107. Sędzia

Pamiętamy, że ksiądz Bussoni został sam z Noirtierem w pokoju, gdzie spoczywała zmarła — jako jedyni strażnicy zwłok dziewczyny.

Być może chrześcijańskie napomnienia kapłana, jego słowa pełne łagodności i miłosierdzia były tak przekonywające, że przywróciły starcowi nieco spokoju; po rozmowie z księdzem rozpacz w jego oczach ustąpiła miejsca rezygnacji. Jego spokój zadziwiał wszystkich, którzy pamiętali o uczuciu, jakim pan Noirtier darzył wnuczkę.

Pan de Villefort nie był u ojca od owego ranka, gdy umarła Valentine.

W domu nastała już nowa służba: pan de Villefort miał nowego lokaja, podobnie jak i Noirtier, pani de Villefort otrzymała dwie nowe służące. Był też nowy odźwierny i nowy stangret — i wszyscy wyczuwali, jak chłodne stosunki panują między tymi ludźmi w tym przeklętym domu.

Posiedzenie sądu miało się odbyć za trzy dni. Villefort, zamknięty w gabinecie, pracował z gorączkową energią nad aktem oskarżenia przeciw mordercy Caderousse’a. Sprawa ta, jak wszystko, z czym miał coś wspólnego hrabia de Monte Christo, odbiła się na salonach paryskich głośnym echem. Dowody nie były wyczerpujące, opierały się bowiem na kilku słowach napisanych przez umierającego galernika, dawnego towarzysza mordercy. Mógł przecież oskarżać Andreę powodowany nienawiścią lub chęcią zemsty.

I tylko prokurator nie żywił w tym względzie żadnych wątpliwości, powziął niezbitą pewność, że Benedetto jest winien i choć zwycięstwo zapowiadało się trudne, jego miłość własna już się nim radowała; tylko ambicja budziła do życia to zlodowaciałe serce.

Dochodzenie trwało więc, dzięki nieustannym wysiłkom Villeforta, który pragnął otworzyć owym procesem najbliższą sesję sądu. Unikał ludzi bardziej niż kiedykolwiek, aby uniknąć nawały natrętnych próśb o karty wstępu.

A zresztą, tak niewiele minęło od dnia, w którym złożono do grobu biedną Valentine, dom okrywała żałoba wciąż tak świeża, iż nie dziwiło nikogo, że ojciec pogrążył się w tak zawziętej pracy, która jako jedyna mogła dać mu jakąś pociechę w nieszczęściu.

Tylko raz jeden — a była to niedziela, dzień po drugiej wizycie, jaką Bertuccio złożył Benedettowi — Villefort zobaczył się z ojcem. A stało się to wtedy, gdy padając ze znużenia, zszedł do ogrodu. Ponury, zgarbiony pod ciężarem bezlitosnych myśli, ścinał laską wybujałe, uschłe łodygi malw, które kołysały się wzdłuż alejek niczym widma kwiatów, jakże barwnych w porze roku, co właśnie minęła.

Kilka razy dotarł aż do znanej nam bramy, za którą rozpościerało się opuszczone pole, i wracał wciąż tą samą aleją, tym samym równym krokiem i wciąż przecinając laseczką powietrze. Wracając po raz kolejny spojrzał machinalnie na dom. Wewnątrz hałaśliwie bawił się Edwardek; uczył się na pensji, ale niedziele i poniedziałki spędzał z matką.

W tej właśnie chwili Villefort ujrzał w jednym z otwartych okien pana Noirtier. Starzec kazał przysunąć się do samego okna, aby nacieszyć się ostatnimi, wciąż jeszcze ciepłymi promieniami słońca, które żegnały się z więdnącym powojem i poczerwieniałymi liśćmi dzikiego wina, oplatającego balkon.

Oczy starca utkwione były w jednym punkcie, którego Villefort nie mógł dokładnie dostrzec.

We wzroku Noirtiera płonęła tak dzika nienawiść i gorzała taka niecierpliwość, że prokurator, umiejąc znakomicie wychwytywać wszystkie uczucia, jakie malowały się na obliczu ojca, zboczył z drogi, aby zobaczyć, w kogo wymierzone jest to straszliwe spojrzenie. I pod lipami o niemal ogołoconych gałęziach ujrzał swoją żonę. Pani de Villefort siedziała z książką w ręku, przerywając od czasu do czasu lekturę, aby uśmiechnąć się do syna albo odrzucić mu piłkę, którą uparcie rzucał z okna salonu do ogrodu.

