49. Rodzina Morrelów
W kilka minut hrabia dotarł pod siódemkę na ulicę Meslay.
Dom był biały, wesoły, a na dziedzińcu z przodu rosły dwie kępy pięknie ukwieconych krzewów.
W odźwiernym, co mu otworzył bramę, hrabia poznał starego Koklesa. Ale Kokles, jak sobie przypominamy, miał tylko jedno oko, które mu na dodatek znacznie osłabło w ciągu ostatnich dziewięciu lat — i nie poznał hrabiego.
Aby zajechać przed ganek, powozy musiały okrążyć małą fontannę w kształcie muszli; zbytek ten budził ogólną zazdrość w całej dzielnicy i dzięki niemu dom zyskał sobie przydomek Małego Wersalu.
Dom miał dwa piętra z mansardą, poniżej, w suterenie, znajdowała się kuchnia, a jeszcze niżej — piwnice.
Młodzi ludzie zakupili go razem z przyległościami: ogromną szopą-warsztatem i dwoma pawilonami w tyle ogrodu.
Emanuel zrozumiał w mig, że przy takim rozkładzie posiadłości można zrobić interes; zatrzymał dom i połowę ogrodu, i odgrodził się murem od pawilonów i warsztatu, które wynajął razem z resztą ogrodu, tym sposobem to, co wydał na kupno domu, zwracało mu się z czynszu, a jednocześnie mógł się czuć całkowicie u siebie, jak najbardziej wygodny właściciel pałacu na Przedmieściu Saint-Germain.
Sala jadalna była dębowa, salon z mahoniu, wybity błękitnym aksamitem, sypialnia z drzewa cytrynowego i zielonego adamaszku; był tu jeszcze gabinet dla Emanuela, choć w nim nie pracował; i pokoik muzyczny dla Julii, choć na niczym nie grywała.
Całe drugie piętro zajmował Maksymilian; był tu taki sam rozkład, jak u siostry, tyle tylko, że jadalnię zamieniono na pokój do gry w bilard — tu Maksymilian przyjmował przyjaciół.
Gdy powóz hrabiego zatrzymał się przed bramą, Maksymilian właśnie doglądał czyszczenia swojego konia, stojąc przy wejściu do ogrodu i paląc cygaro.
Kokles otworzył bramę, jakeśmy już mówili, a Baptysta zeskoczywszy z kozła, zapytał, czy państwo Herbault i Maksymilian Morrel raczą przyjąć hrabiego de Monte Christo.
— Hrabiego de Monte Christo! — zawołał Morrel, rzucając cygaro i wybiegając naprzeciw gościowi. — Oczywiście! O, panie hrabio, dzięki tysięczne, żeś pamiętał o obietnicy.
Młody oficer tak serdecznie uścisnął dłoń hrabiego, iż hrabia nie mógł wątpić, że uczucie to było szczere; ujrzał, że oczekiwano go tu niecierpliwie, i przyjęto z radością.
— Niech pan pozwoli, hrabio — mówił Maksymilian — sam pana wprowadzę; taki człowiek jak pan nie może być anonsowany przez lokaja. Siostra jest właśnie w ogrodzie, obcina zwiędłe róże; szwagier czyta swoje dwa ulubione dzienniki, „Presse” i „Débats”, gdzieś przy niej, bo tam, gdzie jest pani Herbault, tam z pewnością w odległości najwyżej czterech metrów znajdzie się też pan Emanuel, i na odwrót.
Na odgłos kroków, młoda, dwudziestopięcioletnia kobieta w porannym jedwabnym peniuarze, przycinająca właśnie z wielką uwagą krzak herbacianej róży, uniosła głowę.
Była to nasza mała Julka, obecnie — jak jej to wysłannik domu Thomson i French przepowiedział — pani Emanuelowa Herbault.
Ujrzawszy nieznajomego, krzyknęła z zakłopotania.
Maksymilian roześmiał się.
— Ależ nie przeszkadzaj sobie, siostrzyczko, pan hrabia, chociaż jest dopiero od dwóch dni w Paryżu, wie już dobrze, co to jest rentierka z Marais, a jeśli nawet nie wie, to ty mu powiesz.
— Ach, proszę pana — zawołała Julia — mój brat przyprowadził tu pana zdradziecko, nie ma żadnych względów dla swojej biednej siostry... Penelon! Penelon!
Staruszek, który okopywał grządkę róż bengalskich, wbił w ziemię motykę i zbliżył się z czapką w ręku, kryjąc w kąciku ust, najlepiej jak się tylko dało, prymkę. Białe kosmyki srebrzyły się w jego czuprynie, a ogorzała twarz, śmiałe i żywe oko wskazywały, że to stary wilk morski, spalony równikowym słońcem, wysmagany wichrami burz.
— Panienka mnie wołała? Oto jestem.
Penelon zwykł nadal nazywać córkę swego pryncypała panienką Julią i nie mógł za skarby nauczyć się mówić jej „pani”.
— Penelonie — rzekła Julia. — Idźże zaraz i daj znać panu Emanuelowi, że mamy wspaniałego gościa; a tymczasem Maksymilian zaprowadzi pana do salonu.
I zwróciła się do Monte Christa:
— Pan pozwoli, abym na chwilkę pobiegła do siebie?
I nie czekając na odpowiedź, zniknęła za krzewem, biegnąc do domu boczną ścieżką.
— Hmm, drogi panie Morrel — rzekł Monte Christo — przykro mi, że narobiłem tyle zamieszania u państwa.
— O, o, niech pan patrzy — roześmiał się Maksymilian — o tam, teraz mąż zamienia kurtkę na surdut! O, proszę mi wierzyć, znają tu pana, uprzedziłem o pańskich odwiedzinach.
— Zdaje mi się, że ma pan bardzo szczęśliwą rodzinę — rzekł hrabia, jakby odpowiadając własnym myślom.
— O, tak, ręczę za to, panie hrabio. I nie ma w tym nic dziwnego. Do szczęścia nie brakuje im niczego; są młodzi, weseli, kochają się, a mając dwadzieścia pięć tysięcy liwrów renty na rok, zdaje im się, że to iście Rotszyldowe bogactwa, choć widzieli wiele ogromnych fortun.
