115. Przebaczenie
Nazajutrz Danglars znowu poczuł głód. Powietrze w grocie ogromnie zaostrzało apetyt. Więzień miał jednak nadzieję, że tego dnia nie wyda nic: jako człowiek oszczędny, schował połowę kurczęcia i kawałek chleba w kącie celi.
Ale gdy zjadł, zaczęło mu dokuczać pragnienie. Tego pod uwagę nie wziął. Walczył z pragnieniem do chwili, gdy poczuł, że wyschnięty język przywarł mu do podniebienia. Nie mogąc już dłużej wytrzymać ognia, który go trawił, zawołał. Strażnik otworzył drzwi. Była to nowa twarz. Danglars pomyślał, że lepiej byłoby mieć do czynienia ze starym znajomym. Poprosił, by przyszedł Peppino.
— Jestem, ekscelencjo — rzekł bandyta, przybiegając w pośpiechu, co wydało się Danglarsowi dobrym znakiem. — Czego pan sobie życzy?
— Czegoś do picia.
— Wie pan zapewne, ekscelencjo, że w okolicach Rzymu wino jest na wagę złota.
— No to dajcie mi wody — odrzekł Danglars, usiłując sparować cios.
— Ach, ekscelencjo, woda jest jeszcze większą rzadkością niż wino, jest taka susza!
— Oho — rzekł Danglars — zdaje się, że zaczynamy od nowa!
I uśmiechnął się, udając, że się dobrze bawi, ale czuł, że pot zrosił mu skronie.
— Posłuchajże, przyjacielu — rzekł, widząc, że Peppino patrzy niewzruszenie — proszę o szklankę wina, odmówiłby mi pan tego?
— Już mówiłem — odparł poważnie Peppino — że nie sprzedajemy detalicznie.
— No dobrze, to dajcie mi butelkę.
— Jakiego?
— Najtańszego.
— Oba są w tej samej cenie.
— A ileż wynosi ta cena?
— Dwadzieścia pięć tysięcy za flaszkę.
— To już powiedz od razu — krzyknął Danglars z nutą goryczy, którą mógłby wyróżnić w jego głosie tylko Harpagon — że chcecie mnie oskubać żywcem. Zróbcie to zaraz, zamiast skubać kawałek po kawałku.
— Możliwe, że taki jest plan naczelnika.
— Jeśli się da, chciałbym się z nim zobaczyć.
— Ależ proszę.
Chwilę później Vampa stanął przed Danglarsem.
— Ile żądasz pan okupu? Mów pan.
— O, po prostu tych pięciu milionów, które masz pan przy sobie.
Danglars poczuł okropny skurcz w sercu.
— Ale ja już nie mam nic poza tym, proszę pana, to cała resztka ogromnej fortuny. Jeśli macie mnie jej pozbawić, pozbawcie mnie raczej życia.
— Zabroniono nam przelać pańską krew, ekscelencjo.
— A któż wam tego zabronił?
— Ten, którego słuchamy.
— A to słuchacie kogoś?
— Tak, naczelnika.
— Myślałem, że to pan jesteś naczelnikiem?
— Tak, rozkazuję moim ludziom, ale sam jestem posłuszny rozkazom kogoś innego, kogoś kto słucha tylko Boga.
Danglars stał przez chwilę zamyślony.
— I to ten naczelnik kazał panu tak mnie traktować?
— Tak.
— Ależ moje pieniądze się wyczerpią.
— Możliwe.
— Hm, weźmie pan milion?
— Nie.
— Dwa miliony?
— Nie.
— Trzy miliony, cztery?... Ejże, dostanie pan cztery, pod warunkiem, że puści mnie pan wolno.
— Dlaczego ofiarowuje nam pan cztery miliony za coś, co jest warte pięć? — spytał Vampa. — To wyzysk, panie bankierze, no, chyba że się nie znam.
— No to bierzcie wszystko, wszystko — krzyknął Danglars — i zabijcie mnie!
— No, no, proszę się uspokoić, ekscelencjo, bo krew zacznie panu szybciej krążyć i nabierze pan takiego apetytu, że przeje w jeden dzień milionik. Niechże pan będzie nieco oszczędniejszy, na litość boską!