Villefort zbladł, zrozumiał bowiem, czego chciał starzec. Noirtier patrzył wciąż w tę samą stronę; ale nagle jego spojrzenie przeniosło się z synowej na syna — i zaatakowało Villeforta, tak jakby starcowi z oczu wystrzeliły pioruny. Wzrok ten mówił teraz co innego, choć nie wyrażał tego z taką samą groźbą.

Pani de Villefort, nie mając pojęcia, jakie to namiętności krzyżują się nad jej głową, zatrzymała piłkę i wezwała do siebie gestem Edwardka, chcąc, aby ją ucałował. Edwardek długo dał się prosić; matczyne pieszczoty wydawały mu się zapewne zbyt skromną rekompensatą za tyle fatygi. Wreszcie się zdecydował: zeskoczył z okna w sam środek klombu heliotropów i margerytek i podbiegł spocony do matki. Pani de Villefort otarła mu czoło, przylgnęła ustami do jasnej skóry chłopca i odesłała go do domu, włożywszy mu w jedną rękę piłkę, a w drugą garść cukierków.

Villefort zbliżył się do domu, przyciągany niewidzialną siłą, niczym ptak przyciągany wzrokiem przez węża. W miarę jak się zbliżał, wzrok Noirtiera przesuwał się za nim, a palił go tak intensywnie, że aż wżerał mu się w serce.

W spojrzeniu tym był dotkliwy wyrzut — i straszliwa groźba. Noirtier wzniósł oczy w górę, jakby przypominał synowi o zapomnianej przez niego przysiędze.

— Dobrze, ojcze — zawołał z dołu Villefort — dobrze! Poczekaj jeszcze jeden dzień. Dałem ci słowo.

Noirtier jakby uspokoił się na te słowa i zwrócił zobojętniałe oczy w inną stronę.

Villefort rozpiął gwałtownie surdut, w którym się dusił, przesunął zsiniałą rękę po czole i wrócił do gabinetu.

Noc była zimna i pogodna. Wszyscy położyli się spać. Jeden tylko Villefort jak zwykle nie położył się o tej samej porze, co reszta domowników i pracował aż do piątej rano. Wertował ostatnie protokoły przesłuchań, sporządzone przez sędziów śledczych, przeglądał zeznania świadków i cyzelował akt oskarżenia, jeden z najwymowniejszych i najzręczniejszych, jakie napisał w życiu.

Posiedzenie miało się odbyć w poniedziałek — nazajutrz rano.

Świt wstał blady i posępny; w szarawym blasku zajarzyły się litery skreślone czerwonym atramentem.

Prokurator zdrzemnął się na chwilę w chwili, gdy właśnie dogasała lampa; zbudziło go jej skwierczenie; spojrzał na swoje dłonie: palce miał lepkie i splamione czerwienią, jakby zbroczyła je krew.

Otwarł okno.

Daleko na niebie długa pomarańczowa smuga przecinała smukłe topole, których czarne kontury odcinały się na tle horyzontu.

Nad polem lucerny, za bramą i za kasztanami, wzbijał się w niebo skowronek wznosząc swój czysty poranny trel. Wilgotne powietrze poranka owiało twarz Villeforta i otrzeźwiło go.

— To dziś — rzekł z wysiłkiem — człowiek, który wzniesie miecz sprawiedliwości, musi uderzyć w winowajców, we wszystkich winowajców.

I mimowolnie spojrzał w okno, w którym widział go wczoraj. Zasłony były zaciągnięte. A przecież obraz ojca stał mu tak żywo przed oczyma, że zwrócił się w stronę tego zamkniętego okna, jakby widział w nim groźnego starca i szepnął:

— Tak, bądź spokojny!

Spuścił głowę, przeszedł się tam i z powrotem po gabinecie, po czym rzucił się w ubraniu na kanapę, nie tyle, aby się przespać, ile raczej po to, by odprężyć ciało zesztywniałe ze zmęczenia i chłodu, który przeniknął go aż do szpiku kości.

Z wolna wszyscy zaczęli wstawać. Villefort słyszał te poszczególne odgłosy, które składają się w pewnym sensie na życie domu: skrzypiały drzwi, pani de Villefort dzwoniła na pokojówkę, rozległy się pierwsze radosne okrzyki Edwardka, który, jak to zwykle dzieci w tym wieku, budził się zawsze wesoły.

Zadzwonił i Villefort.