— Jednak to mało, dwadzieścia pięć tysięcy — rzekł Monte Christo z tak łagodną troską w głosie, że Maksymilianowi rozrzewniło się serce, jakby słyszał głos ojca. — Ale oni na tym nie poprzestaną, z czasem dojdą do milionów. Pański szwagier jest adwokatem?... lekarzem?...
— Był kupcem, panie hrabio, objął firmę po moim biednym ojcu. Ojciec umarł i zostawił nam pięćset tysięcy franków; podzieliliśmy się po połowie, bo tylko dwoje nas było. Gdy Emanuel żenił się z siostrą, nie miał nic, oprócz absolutnej uczciwości, wspaniałej inteligencji i reputacji bez skazy; pragnął posiadać tyle, ile jego żona. Pracował dopóty, aż zgromadził po sześciu latach dwieście pięćdziesiąt tysięcy franków. Naprawdę, panie hrabio, można się było wzruszyć, patrząc na tych dwoje dzieci tak pracowitych i zgodnych; dzięki swoim zdolnościom mogli zrobić wielki majątek, ale nie chcąc nic zmieniać w ojcowskich zasadach, trudzili się przez sześć lat, choć kto inny mógłby zarobić tyle w ciągu lat trzech. Toteż w całej Marsylii jeszcze głośno od pochwał wobec takiego szlachetnego wyrzeczenia. Na koniec, pewnego dnia Emanuel poszedł do żony, która właśnie wypłacała należności.
„Juleczko — rzekł do niej — oto ostatnie sto franków, których potrzebowaliśmy do pełnej sumy dwustu pięćdziesięciu tysięcy franków; osiągnęliśmy granicę, jaką sobie wyznaczyliśmy. Będziesz w stanie zadowolić się tą sumką, która ma odtąd stanowić cały nasz majątek? Bo popatrz: firma ma milion obrotu na rok, a więc może nam przynosić czterdzieści tysięcy franków rocznie. Możemy sprzedać, jeśli chcemy, naszą klientelę w ciągu godziny za trzysta tysięcy franków — tu jest list od pana Delaunay, który tyle zapłaci, bo chce połączyć naszą firmę ze swoją. Co o tym myślisz?”.
„Kochany — rzekła siostra — firma Morrel może być prowadzona tylko przez Morrela. Czy nie warto wyrzec się trzystu tysięcy, aby uchronić dobre imię ojca przed nieżyczliwymi kaprysami losu?”.
„Tak też myślałem”, odpowiedział Emanuel, „ale chciałem zasięgnąć twojej rady”.
„A więc, kochany, taka jest moja rada: wszystkie nasze wierzytelności już wpłynęły, zapłaciliśmy należności, możemy podsumować rachunek z ostatnich dwóch tygodni i zamknąć kasę. Zróbmy tak i zamykajmy”.
I tak też się stało. Kwadrans po trzeciej przybył jakiś klient, chcąc ubezpieczyć dwa statki; zysk wyniósłby dla nich na czysto piętnaście tysięcy franków gotówką.
„Szanowny panie — rzekł Emanuel — proszę się udać do naszego kolegi, pana Delaunay. Wycofaliśmy się z interesów”.
„Kiedy?” — zdumiał się klient.
„Piętnaście minut temu”.
— I oto dlaczego, panie hrabio — ciągnął z uśmiechem Maksymilian — siostra i szwagier mają tylko dwadzieścia pięć tysięcy dochodu.
Zaledwie Maksymilian skończył opowieść, podczas której w hrabi coraz bardziej rosło serce, nadszedł Emanuel przebrany w surdut i kapelusz; skłonił się tak, jak należało równie dostojnemu gościowi, po czym oprowadził hrabiego po wirydarzyku pełnym kwiatów i przeszedł z nim do domu.
Salon napełniała woń kwiatów, które ledwo mieściły się w ogromnej japońskiej wazie.
Julia, elegancko ubrana, uczesana zalotnie (udało jej się dokonać tej sztuki w dziesięć minut!) czekała na nich w drzwiach.
Z sąsiedniej ptaszarni dochodził świergot ptasząt.
Kiście szczodrzeńca i różowych akacji wyglądały zza niebieskich aksamitnych zasłon w oknach.
Wszystko w tym urokliwym przytulnym domku tchnęło spokojem, od śpiewu ptaków po uśmiechy gospodarzy.
Z chwilą, gdy tu przybył, hrabia jął chłonąć to szczęście; milczał więc w rozmarzeniu, nie zauważając, że po pierwszej wymianie komplementów wszyscy czekali na dalszy ciąg przerwanej pogawędki.
Spostrzegł wreszcie, że milczenie to nie było na miejscu i wyrwał się z trudem z zadumy.
— Pani, proszę mi darować — rzekł — to wzruszenie, które państwa może zadziwiać, bo jesteście przyzwyczajeni do tego spokoju i szczęścia; ale dla mnie to zadowolenie na ludzkich twarzach jest zjawiskiem tak nowym, że nie mogę się nasycić widokiem pani i jej męża.
— Rzeczywiście, jesteśmy bardzo szczęśliwi — odpowiedziała Julia. — Wycierpieliśmy jednak wiele i mało kto tak drogo okupił szczęście.
W oczach hrabiego odmalowała się ciekawość.
— O, to istna historia rodu, jak niedawno powiedział to panu Château-Renaud — stwierdził Maksymilian. — Pan, hrabio, widział tyle wielkich nieszczęść i radości, że ten obrazek szczęścia rodzinnego nie wydałby się panu ciekawy. A przecież, wycierpieliśmy wiele, jak powiedziała Julia, chociaż te cierpienia zamknięte były w skromnych ramach naszej rodziny.
— I Bóg zesłał państwu, jak to zwykle bywa, pociechę w nieszczęściu?
— O, tak, panie hrabio — rzekła Julia. — Możemy tak powiedzieć, bo Bóg zrobił dla nas to, co robi tylko dla swych wybrańców: zesłał nam anioła.
Hrabia zaczerwienił się nagle i zakaszlał, podnosząc do ust chusteczkę, aby ukryć w ten sposób wzruszenie.
— Ci, co się urodzili w purpurze i nigdy niczego nie pragnęli — odezwał się Emanuel — nie znają szczęścia, jakie daje życie; podobnie ten, czyje życie nigdy nie pozostawało na łasce czterech desek pośród wzburzonego morza, nie doceni nigdy czystego nieba.
