł jakieś tajemne kłopoty.

Przemijały w milczeniu talerze i dania;

Przerwał nareszcie nudny tok obiadowania

Gość niespodziany, szybko wpadając, gajowy;

Nie zważał nawet, że czas właśnie obiadowy,

Pobiegł do pana; widać z postawy i z miny,

Że ważnej i niezwykłej jest posłem nowiny.

Ku niemu oczy całe zwróciło zebranie.

On, odetchnąwszy nieco, rzekł: «Niedźwiedź, mospanie!»

Resztę wszyscy odgadli: że źwierz z matecznika229

Wyszedł, że w zaniemeńską puszczę się przemyka,

Że go trzeba wnet ścigać, wszyscy wraz uznali,

Choć ani się radzili, ani namyślali;

Spólną myśl widać było z uciętych wyrazów,

Z gestów żywych, z wydanych rozlicznych rozkazów,

Które, wychodząc tłumnie, razem z ust tak wielu,

Dążyły przecież wszystkie do jednego celu.

«Na wieś! — zawołał Sędzia — hej! konno, setnika!

Jutro na brzask obława, lecz na ochotnika;

Kto wystąpi z oszczepem, temu z robocizny

Wytrącić dwa szarwarki230 i pięć dni pańszczyzny».

«W skok — krzyknął Podkomorzy — okulbaczyć231 siwą,

Dobiec w cwał do mojego dworu; wziąć co żywo

Dwie pjawki232, które w całej okolicy słyną,

Pies zowie się Sprawnikiem, a suka Strapczyną233;

Zakneblować im pyski, zawiązać je w miechu,

I przystawić je tutaj konno dla pośpiechu».

«Wańka! — krzyknął na chłopca Asesor po rusku —

Tasak mój sanguszkowski pociągnąć na brusku:

Wiesz, tasak co od księcia miałem w podarunku;

Pas opatrzyć, czy kula jest w każdym ładunku».

«Strzelby — krzyknęli wszyscy — mieć na pogotowiu!»

Asesor wołał ciągle: «Ołowiu, ołowiu!

Formę do kul mam w torbie». — «Do księdza plebana

Dać znać — dodał pan Sędzia — żeby jutro z rana

Mszę miał w kaplicy leśnej: króciuchna oferta234

Za myśliwych, msza zwykła świętego Huberta235».

Po wydanych rozkazach nastało milczenie;

Każdy dumał i rzucał dokoła wejrzenie,

Jak gdyby kogoś szukał; z wolna wszystkich oczy

Sędziwa twarz Wojskiego ciągnie i jednoczy:

Znak to był, że szukają na przyszłą wyprawę

Wodza i że Wojskiemu oddają buławę.

Wojski powstał, zrozumiał towarzyszów wolę,

I uderzywszy ręką poważnie po stole,

Pociągnął złocistego z zanadrza łańcuszka,

Na którym wisiał gruby zegarek jak gruszka:

«Jutro — rzekł — pół do piątej, przy leśnej kaplicy

Stawią się bracia strzelcy, wiara obławnicy».

Rzekł i ruszył od stołu, za nim szedł gajowy;

Oni obmyślić mają i urządzić łowy.

Tak wodze, gdy na jutro bitwę zapowiedzą,

Żołnierze po obozie broń czyszczą i jedzą,

Lub na płaszczach i siodłach śpią próżni kłopotu,

A wodze śród cichego dumają namiotu.

Przerwał się obiad, dzień zszedł na kowaniu236 koni,

Karmieniu psów, zbieraniu i czyszczeniu broni;

U wieczerzy, zaledwo kto przysiadł do stoła;

Nawet strona Kusego z partyją Sokoła,

Przestała dawnym wielkim zatrudniać się sporem:

Pobrawszy się pod ręce, Rejent z Asesorem

Wyszukują ołowiu. Reszta spracowana

Szła spać wcześnie, ażeby przebudzić się z rana.

Księga czwarta237

Dyplomatyka i łowy

Zjawisko w papilotach budzi Tadeusza — Za późne postrzeżenie omyłki — Karczma — Emisariusz — Zręczne użycie tabakiery zwraca dyskusję na właściwą drogę — Matecznik — Niedźwiedź — Niebezpieczeństwo Tadeusza i Hrabiego — Trzy strzały — Spór Sagalasówki z Sanguszkówką rozstrzygniony na stronę jednorurki horeszkowskiej — Bigos — Wojskiego powieść o pojedynku Doweyki z Domeyką przerwana szczuciem kota — Koniec powieści o Doweyce i Domeyce.

Rówienniki litewskich wielkich kniaziów238, drzewa

Białowieży, Świtezi, Ponar, Kuszelewa!

Których cień spadał niegdyś na koronne głowy

Groźnego Witenesa239, wielkiego Mindowy240,

I Giedymina241, kiedy na Ponarskiej Górze,

Przy ognisku myśliwskim, na niedźwiedziej skórze

Leżał, słuchając pieśni mądrego Lizdejki242,

A Wilii243 widokiem i szumem Wilejki

Ukołysany, marzył o wilku żelaznym244,

i zbudzony, za bogów rozkazem wyraźnym

Zbudował miasto Wilno, które w lasach siedzi

Jak wilk pośrodku żubrów, dzików i niedźwiedzi.

Z tego to miasta Wilna, jak z rzymskiej wilczycy,

Wyszedł Kiejstut245 i Olgierd246, i Olgierdowicy,

Równie myśliwi wielcy jak sławni rycerze,

Czyli wroga ścigali, czyli dzikie źwierzę.

Sen myśliwski nam odkrył tajnie przyszłych czasów:

Że Litwie trzeba zawsze żelaza i lasów.

Knieje! do was ostatni przyjeżdżał na łowy

Ostatni król, co nosił kołpak Witoldowy247,

Ostatni z Jagiellonów wojownik szczęśliwy,

I ostatni na Litwie monarcha myśliwy.

Drzewa moje ojczyste! jeśli Niebo zdarzy,

Bym wrócił was oglądać, przyjaciele starzy,

Czyli was znajdę jeszcze? czy dotąd żyjecie?

Wy, koło których niegdyś pełzałem jak dziecię;

Czy żyje wielki Baublis248, w którego ogromie

Wiekami wydrążonym, jakby w dobrym domie,

Dwunastu ludzi mogło wieczerzać za stołem?

Czy kwitnie gaj Mendoga pod farnym kościołem249?

I tam na Ukrainie czy się dotąd wznosi

Przed Hołowińskch domem, nad brzegami Rosi,

Lipa tak rozrośniona, że pod jej cieniami

Sto młodzieńców, sto panien szło w taniec parami?

Pomniki nasze! ileż co rok was pożera

Kupiecka lub rządowa, moskiewska siekiera!

Nie zostawia przytułku ni leśnym śpiewakom,

Ni wieszczom, którym cień wasz tak miły jak ptakom.

Wszak lipa czarnoleska, na głos Jana czuła,

Tyle rymów natchnęła! Wszak ów dąb gaduła

Kozackiemu wieszczowi tyle cudów śpiewa250!

Ja ileż wam winienem, o domowe drzewa!

Błahy strzelec, uchodząc szyderstw towarzyszy

Za chybioną źwierzynę, ileż w waszej ciszy

Upolowałem dumań, gdy w dzikim ostępie,

Zapomniawszy o łowach, usiadłem na kępie,

A koło mnie srebrzył się tu mech siwobrody,

Zlany granatem czarnej, zgniecionej jagody,

A tam się czerwieniły wrzosiste pagórki,

Strojne w brusznice251 jakby w koralów paciórki.

Wokoło była ciemność; gałęzie u góry

Wisiały jak zielone, gęste, niskie chmury;

Wicher kędyś nad sklepem szalał nieruchomym,

Jękiem, szumami, wyciem, łoskotami, gromem:

Dziwny, odurzający hałas! Mnie się zdało,

Że tam nad głową morze wiszące szalało.

