52. Robert diabeł

Opera stanowiła tym lepsze usprawiedliwienie, że właśnie tego wieczoru miała się tam odbyć uroczystość Akademii Muzycznej.

Levasseur po długich niedomaganiach miał znów pokazać się w roli Bertrama i występ popularnego maestra jak zwykle ściągnął paryską śmietankę towarzyską.

Morcerf, podobnie jak większość bogatej młodzieży, miał swój fotel na parterze, prócz tego mógł zawsze poprosić o miejsce w jednej z dziesięciu lóż, które zajmowali jego znajomi, nie licząc już prawa wstępu do „loży lwów”.

Château-Renaud miał fotel obok Morcerfa. Beauchamp, jako dziennikarz, był królem sali i mógł się usadowić, gdzie mu się tylko podobało.

Lucjan Debray miał na ten wieczór do dyspozycji lożę ministra, ale ofiarował ją hrabiemu de Morcerf, a ten, ponieważ Mercedes nie chciała jechać do teatru, posłał rezerwację Danglarsowi i przekazał, że złoży podczas spektaklu wizytę pani baronowej i pannie Eugenii, jeżeli raczą przyjąć ofiarowaną im lożę.

Panie Danglars naturalnie nie odmówiły. Nikt się tak bardzo nie łakomi na darmową lożę, jak milioner.

Danglars oświadczył, że jego polityczne zasady i mandat deputowanego opozycji nie pozwalają mu pokazywać się w loży ministerialnej; toteż pani baronowa napisała do Lucjana, aby po nie przyjechał — nie mogła przecież udać się sama z córką do Opery.

Istotnie, gdyby obie panie pokazały się tam same, uznano by to za coś bardzo niestosownego; podczas gdy nikt nie powiedziałby złego słowa, że panna Danglars jechała do Opery z matką i kochankiem matki — cóż, trzeba brać świat takim, jaki jest.

Kurtyna podniosła się, gdy teatr jak zwykle był jeszcze prawie pusty. To jeden z obyczajów paryskich wyższych sfer: przybywać do teatru, gdy spektakl już się zaczął. Dlatego też widzowie, którzy przybyli punktualnie, podczas całego pierwszego aktu nie patrzą na scenę, ale na tych, którzy wchodzą spóźnieni, a słyszą tylko trzaskanie drzwiami i brzęk rozmów.

— Popatrz, popatrz! — odezwał się nagle Albert, widząc, jak otwiera się boczna loża na pierwszym piętrze — hrabina G***!

— Znasz ją? — spytał Château-Renaud.

— Tak — odparł Albert. — Franz przedstawił mnie w Rzymie.

— A nie chciałbyś tego samego zrobić dla mnie w Paryżu?

— Chętnie.

— Pssst! — zwrócił im ktoś uwagę.

Młodzi ludzie nie przerwali rozmowy, nie troszcząc się o to, że na parterze chciano posłuchać muzyki.

— Była na wyścigach na Polu Marsowym — stwierdził Château-Renaud.

— Jaki koń wygrał?

— Nautilus. Na niego stawiałem.

— Ale przecież były trzy gonitwy?

— Tak. O nagrodę Jockey-Clubu: złoty puchar. I nawet zaszło przy tym coś dziwnego.

— Cóż takiego?

— Cicho tam! — zirytował się ktoś.

— Cóż takiego? — powtórzył Albert.

— Ten bieg wygrali koń i dżokej zupełnie nieznani.

— Jak to?

— Ano tak! Nikt nawet nie zauważył konia zapisanego pod imieniem Vampa i dżokeja wpisanego pod pseudonimem Hiob, gdy nagle zaczął się przebijać do przodu pyszny kasztan z dżokejem niewiele większym od pięści; musiano mu wpakować dwadzieścia funtów ołowiu w kieszenie, a jednak przybył do mety, wyprzedzając o trzy długości Ariela i Barbara, które z nim biegły.

— I nikt nie wiedział, do kogo należy koń i dżokej?

— Nie.

— Mówisz, że koń był zapisany pod imieniem...

— Vampa.

— To mam przewagę: wiem, czyj to koń i czyj dżokej.