— A jak nie będę miał pieniędzy, by wam płacić? — krzyknął Danglars zrozpaczony.
— To będzie pan głodny.
— Głodny? — jęknął Danglars.
— To prawdopodobne — odrzekł flegmatycznie Vampa.
— Ale mówiłeś pan, że nie chcecie mnie zabić?
— Nie.
— I chcesz mnie pan zamorzyć głodem?
— To nie to samo.
— No więc dobrze, nędznicy — krzyknął Danglars — pokrzyżuję wam wasze niecne plany. Skoro i tak mam umrzeć, to równie dobrze mogę ze sobą skończyć od razu. Dręczcie mnie, torturujcie, zabijcie mnie, ale nie dostaniecie mojego podpisu!
— Jak pan sobie życzy, ekscelencjo — odparł Vampa i wyszedł z celi.
Danglars, wyjąc, rzucił się na koźle skóry. Kim byli ci ludzie? Kim był ów niewidzialny naczelnik? Jakie mieli względem niego zamiary? I dlaczego on jeden nie mógł złożyć okupu, skoro wszyscy inni mogli?
Ach, oczywiście, śmierć, szybka i nagła śmierć był to dobry sposób, by oszukać nieubłaganych wrogów, którzy jakby chcieli wywrzeć na nim niezrozumiałą zemstę.
Tak, ale umrzeć!...
Pierwszy to chyba raz w swojej długiej karierze Danglars myślał z upragnieniem o śmierci, choć zarazem lękał się jej straszliwie; ale nadeszła chwila, by spojrzeć w oczy nieubłaganemu widmu, które żyje w każdym stworzeniu i przy każdym uderzeniu serca mówi mu: umrzesz! Przypominał dzikie zwierzę, wpierw tylko rozjuszone obławą, które niebawem zaczyna gnać w coraz bardziej desperackiej ucieczce — dzięki czemu udaje mu się czasem wymknąć.
Danglars zastanowił się nad ucieczką. Ale mury były z litej skały, a jedynego wyjścia strzegł zaczytany mężczyzna, za którym przesuwały się zbrojne w strzelby cienie.
Wytrzymał dwa dni — po czym poprosił o jadło, ofiarując w zamian milion.
Podano mu wspaniałą wieczerzę i zabrano jego milion.
Od tej pory nieszczęsny więzień stopniowo popadał w szaleństwo. Tyle już wycierpiał, że nie chciał wystawiać się na dalsze cierpienie. I zgadzał się na wszystkie żądania.
Po dwunastu dniach, gdy zjadł obiad taki, jak za dawnych dobrych czasów, zrobił rachunki i uświadomił sobie, że zostało mu tylko pięćdziesiąt tysięcy.
I nastąpiła w nim przedziwna przemiana: on, który oddał, ot tak, pięć milionów, próbował teraz ocalić pozostałe pięćdziesiąt tysięcy. Postanowił znów odmawiać sobie wszystkiego, wolał to, niż oddać cokolwiek. Chwilami miał przebłyski nadziei, które graniczyły z szaleństwem.
On, który tak dawno zapomniał o Bogu, rozmyślał o Nim, mówiąc sobie, że Bóg czasem czyni cuda: że jaskinia może się zawalić, że karabinierzy papiescy mogliby odkryć tę przeklętą kryjówkę i przyjść mu z pomocą. A wtedy zawsze zostanie mu jeszcze pięćdziesiąt tysięcy franków... Człowiek, który ma pięćdziesiąt tysięcy franków, nie umrze z głodu. Modlił się do Boga, by zachował mu te pięćdziesiąt tysięcy, a modląc się, płakał.
Minęły trzy dni, podczas których imię Boga gościło ciągle, jeśli nawet nie w jego sercu, to na jego ustach. Chwilami miewał omamy, wydawało mu się wtedy, że widzi przez okno, jak w biednej izdebce leży na barłogu konający starzec. Starzec ten także umierał z głodu. Czwartego dnia nie był już człowiekiem, ale żywym trupem. Zebrał z ziemi resztki posiłków aż do ostatniej okruszynki i zaczynał pożerać skórę, leżącą na podłodze. I błagał Peppina, tak jak się błaga anioła stróża, by dał mu coś do zjedzenia. Ofiarowywał mu tysiąc franków za kęs chleba.