Monte Christo wstał, nic nie mówiąc, bo głos drżałby mu, tak że z łatwością można by zauważyć miotające nim emocje — i zaczął przechadzać się tam i z powrotem po salonie.
— Uśmiecha się pan, to na widok naszych zbytków, panie hrabio? — spytał Maksymilian, podążający spojrzeniem za Monte Christem.
— O, nie — odparł Monte Christo; blady, przyciskał dłoń do serca, tłumiąc jego bicie, a drugą wskazał Maksymilianowi kryształowy klosz, pod którym leżała na poduszeczce z czarnego aksamitu jedwabna sakiewka. — Zadawałem sobie tylko pytanie, do czego też może służyć ta sakiewka, w której jest chyba jakiś karteluszek i całkiem piękny diament.
Twarz Maksymiliana spoważniała.
— To, panie hrabio, najcenniejszy ze skarbów naszej rodziny.
— O tak, diament jest naprawdę piękny — zgodził się Monte Christo.
— O, brat nie mówi wcale o tym kamieniu, chociaż oszacowano go na sto tysięcy franków. Chciał przez to powiedzieć, że przedmioty w sakiewce są naszymi relikwiami po aniele, o którym przed chwilą mówiliśmy.
— Hm, nie rozumiem, ale chyba nie wypada mi pytać, droga pani — odpowiedział Monte Christo z ukłonem. — Przepraszam, nie chciałem być niedyskretny.
— Pan, niedyskretny? Och, przecież to dla nas wielkie szczęście, że dzięki panu możemy o tym opowiedzieć! Gdybyśmy chcieli ukrywać piękny czyn, który nam ta sakiewka przypomina, nigdy byśmy jej tak nie wystawili na widok. O, chcielibyśmy rozgłosić tę historię całemu światu, wtedy może by zadrżał nasz dobroczyńca i po tym moglibyśmy go poznać!
— Ach, doprawdy! — wykrztusił Monte Christo.
— Panie hrabio — rzekł Maksymilian, podnosząc klosz i całując z nabożeństwem sakiewkę — tej sakiewki dotykała ręka człowieka, który ocalił naszego ojca od śmierci, nas od ruiny, a nasze imię od hańby; człowieka, dzięki któremu my, biedne dzieci skazane na nędzę i łzy, dziś możemy słyszeć, jak ludzie unoszą się nad naszym szczęściem. Ten list — i Maksymilian wyjął list z woreczka i podał hrabiemu — ten list napisała jego ręka w dniu, gdy mój ojciec podjął rozpaczliwą decyzję, a ten diament siostra moja otrzymała w posagu od szlachetnego nieznajomego.
Monte Christo otworzył list i przeczytał z nieopisanym szczęściem; list ten znany jest naszym czytelnikom — był to bilecik od Sindbada Żeglarza zaadresowany do Julii.
— Nieznajomy, mówi pan? A więc nie wiecie, kim był człowiek, co oddał wam tę przysługę?
— Nie, nigdy nie mieliśmy szczęścia uścisnąć jego ręki; nie z naszej winy, bo nieraz gorąco prosiliśmy Boga o tę łaskę — odparł Maksymilian. — W całym tym wypadku jest jakieś tajemnicze zrządzenie, którego jeszcze nie zdołaliśmy pojąć; wszystkim kierowała jakaś tajemnicza ręka, niewidzialna i potężna jak u czarodzieja.
— O, ale ja nie straciłam jeszcze nadziei — odezwała się Julia — że ucałuję kiedyś tę rękę, jak teraz całuję sakiewkę, której dotykał on. Przed czterema laty Penelon był w Trieście. Penelon, panie hrabio, to ów poczciwy marynarz, którego widział pan z łopatą w ręku, z szypra zrobił się ogrodnikiem. W Trieście Penelon zauważył w porcie jakiegoś Anglika, co wsiadał do jachtu i poznał, że to ten sam człowiek, który był u mego ojca piątego czerwca 1829 roku, a piątego września napisał ten list. Penelon twierdzi, że był to na pewno jeden i ten sam człowiek, ale nie śmiał do niego przemówić.
— Anglik! — rzekł w zamyśleniu Monte Christo; każde spojrzenie Julii niepokoiło go. — Anglik, powiadacie państwo?
— Tak — odpowiedział Maksymilian. — Anglik, co przedstawił się nam jako wysłannik firmy Thomson i French w Rzymie. Dlatego właśnie zadrżałem, gdy pan hrabia powiedział u pana de Morcerf, że Thomson i French są twoimi bankierami. Na litość boską, działo się to w roku 1829; czy znał pan tego Anglika?
— Ale przecież mówiłeś mi pan, że Thomson i French zawsze zaprzeczali, że oddali państwu tę przysługę?
— Tak.
— A więc ten Anglik to może jakiś człowiek wdzięczny waszemu ojcu za jakieś dobrodziejstwo, o jakim ojciec sam dawno zapomniał, i oddał państwu przysługę pod taką przykrywką?
— Wobec takiego wydarzenia wszystko jest możliwe — nawet cud.
— Jakże się ten Anglik nazywał? — zapytał Monte Christo.
— Nie podał nam nazwiska — odparła Julia, wpatrując się w hrabiego z głęboką uwagą — poza tym, którym podpisał list: Sindbad Żeglarz.
— A to oczywiście nie nazwisko, ale pseudonim.
A widząc, że Julia przypatruje mu się jeszcze uważniej, że stara się uchwycić w locie i skojarzyć brzmienie głosu, rzekł:
— Czy to nie był aby mężczyzna mniej więcej mojego wzrostu, może nieco wyższy i nieco szczuplejszy, w halsztuku pod samą brodę? Czy nie był zapięty na wszystkie guziki, ciasno opięty surdutem? Sztywny, jakby kij połknął, zawsze z ołówkiem w ręku?
— O, ale przecież pan go znasz? — zawołała Julia, a oczy jej błysnęły radością.
— Nie, tylko się domyślam. Znałem niejakiego lorda Wilmore, który rozsiewał na wszystkie strony takie szlachetne uczynki.
— I nie chciał się dać rozpoznać?
— Dziwak to był, nie wierzył wcale we wdzięczność.