— Ależ cicho! — zawołano po raz trzeci z parteru.

Tym razem poruszyło się tyle osób, że nasi młodzieńcy zorientowali się wreszcie, że to do nich zwraca się ktoś z publiczności. Odwrócili się i szukali przez chwilę człowieka, który zdecydował się na to, co brali za impertynencję; nikt jednak nie zwrócił im ponownie uwagi, więc odwrócili się do sceny.

Wtem otwarto lożę ministra: weszli pani Danglars, jej córka i Lucjan Debray.

— O, o! — odezwał się Château-Renaud. — A oto i twoje znajome. Po kiego diabła patrzysz w prawo? Szukają cię.

Albert odwrócił się i napotkał spojrzenie baronowej, która skinęła mu lekko wachlarzem na powitanie. Jeśli chodzi o pannę Eugenię, to ledwie raczyła spuścić swe wielkie czarne oczy na przód parteru.

— Wiesz, mój drogi — rzekł Château-Renaud — doprawdy nie rozumiem — pomijając mezalians, bo myślę, że niezbyt cię to obchodzi — co cię może zrażać do panny Danglars; to prawdziwa piękność.

— O, tak, jest bardzo piękna. Przyznam ci się jednak, że wolałbym, jeśli idzie o piękne dziewczęta, znaleźć coś... bardziej pociągającego i kobiecego.

— Ech, ta dzisiejsza młodzież — rzekł Château-Renaud, który miał koło trzydziestki i z tej racji lubił przybierać wobec Alberta ton ojcowski — nigdy nie są zadowoleni. Jak to, mój drogi, wyszukali ci narzeczoną zbudowaną jak Diana łowczyni, a ty masz jakieś ale?

— No właśnie wolałbym coś w rodzaju Wenus z Milo. Taka Diana wiecznie otoczona nimfami cokolwiek mnie przeraża. Boję się, żeby mnie nie potraktowała jak Akteona.

Istotnie, rzuciwszy okiem na dziewczynę, można było zrozumieć uczucia Alberta.

Panna Danglars była piękna, ale jak się wyraził Albert, jej uroda była mało kobieca: czarne włosy miały piękny odcień, ale po jej naturalnie skręcających się puklach można było poznać, że opierały się stanowczo dłoni, która pragnęła narzucić im jakiś ład; oczy, równie czarne jak włosy, ocienione były prześlicznymi brwiami, które miały jedną tylko wadę: czasem się marszczyły, a wtedy spojrzenie Eugenii wyrażało niezwykłą u kobiety stanowczość; nos dziewczyny miał tak idealne proporcje, że jakiś rzeźbiarz mógłby je wziąć za wzór dla nosa Junony; tylko jej usta były nieco za duże, a piękne ząbki tylko uwydatniały karmin warg, zbyt mocno kontrastujący ze śnieżną cerą; wreszcie czarny pieprzyk w kąciku ust, większy, niż bywają zazwyczaj owe kaprysy natury, dokonywał dzieła, nadając twarzy Eugenii ostrość, która z lekka przerażała Alberta.

Cała zresztą postać Eugenii pozostawała w harmonii z twarzą. Wyglądała jak Diana łowczyni, co stwierdził Château-Renaud, ale w jej urodzie było coś jeszcze bardziej męskiego i twardszego.

Jeżeli można byłoby postawić jakiś zarzut edukacji, jaką odebrała, to tylko jeden: była podobna do jej wyglądu, to jest stanowiła raczej edukację męską. Eugenia mówiła kilkoma językami, miała zdolności plastyczne, pisała wiersze i komponowała muzykę. Pasjonowała się szczególnie tą ostatnią sztuką, a studiowała ją razem z koleżanką z pensji, osóbką ubogą, ale która — jak mówiono — miała wszelkie predyspozycje do tego, by stać się znakomitą śpiewaczką. Pewien wielki kompozytor zajął się nią z niemal ojcowską troską i kształcił jej zdolności w nadziei, że głos zapewni kiedyś uczennicy majątek.

