39. Śniadanie
Rankiem dwudziestego pierwszego maja w domu przy ulicy Helderskiej, dokąd Albert de Morcerf zaprosił jeszcze w Rzymie hrabiego Monte Christo, wszyscy domownicy krzątali się na przyjęcie hrabiego, aby Albert mógł wystąpić przed nim jak należy.
Albert de Morcerf mieszkał w pawilonie, wzniesionym na rogu wielkiego dziedzińca, naprzeciw drugiego gmachu przeznaczonego dla służby.
Jedynie dwa okna pawilonu wychodziły na ulicę, dalsze trzy były na dziedziniec, a dwa na ogród.
Między dziedzińcem a ogrodem wznosił się pałac hrabiostwa de Morcerf, zbudowany w szpetnym stylu Cesarstwa, modny jednak i okazały.
Wzdłuż całej posiadłości ciągnął się mur, odgradzając ją od ulicy, a na nim stały w równych odstępach wazony z kwiatami; w środku muru wielka żelazna krata ze złoconymi strzałami służyła za bramę paradną; furtka, przylepiona niemal do domku odźwiernego, używana była przez służbę lub też przez państwo, jeśli wychodzili pieszo.
Wybór pawilonu na mieszkanie dla Alberta był dowodem pełnej taktu troskliwości matki, która nie chcąc rozstawać się z synem, rozumiała jednak, iż młodzieniec w wieku Alberta potrzebuje zupełnej swobody.
Z drugiej zaś strony widać było, musimy to przyznać, że mieszkanie Alberta stanowiło obraz mądrego egoizmu młodzieńca rozkochanego w swobodnym i leniwym życiu, złoconym niby klatka dla ptaków, jakie wiedzie młody człowiek z dobrej rodziny.
Przez okna od ulicy Albert mógł obserwować, co się dzieje na zewnątrz. Widok taki jest niezbędny dla młodego człowieka, który lubi, aby co rusz ktoś nowy pojawiał się na horyzoncie, niechby nawet ulicznym! Następnie, jeśli w czasie obserwacji takich zdarzył się jakiś przedmiot zasługujący na głębsze badania, Albert mógł dla dalszych poszukiwań wyjść przez furtkę podobną do tej, którą wskazaliśmy przy domku odźwiernego, a wartą szczególnej wzmianki. Była to furteczka jakby zapomniana przez wszystkich natychmiast po zbudowaniu domu, niepozorna i zakurzona — rzekłbyś, że nikt jej już nigdy nie przestąpi; starannie naoliwione zamek i zawiasy dowodziły jednak, że często ją w jakowychś tajemniczych celach otwierano.
Chytre te drzwiczki robiły konkurencję dwóm pozostałym wejściom, naigrawając się z odźwiernego, że jego czujność i władza ich nie dosięgały, a otwierały się jak słynna brama jaskini z Tysiąca i Jednej Nocy, niby Sezam zaklęty Ali Baby, kiedy ktoś wyrzekł kabalistyczne słowa lub zapukał w umówiony sposób — słowa te musiały być wymawiane przez głos wyjątkowo melodyjny, pukać musiały paluszki najdelikatniejsze w świecie.
W końcu wąskiego i cichego korytarza, który stykał się z owymi drzwiczkami i stanowił przedpokój, znajdowały się po prawej stronie drzwi do sali jadalnej Alberta z oknami na dziedziniec, a po lewej do saloniku z oknami od ogrodu. Krzewy i pnącza, rozwijając się na kształt wachlarza przed oknami, zakrywały od dziedzińca i ogrodu wnętrze tych dwóch pokoi na parterze, jedynych, do których mogłoby zajrzeć niedyskretne oko.
Na pierwszym piętrze, oprócz dwóch takich samych pokoi, znajdował się nad przedpokojem jeszcze trzeci. Były to salon, sypialnia i buduar.
W salonie dolnym, urządzonym jak komnaty algierskie, mieściła się palarnia.
Buduar przylegał do sypialni i przez sekretne drzwiczki miał wyjście na schody.
Widzimy, że nie zapomniano o żadnych środkach ostrożności.
Nad pierwszym piętrem królowała rozległa pracownia, którą powiększono, wyburzając ściany wewnętrzne i przepierzenia; pandemonium, które stanowiło obraz walki artysty z dandysem.
Znalazły tu schronienie wszystkie kolejne pasje Alberta: trąby myśliwskie, basetle, flety — cała orkiestra, bo Albert upodobał sobie przez czas jakiś muzykę — nie było to jednak zainteresowanie, lecz kaprys; sztalugi, palety, farby, bo po zapale do muzyki nastąpiły pretensje do malarstwa; na koniec florety, rękawice bokserskie, szpady i laski różnego rodzaju, bo wierny obyczajom ówczesnych złotych młodzieńców Albert de Morcerf kształcił się z dużo większą wytrwałością, niż to okazał przy muzyce i malarstwie, w tych trzech sztukach uzupełniających męską edukację, to jest w fechtunku, boksie, walce na kije — i w opisanym pomieszczeniu, przystosowanym do ćwiczeń fizycznych, lekcji udzielali mu Grisier, Cooks i Karol Lecour.
Resztę umeblowania tej szacownej komnaty stanowiły kufry z czasów Franza I, pełne chińskiej porcelany, waz japońskich, fajansów Lucca della Robbii i półmisków Bernarda le Palissy, starodawne fotele, na których zasiadał może Henryk IV albo Sully, Ludwik XIII albo Richelieu — dwa bowiem z nich, ozdobione rzeźbionymi herbami: błyszczące na lazurowym tle trzy lilie Bourbonów zwieńczone królewską koroną, pochodziły jeśli nie z magazynów w Luwrze, to przynajmniej z jakiego zamku królewskiego. Na fotelach tych barwy ciemnej i ponurej rzucone były w nieładzie bogate tkaniny o żywych kolorach, barwione słońcem Persji albo utkane przez niewiasty z Kalkuty i Chandernagoru.
Trudno zgadnąć, co mogły tu robić owe tkaniny.
Wabiąc wzrok, oczekiwały na przeznaczenie, którego nie znał sam ich właściciel, a tymczasem rozświetlały salę jedwabistym, złotawym lśnieniem.
Na honorowym miejscu stał fortepian z drzewa różanego, dzieło Rullera i Blancheta, odpowiadający rozmiarami naszym lilipucim salonom, który w ciasnym i dźwięcznym pudle zawierał jednak całą orkiestrę, a uginał się pod brzemieniem arcydzieł Beethovena, Webera, Mozarta, Haydna, Grétry’ego i Porpory.
Ponadto wszędzie, na ścianach, powyżej drzwi, na suficie — szpady, sztylety, krisy, maczugi, topory, zbroje pozłacane, damasceńskie, inkrustowane; zielniki, minerały, wypchane ptaki z otwartymi do nieruchomego lotu płomiennie czerwonymi skrzydłami i dziobami, których nigdy już nie miały zamknąć.
Rozumie się samo przez się, że była to ulubiona komnata Alberta.
W dzień jednak spotkania młodzieniec obrał sobie za główną kwaterę salonik na parterze, gdzie czekał w wytwornym negliżu na przyjęcie gościa. Tu, na stole otoczonym szeroką, miękką sofą, złociły się w fajansowych naczyniach o spękanej polewie, za jakimi przepadają Holendrzy, wszelkie znane gatunki tytoniu, począwszy od żółtego petersburskiego, aż do czarnego synajskiego, nie pomijając maryland, portorico i latakié.
Obok zaś w szkatułkach z wonnego drzewa leżały uporządkowane według wielkości i gatunku cygara: puros, regalia, hawańskie i manilskie.
Na koniec, w otwartej na oścież szafie, zbiór fajek — niemieckich, tureckich o ustnikach z bursztynu zdobnych w korale, inkrustowane złotem nargile o długich safianowych rurkach, zwiniętych niby węże — oczekiwał na kaprys lub zachciankę palaczy. Albert sam czuwał, jak uporządkowano albo raczej rozłożono w artystycznym nieładzie owe przybory, którym nowocześni biesiadnicy lubią przypatrywać się po kawie poprzez obłoki dymu, z ust ich kłębem unoszących się pod sufit w długich kapryśnych spiralach.
Za kwadrans dziesiąta wszedł lokaj.
Był to mały piętnastoletni stajenny, imieniem John, mówiący tylko po angielsku, który stanowił całą domową służbę Alberta.
Oczywiście miał zawsze do dyspozycji kucharza pałacowego, a przy nadzwyczajnych okazjach na jego rozkazy był także strzelec hrabiego.
Lokaj ów, obdarzony całkowitym zaufaniem swego młodego pana, położył na stole stos gazet, Albertowi zaś podał plik listów. Albert spojrzał w roztargnieniu na tę różnorodną korespondencję, po czym wybrał z niej dwie perfumowane koperty, na których widać było pismo nakreślone delikatną ręką, rozpieczętował je i przeczytał listy z pewną uwagą.
— Skąd te listy? — zapytał.
— Jeden przyszedł pocztą, a drugi przyniósł lokaj pani Danglars.
— Każ powiedzieć pani Danglars, że przyjmuję miejsce w jej loży... Czekaj, czekaj... Później wstąpisz do Róży; powiesz jej, że skoro zaprasza, po wyjściu z Opery przyjdę do niej na kolację, i zaniesiesz tam sześć butelek wyborowego wina — cypryjskiego, malaga i xeres, a także beczułkę ostryg ostendzkich. Ostrygi weźmiesz u Borela, ale nie zapomnij mu powiedzieć, że to dla mnie.
— O której godzinie jaśnie pan każe podawać do stołu?
— A która teraz?
— Za kwadrans dziesiąta.
— A więc podasz o wpół do jedenastej. Debray może będzie musiał pójść do ministerstwa... A zresztą — (Albert popatrzył do notatnika) — na tęże godzinę zaprosiłem hrabiego; dwudziesty pierwszy maja o wpół do jedenastej; chociaż nie liczę bardzo na jego obietnicę, chcę jednak być akuratny. Aha, nie wiesz, czy pani hrabina już wstała?
— Jeśli jaśnie pan sobie życzy, pójdę się dowiedzieć.
— Dobrze... i poproś też o trochę likierów, gdyż moja piwniczka już niezbyt pełna. Powiedz pani hrabinie, że będę miał zaszczyt być u niej o godzinie trzeciej i że pytam, czy zgodzi się, abym przedstawił jej kogoś.