Na dole jak ruiny miast: tu wywrót dębu

Wysterka z ziemi na kształt ogromnego zrębu;

Na nim oparte, jak ścian i kolumn obłamy,

Tam gałęziste kłody, tu wpół zgniłe tramy252

Ogrodzone parkanem traw. W środek tarasu

Zajrzeć straszno, tam siedzą gospodarze lasu,

Dziki, niedźwiedzie, wilki; u wrót leżą kości

Na pół zgryzione jakichś nieostrożnych gości.

Czasem wymkną się w górę przez trawy zielenie,

Jakby dwa wodotryski, dwa rogi jelenie,

I mignie między drzewa źwierz żółtawym pasem,

Jak promień, kiedy wpadłszy gaśnie między lasem.

I znowu cichość w dole. Dzięcioł na jedlinie253

Stuka z lekka i dalej odlatuje, ginie,

Schował się, ale dziobem nie przestaje pukać,

Jak dziecko, gdy schowane woła, by go szukać.

Bliżej siedzi wiewiórka, orzech w łapkach trzyma,

Gryzie go; zawiesiła kitkę nad oczyma,

Jak pióro nad szyszakiem u kirasyjera254:

Chociaż tak osłoniona, dokoła spoziera,

Dostrzegłszy gościa, skacze gajów tanecznica

Z drzew na drzewa, miga się jako błyskawica;

Na koniec w niewidzialny otwór pnia przepada,

Jak wracająca w drzewo rodzime dryjada255.

Znowu cicho.

Wtem, gałąź wstrząsła się trącona,

I pomiędzy jarzębin rozsunione grona

Kraśniejsze od jarzębin zajaśniały lica:

To jagód lub orzechów zbieraczka, dziewica.

W krobeczce z prostej kory podaje zebrane

Bruśnice świeże jako jej usta rumiane.

Obok młodzieniec idzie, leszczynę nagina:

Chwyta w lot migające orzechy dziewczyna.

Wtem, usłyszeli odgłos rogów i psów granie:

Zgadują, że się ku nim zbliża polowanie,

I pomiędzy gałęzi gęstwę, pełni trwogi,

Zniknęli nagle z oczu jako leśne bogi.

W Soplicowie ruch wielki. Lecz ni psów hałasy,

Ani rżące rumaki, skrzypiące kolasy256,

Ni odgłos trąb dających hasło polowania

Nie mogły Tadeusza wyciągnąć z posłania;

Ubrany padłszy w łóżko, spał jak bobak257 w norze.

Nikt z młodzieży nie myślał szukać go po dworze;

Każdy sobą zajęty śpieszył, gdzie kazano;

O towarzyszu sennym całkiem zapomniano.

On chrapał. Słońce w otwór, co śród okienicy

Wyrżnięty był w kształt serca, wpadło do ciemnicy

Słupem ognistym, prosto sennemu na czoło.

On jeszcze chciał zadrzemać i kręcił się wkoło,

Chroniąc się blasku. Nagle usłyszał stuknienie,

Przebudził się: wesołe było przebudzenie.

Czuł się rzeźwym jak ptaszek, z lekkością oddychał,

Czuł się szczęśliwym, sam się do siebie uśmiechał:

Myśląc o wszystkim, co mu wczora się zdarzyło,

Rumienił się i wzdychał, i serce mu biło.

Spojrzał w okno, o dziwy! W promieni przezroczu,

W owym sercu, błyszczało dwoje jasnych oczu,

Szeroko otworzonych, jak zwykle wejrzenie,

Kiedy z jasności dziennej przedziera się w cienie.

Ujrzał i małą rączkę, niby wachlarz z boku

Nadstawioną ku słońcu dla ochrony wzroku;

Palce drobne, zwrócone na światło różowe,

Czerwieniły się na wskroś jakby rubinowe.

Usta widział ciekawe, roztulone nieco,

I ząbki, co jak perły śród koralów świecą,

I lica, choć od słońca zasłaniane dłonią

Różową, same całe jak róże się płonią.

Tadeusz spał pod oknem; sam ukryty w cieniu,

Leżąc na wznak, cudnemu dziwił się zjawieniu

I miał je tuż nad sobą, ledwie nie na twarzy:

Nie wiedział, czy to jawa, czyli mu się marzy

Jedna z tych miłych, jasnych twarzyczek dziecinnych,

Które pomnim widziane we śnie lat niewinnych.

Twarzyczka schyliła się — ujrzał, drżąc z bojaźni

I radości, niestety! ujrzał najwyraźniej,

Przypomniał, poznał włos ów krótki, jasnozłoty,

W drobne, jako śnieg białe, zwity papiloty,

Niby srebrzyste strączki, co od słońca blasku

Świeciły jak korona na świętych obrazku.

Zerwał się i widzenie zaraz uleciało

Przestraszone łoskotem; czekał, nie wracało!

Tylko usłyszał znowu trzykrotne stukanie

I słowa: «Niech pan wstaje, czas na polowanie.

Pan zaspał». Skoczył z łóżka i obu rękami

Pchnął okienicę, że aż trzasła zawiasami

I rozwarłszy się w obie uderzyła ściany;

Wyskoczył, patrzył wkoło zdumiony, zmieszany,

Nic nie widział, nie dostrzegł niczyjego śladu.

Niedaleko od okna był parkan od sadu,

Na nim chmielowe liście i kwieciste wieńce

Chwiały się; czy je lekkie potrąciły ręce?

Czy wiatr ruszył? Tadeusz długo patrzył na nie,

Nie śmiał iść w ogród; tylko wsparł się na parkanie,

Oczy podniósł i z palcem do ust przyciśnionym

Kazał sam sobie milczeć, by słowem kwapionem

Nie rozerwał milczenia; potem w czoło stukał,

Niby do wspomnień dawnych uśpionych w nim pukał,

Na koniec, gryząc palce, do krwi się zadrasnął

I na cały głos: «Dobrze, dobrze mi tak!» wrzasnął.

We dworze, gdzie przed chwilą tyle było krzyku,

Teraz pusto i głucho jak na mogilniku:

Wszyscy ruszyli w pole. Tadeusz nadstawił

Uszu i ręce do nich jak trąbki przyprawił;

Słuchał, aż mu wiatr przyniósł, wiejący od puszczy,

Odgłosy trąb i wrzaski polującej tłuszczy.

Koń Tadeusza czekał w stajni osiodłany.

Wziął więc flintę, skoczył nań i jak opętany

Pędził ku karczmom, które stały przy kaplicy,

Kędy mieli się rankiem zebrać obławnicy.

Dwie chyliły się karczmy po dwóch stronach drogi,

Oknami wzajem sobie grożące jak wrogi.

Stara należy z prawa do zamku dziedzica;

Nową, na złość zamkowi, postawił Soplica.

W tamtej, jak w swym dziedzictwie, rej wodził Gerwazy,

W tej najwyższe za stołem brał miejsce Protazy.

Nowa karczma nie była ciekawa z pozoru258.

Stara wedle dawnego zbudowana wzoru,

Który był wymyślony od tyryjskich259 cieśli,

A potem go Żydowie po świecie roznieśli:

Rodzaj architektury obcym budowniczym

Wcale nieznany; my go od Żydów dziedziczym.

Karczma z przodu jak korab260, z tyłu jak świątynia:

Korab, istna Noego czworogranna261 skrzynia,

Znany dziś pod prostackim nazwiskiem stodoły;

Tam różne są zwierzęta, konie, krowy, woły,

Kozy brodate; w górze zaś ptactwa gromady,

I płazów choć po parze, są też i owady.

Część tylna, na kształt dziwnej świątyni stawiona,

Przypomina z pozoru ów gmach Salomona,

Który pierwsi ćwiczeni w budowań rzemieśle

Hiramscy na Syjonie wystawili cieśle.

Żydzi go naśladują dotąd we swych szkołach,

A szkół rysunek widny w karczmach i stodołach.

Dach z dranic i ze słomy, spiczasty, zadarty,

Pogięty jako kołpak żydowski podarty.

Ze szczytu wytryskują krużganku krawędzie,

Oparte na drewnianym licznych kolumn rzędzie.

Kolumny, co jest wielkie architektów dziwo,

Trwałe, chociaż wpół zgniłe i stawione krzywo,

Jako w wieży pizańskiej, nie podług modelów

Greckich, bo są bez podstaw i bez kapitelów.