Ponieważ prawdopodobne było, że panna Luiza d’Armilly — tak się nazywała młoda wirtuozka — wstąpi kiedyś na deski sceniczne, panna Danglars przyjmowała ją u siebie, ale nigdy nie pokazywała się z nią publicznie. Zresztą choć Luiza nie miała w domu bankiera pozycji takiej, jak inne przyjaciółki Eugenii, stała w hierarchii wyżej niż zwykła nauczycielka.

Kilka chwil po tym, jak pani Danglars weszła do loży, opadła kurtyna, po czym parter stopniowo opustoszał, bowiem długie, półgodzinne antrakty umożliwiały spacer po foyer i odwiedziny w lożach.

Morcerf i Château-Renaud wyszli jako jedni z pierwszych. Pani Danglars pomyślała, że pośpiech Alberta miał na celu wizytę u niej; nachyliła się do ucha córki, aby go zapowiedzieć, ale Eugenia tylko potrząsnęła głową i uśmiechnęła się; w tejże chwili, jakby na dowód, że racja była po stronie Eugenii, Morcerf ukazał się w bocznej loży na pierwszym piętrze.

Była to loża hrabiny G**.

— Jak się pan ma, panie podróżniku — rzekła hrabina, wyciągając do Alberta rękę tak serdecznie, jakby znali się od dawna. — Miło mi bardzo, żeś mnie pan rozpoznał, a jeszcze milej, że na pierwszą wizytę wybrał pan moją lożę.

— Proszę mi wierzyć, że gdybym wiedział o przybyciu pani do Paryża i gdybym znał pani adres, nie czekałbym z tą wizytą tak długo. Ale pozwól pani przedstawić sobie barona de Château-Renaud, mego przyjaciela, jednego z nielicznych przedstawicieli prawdziwej francuskiej szlachty. Właśnie się od niego dowiedziałem, że byłaś pani na wyścigach, na Polu Marsowym.

Château-Renaud ukłonił się.

— O, był pan na wyścigach? — spytała żywo hrabina.

— Tak, pani.

— A więc — podjęła spiesznie hrabina — czy wie pan może, do kogo należał koń, który wygrał nagrodę Jockey-Clubu?

— Nie, pani hrabino — odparł Château-Renaud — i właśnie o to samo pytałem Alberta.

— Bardzo pani na tym zależy? — odezwał się Albert.

— Na czym?

— Aby się dowiedzieć, czyj to był koń.

— Niezmiernie. Wyobraź pan sobie... ale czyżby pan wiedział, kto to taki?

— Ale chciałaś pani nam coś opowiedzieć; powiedziała pani: „wyobraź pan sobie...”.

— Otóż wyobraź pan sobie, że ów śliczny kasztan i ten maleńki dżokej w różowej kurtce od pierwszej chwili obudzili we mnie tak żywą sympatię, że modliłam się, by wygrali tak, jakbym postawiła na nich pół majątku; a więc gdy zobaczyłam, jak dobiegają do mety, wyprzedzając inne konie o trzy długości, tak się uradowałam, że zaczęłam klaskać w ręce jak szalona. Wystawcie sobie, panowie, moje zdumienie, gdy wróciwszy do domu spotkałam na schodach tego małego różowego dżokeja. Pomyślałam, że zwycięzca wyścigu mieszka także w tym domu; ale gdy otwarłam drzwi do salonu, ujrzałam złoty puchar — nagrodę, jaką zdobyli tajemniczy koń i dżokej. W pucharze był bilecik, a na nim kilka słów: „Dla hrabiny G*** od lorda Ruthwena”.

— Właśnie — rzekł Morcerf.

— Jak to właśnie? Co pan przez to rozumiesz?

— To lord Ruthwen we własnej osobie.

— Jaki znowu lord Ruthwen?

— Ten nasz, wampir z teatru Argentina.

— Nie może być! — zawołała hrabina. — To on tu jest?

— Naturalnie.

— I widujesz go pan? Bywa u ciebie? A pan u niego?

— To mój przyjaciel, a pan de Château-Renaud miał także zaszczyt go poznać.

— Ale skąd bierze się pańskie przekonanie, że to on wygrał?

— Koń jest zapisany pod imieniem Vampa.

— I cóż stąd?

— No, nie przypomina sobie pani, jak się zwał ów słynny bandyta, który mnie pojmał?