— Och! — zawołała Julia w najwyższym uniesieniu i złożyła ręce. — To w co ten nieszczęśnik wierzył?
— Nie wierzył przynajmniej wtedy, gdy go poznałem — rzekł Monte Christo, w którym głos Julii, dobywający się z samej duszy, poruszył wszystkie, najgłębsze nawet struny. — Ale może od tego czasu zdobył jakiś dowód, że wdzięczność ludzka istnieje.
— I pan zna tego człowieka? — zawołał Emanuel.
— O, proszę pana, jeżeli go pan zna, błagam, niech pan nam powie, czy mógłbyś nas do niego zaprowadzić, pokazać go nam albo powiedzieć, gdzie jest? Maksymilianie, Emanuelu, powiedzcie sami, gdybyśmy go kiedy odnaleźli, przecież będzie musiał wtedy uwierzyć, że istnieje pamięć serca!
Monte Christo poczuł, że do oczu napłynęły mu łzy. Znowu przeszedł się po salonie.
— Na litość! — rzekł Maksymilian. — Jeżeli wie pan cokolwiek o tym człowieku, proszę, powiedz nam wszystko!
— Niestety — odparł Monte Christo, tłumiąc wzruszenie — jeżeli to lord Wilmore jest waszym dobroczyńcą, obawiam się, że możecie go nigdy nie spotkać. Przed dwoma czy trzema laty rozstałem się z nim w Palermo: odpływał w jakieś egzotyczne kraje. Wątpię, czy stamtąd powróci.
— O, jakże pan jesteś okrutny! — zawołała Julia z przestrachem.
I łzy zakręciły się jej w oczach.
— Pani — rzekł poważnie Monte Christo, pochłaniając wzrokiem te dwie płynne perły, co spływały po policzkach Julii — gdyby lord Wilmore widział to, co ja tutaj widzę, może pokochałby jeszcze życie, bo pani łzy pogodziłyby go z rodzajem ludzkim.
Wyciągnął rękę do Julii, a ona podała mu swoją, jak urzeczona wzrokiem i tonem głosu hrabiego.
— Przecież ten lord Wilmore — spytała, podchwytując tę ostatnią nadzieję — musi mieć jakąś rodzinę, krewnych, ktoś go przecież znał? Czyż nie moglibyśmy?...
— O, nie, nie szukaj go pani — przerwał hrabia. — Nie buduj pięknych złudzeń na słowach, jakie mi się niechcący wymknęły. Nie, lord Wilmore raczej nie jest człowiekiem, którego pani szukasz. Był moim przyjacielem, znałem jego tajemnice, opowiedziałby mi o tym wydarzeniu.
— Nic panu o tym nie mówił? — zawołała Julia. — Nigdy nie napomknął ani słowem, z czego można by wywnioskować?...
— Nie.
— A przecież wymienił go pan od razu?
— O, wie pani... zawsze się snuje jakieś przypuszczenia w podobnych przypadkach.
— Siostrzyczko, siostrzyczko — rzekł Maksymilian, idąc na pomoc hrabiemu — pan hrabia ma rację. Przypomnij sobie, co nam tak często mówił ojciec: „to nie żaden Anglik ofiarował nam tyle szczęścia”.
Monte Christo zadrżał.
— Ojciec mówił wam coś takiego? — podchwycił żywo.
— Ojciec widział w tym wydarzeniu cud. Ojciec wierzył, że nasz dobroczyńca powstał dla nas z grobu. O, to był doprawdy wzruszający przesąd, sam w to nie wierzyłem, ale nie chciałem niszczyć tej wiary w jego szlachetnym sercu! Ileż razy ojciec w zadumaniu szeptał imię drogiego przyjaciela, przyjaciela utraconego; a gdy umierał, gdy bliskość wieczności jakby ofiarowała mu dar objawienia, jego myśl, dotąd tylko przy puszczenie, zmieniła się w przekonanie, albowiem ostatnie słowa, jakie wyrzekł, to: „Maksymilianie, to był Edmund Dantès!”.
Hrabia od kilku chwil bladł coraz bardziej, a słysząc te słowa, pobladł przerażająco.
Krew napłynęła mu do serca, nie mógł wyrzec słowa.
Spojrzał na zegarek, jakby zapomniał, która godzina, wziął cylinder, pożegnał panią Herbault, mamrocąc w zakłopotaniu jakąś formułkę grzecznościową, i uścisnął ręce Emanuelowi i Maksymilianowi.
— Pani, proszę mi pozwolić, abym mógł ją czasem odwiedzić. Dom państwa jest uroczy i jestem wdzięczny za tak serdeczne przyjęcie, pierwszy raz od wielu lat tak się zasiedziałem.
I wyszedł wielkimi krokami.
— Co za dziwaczny człowiek, ten twój hrabia de Monte Christo — odezwał się Emanuel.
— Tak — odparł Maksymilian — ale myślę, że ma złote serce i jestem pewien, że bardzo nas polubił.
— A mnie — rzekła Julia — jego głos zapadł w samo serce, kilka razy wydało mi się, że nie słyszę go po raz pierwszy.
50. Pyram i Tysbe
Jakoś tak w dwóch trzecich Przedmieścia Saint-Honoré, za pięknym pałacem, godnym uwagi nawet wśród wielu pięknych budowli, jakie znajdują się w tej dzielnicy, rozciąga się rozległy ogród, w którym bujne kasztany sięgają ponad wysokie niczym mury miejskie kamienne ogrodzenie, tak że z nadejściem wiosny obsypują biało-różowym kwieciem dwa dzbany, umieszczone na czworobocznych filarach, pomiędzy które wbudowana jest żelazna kuta brama z czasów Ludwika XIII.
Pomimo wspaniałych pelargonii rosnących w owych dwóch dzbanach i kołyszących na wietrze żyłkowane liście i purpurowe kwiaty, los tego paradnego wejścia został przypieczętowany, odkąd właściciele pałacu ograniczyli swą posiadłość do samego budynku, dziedzińca obsadzonego drzewami od strony ulicy i do ogrodu, który ta brama właśnie niegdyś oddzielała od wspaniałego, morgowego warzywnika, przylegającego do całej posesji. Demon spekulacji wyznaczył jednak na krańcach warzywnika linię, to znaczy ulicę; a że owa ulica, nim jeszcze zaczęła istnieć, otrzymała wraz z wypolerowaną blaszką nazwę, właściciel pomyślał, że sprzeda warzywnik komuś, kto chciałby budować przy nowej ulicy, która miała stać się konkurencją dla wielkiej paryskiej arterii, zwanej Przedmieściem Saint-Honoré.