Nad kolumnami biegą wpółokrągłe łuki,

Także z drzewa, gotyckiej naśladowstwo sztuki.

Z wierzchu ozdoby sztuczne, nie rylcem, nie dłutem,

Ale zręcznie ciesielskim wyrzezane sklutem262,

Krzywe jak szabasowych ramiona świeczników;

Na końcu wiszą gałki, coś na kształt guzików,

Które Żydzi modląc się na łbach zawieszają

I które po swojemu cyces nazywają.

Słowem, z daleka karczma chwiejąca się, krzywa,

Podobna jest do Żyda, gdy się modląc kiwa:

Dach jak czapka, jak broda strzecha roztrzęsiona,

Ściany dymne i brudne jak czarna opona,

A z przodu rzeźba sterczy jak cyces na czole.

W środku karczmy jest podział jak w żydowskiej szkole:

Jedna część, pełna izbic ciasnych i podłużnych,

Służy dla dam wyłącznie i panów podróżnych;

W drugiej ogromna sala: koło każdej ściany

Ciągnie się wielonożny stół wąski, drewniany;

Przy nim stołki, choć niższe, podobne do stoła,

Jako dzieci do ojca.

Na stołkach dokoła

Siedziały chłopy, chłopki tudzież szlachta drobna,

Wszyscy rzędem; ekonom sam siedział z osobna.

Po rannej mszy z kaplicy, że była niedziela,

Zabawić się i wypić przyszli do Jankiela.

Przy każdym już szumiała siwą wódką czarka,

Ponad wszystkimi z butlą biegała szynkarka.

W środku arendarz263 Jankiel, w długim aż do ziemi

Szarafanie264, zapiętym haftkami srebrnemi,

Rękę jedną za czarny pas jedwabny wsadził,

Drugą poważnie sobie siwą brodę gładził;

Rzucając wkoło okiem rozkazy wydawał,

Witał wchodzących gości, przy siedzących stawał

Zagajając rozmowę, kłótliwych zagadzał,

Lecz nie służył nikomu: tylko się przechadzał.

Żyd stary i powszechnie znany z poczciwości,

Od lat wielu dzierżawił karczmę, a nikt z włości,

Nikt ze szlachty nie zaniósł nań skargi do dworu.

O cóż skarżyć? Miał trunki dobre do wyboru,

Rachował się ostrożnie, lecz bez oszukaństwa,

Ochoty nie zabraniał, nie cierpiał pijaństwa,

Zabaw wielki miłośnik: u niego wesele

I chrzciny obchodzono, on w każdą niedzielę

Kazał do siebie ze wsi przychodzić muzyce,

Przy której i basetla była, i kozice.

Muzykę znał, sam słynął muzycznym talentem;

Z cymbałami, narodu swego instrumentem,

Chadzał niegdyś po dworach i graniem zdumiewał,

I pieśniami, bo biegle i uczenie śpiewał.

Chociaż Żyd, dosyć czystą miał polską wymowę,

Szczególniej zaś polubił pieśni narodowe;

Przywoził mnóstwo z każdej za Niemen wyprawy,

Kołomyjek265 z Halicza, mazurów266 z Warszawy;

Wieść, nie wiem czyli pewna, w całej okolicy

Głosiła, że on pierwszy przywiózł z zagranicy

I upowszechnił wówczas, w tamecznym powiecie,

Ową piosenkę, sławną dziś na całym świecie,

A którą po raz pierwszy na ziemi Auzonów267

Wygrały Włochom polskie trąby legijonów268.

Talent śpiewania bardzo na Litwie popłaca,

Jedna miłość u ludzi, wsławia i wzbogaca:

Jankiel zrobił majątek; syt zysków i chwały,

Zawiesił dźwięcznostrunne na ścianie cymbały;

Osiadłszy z dziećmi w karczmie, zatrudniał się szynkiem,

Przy tym w pobliskim mieście był też podrabinkiem,

A zawsze miłym wszędzie gościem i domowym

Doradcą; znał się dobrze na handlu zbożowym,

Na wicinnym269: potrzebna jest znajomość taka

Na wsi. Miał także sławę dobrego Polaka.

On pierwszy zgodził kłótnie, często nawet krwawe,

Między dwiema karczmami: obie wziął w dzierżawę;

Szanowali go równie i starzy stronnicy

Horeszkowscy, i słudzy Sędziego Soplicy.

On sam powagę umiał utrzymać nad groźnym

Klucznikiem horeszkowskim i kłótliwym Woźnym;

Przed Jankielem tłumili dawne swe urazy

Gerwazy, groźny ręką, językiem Protazy.

Gerwazego nie było; ruszył na obławę,

Nie chcąc, aby tak ważną i trudną wyprawę

Odbył sam Hrabia, młody i niedoświadczony;

Poszedł więc z nim dla rady tudzież dla obrony.

Dziś miejsce Gerwazego, najdalsze od progu,

Między dwiema ławami, w samym karczmy rogu,

Zwane pokuciem270, kwestarz ksiądz Robak zajmował.

Jankiel go tam posadził. Widać, że szanował

Wysoko bernardyna: bo skoro dostrzegał

Ubytek w jego szklance, natychmiast podbiegał

I rozkazał dolewać lipcowego miodu.

Słychać, że z bernardynem znali się za młodu,

Kędyś tam w cudzych krajach. Robak często chadzał

Nocą do karczmy, tajnie z Żydem się naradzał

O ważnych rzeczach; słychać było, że towary

Ksiądz przemycał — lecz potwarz ta niegodna wiary.

Robak, wsparty na stole, wpół głośno rozprawiał,

Tłum szlachty go otaczał i uszy nadstawiał,

I nosy ku księdzowskiej chylił tabakierze;

Brano z niej, i kichała szlachta jak moździerze.

«Reverendissime271 — rzekł kichnąwszy Skołuba —

To mi tabaka, co to idzie aż do czuba!

Od czasu jak nos dźwigam (tu głasnął nos długi)

Takiej nie zażywałem (tu kichnął raz drugi);

Prawdziwa bernardynka, pewnie z Kowna rodem,

Miasta sławnego w świecie tabaką i miodem.

Byłem tam lat już...» — Robak przerwał mu: «Na zdrowie

Wszystkim waszmościom, moi mościwi panowie!

Co się tabaki tyczy, hem, ona pochodzi

Z dalszej strony, niż myśli Skołuba dobrodziéj:

Pochodzi z Jasnej Góry. Księża paulinowie

Tabakę taką robią w mieście Częstochowie,

Kędy jest obraz tylu cudami wsławiony,

Bogarodzicy Panny, Królowej Korony

Polskiej... zowią ją dotąd i Księżną Litewską —

Koronęć jeszcze dotąd piastuje królewską...

Lecz na Litewskim Księstwie teraz syzma272 siedzi!»

«Z Częstochowy? — rzekł Wilbik. — Byłem tam w spowiedzi,

Kiedym na odpust chodził lat temu trzydzieście.

Czy to prawda, że Francuz gości teraz w mieście,

Że chce kościół rozwalać i skarbiec zabierze:

Bo to wszystko w Litewskim stoi Kuryjerze?»

«Nieprawda — rzekł bernardyn — nie! Pan Najjaśniejszy,

Napoleon, katolik jest najprzykładniejszy:

Wszak go papież namaścił, żyją z sobą w zgodzie

I nawracają ludzi w francuskim narodzie,

Który się trochę popsuł. Prawda, z Częstochowy

Oddano wiele srebra na skarb narodowy

Dla ojczyzny, dla Polski; sam Pan Bóg tak każe:

Skarbcem ojczyzny zawsze są Jego ołtarze.

Wszakże w Warszawskim Księstwie mamy sto tysięcy

Wojska polskiego, może wkrótce będzie więcéj:

A któż wojsko opłaci? czy nie wy, Litwini?

Wy tylko grosz dajecie do moskiewskiej skrzyni».

«Kat by dał — krzyknął Wilbik — gwałtem od nas biorą».