Lokaj wyszedł.
Albert rzucił się na sofę, rozdarł opaski kilku dzienników, przejrzał program spektakli, skrzywił się, tego dnia bowiem dawano nie balet, a operę; jął szukać na próżno w ogłoszeniach o pachnidłach pasty do zębów, którą mu zachwalano i ciskając precz trzy najbardziej wzięte w Paryżu pisma, ziewał na całe gardło i mruczał:
— Doprawdy, te gazety robią się coraz nudniejsze.
W tejże chwili przed drzwiami zatrzymał się wolant, a wkrótce wszedł lokaj i oznajmił przybycie pana Lucjana Debray. Do salonu wszedł jasnowłosy młody człowiek, wysoki, blady, z którego szarych oczu biła pewność siebie, a z wąskich ust chłód. Ubrany w granatowy frak ze złotymi cyzelowanymi guzikami i biały halsztuk, miał zawieszony na jedwabnej tasiemce monokl w szylkretowej oprawie, który niekiedy, dzięki wysiłkom mięśni policzka, udawało mu się utrzymać w oczodole. Wkroczył bez uśmiechu, nie mówiąc ani słowa, z miną na wpół urzędową.
— Dzień dobry, Lucjanie, dzień dobry — rzekł Albert. — Przerażasz mnie, mój drogi, swoją punktualnością! Ba, gdybyż to była tylko punktualność! Spodziewałem się, że przyjdziesz najpóźniej, a ty pojawiasz się już za pięć dziesiąta, kiedy termin spotkania ustalony jest dopiero na wpół do jedenastej. To jakiś cud! A może nastąpił przypadkiem upadek rządu?
— Nie, złociutki — rzekł młodzieniec, sadowiąc się wygodnie na sofie. — Uspokój się, my się zawsze chwiejemy, ale nigdy nie upadamy i zaczynam wierzyć, że powolutku dochodzimy do dożywotniego urzędowania, nie mówiąc o tym, że sprawa Półwyspu umocniła nas zupełnie.
— A tak, prawda! Wypędzacie don Carlosa z Hiszpanii.
— Nie, złociutki, nie mieszajmy pojęć. My go tylko przenosimy z jednej strony granicy na drugą — do Francji i ofiarujemy mu królewską gościnę, w Bourges.
— W Bourges?
— A tak, i nie ma na co się skarżyć, do diabła! Bourges to stolica króla Karola VII. Jak to, nic nie wiedziałeś? Przecież od wczoraj w całym Paryżu o tym mówią, a przedwczoraj rzecz ta przeniknęła na giełdę, bo pan Danglars (nie wiem, jakim sposobem ten człowiek otrzymuje wiadomości w tym czasie, co my) zagrał na hossę i zyskał milion.
— A ty nowy orderek, jak się zdaje; bo widzę, że masz błękitną wstążeczkę.
— Ehm, przysłano mi medal Karola III — rzekł niedbale Debray.
— Hejże, nie udawaj obojętnego, przyznaj, że to ci sprawia przyjemność.
— Daję słowo! Jako uzupełnienie stroju, medal zawsze dobrze się prezentuje przy czarnym fraku zapinanym pod szyję. Wygląda to elegancko.
— Tak — rzekł Morcerf z uśmiechem — człowiek wygląda wtedy jak książę Galii albo Reichstadu.
— I właśnie dlatego widzisz mnie tak rano.
— Ponieważ dostałeś medal Karola III i chciałeś mi się z nim pokazać.
— Nie. Ponieważ spędziłem noc całą na rozsyłaniu listów: wyekspediowałem dwadzieścia pięć depesz dyplomatycznych. Gdym dziś rano wrócił do siebie, chciałem zasnąć, ale rozbolała mnie tak mocno głowa, że musiałem wstać, by się przejechać godzinę konno. W Lasku Bulońskim napadła mnie nuda i głód — dwaj wrogowie, którzy rzadko występują razem, a którzy jednak połączyli się przeciwko mnie. To zupełnie jak jakiś związek karlistowsko-republikański; wtedy przypomniałem sobie, że u ciebie ma być dziś z rana uczta — więc jestem; jeść mi się chce — nakarm mnie; nudzi mi się — zabaw mnie.
— To, kochany, moja powinność jako gospodarza — odrzekł Albert, dzwoniąc na służącego, gdy Lucjan tymczasem podrzucał szpicrutą, ozdobioną złotą gałką inkrustowaną turkusami, rozłożone gazety. — Germain, podaj xeres i biszkopty. A na początek, drogi Lucjanie, poczęstuj się cygarem, oczywiście pochodzi z kontrabandy. Spróbuj i przekonaj swojego ministra, żeby nam podobne sprzedawał, zamiast jakichś paskudnych liści orzechowych, na które skazuje obywateli.
— O, do diabła, tego nie zrobię. Gdyby tylko rząd sprowadzał takie cygara, uznałbyś je zaraz za obrzydliwe. A przy tym to nie rzecz spraw wewnętrznych, ale skarbu; udaj się do pana Humanna, do wydziału podatków pośrednich, korytarz A, pokój 26.
— Doprawdy — odparł Albert — imponujesz mi wiadomościami. Weźże lepiej cygaro!
— Ach, drogi hrabio — rzekł Lucjan, zapalając manilę od różowej świecy osadzonej w złoconym lichtarzu i rzucając się na sofę. — Ach, drogi hrabio, jaki szczęściarz z ciebie, że nie masz nic do roboty! Doprawdy, nie znasz własnego szczęścia!
— I cóż ty byś począł, mój drogi, mój drogi pacyfikatorze królestw — odparł Morcerf z lekką ironią — gdybyś nie miał nic do roboty? Jak to! Ty, osobisty sekretarz ministra, mający udział zarazem w wielkiej kabale europejskiej i drobnych intrygach Paryża, ty, który chronisz królów, a co ważniejsze — królowe, który masz godzić stronnictwa, i kierować wyborami, ty, który więcej zdziałasz piórem i telegrafem, siedząc w gabinecie, niż Napoleon zdziałał na polu bitwy mieczem i zwycięstwami; ty, który posiadasz dwadzieścia pięć tysięcy liwrów renty oprócz pensji w ministerstwie oraz konia; ty, który chadzasz do Jockey Clubu, opery i teatru, nie potrafisz znaleźć w tym nic, co mogłoby cię rozerwać? A więc dobrze, jeśli tak, to ja cię zabawię.
— Jakim sposobem?
— Dziś poznasz kogoś u mnie.
— Mężczyznę czy kobietę?
— Mężczyznę.
— E, znam ich dosyć.
— Ale nie znasz takiego, jak ten.
— Skądże się wziął? Z krainy czarów?
— Kto wie.
— Do diabła! Mam nadzieję, że nie przybywa stamtąd razem z naszym śniadaniem?
— Nie, bądź spokojny; śniadanie szykuje się w kuchni, u mamy. A co, głodny jesteś?
— Zgadza się, nawet jeśli przyznać się do tego — to rzecz upokarzająca. Wczoraj jadłem obiad u pana de Villefort; a zauważyłeś może, mój drogi, że u wszystkich prokuratorów jada się fatalnie? Jakby ich bez przerwy gryzło sumienie.
— Do licha, nie szkaluj obiadów u bliźnich, jakże się jada u twoich ministrów?
— Tak, ale my przynajmniej nie zapraszamy ludzi z dobrego towarzystwa; i gdybyśmy nie musieli gościć na obiadach rozmaitych szubrawców, co myślą, a raczej głosują tak jak trzeba, wystrzegalibyśmy się tych naszych przyjęć, zaręczam.
— Mój drogi, napij się wobec tego jeszcze xeresu, i weź drugi biszkopt.
— Chętnie, hiszpańskie wina masz wyborne; przyznaj, że mieliśmy całkowitą słuszność, pacyfikując ten kraj.
— Zapewne; ale co z don Carlosem?
— Co? Don Carlos będzie sobie pił Bordeaux, a za dziesięć lat ożenimy jego syna z młodziutką królową.
— Za co dostaniesz order Złotego Runa, jeśli jeszcze będziesz w ministerstwie.
— Zdaje mi się, że opracowałeś dziś system karmienia mnie samymi kadzidłami.
— Przyznasz sam, że najlepiej pobudzają prawdziwy apetyt; ale czekaj, słyszę w przedpokoju głos Beauchampa; pokłócicie się, a to wam skróci oczekiwanie.
— O cóż mamy się sprzeczać?
— O gazety.
— Drogi przyjacielu — rzekł Lucjan z monarszą pogardą. — Czyż ja czytuję gazety?
— W takim razie macie dodatkowy powód do tym zajadlejszej kłótni.
— Pan Beauchamp! — oznajmił służący.
— Chodźże do nas, człowieku straszliwego pióra — zawołał Albert, idąc ku przybyłemu.
— Patrz, jest tu Lucjan, co cię nienawidzi, chociaż nie czyta nigdy, tak przynajmniej mówi.
— Ma świętą rację — rzekł Beauchamp. — To tak jak ja: krytykuję go, a nie wiem nic o tym, co robi; witaj, komandorze!
— A, już wiesz o tym! — odpowiedział sekretarz osobisty, wymieniając z dziennikarzem uścisk dłoni i uśmiech.
— Jakżeby inaczej! — zawołał Beauchamp.
— I co mówią o tym w świecie?
— W którym? Bo wiele światów mamy w roku pańskim 1838.
— No, w świecie, w którym brylujesz — krytyczno-politycznym.
— Powiada się tam, że słusznie ci się to należy — tak hojnie szafujesz czerwienią, że wyrósł na niej błękitny kwiatek.
— Brawo, brawo, niezły koncept — rzekł Lucjan. — Dlaczegóż do nas nie należysz, mój drogi? Z takim dowcipem mógłbyś w lat parę zrobić karierę.
— Toteż na jedną tylko rzecz czekam, zanim pójdę za twoją radą: na rząd, który by przetrwał choć z pół roku. A teraz do ciebie jedno słówko, drogi Albercie, bo trzeba dać odsapnąć biednemu Lucjanowi. Będziemy jedli śniadanie czy obiad? Bo ja muszę być w Izbie. W naszym rzemiośle, jak widzicie, nie wszystko jest różowe.