— Ach, prawda!

— I z którego rąk cudownym sposobem oswobodził mnie hrabia?

— Tak.

— Nazywał się Vampa. Widzi więc pani, że to hrabia.

— Nie rozumiem jednak, dlaczego mnie przysłał ten puchar?

— Po pierwsze dlatego że, jak pani hrabina może się domyślić, wiele mu o pani mówiłem; po drugie był zachwycony, że spotkał rodaczkę, która tak żywo zainteresowała się jego udziałem w wyścigach.

— Mam nadzieję, żeś mu pan nie opowiadał tych głupstw, jakie o nim snuliśmy?

— Nie ręczę za to, bo w końcu jeśli podarował pani ten złoty puchar, podając się za lorda Ruthwena...

— Ale to straszne, będzie miał do mnie śmiertelną urazę.

— Czyż zachowuje się jak wróg?

— Nie, przyznaję.

— Sama pani widzi.

— Jest więc w Paryżu?

— Tak.

— I jakie tu zrobił wrażenie?

— Mówiono o nim przez cały tydzień. Potem była koronacja królewska, kradzież brylantów panny Mars i mówiono już tylko o tym.

— Mój drogi — wtrącił Château-Renaud — dobrze widać, że hrabia jest twoim przyjacielem, przywykłeś już do niego. Niech mu pani hrabina nie wierzy — przeciwnie, w Paryżu mówi się tylko o hrabi de Monte Christo. Zadebiutował przysyłając pani Danglars konie za trzydzieści tysięcy franków; następnie ocalił życie pani de Villefort; potem — jak słyszę — wygrał wyścig Jockey-Clubu. Niezależnie od tego, co mówi Albert, ja wiem, że wszyscy nadal interesują się hrabią i za miesiąc też się będą interesować, jeżeli nadal będzie zachowywał się w tak ekscentryczny sposób, a zdaje się, że to jego zwykły tryb życia.

— To możliwe — rzekł Morcerf — ale popatrzcie, kto zajął lożę po ambasadorze rosyjskim.

— Która to? — spytała hrabina.

— W pierwszym rzędzie, pod kolumnami, chyba jest zupełnie odnowiona.

— Fakt — rzekł Château-Renaud. — Był tam kto w czasie pierwszego aktu?

— Nie widziałam nikogo — odpowiedziała hrabina. — A więc sądzi pan — podjęła przerwany wątek — że to ten pański hrabia de Monte Christo zajął pierwsze miejsce?

— Jestem tego pewien.

— I to on mi przysłał puchar?

— Oczywiście.

— Ale ja go nie znam i bierze mnie chętka, aby odesłać mu go z powrotem.

— O, niech pani tego nie robi. Odeśle pani inny, rżnięty w szafirach albo wydrążony w rubinie. Tak ma zwyczaj postępować i nie ma rady, trzeba się z tym oswoić.

Wtem rozległ się dzwonek zapowiadający drugi akt.

Albert wstał, aby wrócić na miejsce.

— Zobaczymy się jeszcze? — zapytała hrabina.

— W antrakcie, jeśli pani pozwoli, przyjdę zapytać, czy nie będę mógł w Paryżu przydać się pani na coś.

— Panowie — odparła hrabina — mieszkam przy ulicy Rivoli 22, a przyjaciół przyjmuję w sobotnie wieczory. Proszę to uważać za zaproszenie.

Młodzi ludzie ukłonili się i wyszli.

Wszedłszy na salę ujrzeli, że wszyscy z parteru stali, wpatrując się w jeden punkt. Spojrzeli w tym samym kierunku: chodziło o dawną lożę ambasadora rosyjskiego.

Właśnie wszedł do niej mężczyzna ubrany na czarno, lat najwyżej czterdziestu w towarzystwie kobiety w stroju wschodnim. Kobieta jaśniała urodą, a strój był tak bogaty, że, jakeśmy już mówili, wszystkie spojrzenia natychmiast zwróciły się na nią.

— O — rzekł Albert — to Monte Christo ze swoją Greczynką.