Ale gdy chodzi o interesy, człowiek projektuje, pieniądz decyduje i zaledwie ochrzczona ulica zmarła w kolebce. Nabywca warzywnika, uiściwszy całą sumę, nie mógł go odsprzedać z zyskiem i czekając na wzrost cen, który prędzej czy później powinien był nastąpić, wynagradzając mu straty i uwalniając zamrożony kapitał, wydzierżawił ten teren ogrodnikom za pięćset franków rocznie.
Przynosiło im to pół procenta zysku, co naturalnie niewiele znaczy w dzisiejszych czasach, gdy wielu lokuje swój kapitał na pięćdziesiąt od sta, narzekając przy tym jeszcze na zbyt skromny dochód.
Niemniej, jak już powiedzieliśmy, brama prowadząca niegdyś do warzywnika, dziś nie służy nikomu i rdza zżera jej zawiasy. Więcej nawet: aby niegodni ogrodnicy, osoby z gminu, nie plamili swoim wzrokiem wnętrza tej arystokratycznej posesji, kratę zasłoniono wysokimi na sześć stóp deskami. Zasłona owa nie była po prawdzie zbyt szczelna, można więc było ukradkiem zerkać przez szpary, a i w domu tym panowały tak surowe obyczaje, że nie lękano się niedyskretnej ciekawości.
W warzywniku tym zamiast kapusty, buraków, rzodkwi, grochu i melonów rośnie wybujała lucerna — tylko to świadczyło, że ktoś jeszcze myśli o tym opuszczonym miejscu. Od strony projektowanej ulicy wchodzi się do niego przez niską furtkę. Jednak ziemia była coraz bardziej nieurodzajna i dzierżawcy opuścili ją tydzień temu, ponieważ zamiast dotychczasowego pół procenta zysku, nie przynosiła już nic.
Od strony pałacu mur wieńczą wspomniane już kasztany, co nie przeszkadza innym rosnącym bujnie i kwitnącym drzewom wciskać między nie gałęzi spragnionych powietrza i słońca.
W zakątku pod tak gęstym listowiem, że światło z trudem przedostaje się przez nie, stoi szeroka, kamienna ława i krzesła wskazujące, że jest to ulubione miejsce spotkań lub ulubiona samotnia — mieszkańców pałacu, oddalonego o jakie sto kroków i ledwie dostrzegalnego zza zasłony zieleni. Łatwo zresztą zrozumieć, że wybrano właśnie to ustronie: nie dociera tu słońce, nawet w największy upał panuje chłód, śpiewają ptaki i daleko stąd zarówno do domu, jak i do ulicy, czyli do interesów i gwaru.
Pod wieczór jednego z owych gorących dni, którymi wiosna obdarowuje mieszkańców Paryża, na tej kamiennej ławie leżały książka, parasolka, koszyk z ręcznymi robótkami i batystowa chusteczka z rozpoczętym haftem; niedaleko zaś ławki, przy bramie, młoda kobieta obserwowała przez szpary w deskach znany już nam opuszczony teren.
W tejże właśnie chwili furteczka otwarła się cicho i pojawił się w niej wysoki, silnej budowy młodzieniec, w płóciennej bluzie i aksamitnej kaszkietówce; jednak jego czarne wąsy, broda i nadzwyczaj starannie ułożone włosy kłóciły się z tym ubiorem ludzi prostych. Rozejrzawszy się szybko wokół, jakby się chciał przekonać, czy go kto nie śledzi, wszedł przez furtkę, cicho zamknął je za sobą i szybkim krokiem zbliżył się do bramy.
Na widok tego, którego oczekiwała, ale przecież nie w takim stroju, dziewczyna przelękła się i gwałtownie cofnęła.
Lecz młodzieniec, spojrzeniem przynależnym jedynie zakochanym, zdołał przez szpary w bramie dostrzec jej białą suknię i długą, niebieską szarfę. Podbiegł do przegrody i przyłożywszy usta do szpary, zawołał:
— Valentine, nie lękaj się, to ja.
Dziewczyna zbliżyła się.
— Och, czemu przychodzisz pan dzisiaj tak późno? Czy nie wiesz, że niedługo obiad? Czy nie wiesz, jak wielu wybiegów musiałam użyć, jak się spieszyć, by pozbyć się macochy, która mnie śledzi, służącej, która mnie szpieguje, i brata, który mnie prześladuje, aby móc przyjść tutaj popracować nad haftem? A i tak obawiam się, że zajmie mi on jeszcze dużo czasu. Skoro już wytłumaczysz się ze spóźnienia, powiedz mi też, co oznacza ten strój. O mało, a bym cię nie poznała.
— Kochana — rzekł młodzieniec — moja miłość jest zbyt niegodna ciebie, abym śmiał ci o niej mówić; a jednak ilekroć cię widzę, muszę ci wyznawać, jak cię ubóstwiam, aby echo tych słów pieściło moje serce, gdy cię już opuszczę. Dziękuję ci za te wymówki; sprawiają mi przyjemność, gdyż mówią mi, że o mnie myślałaś, bo nie śmiałbym twierdzić, że na mnie czekałaś. Pytałaś o moje spóźnienie i strój. Powiem ci i mam nadzieję, że zechcesz mi wybaczyć; wybrałem sobie rzemiosło...
— Rzemiosło? Cóż chcesz przez to powiedzieć, Maksymilianie? Czyż jesteśmy już tak szczęśliwi, że możesz sobie pan żartować z tego, co nas dotyczy?
— Ależ niech mnie Bóg broni, bym żartował z tego, co jest moim życiem. Ale zmęczyło mnie nieustanne bieganie po polach i przeskakiwanie murów, przestraszyła też myśl, którą podsunęłaś mi wczoraj wieczór, że twój ojciec mógłby pewnego dnia wziąć mnie za złodzieja — a ubliżyłoby to honorowi całej armii francuskiej. No i przecież ktoś mógłby się w końcu zdziwić, czemu ja, kapitan spahisów, kręcę się tutaj nieustannie, choć nie ma tu najmniejszej twierdzy do zdobycia ani blokhausu, którego można by bronić. Zostałem więc ogrodnikiem i przybrałem strój odpowiedni dla mego stanu.