— Tylko śniadanie. Czekamy jeszcze na dwie osoby i siadamy do stołu.
— A któż to ma przyjść? — spytał Beauchamp.
— Szlachcic i dyplomata.
— Oj, to znaczy, że poczekamy sobie dwie godzinki na szlachcica i dwie godziny na dyplomatę. Zjawię się przy deserze. Zostawcie mi poziomek, kawę i cygara. Zjem sobie kotlet w Izbie.
— Nie kłopocz się tym, bo gdyby nawet szlachcicem miał być Montmorency, a dyplomatą Metternich, siadamy do śniadania nie później jak o jedenastej. A tymczasem skosztuj, jak Lucjan, xeresu i biszkoptów.
— No, to w takim razie zostanę, koniecznie mi dziś trzeba trochę rozrywki.
— O proszę! Zupełnie jak Lucjanowi! A przecież kiedy rząd się smuci, opozycja powinna się radować!
— Ech, bo widzisz, mój drogi, sam nie wiesz, co mi grozi. Dziś przed południem mam słuchać w Izbie Deputowanych między innymi pana Danglarsa, wieczorem zaś u jego żony czeka nas tragedia, którą napisał par Francji. Niech diabli wezmą rząd konstytucyjny! Czemu wybraliśmy taki, skoro, jak powiadają, wybór od nas zależał?
— Rozumiem — chcesz przygotować sobie zapasik wesołości.
— Nie gadajże źle o mowach pana Danglarsa — rzekł Debray. — Głosuje za wami, należy do opozycji.
— W tym sęk! I dlatego czekam, aż go wreszcie wyprawicie do pałacu Luksemburskiego, żeby tam przemawiał, bo wtedy będę mógł się z niego uśmiać do woli.
— Mój drogi — zwrócił się Albert do Beauchampa. — Widać, że sprawy hiszpańskie są załatwione, bo jesteś dziś straszliwie cierpki. Przypomnijże sobie, że w kronice paryskiej była mowa o moich zaręczynach z panną Eugenią Danglars. Nie mogę zatem zezwolić, nie czując wyrzutów sumienia, abyś drwił z talentów krasomówczych człowieka, który ma mi kiedyś powiedzieć: „Panie wicehrabio! Wiesz pan, że daję dwa miliony mojej córce!”.
— Daj spokój! — obruszył się Beauchamp. — To małżeństwo nie dojdzie do skutku, król mógł Danglarsa zrobić baronem, może go zrobić parem, ale nigdy nie zrobi zeń szlachcica, a hrabia de Morcerf, żołnierz, arystokrata, ma tyle dumy, że nie zgodzi się dla dwóch nędznych milionów na mezalians. Wicehrabia de Morcerf może poślubić jedynie markizę.
— Ale dwa miliony! To jednak ładna sumka — odparł Morcerf.
— Jest to kapitał spółki posiadającej teatr bulwarowy albo linię kolejową z jednego brzegu Sekwany na drugi.
— Niech on sobie gada, co chce — rzekł niedbale Debray — a ty, Albercie, żeń się. Poślubisz etykietę worka, nieprawdaż? No i świetnie, co cię to ma obchodzić? Lepiej, żeby na takiej etykiecie było mniej o jeden herb, a więcej o jedno zero. Masz w swoim herbie siedem kosów — podarujesz żonie trzy, a zostanie ci cztery. Będziesz miał i tak o jednego ptaszka więcej niż Gwizjusz, krewniak cesarza niemieckiego, który omalże nie został królem Francji.
— Na honor, chyba masz rację, Lucjanie — rzekł z roztargnieniem Albert.
— Oczywiście, że mam! Skądinąd każdy milioner jest tak samo szlachcicem jak bastard, to znaczy może nim być.
— Cyt! Przestań pleść, Lucjanie — uśmiechnął się Beauchamp — bo nadchodzi Château-Renaud, który, aby wyleczyć cię z manii paradoksów, gotów cię przeszyć mieczem swego przodka, Renaud de Montaubana.
— Ejże, poniżyłby się — odpowiedział Lucjan — bom pochodzenia niskiego, a nawet arcyniskiego.
— Doskonale! — zawołał Beauchamp. — Człowiek władzy wyśpiewuje jak sam Beranger, dokąd my zmierzamy, mój Boże!
— Pan de Château-Renaud! Pan Maksymilian Morrel! — rzekł służący, oznajmiając przybycie dwóch nowych gości.
— A więc już wszyscy! — rzekł Beauchamp. — Będziemy zatem jedli, bo jeśli się nie mylę, to czekałeś tylko na dwie osoby, Albercie?
— Morrel? — szepnął Albert zdziwiony. — Morrel? A któż to taki?...
Lecz zanim dokończył zdania, pan Château-Renaud, piękny mężczyzna lat około trzydziestu, szlachcic w każdym calu, to jest o urodzie Guiche’a, a dowcipie Montemarta, ujął Alberta za rękę i rzekł:
— Pozwól, mój drogi, abym ci przedstawił pana Maksymiliana Morrel, kapitana spahisów, mojego przyjaciela, ba, więcej nawet — wybawcę. A zresztą nie wymaga on żadnej prezentacji. Powitajże, hrabio, mojego bohatera.
I odsunął się, aby przepuścić młodzieńca słusznego wzrostu i szlachetnej postawy, o szerokim czole, bystrym oku, czarnym wąsie. Czytelnik poznał go już w Marsylii, w okolicznościach na tyle dramatycznych, że zapewne nie zdążył o nim zapomnieć.
Bogaty mundur, na wpół francuski, a na wpół wschodni, noszony z wdziękiem, pięknie uwydatniał szeroką pierś, ozdobioną krzyżem legii honorowej, i smukłość talii.
Młody oficer skłonił się z wykwintną uprzejmością. W każdym ruchu malował się wdzięk i siła jednocześnie.
— Drogi panie — rzekł Albert z uprzejmością pełną serdeczności — baron de Château-Renaud bez wątpienia wiedział, że wielką radość sprawi mi poznanie pana. Jesteś jego przyjacielem, raczże być i naszym.
— Świetnie powiedziane — zawołał Château-Renaud. — Życzę ci, wicehrabio, aby w podobnym przypadku pan kapitan uczynił dla ciebie to, co uczynił dla mnie.
— A cóż to było? — zapytał Albert.
— O, nie warto mówić — odezwał się Morrel. — Przeceniasz pan wielkość pomocy.
— Jak to! — sprzeciwił się Château-Renaud. — Nie warto mówić? Życie nie zasługuje, aby o nim mówić? Doprawdy, zbyt filozoficznie to ujmujesz, mój drogi kapitanie!... To dobre w pańskim przypadku, bo narażasz co dzień życie, ale ja naraziłem raz jeden, i to przypadkiem...
— Z tego wszystkiego widzę tylko, że pan kapitan ocalił ci życie.
— Mój Boże, tak właśnie! — rzekł Château-Renaud.
— Jak to się stało? — zawołał Beauchamp.
— Mój drogi, wiesz, że umieram z głodu — zaoponował Debray — nie zaczynaj go teraz wypytywać.
— Ależ przecież to nie przeszkadza — rzekł Beauchamp — żebyśmy zasiedli do śniadania... Château-Renaud opowie nam wszystko przy stole.
— Panowie — przerwał Morcerf — dopiero kwadrans po dziesiątej, a zważcie, że jeszcze na kogoś czekamy.
— Ach, prawda, na tego dyplomatę — rzekł Debray.
— Czy to dyplomata, czy nie, tego właściwie nie wiem; ale wiem, że zleciłem mu poselstwo w mojej sprawie, z którego on wywiązał się tak znakomicie, że gdybym był królem, mianowałbym go natychmiast kawalerem wszystkich moich orderów, nawet gdyby zależałyby ode mnie naraz i Złote Runo, i Podwiązka.
— A więc, ponieważ nie siadamy jeszcze do stołu — rzekł Debray — nalej sobie xeresu, baronie, tak jak myśmy to zrobili, i opowiadaj.
— Wszyscy wiecie, jak przyszło mi do głowy wypuścić się do Afryki.
— Drogę wytyczyli ci twoi przodkowie, mój drogi — wtrącił dwornie Albert.
— Tak, ale wątpię, żebyś to robił po to, żeby jak oni oswobodzić grób Chrystusa — odezwał się Beauchamp.
— Masz rację — rzekł młody arystokrata — Chciałem sobie postrzelać z pistoletu, ot tak, po amatorsku. Do pojedynków, jak wiecie, mam wstręt od czasu, kiedy sekundanci, których wybrałem, aby załagodzić pewne nieporozumienie, zmusili mnie, bym strzaskał rękę najlepszemu przyjacielowi... no, temu poczciwemu Franzowi d’Epinay, znacie go przecież wszyscy.
— A, prawda — rzekł Debray. — Strzelaliście się kiedyś... o co poszło?
— Niech mnie diabli wezmą, jeśli pamiętam — odpowiedział Château-Renaud. — To tylko pamiętam, że zawstydzony, że marnuję tak wielki talent, postanowiłem wypróbować na Arabach nowe pistolety, które dostałem w podarunku. Popłynąłem więc statkiem do Oranu, z Oranu udałem się do Konstantyny i trafiłem tam w chwili, gdy odstępowano od oblężenia. Musiałem zawrócić wraz z innymi. Przez dwie doby znosiłem niezgorzej deszcz w dzień, śnieg w nocy, ale trzeciego dnia, rankiem, koń mój padł od zimna! Biedne zwierzę, przywykłe do derek i ogrzewanych stajen... arab, ale poczuł się w Arabii jak w obcym kraju — wystawiony na dziesięciostopniowy mróz.
— To dlatego chcesz kupić mego anglika — rzekł Debray — sądzisz, że lepiej będzie znosił mrozy.
— Mylisz się. Przysiągłem sobie nigdy już nie wracać do Afryki.
— Aż tak się strachu najadłeś? — zapytał Beauchamp.
— Ależ tak, i nie kryję się z tym — odpowiedział Château-Renaud — a było czego!