Wszedł lokaj, przynosząc gazety. Razem z gazetami przyniósł także filiżankę czekolady.

— Co to jest? — spytał Villefort.

— Czekolada.

— Przecież nie prosiłem o nią. Któż to raczył o mnie tak zadbać?

— Jaśnie pani. Mówiła, że jaśnie pan będzie zapewne dziś wygłaszał długie przemówienie w sprawie tego morderstwa i powinien nabrać sił.

I służący postawił pozłacaną filiżankę na stoliku przy kanapie, na którym leżał stos papierzysk, podobnie jak i na innych meblach w tym pokoju. Wyszedł.

Villefort patrzył przez chwilę ponuro na filiżankę, potem porwał ją gwałtownym ruchem i opróżnił jednym haustem. Chciało by się rzec: spodziewał się, że napój jest zatruty — i przyzywa śmierć, aby go uwolniła od obowiązku dużo cięższego niż sama śmierć. Podniósł się i jął przechadzać się po pokoju z uśmiechem, który napawałby strachem, gdyby ktokolwiek mógł go zobaczyć.

Czekolada nie była zatruta, nie wywarła na panu de Villefort żadnego skutku.

Nadeszła godzina śniadania, ale Villefort nie pojawił się przy stole.

Lokaj znowu przyszedł do gabinetu.

— Jaśnie pani kazała panu powiedzieć, że wybiła godzina jedenasta, a posiedzenie ma się rozpocząć o dwunastej.

— I co z tego? — rzekł Villefort.

— Jaśnie pani już się ubrała, jest gotowa do wyjścia i pyta, czy pojedzie razem z panem.

— Dokąd?

— Do sądu.

— A po co?

— Jaśnie pani bardzo życzy sobie być na tej rozprawie.

— A! — odezwał się Villefort głosem niemal przerażającym — ona sobie życzy!

Służący cofnął się i rzekł:

— Jeżeli jaśnie pan woli pojechać sam, zaraz to jaśnie pani oznajmię.

Villefort stał przez chwilę nic nie mówiąc, zatapiając paznokcie w blady policzek, z którym kontrastował czarny jak heban zarost.

— Powiedz pani — odpowiedział wreszcie — że chcę z nią pomówić i proszę, aby czekała na mnie u siebie.

— Dobrze, jaśnie panie.

— Potem wrócisz tu ogolić mnie i ubrać.

— Wrócę natychmiast.

Lokaj wyszedł, po chwili wrócił, ogolił Villeforta i ubrał go w uroczystą czerń. A gdy skończył, rzekł:

— Jaśnie pani powiedziała, żeby jaśnie pan przyszedł do niej, jak tylko się pan ubierze.

— Już idę.

I Villefort, trzymając pod pachą akta, a w dłoni cylinder, udał się do apartamentów żony. Przy drzwiach przystanął i otarł chustką pot, który spływał mu z pobladłego czoła. Pchnął drzwi.

Pani de Villefort siedziała na otomanie, kartkując niecierpliwie dzienniki i broszury, które Edwardek wyrywał jej w zabawie z rąk i rozdzierał, nim matka skończyła czytać.

Była ubrana do wyjścia; kapelusz leżał na krześle; nałożyła już rękawiczki.

— O, jesteś — rzekła spokojnym, naturalnym głosem. — Ale Boże, jakiś ty blady! Znowu całą noc pracowałeś? Czemuż nie przyszedłeś do nas na śniadanie? I co, mam jechać z tobą, czy osobno, z Edwardkiem?

Jak widzimy, pani de Villefort zadała naraz mnóstwo pytań, aby otrzymać choć jedną odpowiedź; ale pan de Villefort, zimny jak skała, pozostał na nie obojętny.

— Edwardku — odezwał się, rzucając dziecku rozkazujące spojrzenie — idź, pobaw się w salonie, chłopcze, muszę porozmawiać z mamą.

Wobec tego chłodu, tego stanowczego tonu, tego dziwnego wstępu, pani de Villefort mimowolnie zadrżała. Edwardek podniósł głowę i spojrzał na matkę; ale widząc, że nie potwierdza rozkazu ojca, zaczął na nowo obcinać główki ołowianym żołnierzykom.

— Edward, słyszałeś? — krzyknął pan de Villefort tak ostro, że chłopiec aż podskoczył na dywanie. — Masz wyjść!

Chłopiec, nienawykły do takiego traktowania, porwał się na nogi i zbladł; trudno powiedzieć, czy z gniewu czy ze strachu.