— Znakomicie! Ależ to szaleństwo!
— Przeciwnie, najrozsądniejsza rzecz, jaką, jak sądzę, zrobiłem w życiu — daje nam to pełne bezpieczeństwo.
— Jak? Chętnie się dowiem.
— A więc odszukałem właściciela tego placu, a ponieważ termin najmu z dawnymi dzierżawcami właśnie wygasł, ja wszedłem w ich prawa; cała ta lucerna, Valentine, należy do mnie i nic nie stoi na przeszkodzie, bym wybudował tu sobie chatkę i zamieszkał o dwadzieścia kroków od ciebie. O, nie mogę dłużej już zapanować nad radością i szczęściem! Valentine, potrafisz sobie wyobrazić, że można za nie zapłacić? Przecież to niemożliwe. A jednak, całe to szczęście, cała radość, za które oddałbym dziesięć lat życia, kosztowały mnie.... zgadnij ile? Pięćset franków, płatnych co kwartał. Widzisz więc, że odtąd nie mamy się już czego obawiać. Jestem tu u siebie, mogę przystawić drabinę do muru, żeby na ciebie patrzeć i mam prawo — bez obawy, że przeszkodzi mi w tym policjant — mówić, że cię kocham, tak długo, jak tylko twoja duma nie poczuje się urażona, słysząc te słowa z ust prostego robotnika w bluzie i kaszkietówce.
Wobec takiej niespodzianki Valentine aż pisnęła z radości. Ale nagle rzekła smutno, jakby jakaś zazdrosna chmura przysłoniła promień, który rozjaśnił jej serce:
— Niestety, Maksymilianie, teraz będziemy zanadto swobodni i nasze szczęście skusi los. Nadużyjemy naszego poczucia bezpieczeństwa i to nas zgubi.
— Jak możesz mówić takie rzeczy do mnie, który od chwili, gdy cię poznałem, każdego dnia dowodzę, że wszystkie moje myśli i całe życie podporządkowałem twojemu życiu i twoim myślom? Co wzbudziło twą ufność wobec mnie? Czy nie mój honor? Gdy powiedziałaś mi, że jakieś nieokreślone przeczucie każe obawiać ci się wielkiego niebezpieczeństwa, zaoferowałem ci pomoc, nie prosząc w zamian o żadną zapłatę prócz szczęścia, że mogę ci usłużyć. Czy od tej chwili, słowem jakimś, gestem najmniejszym dałem ci powód do żalu, że to mnie właśnie wybrałaś spośród tylu, co z ochotą gotowi byliby umrzeć dla ciebie? Powiedziałaś mi, że jesteś zaręczona z panem d’Epinay, że ojciec tak zadecydował; a że cokolwiek pan de Villefort postanowi, musi się spełnić, tak też bez wątpienia będzie i w tym wypadku. Dobrze więc, usunąłem się w cień, zdając się nie na własną wolę, nie na twoją, lecz na bieg wypadków, na Opatrzność, na Boga. I oto pokochałaś mnie, ulitowałaś się nade mną i wyznałaś mi to. Dziękuję ci za te słowa, proszę tylko, byś czasem mi je powtarzała, bo pozwalają mi zapomnieć o wszystkim.
— I to właśnie uczyniło cię zbyt śmiałym, Maksymilianie, i sprawiło, że jestem szczęśliwa, a zarazem nieszczęśliwa tak bardzo, że zastanawiam się często, co jest lepsze: zgryzota, którą powoduje surowość mojej macochy i jej zaślepienie względem jej syna, czy też pełne niebezpieczeństw szczęście, którego doznaję, gdy cię widzę.
— Pełne niebezpieczeństw! — zawołał Maksymilian. — Jak mogłaś wypowiedzieć tak twarde i niesprawiedliwe słowa? Czy kiedykolwiek widziałaś bardziej uległego niewolnika? Pozwoliłaś mi czasem mówić do siebie, ale zabroniłaś, bym próbował się z tobą spotkać w świecie; usłuchałem. Odkąd znalazłem sposób, by zakradać się do tego ogrodu i choćby przez kratę rozmawiać z tobą, być w końcu tak blisko, ale nie móc cię widzieć, czy kiedykolwiek poprosiłem, byś mi pozwoliła dotknąć choćby rąbka twej sukni? Czy uczyniłem cokolwiek, by pokonać ten mur, tak nędzną dla mnie przeszkodę — bo jestem przecież silny i młody? Nigdy nie skarżyłem się na twoją surowość i żadnym słowem nie wspomniałem głośno o moich pragnieniach. Jestem wierny danemu słowu jak dawni rycerze. Przyznaj chociaż to, abym nie myślał, że jesteś niesprawiedliwa.
— To prawda — rzekła Valentine, wsuwając w szparę delikatny paluszek, który Maksymilian natychmiast ucałował. — To prawda, jesteś pan wiernym przyjacielem. Ale Maksymilianie, postępujesz tak zgodnie z własnym interesem; wiesz przecież doskonale, że niewolnik, który zaczyna stawiać żądania, traci wszystko. Przyrzekłeś braterską miłość mnie, która nie ma przyjaciół, o której ojciec zapomniał, a macocha prześladuje; mnie, której jedynym oparciem jest niemy, znieruchomiały i zimny starzec niezdolny do tego, by ręka jego mogła uścisnąć moją, choć serce bez wątpienia bije dla mnie resztką uczucia. Gorzki żart losu uczynił mnie wrogiem i ofiarą silniejszych ode mnie, dając jako podporę i przyjaciela żywego trupa. O, naprawdę, Maksymilianie, jestem bardzo nieszczęśliwa i masz rację, że kochasz mnie dla mnie, nie dla siebie.