Koń mi zginął, szedłem więc pieszo, aż nagle przygalopowało sześciu Arabów, dybiąc na moją biedną głowę; powaliłem dwóch z fuzji, a dwóch z pistoletów — bo dobrze strzelam, ale pozostało jeszcze dwóch, a ja już byłem bez broni. Jeden chwycił mnie za włosy, dlatego noszę takie krótkie, bo kto wie, co się jeszcze może zdarzyć; drugi przyłożył mi do szyi jatagan i czułem już ostry chłód żelaza, gdy ten, którego tu widzicie, natarł na nich i zabił wystrzałem z pistoletu Araba, który mnie trzymał za włosy, a drugiemu, co mi chciał poderżnąć gardło, porąbał łeb pałaszem. Pan kapitan postanowił sobie, że w dniu tym ocali komuś życie, a przypadek zrządził, że ocalił właśnie mnie. Jak się wzbogacę, zamówię u Klagmana albo Marochettiego posąg przedstawiający Przypadek.
— W istocie — rzekł z uśmiechem Morrel — było to piątego września, to jest w rocznicę dnia, w którym mój ojciec został cudownie uratowany; dlatego też staram się, o ile to jest w mej mocy, co roku uczcić ten dzień jakimś uczynkiem...
— Bohaterskim, nieprawdaż? — przerwał Château-Renaud. — Krótko mówiąc, los padł na mnie. Ale to jeszcze nie koniec; ocaliwszy mi życie, kapitan wybawił mnie od zimna, a dał mi nie połowę swego płaszcza, jak święty Marcin, ale cały; wreszcie od głodu, bo się ze mną podzielił, zgadnijcie czym?
— Pasztetem od Felixa?
— Nie, własnym koniem, którego zjedliśmy z wielkim apetytem; co za wielki...
— Co? Koń? — roześmiał się Albert.
— Nie, dowód poświęcenia. Spytajcie Lucjana, czy poświęciłby swojego anglika dla nieznajomego?
— Dla kogoś obcego nie — rzekł Debray — ale dla przyjaciela, kto wie...
— Przeczułem, że będziesz moim przyjacielem, panie hrabio — odezwał się Morrel — a zresztą miałem już zaszczyt powiedzieć panu, że czy to było bohaterstwo, czy skłonność do poświęcenia, w tym dniu winien byłem złożyć ofiarę złej doli, aby odwdzięczyć się za łaskę, jaką nam niegdyś los dobry wyświadczył.
— Zdarzenie, o którym wspomina pan Morrel, to zadziwiająca historia — mówił dalej Château-Renaud. — Opowie wam, gdy się z nim bliżej poznacie. A dzisiaj zajmijmy się żołądkiem, a nie wspomnieniami. O której ma być śniadanie, Albercie?
— O wpół do jedenastej.
— Punktualnie? — zapytał Debray, dobywając zegarka.
— Pozwólcież mi z łaski swojej poczekać jeszcze pięć minut — rzekł Albert — bo ja także oczekuję wybawcy.
— Czyjegoż to?
— Mojego, do licha! Sądzicie, że mnie nie można wybawić równie dobrze, jak kogo innego i że tylko Arabowie ścinają głowy? Śniadanie nasze jest na cześć filantropii i spodziewam się, że będziemy mieli u stołu przynajmniej dwóch dobroczyńców ludzkości.
— I cóż poczniemy? — zasmucił się Debray. — Mamy jedną tylko nagrodę Montyona.
— Da się ją po prostu temu, co na nią nie zasłużył — odparł Beauchamp. — Tym sposobem Akademia zwykle wymiguje się od kłopotu.
— A skądże on się wziął? — zapytał Debray. — Wybacz natarczywe pytanie, wiem, że już na nie odpowiadałeś, ale tak niejasno, że ośmielam się zapytać raz jeszcze.
— Tak naprawdę, to nie wiem — rzekł Albert. — Zaprosiłem go przed trzema miesiącami, poznawszy w Rzymie, ale kto może wiedzieć, gdzie był potem?
— Myślisz, że potrafi zachować punktualność?
— Myślę, że on potrafi wszystko.
— Pamiętaj, że licząc pięć minut, o które prosiłeś, pozostało już tylko dziesięć.
— O, skorzystam więc z tego, aby powiedzieć wam o nim parę słów.
— Przepraszam — odezwał się Beauchamp — czy może być w tym temat na felieton?
— Owszem, i to nadzwyczaj ciekawy.
— No to opowiadaj, bo widzę, że i tak już nie zdążę na posiedzenie Izby, muszę to sobie czym innym wynagrodzić.
— W czasie karnawału byłem w Rzymie...
— Wiemy, wiemy — rzekł Beauchamp.
— Ale nie wiecie, że mnie tam porwali bandyci.
— Nie ma już bandytów — rzekł Debray.
— Owszem, są i nawet odrażający, a raczej zadziwiający, bo wydali mi się tak straszni, że aż piękni.
— Słuchaj no, kochaneczku! — rzekł Debray. — Przyznaj się nam, że twój kucharz się spóźnia, że ostrygi nie nadeszły z Marennes lub Ostendy i ty na wzór pani de Maintenon chcesz potrawę zastąpić powiastką. Przyznaj się, kochany, znamy się tu wszyscy i lubimy na tyle, aby ci przebaczyć i wysłuchać twojej historii, gdyby nawet była rodem z baśni dla dzieci, na jaką zresztą wygląda.
— A ja wam powtarzam, że choć wydaje się zmyśloną, jest najprawdziwszą od początku do końca. Bandyci tedy porwali mnie i zaprowadzili w miejsce bardzo ponure, które nazywają katakumbami Świętego Sebastiana.
— Znam je — przerwał Château-Renaud. — Omal tam nie dostałem gorączki.
— Ze mną gorzej było. Oznajmiono mi, że będę więźniem, póki nie zapłacę bagatelnego okupu — cztery tysiące dukatów rzymskich, co znaczy dwadzieścia sześć tysięcy liwrów z Tours. Na nieszczęście miałem tylko tysiąc pięćset, kończyłem już podróż i kredyt mój był wyczerpany. Napisałem do Franza. No właśnie, przecież Franz tam był, możecie go zapytać, czy choć na jotę kłamię. Napisałem więc do Franza, że jeśli nie przybędzie o godzinie szóstej z rana z czterema tysiącami dukatów, to dziesięć po szóstej znajdę się pomiędzy błogosławionymi świętymi i chwalebnymi męczennikami, w których kompanii miałem zaszczyt się znajdować, bo pan Luigi Vampa (tak się nazywał naczelnik bandytów) postara się sumiennie o to, by mnie to nie ominęło.
— Ale Franz przybył z czterema tysiącami dukatów, nieprawdaż? — rzekł Château-Renaud. — Do diabła, nie kłopocze się o cztery tysiące ten, kto się nazywa Franz d’Epinay albo Albert de Morcerf!
— Otóż nie; zjawił się po prostu z owym człowiekiem, którego wam zapowiadałem i którego mam nadzieję wam przedstawić.
— A więc ten jegomość to jakiś Herkules, zabójca Kakusa, albo Perseusz, wyzwoliciel Andromedy?
— Nie, to człowiek mniej więcej mego wzrostu.
— Uzbrojony po zęby?
— Nie miał przy sobie nawet szydełka.
— A więc ułożył się o okup?
— Szepnął coś tylko na ucho hersztowi i byłem wolny.
— Jeszcze go przeprosili za zatrzymanie — rzekł Beauchamp.
— Właśnie tak było — odpowiedział Morcerf.
— Coś takiego! Czyżby to jakiś nowy Ariosto?
— Nie, po prostu hrabia Monte Christo.
— Nie ma hrabiów o takim nazwisku — odezwał się Debray.
— I ja tak sądzę — dodał Château-Renaud z zimną krwią człowieka, który ma w jednym palcu cały herbarz europejski — nikt nie słyszał o istnieniu jakichś hrabiów Monte Christo.
— Może pochodzi z Ziemi Świętej — rzekł Beauchamp. — Może któryś z jego przodków posiadał Kalwarię, jak ród Mortemartów posiadał Morze Martwe.
— Za pozwoleniem — przerwał Maksymilian — chyba mogę pomóc panom w rozstrzygnięciu tej kwestii. Monte Christo to wysepka, o której słyszałem od majtków pracujących u mego ojca; ziarnko piasku wśród Morza Śródziemnego, atom w nieskończoności.
— Właśnie tak, panie kapitanie — rzekł Albert. — Otóż panem i władcą tego ziarnka piasku, jest ten, o którym wam opowiadam. Tytuł hrabiego kupił sobie gdzieś w Toskanii.
— No, to bogaczem jest twój hrabia.
— Ba! Ja myślę.
— Ale to chyba przecież widać.
— Właśnie, że nie, Lucjanie.
— Nie rozumiem.
— Czytałeś Księgę tysiąca i jednej nocy?
— Też mi pytanie.
— A więc, pomyśl — wiesz od razu, czy ludzie są tam bogaci czy biedni? Czy ziarna zboża nie są przypadkiem rubinami albo diamentami? Zdaje ci się, że to biedni rybacy i traktujesz ich jak rybaków, aż oto nagle otwierają ci jakąś tajemniczą jaskinię ze skarbami, za które mógłbyś kupić Indie.
— I cóż z tego?
— To, że mój hrabia de Monte Christo jest właśnie takim rybakiem. I ma nawet imię odpowiednie, nazywa się Sindbad Żeglarz i posiada jaskinię pełną złota.
— I widziałeś, Albercie, tę jaskinię?
— Ja nie, ale Franz widział. Ale nie wolno o tym ani słowa pisnąć przed hrabią. Franza wprowadzono tam z zawiązanymi oczyma, a posługiwała mu służba złożona z samych niemych i kobiet, przy których Kleopatra przypominałaby podobno tylko pospolitą kurewkę. Ale nie jest do końca pewien tych kobiet, weszły bowiem dopiero, gdy zażył sobie haszyszu; więc może wziął za kobiety tańcujące wokół niego posągi.
Przyjaciele spojrzeli na Alberta tak, jakby chcieli zapytać: „Pomieszało ci się w głowie, czy z nas chcesz zrobić pomyleńców?”.
— W istocie — rzekł Morrel, zamyślony — podobną historię opowiadał mi kiedyś stary marynarz nazwiskiem Penelon.
— Co za szczęście — rzekł Albert — że pan Morrel przychodzi mi w pomoc. Nie w smak wam, że pan Morrel rzucił kłębek nici do mojego labiryntu?
— Wybacz, kochaneczku — rzekł Debray — ale to, co mówisz, jest tak nieprawdopodobne...