Ojciec podszedł do niego, objął i pocałował w czoło.

— Idź już, dziecko — rzekł — no, idź.

Edwardek wyszedł. Pan de Villefort zamknął za nim drzwi na zasuwkę.

— Boże, co się stało? — zawołała pani de Villefort, usiłując przeniknąć męża spojrzeniem; spróbowała się uśmiechnąć, ale chłód męża zmroził jej na ustach ten uśmiech.

— Gdzie trzymasz pani truciznę, której zwykle używasz? — wycedził powoli i wyraźnie Villefort, nie siląc się na żadne wstępy.

Pani de Villefort musiała poczuć się jak skowronek, gdy widzi, jak kania zacieśnia nad nim mordercze kręgi. Z piersi wyrwał się jej chrapliwy jęk, ni to westchnienie, ni to krzyk — twarz powlekła jej śmiertelna bladość.

— Mężu... ja... ja nie rozumiem cię.

Paroksyzm trwogi poderwał ją z otomany — i zaraz w drugim paroksyzmie, dużo silniejszym, osunęła się z powrotem.

— Pytałem — odezwał się Villefort całkowicie spokojnym głosem — gdzie trzymasz truciznę, którą zabiłaś moich teściów, Barroisa i Valentine?

— Zastanów się, co ty mówisz?! — zawołała pani de Villefort składając ręce.

— Nie masz pytać, ale odpowiadać.

— Mężowi czy sędziemu? — wybełkotała pani de Villefort.

— Sędziemu, pani, sędziemu!

Był to widok przerażający — pobladłej kobiecie w oczach malowała się trwoga, a dygotała całym ciałem.

— Mężu... mężu... — wyszeptała; i to było wszystko.

— Nie odpowiadasz, pani! — krzyknął groźnym głosem Villefort.

I dodał z uśmiechem bardziej przerażającym niż jego gniew:

— Choć prawda, nie zaprzeczasz.

Pani de Villefort drgnęła.

— I nie mogłabyś zaprzeczyć — ciągnął, wyciągając rękę, jakby chciał ją pochwycić w imieniu sprawiedliwości. — Dokonałaś tych kilku zbrodni z bezwstydną zręcznością, ale mogłaś tym oszukać tylko ludzi, których zaślepiała miłość do ciebie. Od śmierci pani de Saint-Méran wiedziałem, że jest w moim domu truciciel, ostrzegł mnie d’Avrigny. Po śmierci Barroisa moje podejrzenia padły, niech mi to Bóg przebaczy, na anioła; bo podejrzliwość tkwi we mnie z natury. Ale po śmierci Valentine nie miałem już wątpliwości i nie tylko ja. W tej chwili o twojej zbrodni wiedzą dwie osoby, ale wielu się domyśla i niebawem dowiedzą się o tym wszyscy. A jak to pani powiedziałem, mówi do ciebie nie mąż, ale sędzia!

Pani de Villefort zakryła twarz dłońmi.

— Mężu — jęknęła — błagam, nie wierz pozorom!

— Czyżbyś się bała? — zawołał Villefort z pogardą. — No tak, przekonałem się o tym niejednokrotnie, że truciciele są tchórzami. Czyżbyś była pani tchórzem, ty, która miałaś tyle ohydnej odwagi, aby patrzeć, jak umiera dwoje starców i młodziutka dziewczyna?

— Mężu! O mój mężu!...

— Czyżbyś była tchórzem — ciągnął Villefort z rosnącym wzburzeniem — ty, która liczyłaś minuty, gdy konały twoje cztery ofiary? Ty, która wymyśliłaś ów piekielny plan i mieszałaś te swoje haniebne wywary z tak cudowną wprawą i dokładnością? Ty, która tak dobrze wszystko zaplanowałaś, czyżbyś zapomniała w swoich rachunkach o jednym — o tym, do czego może cię doprowadzić wykrycie twoich zbrodni? O nie, niemożliwe, musiałaś zachować sobie jakąś truciznę, łagodniejszą, delikatniejszą, a za to bardziej zabójczą, truciznę, dzięki której uniknęłabyś kary, która ci się należy... Zrobiłaś tak, a przynajmniej mam taką nadzieję?

Pani de Villefort załamała ręce i osunęła się na kolana.

— Wiem, wiem, przyznajesz się... Ale ten, kto przyznaje się dopiero sędziemu, kto przyznaje się w ostatniej chwili, gdy już nie można niczego się wyprzeć, w niczym nie może już umniejszyć kary, jaką mu wyznaczą!