«Oj, dobrodzieju — chłopek ozwał się z pokorą,

Pokłoniwszy się księdzu i skrobiąc się w głowę —

Już to szlachcie, to jeszcze bieda przez połowę;

Lecz nas drą jak na łyka...» «Cham! — Skołuba krzyknął —

Głupi, tobieć to lepiej, tyś chłopie przywyknął,

Jak węgorz do odarcia: lecz nam urodzonym,

Nam wielmożnym, do złotych swobód wzwyczajonym!

Ach, bracia! wszak to dawniej szlachcic na zagrodzie...

(«Tak, tak — krzyknęli wszyscy — równy wojewodzie!»)

Dziś nam szlachectwa przeczą, każą nam drabować273

Papiery, i szlachectwa papierem próbować».

«Jeszcze Waszeci mniejsza — zawołał Juraha —

Waszeć z pradziadów chłopów uszlachcony szlacha;

Ale ja, z kniaziów! Pytać u mnie o patenta,

Kiedym został szlachcicem? Sam Bóg to pamięta!

Niechaj Moskal w las idzie pytać się dębiny,

Kto jej dał patent rosnąć nad wszystkie krzewiny».

«Kniaziu — rzekł Żagiel — świeć waść baki lada komu,

Tu znajdziesz pono mitry i w niejednym domu».

«Waść ma krzyż w herbie — wołał Podhajski — to skryta

Aluzyja, że w rodzie bywał neofita».

«Fałsz — przerwał Birbasz — Przecież ja z tatarskich hrabiów

Pochodzę, a mam krzyże nad herbem Korabiów».

«Poraj — krzyknął Mickiewicz — z mitrą w polu złotym,

Herb książęcy, Stryjkowski gęsto pisze o tym».

Za czym wielkie powstały w całej karczmie szmery.

Ksiądz bernardyn uciekł się do swej tabakiery;

W kolej częstował mówców. Gwar zaraz ucichnął;

Każdy zażył przez grzeczność i kilkakroć kichnął.

Bernardyn, korzystając z przerwy, mówił daléj:

«Oj, wielcy ludzie od tej tabaki kichali!

Czy uwierzycie państwo, że z tej tabakiery,

Pan jenerał Dąbrowski zażył razy cztery?»

«Dąbrowski?» — zawołali. «Tak, tak, on, jenerał.

Byłem w obozie, gdy on Gdańsk Niemcom odbierał;

Miał coś pisać; bojąc się, ażeby nie zasnął,

Zażył, kichnął, dwakroć mię po ramieniu klasnął:

»Księże Robaku — mówił — księże bernardynie,

Obaczymy się w Litwie może nim rok minie;

Powiedz Litwinom, niech mnie czekają z tabaką

Częstochowską, nie biorę innej tylko taką».

Mowa księdza wzbudziła takie zadziwienie,

Taką radość, że całe huczne zgromadzenie

Milczało chwilę; potem na pół ciche słowa

Powtarzano: «Tabaka z Polski? Częstochowa?

Dąbrowski? Z ziemi włoskiej?...» Aż na koniec razem,

Jakby myśl z myślą, wyraz sam zbiegł się z wyrazem,

Wszyscy jednogłośnie, jak na dane hasło,

Krzyknęli: «Dąbrowskiego!» Wszystko razem wrzasło,

Wszystko się uścisnęło: chłop z tatarskim hrabią,

Mitra z Krzyżem, Poraje z Gryfem i z Korabią;

Zapomnieli wszystkiego, nawet bernardyna,

Tylko śpiewali krzycząc: «Wódki, miodu, wina!»

Długo się przysłuchiwał ksiądz Robak piosence,

Na koniec chciał ją przerwać; wziął w obydwie ręce

Tabakierkę, kichaniem melodyję zmieszał,

I nim się nastroili, tak mówić pośpieszał:

«Chwalicie mą tabakę, mości dobrodzieje;

Obaczcież, co się wewnątrz tabakierki dzieje».

Tu, wycierając chustką zabrudzone denko,

Pokazał malowaną armiję maleńką

Jak rój much; w środku jeden człowiek na rumaku,

Wielki jako chrząszcz, siedział, pewnie wódz orszaku;

Spinał konia, jak gdyby chciał skakać w niebiosa,

Jedną rękę na cuglach, drugą miał u nosa:

«Przypatrzcie się — rzekł Robak — tej groźnej postawie:

Zgadnijcie czyja? — Wszyscy patrzyli ciekawie.—

Wielki to człowiek, cesarz, ale nie Moskali,

Ich carowie tabaki nigdy nie bierali...»

«Wielki człowiek — zawołał Cydzik — a w kapocie?

Ja myśliłem, że wielcy ludzie chodzą w złocie:

Bo u Moskalów lada jenerał, mospanie,

To tak świeci się w złocie jak szczupak w szafranie».

«Ba — przerwał Rymsza — przecież widziałem za młodu

Kościuszkę, naczelnika naszego narodu:

Wielki człowiek! A chodził w krakowskiej sukmanie,

To jest czamarce». «W jakiej czamarce, mospanie? —

Odparł Wilbik. — To przecież zwano taratatką».

«Ale tamta z frędzlami, ta jest całkiem gładką» —

Krzyknął Mickiewicz. Zatem wszczynały się swary

O różnych taratatki kształtach i czamary.

Przemyślny Robak, widząc, że się tak rozpryska

Rozmowa, jął ją znowu zbierać do ogniska,

Do swojej tabakiery; częstował, kichali,

Życzyli sobie zdrowia, on rzecz ciągnął daléj:

«Gdy cesarz Napoleon w potyczce zażywa

Raz po raz, to znak pewny, że bitwę wygrywa.

Na przykład pod Austerlitz: Francuzi tak stali

Z armatami, a na nich biegła ćma Moskali.

Cesarz patrzył i milczał. Co Francuzi strzelą,

To Moskale pułkami jak trawa się ścielą:

Pułk za pułkiem cwałował i spadał z kulbaki;

Co pułk spadnie, to cesarz zażyje tabaki.

Aż w końcu, Aleksander ze swoim braciszkiem

Konstantym i z niemieckim cesarzem Franciszkiem,

W nogi z pola; więc cesarz, widząc, że po walce,

Spojrzał na nich, zaśmiał się i otrząsnął palce.

Otóż, jeśli kto z panów, coście tu przytomni,

Będzie w wojsku cesarza, niech to sobie wspomni».

«Ach — zawołał Skołuba — mój księże kwestarzu!

Kiedyż to będzie! Wszak to ile w kalendarzu

Jest świąt, na każde święto Francuzów nam wróżą:

Wygląda człek, wygląda, aż się oczy mrużą;

A Moskal jak nas trzymał, tak trzyma za szyję.

Pono nim słońce wnidzie, rosa oczy wyje».

«Mospanie — rzekł bernardyn — babska rzecz narzekać,

A żydowska rzecz ręce założywszy czekać,

Nim kto w karczmę zajedzie i do drzwi zapuka.

Z Napoleonem pobić Moskalów nie sztuka.

Jużci on Szwabom skórę trzy razy wymłócił,

Brzydkie Prusactwo zdeptał, Anglików wyrzucił

Het za morze, Moskalom zapewne wygodzi;

Ale co stąd wyniknie, wie asan dobrodziéj?

Oto, szlachta litewska wtenczas na koń wsiędzie274

I szable weźmie, kiedy bić się z kim nie będzie;

Napoleon sam wszystkich pobiwszy, nareszcie

Powie: »Obejdę się ja bez was, kto jesteście?«

Więc nie dość gościa czekać, nie dość i zaprosić,

Trzeba czeladkę zebrać i stoły pownosić,

A przed ucztą potrzeba dom oczyścić z śmieci,

Oczyścić dom, powtarzam, oczyścić dom, dzieci!»

Nastąpiło milczenie, potem głosy w tłumie:

«Jakże to dom oczyścić, jak to ksiądz rozumie?

Jużci my wszystko zrobim, na wszystko gotowi;

Tylko niech ksiądz dobrodziej jaśniej się wysłowi».

Ksiądz poglądał za okno, przerwawszy rozmowę;

Ujrzał coś ciekawego, z okna wytknął głowę,

Po chwili rzekł powstając: «Dziś czasu nie mamy;

Potem o tym obszerniej z sobą pogadamy.