— Do licha, nieprawdopodobne dlatego, że wasi ambasadorowie i konsulowie nic o tym nie mówią, bo im na to brak czasu, muszą przecież szykanować swoich podróżujących ziomków.
— O, i znowu irytujesz się i napadasz na naszych biednych agentów. Mój Boże, a jakim cudem mogą wam oni pomagać? Izba bez przerwy uszczupla im pensje, dlatego coraz o nich trudniej. A może chcesz zostać ambasadorem, Albercie? Załatwię ci nominację do Konstantynopola.
— Nigdy! Okażę przychylność dla Muhammada Alego, a sułtan przyśle mi od razu sznurek, aby mnie moi sekretarze udusili.
— Sam więc widzisz — rzekł Debray.
— Tak, ale wszystko to nie przeszkadza, aby mógł istnieć mój hrabia Monte Christo.
— Dalibóg! Wszyscy istniejemy, i to dopiero cud!
— Istniejemy, bez wątpienia, ale nie w takich samych warunkach. Nie każdy ma czarnych niewolników, książęce galerie, broń damasceńską, konie po sześć tysięcy franków, grecką kochankę!
— Widziałeś tę Greczynkę?
— Widziałem i słyszałem. Widziałem w teatrze Valle, słyszałem razu jednego, gdym był na śniadaniu u hrabiego.
— To ten nadzwyczajny człowiek jada?
— Doprawdy, jeśli je, to tak mało, że nie warto o tym mówić.
— Okaże się w końcu, że to jaki wampir.
— Śmiejcie się, śmiejcie, tak samo myśli hrabina G***, która, jak wiecie, znała lorda Ruthwena.
— Wyborne! — uśmiechnął się Beauchamp. — Dla kogoś, kto nie jest dziennikarzem, byłby to wspaniały odpowiednik sławnego węża morskiego, o którym pisali w „Constitutionnelu”. Wampir! Znakomita historia!
— Oko płowe, którego źrenica rozszerza się i zwęża, wedle woli — rzekł Debray. — Szczęki wydatne, czoło wspaniałe, cera sina, broda czarna, zęby białe i ostre i odpowiednie do tego wszystkiego obejście.
— Trafiłeś w sedno, Lucjanie — zawołał Albert. — Rysopis dokładny co do joty. Tak właśnie — uprzejmość cierpka, kostyczna. Ten człowiek często przejmował mnie drżeniem. Pewnego razu, gdyśmy się przypatrywali egzekucji, o mało nie zemdlałem i czułem, że to nie dlatego, żem widział kata pełniącego swoją powinność i słyszał jęki delikwenta, ale żem patrzył jednocześnie na hrabiego, słuchając, jak z zimną krwią rozprawiał o wszystkich możliwych torturach na ziemi.
— A nie zabrał cię na przechadzkę w ruiny Koloseum, aby ci trochę krwi wyssać? — zapytał Beauchamp.
— Albo, kiedy już cię uwolnił, nie kazał ci przypadkiem podpisać szkarłatnego cyrografu, w którym musiałeś sprzedać mu duszę, jak Ezaw sprzedał prawo starszeństwa?
— Żartujcie, żartujcie, ile się wam podoba, moi panowie — rzekł Albert nieco urażony. — Kiedy na was patrzę, piękni Paryżanie, przyzwyczajeni do bulwaru Gandawskiego, spacerujący po lasku Bulońskim, i kiedy sobie przypomnę tego człowieka, zdaje mi się, że nie jesteśmy z jednej gliny.
— Pochlebia mi to! — rzekł Beauchamp.
— Zawsze jednak z tego wynika — dodał Châtau-Renaud — że twój hrabia Monte Christo musi być w wolnych chwilach bardzo przyjemnym człowiekiem, wyjąwszy jednak jego osobliwe konszachty z bandytami włoskimi.
— E, nie ma żadnych włoskich bandytów — rzekł Debray.
— Ani wampirów — dorzucił Beauchamp.
— Ani hrabiego Monte Christo — zakończył Debray. — Słyszysz, Albercie? Bije wpół do jedenastej.
— Przyznaj się, że miałeś jakieś senne koszmary i chodźmy na śniadanie — rzekł Beauchamp.
Ale nim echo dźwięków zegara ucichło, otwarły się drzwi i Germain oznajmił:
— Jego ekscelencja pan hrabia Monte Christo!
Wszyscy drgnęli mimowolnie, zdradzając, jak bardzo opowiadanie Alberta zapadło im w duszę. Sam Albert nie mógł oprzeć się gwałtownej emocji. Nie dał się bowiem słyszeć żaden turkot powozu na ulicy, ani szmer kroków w przedpokoju, nawet drzwi otwarły się bezszelestnie.
Hrabia stanął w progu, ubrany z największą prostotą, ale najbardziej jednak wymagający salonowiec nie znalazłby w jego toalecie nic do zarzucenia. Wszystko tu było w wytwornym guście, wszystko pochodziło od najlepszych dostawców: frak, cylinder i koszula.
Nie wyglądał więcej jak na trzydzieści pięć lat, a najbardziej uderzyło wszystkich zebranych jego zadziwiające podobieństwo do wizerunku, jaki opisał Debray.
Hrabia podszedł z uśmiechem na środek salonu, wprost do Alberta, który idąc mu spiesznie naprzeciw, wyciągnął serdecznie rękę.
— Punktualność — rzekł Monte Christo — jest grzecznością królów, jak utrzymywał jeden z waszych monarchów. Ale podróżni czasem się spóźniają, choć nie zależy to od ich woli. Mam jednak nadzieję, drogi hrabio, że przez wzgląd na moje dobre chęci przebaczysz mi tych kilka sekund spóźnienia. Trudno przebyć pięćset mil drogi i nie spotkać jakiejś przeciwności; a przede wszystkim we Francji gdzie podobno zakazano bić pocztylionów.
— Panie hrabio — odpowiedział Albert. — Właśnie zapowiadałem pańskie przybycie kilku moim przyjaciołom, których zaprosiłem tu z powodu danej mi przez pana obietnicy, i mam zaszczyt przedstawić ich panu. Oto pan hrabia de Château-Renaud, którego szlachectwo sięga czasów Karola Wielkiego i którego przodkowie siadywali przy Okrągłym Stole. Pan Lucjan Debray, sekretarz osobisty ministra spraw wewnętrznych. Pan Beauchamp, groźny dziennikarz, postrach rządu francuskiego, ale mimo jego sławy na skalę narodową, nie mógł pan słyszeć o nim we Włoszech, bo nie wpuszczają tam jego gazety. Na koniec pan Maksymilian Morrel, kapitan spahisów.
Na to nazwisko hrabia, który dotąd kłaniał się uprzejmie, ale z prawdziwie angielską nieprzystępnością i chłodem, postąpił mimowolnie do przodu, a na jego policzkach pojawił się na chwilę leciutki rumieniec.
— Nosi pan mundur zwycięzców — rzekł. — Piękny to mundur!
Trudno powiedzieć, co w tym momencie wywołało tak silne drżenie w głosie hrabiego i czemu jego oczy, tak piękne, spokojne i jasne — jeśli tylko z jakiegoś powodu nie krył ich pod powiekami — zabłysły nagle jakby wbrew niemu samemu.
— Pan hrabia nigdy nie widział naszych Afrykańczyków? — spytał Albert.
— Nigdy — odrzekł hrabia, całkiem już odzyskawszy panowanie nad sobą.
— Panie hrabio, pod tym mundurem bije jedno z najwaleczniejszych i najszlachetniejszych serc w całej armii.
— Ależ, panie hrabio — przerwał Morrel.
— Proszę pozwolić mi skończyć, kapitanie... Właśnie dowiedzieliśmy się — ciągnął Albert — o tak bohaterskim czynie pana kapitana, że choć widzę dziś pana, Maksymilianie, po raz pierwszy, proszę, wyświadcz mi tę łaskę i pozwól, bym przedstawił pana hrabiemu jako mojego przyjaciela.
Przy słowach tych ponownie dało się dostrzec u Monte Christo owo spojrzenie dziwnie nieruchome, ów przelotny rumieniec i lekkie drganie powieki, które zawsze zdradzały u niego poruszenie.
— A, ma więc pan szlachetne serce — rzekł hrabia — tym lepiej.
Ten dziwny komentarz, stanowiący w większym stopniu odpowiedź na własne myśli hrabiego niż na słowa Alberta, zaskoczył wszystkich, zwłaszcza zaś Morrela, który zdumiony spojrzał na Monte Christo. Lecz w głosie hrabiego było zarazem tyle łagodności i — rzec by można — słodyczy, iż nie sposób było się obrazić.
— Dlaczego miałby niby o tym wątpić? — rzekł Beauchamp do Château-Renaud.
— Rzeczywiście — odpowiedział Château-Renaud, który z całym swym obyciem w świecie i jasnością spojrzenia arystokraty przeniknął na wylot wszystko, co tylko w Monte Christo dało się przeniknąć — rzeczywiście Albert nie wprowadził nas w błąd, mówiąc, iż szczególny to człowiek ów hrabia. A co pan o nim sadzi, Morrelu?
— Dalibóg, dobrze patrzy mu z oczu, a i głos ma miły, więc pomimo tej dziwnej uwagi na mój temat podoba mi się.
— Panowie — rzekł Albert — German donosi, że podano już do stołu. Drogi hrabio, pozwól, że cię zaprowadzę.
W milczeniu przeszli do sali jadalnej. Każdy zajął swoje miejsce.
— Panowie — rzekł hrabia, siadając. — Pozwólcie mi powiedzieć coś na wytłumaczenie wszelkich uchybień, których mógłbym się dopuścić; jestem cudzoziemcem, i to tak dalece, że po raz pierwszy przyjechałem do Paryża; życie francuskie jest mi zupełnie obce, dotąd wiodłem jedynie tryb życia wschodni, jak najdalszy od dobrych zwyczajów Paryża; wybaczcie więc, proszę, jeśli znajdziecie we mnie coś, co na Turka zakrawa, trąci Neapolitańczykiem albo też Araba przypomina. A teraz możemy już spokojnie jeść.
— W jaki sposób on mówi! — szepnął Beauchamp. — To stanowczo wielki pan.
— Wielki, choć cudzoziemiec — dodał Debray.