— Kary? — zawołała pani de Villefort. — Kary? Już drugi raz wspominasz o karze!

— Naturalnie. Czy dlatego, że udało ci się popełnić zbrodnię cztery razy, sądziłaś, że unikniesz kary? A może sądziłaś, że jej unikniesz jako żona prokuratora? O nie, pani! Nie! Kimkolwiek byłaby trucicielka, czeka ją szafot, zwłaszcza jeśli, jak mówiłem, nie postarała się zachować dla siebie paru kropel swojej najpewniejszej trucizny.

Pani de Villefort krzyknęła dziko, a ohydna, niewstrzymywana już trwoga wykrzywiła jej rysy.

— Och, nie lękaj się pani szafotu — rzekł prokurator. — Nie chciałbym cię okryć taką hańbą, bo spadłaby ona i na mnie. Nie, przeciwnie, jeśli mnie zrozumiałaś, powinnaś się domyślić, że nie możesz zginąć na szafocie.

— Nie, nie zrozumiałam. O co ci chodzi, mężu? — wybełkotała nieszczęsna kobieta, całkowicie zdruzgotana.

— O to, że żona najwyższego stanowiskiem sądownika w stolicy nie splami nazwiska, które jest nieskazitelne i nie okryje tym samym hańbą zarazem męża i dziecka.

— O nie, nie!...

— O, to będzie z twojej strony dobry uczynek, dziękuję ci.

— Dziękujesz mi? Za co?

— Za to, co właśnie powiedziałaś.

— A co ja powiedziałam? W głowie mi się miesza, nic już nie rozumiem, Boże, Boże!

I zerwała się — włosy miała rozrzucone w nieładzie, na usta wystąpiła jej piana.

— To była odpowiedź na pytanie, jakie ci zadałem na początku: gdzie jest trucizna, której zazwyczaj używasz?

Pani de Villefort wzniosła ręce ku niebu i załamała je konwulsyjnie.

— Nie, nie! — wrzasnęła. — Nie chcesz tego!

— Nie chcę, abyś zginęła na szafocie. Rozumiesz?

— Mężu, łaski!...

— Chcę, aby sprawiedliwości się stało zadość. Żyję po to, aby karać — dodał, patrząc płomiennym wzrokiem. — Każdą inną kobietę, choćby to była królowa, posłałbym w ręce kata; ale dla ciebie będę bardziej litościwy. Ciebie pytam: czyż nie zachowałaś choć kropelki trucizny łagodniejszej w działaniu, ale za to piorunującej i całkowicie pewnej?

— O przebacz mi, pozwól mi żyć! Pomyśl: jestem twoją żoną!

— Jesteś trucicielką!

— Zaklinam cię na boskie miłosierdzie!... Zaklinam cię w imię naszej miłości!...

— Nie! Nie!

— W imieniu naszego dziecka! Ach, daruj mi życie dla dziecka!

— Nie! Nie! Już powiedziałem. Gdybym ci darował życie, może byś zabiła pewnego dnia i nasze dziecko.

— Ja miałabym zabić mojego syneczka! — zawołała ta straszliwa matka, rzucając się na Villeforta. — Ja miałabym zabić Edwardka!... ha! ha! ha!

I okropny, szatański śmiech, śmiech obłąkanej zakończył te słowa, cichnąc w głuchym rzężeniu.

Pani de Villefort osunęła się na kolana.

Villefort podszedł do niej.

— Pamiętaj, pani — rzekł — że jeśli, gdy wrócę, sprawiedliwości nie stanie się zadość, ja sam panią oskarżę i osobiście zawiozę do więzienia.

Słuchała, dygocząc, przybita, pokonana; i tylko w jej oczach błyszczało życie, kryjąc straszliwy ogień.

— Słyszysz? Idę tam domagać się na zbrodniarzu kary śmierci... Jeżeli zastanę cię przy życiu, noc tę spędzisz już w Conciergerie.

Pani de Villefort westchnęła, opuściły ją nerwy i padła zdruzgotana na ziemię.

Prokuratora jakby tknęła litość, spojrzał na nią mniej surowo, i ukłoniwszy się lekko, rzekł powoli:

— Żegnaj, pani, żegnaj.

Pożegnanie to podziałało na panią de Villefort jak cios śmiertelny.

Zemdlała.

Prokurator wyszedł, a wychodząc, zamknął drzwi na dwa spusty.