Jutro będę dla sprawy w powiatowym mieście;

I do waszmościów z drogi zajadę po kweście».

«Niech też do Niehrymowa ksiądz na nocleg zdąży —

Rzekł ekonom — rad będzie księdzu pan chorąży;

Wszakże na Litwie stare powiada przysłowie:

Szczęśliwy człowiek, jako kwestarz w Niehrymowie!»

«I do nas — rzekł Zubkowski — wstąp jeżeli łaska;

Znajdzie się tam półsztuczek płótna, masła faska,

Baran lub krówka; wspomnij księże na te słowa:

Szczęśliwy człowiek, trafił jak ksiądz do Zubkowa».

«I do nas» — rzekł Skołuba. «Do nas — Terajewicz —

Żaden bernardyn głodny nie wyszedł z Pucewicz».

Tak cała szlachta prośbą i obietnicami

Przeprowadzała księdza; on już był za drzwiami.

On już pierwej przez okno ujrzał Tadeusza,

Który leciał gościńcem, w cwał, bez kapelusza,

Z głową schyloną, bladym, posępnym obliczem,

A konia ustawicznie bódł i kropił biczem.

Ten widok bardzo księdza bernardyna zmieszał,

Więc za młodzieńcem kroki szybkimi pośpieszał

Do wielkiej puszczy, która, jako oko sięga,

Czerniła się na całym brzegu widnokręga275.

Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy,

Aż do samego środka, do jądra gęstwiny?

Rybak ledwie u brzegów nawiedza dno morza;

Myśliwiec krąży koło puszcz litewskich łoża,

Zna je ledwie po wierzchu, ich postać, ich lice:

Lecz obce mu ich wnętrzne serca tajemnice;

Wieść tylko albo bajka wie, co się w nich dzieje.

Bo gdybyś przeszedł bory i podszyte knieje,

Trafisz w głębi na wielki wał pniów, kłód, korzeni,

Obronny trzęsawicą276, tysiącem strumieni

I siecią zielsk zarosłych, i kopcami mrowisk,

Gniazdami os, szerszeniów, kłębami wężowisk.

Gdybyś i te zapory zmógł nadludzkim męstwem,

Dalej spotkać się z większym masz niebezpieczeństwem:

Dalej co krok czyhają, niby wilcze doły,

Małe jeziorka, trawą zarosłe na poły,

Tak głębokie, że ludzie dna ich nie dośledzą

(Wielkie jest podobieństwo, że diabły tam siedzą).

Woda tych studni sklni się277, plamista rdzą krwawą,

A z wnętrza ciągle dymi, zionąc woń plugawą,

Od której drzewa wkoło tracą liść i korę;

Łyse, skarłowaciałe, robaczliwe278, chore,

Pochyliwszy konary mchem kołtunowate

I pnie garbiąc, brzydkimi grzybami brodate,

Siedzą wokoło wody jak czarownic kupa

Grzejąca się nad kotłem, w którym warzą trupa.

Za tymi jeziorkami już nie tylko krokiem,

Ale daremnie nawet zapuszczać się okiem,

Bo tam już wszystko mglistym zakryte obłokiem,

Co się wiecznie ze trzęskich279 oparzelisk wznosi.

A za tą mgłą na koniec (jak wieść gminna głosi)

Ciągnie się bardzo piękna, żyzna okolica,

Główna królestwa zwierząt i roślin stolica.

W niej są złożone wszystkich drzew i ziół nasiona,

Z których się rozrastają na świat ich plemiona;

W niej, jak w arce Noego, z wszelkich zwierząt rodu

Jedna przynajmniej para chowa się dla płodu.

W samym środku (jak słychać) mają swoje dwory

Dawny Tur, Żubr i Niedźwiedź, puszcz imperatory;

Około nich na drzewach gnieździ się Ryś bystry

I żarłoczny Rosomak jak czujne ministry;

Dalej zaś, jak podwładni szlachetni wasale,

Mieszkają Dziki, Wilki i Łosie rogale.

Nad głowami Sokoły i Orłowie280 dzicy,

Żyjący z pańskich stołów dworscy zausznicy.

Te pary zwierząt główne i patryjarchalne,

Ukryte w jądrze puszczy, światu niewidzialne,

Dzieci swe ślą dla osad za granicę lasu,

A sami we stolicy używają wczasu281;

Nie giną nigdy bronią sieczną ani palną,

Lecz starzy umierają śmiercią naturalną.

Mają też i swój cmentarz282, kędy bliscy śmierci,

Ptaki składają pióra, czworonogi sierci:

Niedźwiedź, gdy zjadłszy zęby, strawy nie przeżuwa,

Jeleń zgrzybiały, gdy już ledwie nogi suwa,

Zając sędziwy, gdy mu już krew w żyłach krzepnie,

Kruk, gdy już posiwieje, sokół, gdy oślepnie,

Orzeł, gdy mu dziób stary tak się w kabłąk skrzywi,

Że zamknięty na wieki już gardła nie żywi283,

Idą na cmentarz. Nawet mniejszy zwierz, raniony

Lub chory, bieży umrzeć w swe ojczyste strony.

Stąd to w miejscach dostępnych, kędy człowiek gości,

Nie znajdują się nigdy martwych zwierząt kości284.

Słychać, że tam w stolicy między zwierzętami

Dobre są obyczaje, bo rządzą się sami;

Jeszcze cywilizacją ludzką nie popsuci,

Nie znają praw własności, która świat nasz kłóci,

Nie znają pojedynków ni wojennej sztuki.

Jak ojce żyły w raju, tak dziś żyją wnuki,

Dzikie i swojskie razem, w miłości i zgodzie,

Nigdy jeden drugiego nie kąsa ni bodzie.

Nawet gdyby tam człowiek wpadł, chociaż niezbrojny,

Toby środkiem bestyi przechodził spokojny;

One by nań patrzyły tym wzrokiem zdziwienia,

Jakim w owym ostatnim szóstym dniu stworzenia

Ojce ich pierwsze, co się w ogrójcu gnieździły,

Patrzyły na Adama, nim się z nim skłóciły.

Szczęściem, człowiek nie zbłądzi do tego ostępu,

Bo Trud, i Trwoga, i Śmierć bronią mu przystępu.

Czasem tylko w pogoni zaciekłe ogary,

Wpadłszy niebacznie między bagna, mchy i jary,

Wnętrznej ich okropności rażone widokiem,

Uciekają skowycząc z obłąkanym wzrokiem;

I długo potem ręką pana już głaskane,

Drżą jeszcze u nóg jego strachem opętane.

Te puszcz stołeczne, ludziom nieznane tajniki,

W języku swoim strzelcy zowią: mateczniki.

Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział,

Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział;

Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność,

Czy uczułeś do owsa dojrzałego skłonność,

Wyszedłeś na brzeg puszczy, gdzie się las przerzedził,

I tam zaraz leśniczy bytność twą wyśledził,

I zaraz obsaczniki, chytre nasłał szpiegi,

By poznać, gdzie popasasz i gdzie masz noclegi.

Teraz Wojski z obławą, już od matecznika

Postawiwszy szeregi, odwrót ci zamyka.

Tadeusz się dowiedział, że niemało czasu

Już przeszło, jak ogary wpadły w otchłań lasu.

Cicho. Próżno myśliwi natężają ucha;

Próżno jak najciekawszej mowy każdy słucha

Milczenia, długo w miejscu nieruchomy czeka:

Tylko muzyka puszczy gra do nich z daleka.

Psy nurtują po puszczy, jak pod morzem nurki,

A strzelcy, obróciwszy do lasu dwururki,

Patrzą Wojskiego. Ukląkł, ziemię uchem pyta;

Jako w twarzy lekarza wzrok przyjaciół czyta

Wyrok życia lub zgonu miłej im osoby,

Tak strzelcy, ufni w sztuki Wojskiego sposoby,

Topili w nim spojrzenia nadziei i trwogi.

«Jest! jest!» — wyrzekł półgłosem, zerwał się na nogi.