— Wielki pan będzie wszędzie wielkim panem, panie Debray — rzekł Château-Renaud.
Hrabia, jak już wiadomo, jadał niewiele. Albert napomknął o tym, wyrażając obawę, czy aby życie paryskie już na wstępie nie zrazi podróżnika swym najbardziej prozaicznym, ale i nieodzownym aspektem.
— Drogi hrabio — rzekł. — Lękam się, czy kuchnia ulicy Helderskiej będzie ci smakować na równi z kuchnią placu Hiszpańskiego. Powinienem był zapytać, co pan najbardziej lubi i kazać przygotować kilka potraw zgodnie z pana upodobaniem.
— Gdybyś pan mnie znał więcej — odpowiedział z uśmiechem hrabia — nie zadawałbyś sobie tyle trudu prawie upokarzającego dla podróżnika, który jak ja, żywił się makaronem w Neapolu, polentą w Mediolanie, olla pudrida w Walencji, pilawem w Konstantynopolu, carrickiem w Indiach, jaskółczymi gniazdami w Chinach. Taki obieżyświat jak ja uznaje każdą kuchnię. Jadam wszystko i wszędzie, tyle że mało, a dziś właśnie, gdy wyrzucasz mi pan wstrzemięźliwość, mam ogromny apetyt, ponieważ od wczoraj nie jadłem nic.
— Jak to! Od wczorajszego rana? — zawołali biesiadnicy — Pan hrabia nie jadł od 24 godzin?
— Nie jadłem — odpowiedział Monte Christo. — Zmuszony byłem zboczyć nieco z drogi i zasięgnąć informacji w okolicach Nîmes, przez co, będąc i tak spóźnionym, nie chciałem dłużej już się zatrzymywać.
— I nie jadł pan również w powozie? — zapytał Albert.
— Nie; spałem, tak jak zdarza mi się to, gdy nudzę się, a nie mam odwagi rozerwać się, lub kiedy jestem głodny, a jeść nie mam ochoty.
— Rządzisz pan swoim snem? — zapytał Albert.
— W pewnym sensie
— Zapewne masz pan na to jakiś sposób?
— Niezawodny.
— To by się dopiero przydało nam, Afrykańczykom, bo nie zawsze mamy co jeść, a rzadko kiedy co pić — rzekł Morrel.
— Masz pan rację — odpowiedział Monte Christo. — Niestety jednak mój sposób, znakomity dla kogoś, kto jak ja prowadzi życie wyjątkowe, byłby bardzo niebezpieczny dla wojska, gdyż w razie potrzeby mogło by się nie obudzić.
— Można dowiedzieć się, cóż to za sposób? — zapytał Debray.
— Ależ oczywiście — rzekł Monte Christo. — Nie robię z tego żadnej tajemnicy; jest to mieszanina doskonałego opium, po które sam jeździłem do Kantonu, aby być pewnym jego jakości, i najlepszego haszyszu, jaki się zbiera na Wschodzie, między Tygrysem i Eufratem; miesza się oba te składniki w równych proporcjach i formułuje w pigułki, które zażywane są w razie potrzeby. Po dziesięciu minutach zaczynają działać. Może pan zapytać barona Franza d’Epinay, zdaje się, że on wypróbowywał kiedyś ten środek.
— Tak, rzeczywiście — odpowiedział Albert. — Wspominał coś pokrótce i zdaje się, że nawet zachował bardzo przyjemne wrażenia z owego doświadczenia.
— Ale, ale — przerwał Beauchamp, który jako dziennikarz był bardzo nieufny — czy zawsze nosisz pan przy sobie ów narkotyk?
— Zawsze — odpowiedział Monte Christo.
— Nie byłoby nadużyciem prosić pana o pokazanie owych cennych pigułek? — mówił dalej Beauchamp, mając nadzieję, iż przyłapie cudzoziemca na bladze.
— Ależ skąd, proszę bardzo — odpowiedział hrabia.
I dobył z kieszeni cudne puzderko, całe wykonane z jednego szmaragdu, w środku wydrążonego, zamkniętego złotą śrubką. Gdy śrubkę tę się odkręciło, wypadała malutka gałka koloru zielonego, a wielkości groszku, o przenikliwym, cierpkim zapachu. Puzderko mieściło cztery czy pięć podobnych gałek, a miejsca było w nim na jakieś dwanaście.
Puzderko okrążyło stół, lecz goście podawali je sobie więcej dla widoku owego cudnego szmaragdu, niż z ciekawości zobaczenia i zbadania pigułek.
— Czy to kucharz pański przygotowuje ów specjał? — zapytał Beauchamp.
— Nie — odpowiedział Monte Christo. — W tym, co sprawia mi prawdziwą rozkosz, nie zdaję się na łaskę rąk niegodnych. Jestem niezgorszym chemikiem, sam więc przygotowuję owe pigułki.
— To prawdziwie piękny szmaragd i największy, jaki kiedykolwiek widziałem, choć i moja matka miała kilka godnych uwagi klejnotów — rzekł Château-Renaud.
— Miałem kiedyś trzy takie — odpowiedział Monte Christo. — Jeden podarowałem sułtanowi, który kazał osadzić go w mieczu, drugi dałem Ojcu Świętemu, ów umieścił szmaragd w tiarze, obok innego, mniej jednak pięknego, podarowanego jego poprzednikowi Piusowi VII przez cesarza Napoleona; a trzeci zostawiłem sobie i ten kazałem wydrążyć; ujęło mu to co prawda połowę wartości, ale dzięki temu stał się on bardziej użytecznym.
Wszyscy z zadziwieniem spoglądali na Monte Christo. Opowiadał to z taką prostotą, że tylko czysta prawda lub obłąkanie mogły ten wyraz w głosie i słowach wzbudzić; błyszczący jednak szmaragd w jego ręku zdawał się naturalnie świadczyć za pierwszym przypuszczeniem.
— I cóż władcy owi dali panu w zamian za tak wspaniały podarunek? — zapytał Debray.
— Sułtan darował wolność jednej kobiecie — odpowiedział hrabia — a Ojciec Święty życie jednemu człowiekowi. Tym samym, raz w życiu byłem tak potężny, jak gdyby Bóg pozwolił mi się urodzić na stopniach tronu.
— Tym ocalonym od śmierci był Peppino, nieprawdaż? — zawołał Albert. — Dla niego to wyjednałeś ułaskawienie.
— Być może — rzekł Monte Christo z uśmiechem.
— Nie wyobrażasz sobie, panie hrabio, jaką mi pan sprawia przyjemność, mówiąc w taki właśnie sposób — rzekł Albert. — Zdążyłem pana zapowiedzieć przyjaciołom jako postać z bajki, jako czarodzieja z Tysiąca i jednej nocy albo średniowiecznego czarnoksiężnika; lecz paryżanie tak nawykli do paradoksów, że biorą za kaprys wyobraźni prawdy niezaprzeczalne, skoro tylko te nie wchodzą w ramy ich codziennego życia. I tak: Debray czyta, a Beauchamp drukuje co dzień, że napadnięto i obrabowano na bulwarze członka Jockey-Clubu, co się trochę zapóźnił; że zamordowano cztery osoby przy ulicy Saint-Denis albo na przedmieściu Saint-German; że schwytano dziesięciu, piętnastu, dwudziestu złodziei, już to w kawiarni przy bulwarze Temple, już to w Termach Juliana, a jeden i drugi zaprzecza istnieniu bandytów w Maremmes, na rzymskiej wsi i na Bagnach Pontyjskich. Powiedzże im sam, panie hrabio, bardzo proszę, że ci bandyci mnie porwali i gdyby nie pańskie szlachetne wstawiennictwo, oczekiwałbym dzisiaj na ciała zmartwychwstanie w katakumbach Świętego Sebastiana, a nie przyjmował ich śniadaniem w moim nędznym domku na Helderskiej.
— Ależ przyrzekłeś mi pan — obruszył się Monte Christo — że nigdy nie wspomnisz przy mnie o tej drobnostce.
— To nie ja, panie hrabio — zawołał Albert. — To ktoś inny, któremu wyświadczyłeś pan tą samą przysługę: pomylił go pan ze mną. Owszem, mówmy o tym, błagam, bo jeśli opowiesz pan o tym, to może powtórzysz nie tylko to, o czym już wiem, ale także dodasz wiele faktów, o których nie wiem.
— Zdaje mi się przecież — rzekł hrabia z uśmiechem — że pan grałeś w tej sprawie rolę na tyle ważną, że wiesz równie dobrze jak ja, co się wówczas stało.
— Czy przyrzeknie mi pan — rzekł Albert — że gdy opowiem to, co sam wiem, pan dopowie, czego nie wiem?
— To słuszna propozycja — odpowiedział Monte Christo.
— A więc, chociażby moja miłość własna mogła na tym cierpieć — rzekł Albert — sądziłem przez trzy dni, że jestem obiektem zalotów maseczki, którą brałem za prawnuczkę Tulii lub Poppei — a która była po prostu contadiną; zauważcie, że mówię „contadiną”, by nie powiedzieć „chłopką”. Wiem jeszcze, że okazałem się jeszcze większym dudkiem, bo wziąłem za tę wieśniaczkę młodego bandytę, szesnastoletniego gołowąsa o smukłej kibici, który, gdym posunął się tak daleko, że chciałem go pocałować w gładkie ramię, przyłożył mi pistolet do gardła i z pomocą ośmiu kompanów zaprowadził albo raczej zaciągnął do katakumb Świętego Sebastiana. Tam zastałem herszta bandytów bardzo, daję słowo, kształconego, bo czytał Komentarze Cezara; raczył jednak przerwać lekturę, by mi powiedzieć, że jeśli do szóstej rano nie przekażę czterech tysięcy piastrów do jego kasy, to kwadrans po szóstej przestanę żyć. List istnieje, znajduje się u Franza, ma mój podpis i dopisek pana Luigiego Vampy. Jeśli o tym wątpicie, napiszę do Franza, a ten poświadczy u notariusza podpisy. Ja wiem tyle. A to, czego nie wiem, to to, jakim sposobem zyskałeś sobie, panie hrabio, tak wielki autorytet u rzymskich bandytów, którzy niczego niemal nie szanują? Przyznam się panu, że razem z Franciszkiem nie mogliśmy wyjść z podziwu.