— Valentine — rzekł młodzieniec głęboko wzruszony. — Nie powiem, że tylko ciebie kocham na świecie, bo kocham także siostrę i szwagra; jest to jednak uczucie łagodne i spokojne, tak różne od tego, które odczuwam wobec ciebie. Gdy o tobie myślę, krew mi się burzy, pierś wzbiera, serce bije jak szalone. Ale siły tej, płomienia i nadludzkiej mocy używać będę tylko po to, by cię kochać, póki sama nie poprosisz, abym użył jej, by ci rzeczywiście usłużyć. Podobno Franz d’Epinay zabawi rok jeszcze za granicą. W ciągu tego roku ileż to okazji może nam się nadarzyć, ile wydarzeń może nam dopomóc! Nie traćmy nadziei, tak dobrze i błogo jest ufać! Ale ty, Valentine, zarzucasz mi egoizm, a jak traktujesz mnie sama? Jesteś niczym piękny i zimny posąg wstydliwej Wenus. Cóż dajesz mi w zamian za moje oddanie, za poświęcenie i powściągliwość? Niewiele. Mówisz o panu d’Epinay i wzdychasz na myśl, że kiedyś zostaniesz jego żoną. Tylko tyle masz w duszy? Ja oddaję ci życie i duszę, tobie poświęcam najdrobniejsze drgnienie serca. I gdy ja cały jestem twój, gdy mówię sobie cicho, że jeśli cię stracę, umrę, ciebie wcale nie przeraża myśl, że będziesz należała do innego. Och, Valentine, gdybym był na twoim miejscu i czuł się tak kochany, jak ty, a masz przecież pewność, że cię kocham, sto razy już przesunąłbym dłoń między tymi kratami i uścisnął rękę biednego Maksymiliana, mówiąc: „Do ciebie, Maksymilianie, do ciebie tylko należę na tym i na przyszłym świecie”.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, ale młodzieniec usłyszał, jak westchnęła i zapłakała.
Jego reakcja była natychmiastowa:
— Valentine, zapomnij o tych słowach, jeśli było w nich coś, co mogło cię zranić.
— Nie — rzekła. — Masz rację, Maksymilianie. Ale czy nie widzisz, że jestem biedną istotą, osamotnioną w obcym domu, bo ojciec jest mi niemal obcy? Od dziesięciu lat, dzień po dniu, minuta po minucie, moja wola łamana jest przez żelazną wolę otoczenia. Nikt nie widzi, jak cierpię i nikomu o tym nie mówię, tylko tobie. Pozornie w oczach świata jest mi dobrze, wszyscy odnoszą się do mnie ciepło, a w rzeczywistości każdy jest mi wrogiem. Ludzie mówią: „Pan de Villefort jest zbyt poważny i surowy, by okazywać czułość córce. Ale ma ona to szczęście, że znalazła w pani de Villefort drugą matkę”. Otóż świat się myli. Ojciec pozostawił mnie obojętnie własnemu losowi, macocha zaś nienawidzi z tym większą zaciętością, że skrywać ją musi pod wiecznym uśmiechem.
— Nienawidzi! Czy to w ogóle możliwe?
— Niestety, najdroższy, muszę przyznać, że ta nienawiść jest właściwie zupełnie naturalna. Macocha ubóstwia swojego syna, mojego brata, Edwardka.
— I co z tego?
— Dziwne to uczucie mówić z tobą o pieniądzach. Ale to właśnie jest źródłem nienawiści. Macocha sama nie ma majątku, a ja jestem bogata po matce, a będę dwa razy bogatsza, gdy odziedziczę majątek dziadków, państwa de Saint-Méran. Otóż zdaje mi się, że ona jest o to zazdrosna. Mój Boże, gdybym mogła oddać jej połowę tej fortuny, a być traktowana w domu jak córka, nie wahałabym się ani chwili.
— Biedactwo!
— Tak, jestem jakby związana, a równocześnie czuję się tak słaba, że czasem wydaje mi się, że więzy te mnie podtrzymują i boję się je zerwać. Poza tym mój ojciec nie jest osobą, której rozkazy można by bezkarnie łamać. Ma nade mną władzę, ty również nie poradzisz nic przeciwko niemu, a i sam król nie mógłby tu nic zrobić, zważywszy na nieskalaną przeszłość, która czyni pozycję mego ojca nietykalną. Maksymilianie, przysięgam ci, że jeżeli nie walczę, czynię to z lęku, by nie zniszczyć w tej wojnie nie tylko siebie, ale i ciebie. Nie mogę walczyć, bo lękam się, abym w tej walce nie poświęciła siebie i ciebie.
— Ale dlaczego tak rozpaczasz, dlaczego widzisz przyszłość w tak czarnych barwach?
— Ach, kochany, bo znam przeszłość.
— Ale przecież zastanów się chwilę, może nie jestem znakomitą partią z punktu widzenia arystokracji, ale z wielu względów nie jestem obcy światu, w którym żyjesz. Czas, gdy we Francji istniały dwie odrębne Francje, już dawno minął. Najznakomitsze rody monarchii przemieszały się z rodzinami cesarstwa. Arystokracja krwi poślubiła szlachtę wojskową, do której ja przecież należę. Czeka mnie niezła przyszłość w armii, dysponuję niewielką wprawdzie fortuną, ale daje mi ona niezależność, a mojego ojca wspomina się z szacunkiem w naszych okolicach jako jednego z najuczciwszych ludzi interesu. Mówię „w naszych okolicach”, bo przecież ty również pochodzisz z Marsylii.
— Maksymilianie, nie mów mi o Marsylii, to słowo przypomina mi moją matkę, tego anioła, którego wszyscy nadal opłakują. Krótko dane jej było czuwać nade mną na ziemi, lecz mam nadzieję, że teraz czuwa nadal — w niebie. Och, gdyby żyła, nie miałabym się czego obawiać. Powiedziałabym jej, że cię kocham, a ona chroniłaby tę miłość.
— Niestety, Valentine! — odrzekł Maksymilian. — Gdyby twoja matka żyła, myślę, że nie miałbym okazji cię poznać. Sama powiedziałaś, że byłabyś szczęśliwa, a Valentine szczęśliwa spoglądałby na mnie za swych wyżyn z pogardą.
— Teraz ty jesteś niesprawiedliwy dla mnie... Ale powiedz mi...
— Co mam ci powiedzieć? — zapytał, widząc, że Valentine się waha.
— Powiedz mi — podjęła — czy w przeszłości, w Marsylii jeszcze, nie było jakiś nieporozumień pomiędzy moim ojcem i twoim?