On słyszał! Oni jeszcze słuchali; nareszcie

Słyszą: jeden pies wrzasnął, potem dwa, dwadzieście,

Wszystkie razem ogary rozpierzchnioną zgrają

Doławiają się, wrzeszczą, wpadły na trop, grają,

Ujadają. Już nie jest to powolne granie

Psów goniących zająca, lisa albo łanie;

Lecz wciąż wrzask krótki, częsty, ucinany, zjadły;

To nie na ślad daleki ogary napadły:

Na oko gonią. Nagle ustał krzyk pogoni,

Doszli zwierza. Wrzask znowu, skowyt: zwierz się broni

I zapewne kaleczy; śród ogarów grania285

Słychać coraz to częściej jęk psiego konania.

Strzelcy stali i każdy ze strzelbą gotową

Wygiął się jak łuk naprzód z wciśnioną286 w las głową.

Nie mogą dłużej czekać! Już ze stanowiska

Jeden za drugim zmyka i w puszczę się wciska,

Chcą pierwsi spotkać źwierza: choć Wojski ostrzegał,

Choć Wojski stanowiska na koniu obiegał,

Krzycząc, że czy kto prostym chłopem, czy paniczem,

Jeżeli z miejsca zejdzie, dostanie w grzbiet smyczem287!

Nie było rady! Wszyscy pomimo zakazu

W las pobiegli. Trzy strzelby huknęły od razu;

Potem wciąż kanonada, aż głośniej nad strzały

Ryknął niedźwiedź i echem napełnił las cały.

Ryk okropny, boleści, wściekłości, rozpaczy;

Za nim wrzask psów, krzyk strzelców, trąby dojeżdżaczy

Grzmiały ze środka puszczy. Strzelcy — ci w las śpieszą,

Tamci kurki odwodzą, a wszyscy się cieszą;

Jeden Wojski w żałości, krzyczy, że chybiono.

Strzelcy i obławnicy poszli jedną stroną

Na przełaj źwierza, między ostępem i puszczą,

A niedźwiedź, odstraszony psów i ludzi tłuszczą288,

Zwrócił się nazad w miejsca mniej pilnie strzeżone

Ku polom, skąd już zeszły strzelcy rozstawione,

Gdzie tylko pozostali z mnogich łowczych szyków

Wojski, Tadeusz, Hrabia, z kilką289 obławników.

Tu las był rzadszy. Słychać z głębi ryk, trzask łomu;

Aż z gęstwy, jak z chmur, wypadł niedźwiedź na kształt gromu;

Wkoło psy gonią, straszą, rwą; on wstał na nogi

Tylne i spojrzał wkoło, rykiem strasząc wrogi,

I przednimi łapami to drzewa korzenie,

To pniaki osmalone, to wrosłe kamienie

Rwał, waląc w psów290 i w ludzi, aż wyłamał drzewo.

Kręcąc nim jak maczugą na prawo, na lewo,

Runął wprost na ostatnich strażników obławy:

Hrabię i Tadeusza. Oni bez obawy

Stoją w kroku, na źwierza wytknęli flint rury,

Jako dwa konduktory291 w łono ciemnej chmury;

Aż oba jednym razem pociągnęli kurki

(Niedoświadczeni!), razem zagrzmiały dwururki:

Chybili. Niedźwiedź skoczył; oni tuż utkwiony

Oszczep jeden chwycili czterema ramiony,

Wydzierali go sobie. Spojrzą, aż tu z pyska

Wielkiego, czerwonego dwa rzędy kłów błyska,

I łapa z pazurami już się na łby spuszcza;

Pobledli, w tył skoczyli i, gdzie rzednie puszcza,

Zmykali. Zwierz za nimi wspiął się, już pazury

Zahaczał, chybił, podbiegł, wspiął się znów do góry

I czarną łapą sięgał Hrabiego włos płowy.

Zdarłby mu czaszkę z mozgów jak kapelusz z głowy,

Gdy Asesor z Rejentem wyskoczyli z boków,

A Gerwazy biegł z przodu o jakie sto kroków,

Z nim Robak, choć bez strzelby — i trzej w jednej chwili

Jak gdyby na komendę razem wystrzelili.

Niedźwiedź wyskoczył w górę jak kot przed chartami

I głową na dół runął, i czterma łapami

Przewróciwszy się młyńcem, cielska krwawe brzemię

Waląc tuż pod Hrabiego, zbił go z nóg na ziemię.

Jeszcze ryczał, chciał jeszcze powstać, gdy nań wsiadły

Rozjuszona Strapczyna i Sprawnik zajadły.

Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty

Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty

Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął,

Wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął,

Zasunął wpół powieki, wciągnął w głąb pół brzucha

I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha,

I zagrał: róg jak wicher wirowatym dechem,

Niesie w puszczę muzykę i podwaja echem.

Umilkli strzelcy, stali szczwacze zadziwieni

Mocą, czystością, dziwną harmoniją pieni.

Starzec cały kunszt, którym niegdyś w lasach słynął,

Jeszcze raz przed uszami myśliwców rozwinął;

Napełnił wnet, ożywił knieje i dąbrowy,

Jakby psiarnię w nie wpuścił i rozpoczął łowy.

Bo w graniu była łowów historyja krótka:

Zrazu odzew dźwięczący, rześki — to pobudka;

Potem jęki po jękach skomlą — to psów granie;

A gdzieniegdzie ton twardszy jak grzmot — to strzelanie.

Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,

Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.

Zadął znowu. Myśliłbyś292, że róg kształty zmieniał

I że w ustach Wojskiego to grubiał, to cieniał,

Udając głosy zwierząt: to raz w wilczą szyję

Przeciągając się, długo, przeraźliwie wyje;

Znowu jakby w niedźwiedzie rozwarłszy się gardło,

Ryknął; potem beczenie żubra wiatr rozdarło.

Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,

Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.

Wysłuchawszy rogowej arcydzieło sztuki,

Powtarzały je dęby dębom, bukom buki.

Dmie znowu. Jakby w rogu były setne rogi,

Słychać zmieszane wrzaski szczwania293, gniewu, trwogi,

Strzelców, psiarni i zwierząt; aż Wojski do góry

Podniósł róg i tryumfu hymn uderzył w chmury.

Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,

Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.

Ile drzew, tyle rogów znalazło się w boru,

Jedne drugim pieśń niosą jak z choru do choru.

I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza,

Coraz cichsza i coraz czystsza, doskonalsza,

Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu!

Wojski obiedwie ręce odjąwszy od rogu

Rozkrzyżował; róg opadł, na pasie rzemiennym

Chwiał się. Wojski z obliczem nabrzmiałym, promiennym,

Z oczyma wzniesionymi, stał jakby natchniony,

Łowiąc uchem ostatnie znikające tony.

A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków,

Tysiące powińszowań i wiwatnych wrzasków.

Uciszono się z wolna i oczy gawiedzi

Zwróciły się na wielki, świeży trup niedźwiedzi.

Leżał krwią opryskany, kulami przeszyty,

Piersiami w gęszczę trawy wplątany i wbity;

Rozprzestrzenił szeroko przednie krzyżem łapy,

Dyszał jeszcze, wylewał strumień krwi przez chrapy,

Otwierał jeszcze oczy, lecz głowy nie ruszy;

Pijawki294 Podkomorzego dzierżą go pod uszy,

Z lewej strony Strapczyna, a z prawej zawisał

Sprawnik i dusząc gardziel krew czarną wysysał.

Za czym Wojski rozkazał kij żelazny włożyć

Psom między zęby i tak paszczęki roztworzyć.

Kolbami przewrócono na wznak zwierza zwłoki

I znów trzykrotny wiwat uderzył w obłoki.

«A co? — krzyknął Asesor, kręcąc strzelby rurą —

A co? fuzyjka moja? górą nasi, górą!

A co? fuzyjka moja? niewielka ptaszyna295,

A jak się popisała? To jej nie nowina:

Nie puści ona na wiatr żadnego ładunku.

Od książęcia Sanguszki mam ją w podarunku».

Tu pokazywał strzelbę przedziwnej roboty,

Choć maleńką, i zaczął wyliczać jej cnoty.