Peppino nie odpowiadał.
Piątego dnia doczołgał się do wyjścia z celi.
— To nie jesteś chrześcijaninem? — odezwał się, podnosząc się na kolana. — Chcesz zabić człowieka, który jest wobec Boga twoim bratem? O, moi przyjaciele, moi dawni przyjaciele! — wyszeptał i runął twarzą do ziemi. Zerwał się jednak w ostatecznej rozpaczy.
— Naczelnika! Naczelnika! — krzyknął.
— Jestem — rzekł Vampa, wyrastając przed nim jak spod ziemi. — Życzy pan sobie jeszcze czegoś?
— Proszę wziąć całą resztę — wybełkotał Danglars, wyciągając pugilares — i pozwólcie mi żyć, tu, w tej jaskini. Nie proszę już o wolność, proszę o życie.
— Aż tak pan cierpi? — spytał Vampa.
— Och, tak, cierpię, cierpię okrutnie!
— Ale są ludzie, którzy cierpieli dużo bardziej niż pan.
— Nie wierzę.
— A jednak tak! Ci, którzy umarli z głodu.
Danglars pomyślał o starcu, którego w chwilach majaczeń widywał, jak jęczy na posłaniu za oknem biednej izdebki.
Dotknął czołem ziemi, wydając jęk.
— Tak, to prawda — przyznał — są tacy, którzy wycierpieli więcej ode mnie, ale to byli męczennicy.
— Żałujesz pan przynajmniej? — spytał ktoś tak posępnym i uroczystym głosem, że Danglarsowi zjeżyły się włosy.
Wzrok osłabł mu tak, że dopiero teraz zauważył, że za bandytą stoi w cieniu pilastra mężczyzna owinięty w pelerynę.
— Czego miałbym żałować? — wybełkotał.
— Zła, które pan czynił — odpowiedział ten sam głos.
— O tak! Żałuję! Żałuję! — krzyknął Danglars i uderzył się w pierś wychudzoną dłonią.
— A więc wybaczam ci — rzekł człowiek, zrzucając pelerynę i stając w pełnym świetle.
— Hrabia de Monte Christo — krzyknął Danglars i z przerażenia zbladł jeszcze bardziej.
— Mylisz się pan, nie jestem hrabią de Monte Christo.
— A więc kim?
— Tym, któregoś sprzedał, wydał i zhańbił; jestem tym, którego narzeczoną pchnąłeś do nierządu; jestem tym, po kim przeszedłeś, by zrobić karierę; jestem tym, którego ojciec umarł przez ciebie z głodu — i dlatego i ja skazałem cię na taką śmierć. A jednak przebaczam ci, bo sam potrzebuję, by mi wybaczono. Jestem Edmund Dantès.
Danglars wydał z siebie krzyk i upadł.
— Wstań — rzekł hrabia. — Będziesz żył. Dwóch twoich wspólników nie spotkało podobne szczęście: jeden oszalał, drugi nie żyje. Zatrzymaj sobie te pięćdziesiąt tysięcy franków. Darowuję ci je. Nieznana ręka zwróciła już przytułkom pięć milionów, które ukradłeś. A teraz jedz i pij, dziś wieczór jesteś moim gościem. Luigi, gdy ten człowiek nasyci się, wypuść go.
Gdy hrabia wychodził, Danglars wciąż leżał twarzą do ziemi. Kiedy podniósł głowę, ujrzał już tylko niknący w korytarzu cień, któremu kłaniali się bandyci.
Wedle rozkazu hrabiego Vampa kazał podać Danglarsowi najlepsze wino i najdorodniejsze owoce, po czym wsadził go do karetki pocztowej i wysadził go gdzieś przy drodze. Gdy odjeżdżał, Danglars stał oparty o drzewo.
Stał tak do świtu, nie mając pojęcia, gdzie się znajduje.
O brzasku dostrzegł, że niedaleko płynie strumień. Był spragniony, więc dowlókł się tam. Schylając się nad strumieniem spostrzegł, że jego włosy stały się białe.