— Nic prostszego, drogi panie. Znam słynnego Vampę od ponad dziesięciu lat. Kiedy jeszcze był pasterzem, w młodości, dałem mu pewnego razu sztukę złota za wskazanie mi drogi. A on, żeby mi nic nie zawdzięczać, dał za to sztylet z rękojeścią, którą sam wyrzeźbił. Musiałeś go pan widzieć w mojej kolekcji broni. Po pewnym czasie, czy zapomniał o tej wymianie podarunków, która powinna była ustanowić przyjaźń między nami, czy też mnie nie poznał, w każdym razie spróbował zasadzić się na mnie. Ale to ja go schwytałem razem z dwunastu jego ludźmi. Mogłem go oddać w ręce sprawiedliwości rzymskiej, która wydaje wyroki błyskawicznie, a z Vampą jeszcze bardziej by się pospieszyła, alem tego nie zrobił. Puściłem go wolno wraz z innymi.
— Pod warunkiem, że nie będą więcej grzeszyli — roześmiał się dziennikarz. — Z przyjemnością widzę, że skrupulatnie dotrzymali słowa.
— Nie, drogi panie — odparł Monte Christo. — Pod warunkiem, że będzie szanował mnie i moich znajomych. Może to, co powiem, wyda się wam dziwne, panowie socjaliści, zwolennicy postępu i humanitaryzmu; nie przejmuję się bliźnimi, nie staram się ochraniać społeczeństwa, które mnie nie chroni w żaden sposób, powiem więcej — które jeśli zajmuje się mną, to po to zazwyczaj, by mi szkodzić; a sądzę, że bliźni i społeczeństwo winni mi wdzięczność, jeśli zachowuję wobec nich neutralność, nie szanując ich zarazem wcale.
— To ci dopiero! — zawołał Château-Renaud. — Oto pierwszy człowiek, jakiego słyszę, który szczerze i odważnie głosi egoizm. To bardzo pięknie! Brawo, panie hrabio!
— To przynajmniej uczciwa postawa — rzekł Morrel — ale jestem pewien, że pan hrabia nie żałował, że raz odstąpił od zasad, które nam tu tak śmiało wyłożył.
— W jaki to sposób miałbym uchybić tym zasadom? — spytał Monte Christo, który nie mógł się powstrzymać, by nie spojrzeć od czasu do czasu na Maksymiliana z taką uwagą, że kilka już razy ten tak śmiały młodzieniec musiał spuścić oczy, nie wytrzymując jasnego, przenikliwego spojrzenia hrabiego.
— Zdaje mi się przecież — odparł Morrel — że ocalając pana de Morcerf, którego pan przecież nie znał, przysłużyłeś się pan i bliźniemu, i społeczeństwu.
— Którego Albert stanowi najpiękniejszą ozdobę — dodał poważnie Beauchamp, opróżniając jednym haustem kielich szampana.
— Panie hrabio — zawołał Albert — zwyciężono pana takim oto rozumowaniem, choć jest pan najlogiczniej rozumującym człowiekiem, jakiego znam. A zaraz zobaczy pan, że dowiedziemy, iż nie jest pan egoistą, ale przeciwnie, filantropem. Panie hrabio, mieni się pan synem Wschodu, Lewantyńczykiem, Maltańczykiem, Hindusem, Chińczykiem, dzikusem; nosi pan nazwisko rodowe Monte Christo, ochrzcił się pan sam Sindbadem Żeglarzem; a zaledwie znalazłeś się w Paryżu, instynktownie przyswoiłeś sobie największą zaletę lub największą wadę naszych paryskich ekscentryków: uzurpujesz pan sobie wady, których nie masz, a ukrywasz cnoty, które cię zdobią!
— Drogi hrabio — odparł Monte Christo — we wszystkim, co powiedziałem i zrobiłem, nie widzę nic, co mogłoby usprawiedliwiać owe pochwały ze strony pańskiej i pańskich przyjaciół. Nie był pan dla mnie obcy, ponieważ znałem pana, odstąpiłem panom dwa pokoje, zaprosiłem pana na śniadanie, pożyczyłem powóz, razem patrzyliśmy na pochód masek na Corso i razem oglądaliśmy z okna na placu del Popolo egzekucję, która wywarła na panu tak silne wrażenie, że o mało nie zasłabłeś. Pytam więc, panowie, czy mogłem zostawić mego gościa w rękach tych okropnych bandytów, jak panowie ich nazywacie? A przy tym, wie pan przecież o tym, że ratując pana, miałem także pewien ukryty zamiar: pomyślałem sobie, że wprowadzisz mnie pan do świata paryskiego, kiedy przyjadę do Francji. Przez czas jakiś mogłeś pan uważać ten zamysł za przelotny i dość nieokreślony; ale dzisiaj, jak pan widzisz, to rzeczywistość, której musisz się pan poddać, pod groźbą złamania słowa.
— I dotrzymam je. Boję się tylko, że drogi hrabia może się mocno rozczarować. Jest pan przyzwyczajony do malowniczych widoków, niezwykłych wydarzeń, fantastycznych horyzontów. Tu nie spotka pan ani jednego z takich epizodów, do jakich przyzwyczaiło cię awanturnicze życie. Nasze Chimborazzo to Montmartre; nasze Himalaje to góra Valérien; nasza Sahara to równina Grenelle, w której i tak wiercą studnię artezyjską, by karawany mogły się zaopatrzyć w wodę. Mamy wprawdzie złodziei, nawet sporo, chociaż nie tylu, jak się mówi, ale złodzieje ci lękają się bardziej najnędzniejszego ze szpiegów niż największego z panów. Na koniec nasza Francja to kraj tak prozaiczny, a Paryż to tak ucywilizowane miasto, że nie znajdziesz pan w naszych osiemdziesięciu pięciu departamentach (mówię osiemdziesięciu pięciu, bo nie liczę Korsyki) choćby jednego pagórka, na którym nie byłoby telegrafu, najmniejszej groty, w której komisarz policji nie ustawił gazowej latarni. Mogę więc oddać panu hrabiemu jedną tylko przysługę i jestem gotów na pańskie rozkazy: przedstawię pana wszędzie sam albo przez przyjaciół. Skądinąd nie potrzebujesz pan do tego pośredników: pańskie nazwisko, majątek, przymioty umysłu — (tu Monte Christo ukłonił się z lekko ironicznym uśmiechem) — będą same mówić za pana i wszędzie spotka pana miłe przyjęcie. Tak naprawdę mogę więc przydać się panu w jednej tylko rzeczy: mógłbym pomóc panu znaleźć odpowiednie mieszkanie, znam się bowiem na paryskich obyczajach i magazynach, mam doświadczenie w wygodnym urządzaniu się. Jestem do pańskiej dyspozycji. Nie śmiem panu proponować, by zamieszkał pan u mnie, choć korzystałem z pańskiej gościny w Rzymie; nie głoszę egoizmu, jestem jednak egoistą par excellence, oprócz mnie samego, nie pomieściłby się w moim mieszkaniu nawet cień, chyba że byłby to cień kobiecy.
— Ach! — zawołał hrabia. — To zastrzeżenie jest wyraźnie małżeńskiej natury. Prawda, mówił mi pan w Rzymie o układanym małżeństwie. Mam winszować panu przyszłego szczęścia?
— Sprawa jest ciągle na etapie projektu, panie hrabio.
— A kto mówi o projektach — przerwał Debray — ten ma na myśli ewentualność.
— Nie, bynajmniej! — rzekł Albert. — Mój ojciec jest bardzo za tym i spodziewam się, że wkrótce przedstawię panom jeśli nie żonę, to przynajmniej narzeczoną: pannę Eugenię Danglars.
— Eugenię Danglars! — przerwał Monte Christo. — Chwileczkę, czy jej ojcem nie jest przypadkiem baron Danglars?
— Tak — odpowiedział Albert. — Ale to świeżo upieczony baron.
— Och, cóż to znaczy — powiedział Monte Christo — jeśli oddał krajowi usługi, za które należał mu się taki tytuł.
— Ogromne usługi — rzekł Beauchamp. — Choć w duszy liberał, uzupełnił w 1829 roku sześciomilionową pożyczkę dla Karola X, który zrobił go za to baronem i kawalerem Legii Honorowej, tak że nosi nasz baron wstążeczkę orderu nie w kieszonce kamizelki, jakby należało przypuszczać, ale po prostu w butonierce fraka.
— No, no — roześmiał się Albert — Beauchamp, Beauchamp, zachowaj to do „Korsarza” i „Charivari”, ale przy mnie oszczędzaj mego przyszłego teścia. — I odwrócił się do Monte Christa: — Wymówiłeś pan tak jego nazwisko, jakbyś go znał.
— Nie znam go — odpowiedział niedbale Monte Christo — ale prawdopodobnie wkrótce go poznam, ponieważ mam u niego otwarty kredyt za pośrednictwem banków Richard i Blount z Londynu, Arstein i Eskeles z Wiednia oraz Thomson i French z Rzymu.
Wymawiając te słowa, Monte Christo spojrzał ukradkiem na Maksymiliana Morrela.
Jeśli spodziewał się wywrzeć tym wrażenie na Maksymilianie, to się nie zawiódł; Maksymilian zadrżał, jak gdyby poraził go prąd.
— Thomson i French! — wykrzyknął. — Pan hrabia zna tę firmę?
— To są moi bankierzy w stolicy świata chrześcijańskiego — odparł spokojnie hrabia. — Czy mógłbym coś u nich dla pana zrobić?
— O, panie hrabio, być może byłbyś pan w stanie dopomóc nam w poszukiwaniach, jak do tej pory bezowocnych; firma ta wyświadczyła niegdyś naszej wielką usługę i nie wiadomo, dlaczego nie chce się do tej pory do niej przyznać.
— Jestem na pańskie rozkazy — ukłonił się Monte Christo.
— Ale, ale — przerwał Albert — przez pana Danglarsa oddaliliśmy się od przedmiotu naszej rozmowy. Szło o wyszukanie przyzwoitego mieszkania dla hrabiego. No, panowie, wysilmy umysł, gdzie by tu umieścić naszego gościa?
— Na Przedmieściu Saint Germain — rzekł Château-Renaud. — Znajdzie się tam dla pana uroczy pałacyk z dziedzińcem i ogrodem.