«Ja biegłem — przerwał Rejent, otarłszy pot z czoła —

Biegłem tuż za niedźwiedziem; a pan Wojski woła:

»Stój na miejscu!« Jak tam stać? Niedźwiedź w pole wali,

Rwąc z kopyta jak zając coraz daléj, daléj;

Aż mi ducha nie stało, dobiec ni nadziei,

Aż spojrzę w prawo: sadzi, a tu rzadko w kniei,

Jak też wziąłem na oko: postójże, marucha,

Pomyśliłem, i basta: ot, leży bez ducha!

Tęga strzelba, prawdziwa to Sagalasówka,

Napis: Sagalas London à Bałabanówka...

(Sławny tam mieszka ślusarz Polak, który robił

Polskie strzelby, ale je po angielsku zdobił)».

«Jak to — parsknął Asesor — do kroćset niedźwiedzi!

To to niby pan zabił? Co też to Pan bredzi?»

«Słuchaj no — odparł Rejent — tu, panie, nie śledztwo,

Tu obława, tu wszystkich weźmiem na świadectwo...»

Więc kłótnia między zgrają wszczęła się zawzięta:

Ci stronę Asesora, ci brali Rejenta.

O Gerwazym nie wspomniał nikt, bo wszyscy biegli

Z boków i, co się z przodu działo, nie postrzegli.

Wojski głos zabrał: «Teraz jest przynajmniej za co;

Bo to, panowie, nie jest ów szarak ladaco,

To niedźwiedź; tu już nie żal poszukać odwetu,

Czy szerpentyną296, czyli nawet z pistoletu.

Spór wasz trudno pogodzić, więc dawnym zwyczajem,

Na pojedynek nasze pozwolenie dajem.

Pamiętam, za mych czasów żyło dwóch sąsiadów,

Oba ludzie uczciwi, szlachta z prapradziadów,

Mieszkali po dwóch stronach nad rzeką Wilejką,

Jeden zwał się Domejko, a drugi Dowejko.

Do niedźwiedzicy oba razem wystrzelili:

Kto zabił, trudno dociec; strasznie się kłócili

I przysięgli strzelać się przez niedźwiedzią skórę:

To mi to po szlachecku, prawie rura w rurę.

Pojedynek ten wiele narobił hałasu;

Pieśni o nim śpiewano za owego czasu.

Ja byłem sekundantem; jak się wszystko działo,

Opowiem od początku historyję całą...»

Nim Wojski zaczął mówić, Gerwazy spór zgodził.

On niedźwiedzia z uwagą dokoła obchodził,

Nareszcie dobył tasak, rozciął pysk na dwoje

I w tylcu głowy, mózgu rozkroiwszy słoje,

Znalazł kulę, wydobył, suknią ochędożył297,

Przymierzył do ładunku, do flinty przyłożył,

A potem dłoń podnosząc i kulę na dłoni:

«Panowie — rzekł — ta kula nie jest z waszej broni,

Ona z tej Horeszkowskiej wyszła jednorurki

(Tu podniósł flintę starą, obwiązaną w sznurki),

Lecz nie ja wystrzeliłem. O, trzeba tam było

Odwagi; straszno wspomnieć, w oczach mi się ćmiło!

Bo prosto biegli ku mnie oba paniczowie,

A niedźwiedź z tyłu już, już na Hrabiego głowie,

Ostatniego z Horeszków!... chociaż po kądzieli.

»Jezus Maria!« krzyknąłem i Pańscy anieli

Zesłali mi na pomoc księdza bernardyna.

On nas wszystkich zawstydził; oj, dzielny księżyna!

Gdym drżał, gdym się do cyngla dotknąć nie ośmielił,

On mi z rąk flintę wyrwał, wycelił298, wystrzelił:

Między dwie głowy strzelić! sto kroków! nie chybić!

I w sam środek paszczęki! tak mu zęby wybić!

Panowie! długo żyję: jednego widziałem

Człowieka, co mógł takim popisać się strzałem.

Ów głośny niegdyś u nas z tylu pojedynków,

Ów, co korki kobietom wystrzelał z patynków299,

Ów łotr nad łotry, sławny w czasy wiekopomne,

Ów Jacek, vulgo300 Wąsal — nazwiska nie wspomnę...

Ale mu nie czas teraz dojeżdżać niedźwiedzi;

Pewnie po same wąsy hultaj w piekle siedzi.

Chwała księdzu! dwom ludziom on życie ocalił —

Może i trzem: Gerwazy nie będzie się chwalił,

Ale gdyby ostatnie z krwi Horeszków dziecię

Wpadło w bestyi paszczę, nie byłbym na świecie,

I moje by tam stare pogryzł niedźwiedź kości;

Pójdź, księże, wypijemy zdrowie jegomości».

Próżno szukano księdza; wiedzą tylko tyle,

Że po zabiciu źwierza zjawił się na chwilę,

Podskoczył ku Hrabiemu i Tadeuszowi,

A widząc, że obadwa301 cali są i zdrowi,

Podniósł ku niebu oczy, cicho pacierz zmówił

I pobiegł w pole szybko, jakby go kto łowił.

Tymczasem na Wojskiego rozkaz pęki wrzosu,

Suche chrusty i pniaki rzucono do stosu.

Bucha ogień, wyrasta szara sosna dymu,

I rozszerza się w górze na kształt baldakimu.

Nad płomieniem oszczepy złożono w koziołki,

Na grotach zawieszono brzuchate kociołki;

Z wozów niosą jarzyny, mąki i pieczyste,

I chleb.

Sędzia otworzył puzderko zamczyste,

W którym rzędami flaszek białe sterczą głowy;

Wybiera z nich największy kufel kryształowy

(Dostał go Sędzia w darze od księdza Robaka):

Wódka to gdańska, napój miły dla Polaka.

«Niech żyje — krzyknął Sędzia w górę wznosząc flaszę —

Miasto Gdańsk, niegdyś nasze, będzie znowu nasze!»

I lał srebrzysty likwor w kolej, aż na końcu

Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu302.

W kociołkach bigos grzano. W słowach wydać trudno

Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;

Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,

Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.

Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,

Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.

Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada

Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.

Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,

Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;

Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa

Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;

I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie

Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie

I powietrze dokoła zionie aromatem.

Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem,

Zbrojni łyżkami, biegą i bodą naczynie;

Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie;

Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów

Wre para jak w kraterze zagasłych wulkanów.

Kiedy się już do woli napili, najedli,

Źwierza na wóz złożyli, sami na koń siedli,

Radzi wszyscy, rozmowni, oprócz Asesora

I Rejenta; ci byli gniewliwsi niż wczora,

Kłócąc się o zalety, ten swej Sanguszkówki,

A ten bałabanowskiej swej Sagalasówki.

Hrabia też i Tadeusz jadą nieweseli,

Wstydząc się, że chybili i że się cofnęli:

Bo na Litwie, kto źwierza wypuści z obławy,

Długo musi pracować, nim poprawi sławy.

Hrabia mówił, że pierwszy do oszczepu godził,

I że spotkaniu z źwierzem Tadeusz przeszkodził;

Tadeusz utrzymywał, że będąc silniejszy

I do robienia ciężkim oszczepem zręczniejszy,

Chciał wyręczyć Hrabiego: tak sobie niekiedy

Przemawiali śród gwaru i wrzasku czeredy.

Wojski jechał pośrodku; staruszek szanowny,

Wesoły był nadzwyczaj i bardzo rozmowny.

Chcąc kłótników zabawić i do zgody dowieść,

Kończył im o Doweyce i Domeyce powieść:

«Asesorze, jeżeli chciałem, byś z Rejentem

Pojedynkował, nie myśl, że jestem zawziętym

Na krew ludzką; broń Boże! Chciałem was zabawić,

Chciałem wam komedyję niby to wyprawić,

Wznowić koncept, który ja lat temu czterdzieście

Wymyśliłem — przedziwny! Wy młodzi jesteście,

Nie pamiętacie o nim; lecz za moich czasów,

Głośny był od tej puszczy do poleskich lasów.