Po chwili młoda kobieta stała się przedmiotem zainteresowania nie tylko parteru, ale całej widowni. Kobiety wychylały się z lóż, by przypatrzeć się migoczącej w świetle lamp kaskadzie diamentów.

Drugi akt został rozegrany wśród nieustającego szmeru rozmów, jaki świadczy, że tłum został poruszony jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem.

Nikt już nie wołał o ciszę.

Najciekawsze widowisko na sali stanowiła owa kobieta, tak młoda, tak piękna, tak olśniewająca.

Tym razem wyraźny znak pani Danglars dał Albertowi do zrozumienia, że baronowa życzy sobie, aby przyszedł do nich podczas następnej przerwy.

Morcerf był zbyt dobrze wychowany, aby zwlekać, gdy go tak wyraźnie zapraszano.

Gdy akt się zakończył, pospieszył natychmiast do loży.

Skłoniwszy się obu damom, podał rękę Debray’owi.

Baronowa przyjęła go uroczym uśmiechem, Eugenia ze zwykłym chłodem.

— Na honor, mój drogi — rzekł Debray — masz przed sobą człowieka, co czeka na ciebie jak na zbawienie, abyś go zastąpił. Pani baronowa dręczy mnie pytaniami o hrabiego, mam według niej wiedzieć, skąd się wziął, skąd pochodzi i dokąd zmierza. Dalibóg, nie jestem Cagliostrem i żeby się jakoś wykaraskać, powiedziałem: Albert ma w małym palcu wszystkie tajemnice Monte Christa. Dlatego też zostałeś wezwany.

— Czyż to nie jest niesłychane — odezwała się baronowa — że ktoś, kto ma pół miliona tajnych funduszy do dyspozycji, jest tak źle poinformowany?

— Pani — rzekł Lucjan — proszę mi wierzyć, że gdybym miał do dyspozycji taką sumę, użyłbym jej do czegoś innego niż zbieranie wiadomości o panu hrabi de Monte Christo, który zasługuje na uwagę tylko dlatego, że jest dwa razy bogatszy niż nabab. Ale oddaję głos Albertowi, proszę sobie porozmawiać, mnie to już nie obchodzi.

— Nabab na pewno nie przysłałby mi pary koni wartości trzydziestu tysięcy franków, do tego z czterema diamentami w uprzęży — po pięć tysięcy każdy.

— O, diamenty, to jego mania — roześmiał się Morcerf. — On ma chyba jak Potiomkin pełno diamentów w kieszeniach i rozrzuca je po drodze jak Tomcio Paluch kamyki.

— Pewnie znalazł jakąś kopalnię diamentów — rzekła pani Danglars. — Wiesz pan, że ma nieograniczony kredyt w banku mego męża?

— Nie, nie wiedziałem — odparł Albert — chociaż to bardzo naturalne.

— Mówił memu mężowi, że zamierza zabawić w Paryżu rok i wydać w ciągu tego okresu sześć milionów.

— To szach perski, co podróżuje incognito.

— Panie Lucjanie — wtrąciła Eugenia — a zauważył pan, jaka piękna ta kobieta?

— O, naprawdę, panno Eugenio, tylko pani umie przyznać sprawiedliwość osobom swojej płci.

Lucjan przyłożył monokl do oka.

— Prześliczna! — rzekł.

— Panie Albercie, wie pan, kim jest ta kobieta?

— Wiem mniej więcej — odparł Albert — bo niczego, co dotyczy naszego tajemniczego hrabiego, nie można znać dokładnie. To Greczynka.

— To widać od razu po jej stroju. Poinformował pan nas o tym, o czym już wiemy, podobnie jak i cała widownia.

— Przykro mi, że jak na gawędziarza wiem tak mało, ale muszę się przyznać, że na tym kończy się moja wiedza. No, wiem także, że jest muzykalna, bo pewnego razu, gdy byłem na śniadaniu u hrabiego, słyszałem dźwięki guzli; na pewno ona na niej grała.

— Więc pański hrabia przyjmuje u siebie gości? — zapytała pani Danglars.

— Przyjmuje i to wspaniale, mogę panią zapewnić.

— Muszę namówić męża, aby wydał na jego cześć obiad albo bal, wtedy pójdziemy do niego z rewizytą.