— E, Château-Renaud — rzekł Debray — dla ciebie nie istnieje nic poza twoim smutnym i ponurym Saint Germain; niech go pan hrabia nie słucha, najlepiej zamieszkać na Chaussée d’Antin; to jest prawdziwe centrum Paryża.
— Koniecznie bulwar Opery — mówił Beauchamp — pierwsze piętro, dom z balkonem; pan hrabia każe sobie wynieść na balkon poduszki haftowane srebrem; ćmiąc fajkę i połykając swoje pigułki zobaczy całą stolicę, która przedefiluje przed jego oczyma.
— A panu, Morrel, nic nie przychodzi na myśl — rzekł Château-Renaud — że nic nie proponujesz?
— Oczywiście, że tak — odpowiedział z uśmiechem. — Mam jeden pomysł, lecz sądziłem, że pan hrabia da się skusić jednemu z tych wspaniałych projektów, jakie mu panowie przedstawili. Że zaś dotąd nic nie odpowiedział, sądzę, że mogę mu zaproponować mieszkanie w pałacyku w stylu Pompadour — jest urokliwy. Znajduje się na ulicy Meslay, rok temu wynajęła go moja siostra.
— A więc masz pan siostrę? — zapytał Monte Christo.
— Tak, panie hrabio, to wspaniała kobieta.
— Zamężna?
— Od prawie dziewięciu lat.
— Szczęśliwa? — zagadnął znowu hrabia.
— Tak szczęśliwa, jak tylko można; wyszła za mąż za człowieka, którego kochała, a który trwał przy nas wiernie w niedoli; nazywa się Emanuel Herbaut.
Przez usta Monte Christo znowu nieznaczny przeleciał uśmiech.
— Mieszkam tam podczas moich półrocznych urlopów — mówił dalej Maksymilian — i jesteśmy z Emanuelem na rozkazy pana hrabiego, gdyby pan czegokolwiek potrzebował
— Ejże, chwileczkę! — zawołał Albert, zanim Monte Christo zdołał odpowiedzieć. — Proszę się zastanowić, co pan robi, panie Morrel; chcesz nam zamknąć w rodzinnym kółku podróżnika, Sindbada Żeglarza? Z człowieka, który przyjechał obejrzeć Paryż, chcesz zrobić patriarchę?
— A skądże! — uśmiechnął się Morrel. — Moja siostra ma dwadzieścia pięć lat, szwagier trzydzieści; są młodzi, weseli i szczęśliwi; przy tym pan hrabia będzie u siebie i tylko wtedy będzie spotykał gospodarzy, gdy mu się spodoba.
— Dziękuję panu, dziękuję — rzekł Monte Christo. — Będę szczęśliwy, jeśli zechcesz mi pan uczynić ten zaszczyt i przedstawisz mnie siostrze i szwagrowi; ale nie mogę przyjąć propozycji żadnego z panów, ponieważ mam już przygotowane mieszkanie.
— Jak to! Chcesz pan zamieszkać w hotelu? — zawołał Albert. — To nie byłoby zbyt przyjemne dla pana.
— Czyż musiałem w Rzymie znosić jakieś niewygody?
— Do licha! W Rzymie wydał pan pięćdziesiąt tysięcy piastrów, by sobie umeblować apartament, ale raczej nie sądzę, by pan chciał ponawiać wciąż takie wydatki.
— To nie miało żadnego znaczenia. Postanowiłem po prostu mieć w Paryżu dom, rozumiem przez to dom własny. Wysłałem więc wcześniej służącego, który już na pewno kupił mi jakiś i umeblował.
— No to przecież masz pan służącego, który zna Paryż! — zawołał Beauchamp.
— Jest we Francji po raz pierwszy, jak ja. To Murzyn i niemowa.
— A więc to Ali? — zagadnął Albert wśród ogólnego poruszenia.
— Tak, ten sam Ali, mój niemy Nubijczyk, którego chyba widziałeś pan w Rzymie.
— Tak, tak, pamiętam go dobrze. Ale jakże pan mógł nakazać Nubijczykowi, i to niememu, aby kupił panu i umeblował dom? Przecież biedak wszystko musiał zrobić na opak.
— Myli się pan. Przeciwnie, jestem pewien, że wszystko urządzi według mego gustu; a wie pan, że mój gust różni się dość od gustu ogółu. Przyjechał tu tydzień temu, biegał z pewnością po mieście z instynktem, jaki mógłby mieć pies, co sam poluje; zna dobrze moje kaprysy, fantazje i potrzeby; na pewno załatwił wszystko zgodnie z moimi upodobaniami. Wiedział, że mam przyjechać dzisiaj o dziesiątej, od dziewiątej więc czekał na mnie przy rogatce Fontainebleau; wręczył mi tę kartkę, to mój nowy adres, proszę.
I Monte Christo podał papier Albertowi.
— Pola Elizejskie 30 — przeczytał Albert.
— Ach! To dopiero oryginalne! — Beauchamp nie był w stanie powstrzymać zdumienia.
— I bardzo po książęcemu — dodał Château-Renaud.
— Jak to, pan jeszcze nie widział swojego mieszkania? — zdziwił się Debray.
— Nie — odpowiedział Monte Christo. — Mówiłem już, że nie chciałem się spóźnić. Zrobiłem toaletę w powozie i wysiadłem przed drzwiami wicehrabiego.
Młodzi ludzie spojrzeli po sobie; nie byli pewni, czy aby Monte Christo nie gra przed nimi jakiejś komedii, ale wszystko, co wychodziło z ust tego człowieka, odznaczało się, mimo swojej oryginalności, taką prostotą, że nie można było przypuścić, by kłamał. A przy tym dlaczegóż by miał kłamać?
— Musimy więc poprzestać — rzekł Beauchamp — na oddaniu panu hrabiemu tych małych przysług, jakie są w naszej mocy. Jako dziennikarz ofiarowuję panu wejście do wszystkich teatrów paryskich.
— Dziękuję panu — rzekł z uśmiechem Monte Christo. — Mój intendent dostał już rozkaz zamówić dla mnie lożę we wszystkich teatrach.
— A ten pański intendent, czy także jest niemym Nubijczykiem? — spytał Debray.
— Nie, mój panie, to po prostu wasz rodak, o ile Korsykanin może być czyimś rodakiem. Ale pan go znasz, panie Albercie.
— Czyżby to ów poczciwy signor Bertuccio, który tak dobrze umie najmować okna?
— Właśnie ten, widział go pan u mnie wtedy, kiedy miałem zaszczyt gościć panów na śniadaniu. To rzeczywiście dzielny człowiek; był trochę żołnierzem, trochę przemytnikiem — próbował wszystkiego po trochu. Nie przysiągłbym, czy nie miał przypadkiem kłopotów z policją za jakąś drobnostkę, pchnięcie nożem, czy coś takiego...
— I tego poczciwego obieżyświata wybrał sobie pan hrabia na intendenta? — zdumiał się Debray. — A ileż to panu kradnie na rok?
— O, daję słowo honoru, że nie więcej niż inni, jestem tego pewien. Dobrze zajmuje się moimi sprawami, nie ma dlań nic niemożliwego, więc go trzymam.
— A więc — odezwał się Château-Renaud — ma pan już wszystko: pałac na Polach Elizejskich, służbę, intendenta, brak panu tylko kochanki.
Albert uśmiechnął się: przypomniał sobie piękną Greczynkę, którą widział w loży hrabiego w teatrze Argentina.
— Mam lepiej niż kochankę — odparł Monte Christo — mam niewolnicę. Wy wynajmujecie sobie kochanki w Operze, Wodewilu czy w Rozmaitościach, a ja moją kupiłem w Konstantynopolu. Drożej mnie to kosztowało, ale już w ogóle nie muszę się pod tym względem kłopotać.
— Ale zapominasz pan — roześmiał się Debray — że jesteśmy, jak powiedział król Karol, wolni z natury; a więc z chwilą gdy pańska niewolnica znalazła się na ziemi francuskiej, jest wolna.
— A któż jej o tym powie? — zapytał Monte Christo. — Mówi tylko po grecku.
— A, to co innego.
— Ale czy ją przynajmniej ujrzymy? — rzekł Beauchamp. — A może oprócz niemowy masz pan także i eunuchów?
— Przysięgam, nie mam! Tak daleko nie posuwam moich upodobań do Wschodu. Wszyscy, którzy mnie otaczają, mogą mnie opuścić, a gdy mnie opuszczą, nie będą potrzebowali ani mnie, ani nikogo. Zapewne dlatego nikt się ze mną nie rozstaje.
Goście już od dawna gwarzyli przy kawie i cygarach.
— Mój drogi — rzekł Debray, zrywając się — już wpół do trzeciej; twój gość jest zachwycający, ale nie ma tak dobrego towarzystwa, którego by nie trzeba było opuścić dla złego! Muszę wracać do ministerium. Powiem ministrowi o hrabi, musimy wybadać, kto zacz.
— Uważaj — rzekł Albert. — Najchytrzejsi nie dali temu rady.
— E! Wydajemy trzy miliony na policję; co prawda prawie zawsze wydane są za wcześnie, ale co tam, znajdzie się przecie na tę sprawę z pięćdziesiąt tysięcy franków.
— A gdy się dowiesz, kto to taki, powiesz mi?
— Obiecuję. Do widzenia, Albercie. Sługa uniżony panów.
I wychodząc, Debray zawołał głośno w przedpokoju:
— Dawać powóz!
— Wybornie — rzekł Beauchamp do Alberta — nie pójdę już do Izby. Mam dla moich czytelników coś lepszego niż mowa pana Danglarsa.
— Przez litość, Beauchamp — zawołał Albert. — Nie pisz ani słowa o tym, błagam cię, nie odbierajże mi tej zasługi, chcę go przedstawić i wprowadzić jako pierwszy! Prawda, że to oryginał?
— O, to dużo więcej niż oryginał — odparł Château-Renaud. — To jeden z najniezwyklejszych ludzi, jakich widziałem w życiu. Idziesz pan ze mną, kapitanie?
— Już, tylko dam moją kartę wizytową panu hrabiemu, który raczył przyrzec, że nas odwiedzi.
— Może pan być pewien, że przyjdę — odezwał się hrabia, kłaniając się.
I Maksymilian wyszedł z baronem de Château-Renaud, pozostawiając Monte Christa sam na sam z Albertem.