Domeyki i Doweyki wszystkie sprzeciwieństwa

Pochodziły, rzecz dziwna, z nazwisk podobieństwa

Bardzo niewygodnego. Bo gdy w czas sejmików,

Przyjaciele Doweyki skarbili stronników,

Szepnął ktoś do szlachcica: »Daj kreskę Doweyce«.

A ten, nie dosłyszawszy, dał kreskę Domeyce.

Gdy na uczcie wniósł zdrowie marszałek Rupejko:

»Wiwat Doweyko!« — drudzy krzyknęli: »Domeyko!«

A kto siedział pośrodku, nie trafił do ładu,

Zwłaszcza przy niewyraźnej mowie w czas obiadu.

Gorzej było. Raz w Wilnie jakiś szlachcic pjany

Bił się w szable z Domeyką i dostał dwie rany;

Potem ów szlachcic, z Wilna wracając do domu,

Dziwnym trafem z Doweyką zjechał się u promu.

Gdy więc na jednym promie płynęli Wilejką,

Pyta sąsiada, kto on? odpowie: Doweyko —

Nie czekając, dobywa rapier spod kirejki303:

Czach, czach! i za Domeykę podciął wąs Doweyki.

Wreszcie, jak na dobitkę, trzeba jeszcze było,

Żeby na polowaniu tak się wydarzyło,

Że stali blisko siebie oba imiennicy,

I do jednej strzelili razem niedźwiedzicy.

Prawda, że po ich strzale upadła bez duchu;

Ale już pierwej niosła z dziesiątek kul w brzuchu.

Strzelby z jednym kalibrem miało wiele osób:

Kto zabił niedźwiedzicę? dojdźże! jaki sposób?

Tu już krzyknęli: »Dosyć! Trzeba raz rzecz skończyć,

Bóg nas czy diabeł złączył, trzeba się rozłączyć;

Dwóch nas jak dwóch słońc pono zanadto na świecie!«

A więc do szerpentynek i stają na mecie.

Oba szanowni ludzie; co ich szlachta godzą,

To oni na się jeszcze zapalczywiej godzą.

Zmienili broń: od szabel szło na pistolety;

Stają, krzyczym, że nadto przybliżyli mety;

Oni na złość, przysięgli przez niedźwiedzią skórę

Strzelać się: śmierć niechybna! prawie rura w rurę.

Oba tęgo strzelali — »Sekunduj, Hreczecha!«

»Zgoda — rzekłem — niech zaraz dół wykopie klecha:

Bo taki spór nie może skończyć się na niczym;

Lecz bijcie się szlacheckim trybem, nie rzeźniczym.

Dosyć już mety zbliżać, widzę, żeście zuchy;

Chcecie strzelać się, rury oparłszy na brzuchy?

Ja nie pozwolę. Zgoda, że na pistolety;

Lecz strzelać się nie z dalszej ani z bliższej mety,

Jak przez skórę niedźwiedzią. Ja rękami memi

Jako sekundant skórę rozciągnę na ziemi,

I ja sam was ustawię: Waść po jednej stronie

Stanie na końcu pyska, a Waść na ogonie«.

»Zgoda!« — wrzaśli; czas? — jutro; miejsce? — karczma Usza.

Rozjechali się. Ja zaś do Wirgilijusza...»

Tu Wojskiemu przerwał krzyk: «Wyczha!» Tuż spod koni

Smyknął szarak; już Kusy, już go Sokół goni.

Psy wzięto na obławę wiedząc, że z powrotem

Na polu łatwo można napotkać się z kotem304;

Bez smyczy szły przy koniach; gdy kota spostrzegły,

Wprzód nim strzelcy poszczuli, już za nim pobiegły.

Rejent też i Asesor chcieli końmi natrzeć;

Lecz Wojski wstrzymał krzycząc: «Wara! stać i patrzeć!

Nikomu krokiem ruszyć z miejsca nie dozwolę;

Stąd widzim wszyscy dobrze, zając idzie w pole».

W istocie, kot czuł z tyłu myśliwych i psiarnie,

Rwał w pole, słuchy wytknął jak dwa różki sarnie,

Sam szarzał się nad rolą długi, wyciągnięty,

Skoki pod nim sterczały jakby cztery pręty,

Rzekłbyś, że ich nie rusza, tylko ziemię trąca

Po wierzchu, jak jaskółka wodę całująca.

Pył za nim, psy za pyłem; z daleka się zdało,

Że zając, psy i charty jedne tworzą ciało:

Jakby jakaś przez pole suwała się żmija,

Kot jak głowa, pył z tyłu jakby modra szyja,

A psami jak podwójnym ogonem wywija.

Rejent, Asesor patrzą, otworzyli usta,

Dech wstrzymali. Wtem Rejent pobladnął jak chusta,

Zbladł i Asesor; widzą... fatalnie się dzieje:

Owa żmija im dalej, tym bardziej dłużeje,

Już rwie się wpół, już znikła owa szyja pyłu,

Głowa już blisko lasu, ogony, gdzie z tyłu!

Głowa niknie; raz jeszcze jakby kto kutasem305

Mignął: w las wpadła; ogon urwał się pod lasem.

Biedne psy, ogłupiałe, biegały pod gajem,

Zdawały się naradzać, oskarżać nawzajem.

Wreszcie wracają, z wolna skacząc przez zagony,

Spuściły uszy, tulą do brzucha ogony

I przybiegłszy, ze wstydu nie śmieją wznieść oczu,

I zamiast iść do panów, stały na uboczu.

Rejent spuścił ku piersiom zasępione czoło,

Asesor rzucał okiem, ale niewesoło;

Potem zaczęli oba słuchaczom wywodzić:

Jak ich charty bez smycza nie nawykły chodzić,

Jak kot znienacka wypadł, jak źle był poszczuty

Na roli, gdzie psom chyba trzeba by wdziać buty,

Tak pełno wszędzie głazów i ostrych kamieni...

Mądrze rzecz wyłuszczali szczwacze doświadczeni;

Myśliwi z tych mów wiele mogliby korzystać,

Lecz nie słuchali pilnie. Ci zaczęli świstać,

Ci śmiać się w głos, ci, mając niedźwiedzia w pamięci,

Gadali o nim, świeżą obławą zajęci.

Wojski ledwie raz okiem za zającem rzucił;

Widząc, że uciekł, głowę obojętnie zwrócił

I kończył rzecz przerwaną: «Na czym więc stanąłem?

Aha! na tym, że obu za słowo ująłem,

Iż będą strzelali się przez niedźwiedzią skórę...

Szlachta w krzyk: »To śmierć pewna! Prawie rura w rurę!«

A ja w śmiech. Bo mnie uczył mój przyjaciel Maro306,

Że skóra zwierza nie jest lada jaką miarą.

Wszak wiecie waćpanowie, jak królowa Dydo307

Przypłynęła do Libów i tam z wielką biédą

Wytargowała sobie taki ziemi kawał,

Który by się wołową skórą nakryć dawał308:

Na tym kawałku ziemi stanęła Kartago!

Więc ja to sobie w nocy rozbieram309 z uwagą.

Ledwie dniało, już z jednej strony taradejką310

Jedzie Doweyko, z drugiej na koniu Domeyko.

Patrzą, aż tu przez rzekę leży most kosmaty,

Pas ze skóry niedźwiedziej, porzniętej na szmaty.

Postawiłem Doweykę na źwierza ogonie

Z jednej strony, Domeykę zaś po drugiej stronie:

»Pukajcie teraz — rzekłem — choć przez całe życie,

Lecz póty was nie spuszczę, aż się pogodzicie«.

Oni w złość; a tu szlachta kładnie się311 na ziemi

Od śmiechu, a ja z księdzem słowy poważnemi

Nuż im z Ewangelii312, z statutów dowodzić;

Nie ma rady: śmieli się i musieli zgodzić.

Spór ich potem w dozgonną przyjaźń się zamienił,

I Doweyko się z siostrą Domeyki ożenił;

Domeyko pojął siostrę szwagra, Doweykównę,

Podzielili majątek na dwie części równe,

A w miejscu, gdzie się zdarzył tak dziwny przypadek,

Pobudowawszy karczmę, nazwali Niedźwiadek».