— O ile wiem, nie — odpowiedział Maksymilian. — Twój ojciec był żarliwym stronnikiem Burbonów, mój zaś oddany był całą duszą cesarzowi i jedynie to mogłoby ich dzielić. Ale skąd to pytanie?
— Powiem ci, bo chcę, żebyś wszystko wiedział. W dniu, kiedy twoja nominacja na kawalera Legii Honorowej została publicznie ogłoszona, byliśmy wszyscy u dziadka, pana Noirtier, i był tam jeszcze pan Danglars, ów bankier, ten, którego konie przedwczoraj o mało co nie stratowały mojej macochy i brata. Czytałam dziadkowi na głos dziennik, oni zaś rozmawiali o przyszłym małżeństwie pana de Morcerf z panną Danglars. Gdy doszłam do ustępu odnoszącego się do ciebie i który sama już znałam, bo poprzedniego dnia doniosłeś mi tę radosną nowinę, otóż kiedy doszłam do tego ustępu, byłam tak szczęśliwa, a równocześnie tak bałam się wypowiedzieć na głos twoje imię, że z pewnością ominęłabym je, gdyby nie obawa, że moje milczenie zostanie niewłaściwie zrozumiane. Więc zebrałam całą odwagę i przeczytałam.
— Kochana Valentine!
— Zaledwie wymówiłam twoje imię, mój ojciec odwrócił głowę. Byłam tak święcie przekonana (widzisz, jaki ze mnie głuptas), iż twoje nazwisko wywoła wszędzie piorunujące wrażenie, że zdawało mi się, że mój ojciec zadrżał, podobnie zresztą jak i pan Danglars, choć tutaj jestem niemal pewna, że się mylę.
„Morrel — rzekł mój ojciec — Zaraz, zaraz... — zmarszczył brwi — czy to nie z tych Morrelów z Marsylii, zaciekłych bonapartystów, co takie nieszczęście sprowadzili na nas w 1815 roku?”.
„Z tych samych — odpowiedział pan Danglars. — Zdaje mi się nawet, że to syn ówczesnego armatora”.
— Doprawdy? — zdziwił się Maksymilian. — A co twój ojciec na to odpowiedział?
— Och, coś tak strasznego, że nie śmiem ci nawet powtórzyć.
— Nie bój się — rzekł z uśmiechem Maksymilian.
— „Ich cesarz — mówił dalej marszcząc brwi — wiedział dobrze, jak radzić sobie z tymi fanatykami. Mówił na nich mięso armatnie i to jedyne miano, na jakie zasługiwali. Cieszę się ogromnie, że nowy rząd powraca do tej zbawiennej praktyki. Nawet jeśli byłby to jedyny powód, dla którego władze upierają się, by zachować Algierię, to i tak podziękowałbym im za to, choć ciut drogo nas to kosztuje”.
— To rzeczywiście brutalna polityka — rzekł Maksymilian. — Ale nie musisz wstydzić się za słowa ojca, Valentine. W tym względzie mój ojciec w niczym twojemu nie ustępował, bo i on ciągle powtarzał: „Nie wiem, czemu cesarz, który tyle dobrych rzeczy zrobił, nie utworzy pułku z sędziów i adwokatów, i nie pośle ich na pierwszy ogień?”. Widzisz tedy, kochana moja, że obie strony są siebie warte, jeżeli chodzi o barwność wypowiedzi i miłe pomysły. Ale co odpowiedział na to pan Danglars?
— Roześmiał się tym swoim obłudnym śmiechem, który mnie przeraża. Posiedzieli jeszcze chwilę, po czym podnieśli się i wyszli. Dopiero wtedy spostrzegłam, że kochany dziadek jest ogromnie poruszony. Tylko ja jestem w stanie odgadnąć, co dzieje się w jego sercu i lękam się, czy ta rozmowa, która toczyła się w jego obecności, bo już teraz nikt nie zważa na tego biednego starca, nie wywarła na nim zbyt silnego wrażenia, zważywszy, że tak źle mówiono o cesarzu, którego przecież był zawsze najgorliwszym stronnikiem.
— No tak, przecież to jeden z bardziej znanych ludzi z czasów cesarstwa. Był zdaje się senatorem i nie wiem, czy wiesz, ale za Restauracji maczał palce w prawie wszystkich spiskach bonapartystowskich.
— Owszem, nieraz słyszałam, jak ktoś szeptał po kątach o tych sprawach, które wydają mi się bardzo dziwne: dziadek bonapartysta, ojciec rojalista, a zresztą... Odwróciłam się więc do dziadka, a on wzrokiem wskazał mi dziennik.
„No jak tam, dziadziu? — zapytałam. — Jesteś zadowolony?”
Kiwnął potakująco.
„Z tego, co powiedział mój ojciec?”
Zaprzeczył.
„A więc z tego, że pan Morrel został mianowany kawalerem Legii Honorowej?”.
Skinął głową, że tak.
Czy uwierzysz, Maksymilianie? Cieszył się, że otrzymałeś order, a przecież wcale cię nie zna. Być może jest to tylko dowód jego szaleństwa, bo mówią, że dziecinnieje. A ja go kocham za to jeszcze bardziej.
„Dziwne” — pomyślał Maksymilian.
— Czyżby twój ojciec mnie nienawidził, dziadek natomiast... Osobliwe są te sympatie i antypatie między partiami.
— Cicho — szepnęła nagle Valentine. — Ukryj się, uciekaj, ktoś idzie! Maksymilian chwycił za motykę i jął bez litości kopać lucernę.
— Panienko! Panienko! — zawołał głos zza drzewa. — Jaśnie pani szuka wszędzie panienki. Przyszedł jakiś gość, jest już w salonie.
— Gość? — zdziwiła się Valentine, cała jeszcze poruszona. — A któż to składa nam wizytę?
— Wielki pan, książę podobno, pan hrabia de Monte Christo.
— Już idę — odpowiedziała Valentine.
Maksymilian zadrżał po drugiej stronie bramy — to „już idę” oznaczało, jak zwykle, koniec ich spotkania — służyło za pożegnanie.
— No, no — rzekł do siebie Maksymilian oparty w zamyśleniu na motyce. — A skądże to hrabia Monte Christo zna pana de Villefort?