— Jak to, pójdzie pani do niego? — zaśmiał się Debray.

— Czemużby nie, jeśli z mężem?

— Przecież ten tajemniczy hrabia to kawaler.

— A widzisz pan przecież, że nie — teraz roześmiała się baronowa i wskazała piękną Greczynkę.

— Mówił nam na śniadaniu, że to niewolnica; pamiętasz, Albercie?

— Przyznaj jednak, drogi Lucjanie — wtrąciła baronowa — że wygląda raczej na księżniczkę.

— Z Tysiąca i jednej nocy.

— No, nie mówię, że z Tysiąca i jednej nocy. Co tak naprawdę stanowi księżniczkę, mój drogi? To diamenty. A ona jest nimi okryta.

— I ma ich nawet zbyt wiele — zauważyła Eugenia. — Byłaby piękniejsza bez nich, bo widać byłoby jej kształtną szyję i ręce.

— Co za artystka! — zawołała pani Danglars — Ileż uniesienia w głosie!

— Kocham wszystko, co piękne — odparła Eugenia.

— A cóż pani powiesz o hrabi? — zapytał Debray. — Zdaje mi się, że to także przystojny mężczyzna?

— Hrabia? — rzekła Eugenia tonem, jakby nie przyszło jej jeszcze do głowy na niego spojrzeć. — Hm, hrabia jest bardzo blady.

— O, właśnie — rzekł Morcerf. — W jego bladości tkwi tajemnica, którą staramy się odkryć. Wie pani, hrabina G*** uważa go za wampira.

— A więc hrabina G*** już wróciła? — spytała baronowa.

— Mamo, siedzi w loży niemal naprzeciw nas — rzekła Eugenia. — Ta kobieta o prześlicznych blond włosach to ona.

— A, tak — odparła pani Danglars. — Nie domyślasz się, panie Albercie, co masz teraz zrobić?

— Jestem na pani rozkazy.

— Proszę pójść z wizytą do pana hrabiego i przyprowadzić go tu do nas.

— A to po co? — spytała Eugenia.

— Żebyśmy mogły z nim porozmawiać. Nie zaciekawił cię?

— Wcale.

— Dziwna dziewczyna! — mruknęła baronowa.

— Oho — zauważył Morcerf. — Zdaje mi się, że on sam tu przyjdzie. Proszę, spostrzegł panią i kłania się właśnie.

Baronowa odkłoniła się hrabiemu z czarującym uśmiechem.

— Dobrze, poświęcę się — rzekł Morcerf. — Opuszczę panie na chwilę, zobaczę, czy uda mi się z nim porozmawiać.

Ukłonił się i wyszedł.

Istotnie, gdy dochodził do loży hrabiego, drzwi się otwarły; hrabia powiedział coś po arabsku do Alego, który stał na korytarzu, i ujął Alberta pod ramię.

Ali zamknął drzwi i stanął przed nimi; wokół Nubijczyka zebrał się tłumek gapiów.

— Zaiste — rzekł Monte Christo — szczególny jest ten wasz Paryż, szczególny naród, ci paryżanie; myślałby kto, że pierwszy raz widzą Nubijczyka. Spójrz pan, jak się tłoczą wokół tego biednego Alego, a ten sam nie wie, co to ma znaczyć. Zaręczam panu, że gdy na przykład paryżanin pojedzie do Tunisu, do Konstantynopola, do Bagdadu lub Kairu, nikt nie będzie się zbiegał, aby go zobaczyć.

— Bo pańscy mieszkańcy Wschodu są rozsądni i patrzą tylko na to, co jest warte uwagi; ale niech mi pan wierzy, Ali cieszy się taką popularnością tylko dlatego, że należy do pana, a pan, hrabio, jest tu teraz bardzo w modzie.

— Doprawdy? A co sprawiło, że mnie spotkał taki zaszczyt?

— Pan sam, do licha! Rozdaje pan zaprzęgi po tysiąc ludwików, ratuje życie żonom prokuratorów królewskich, jako major Brack wystawia pan na wyścigach konie czystej krwi i dżokejów niewiele większych od małpek, wygrywa złote puchary i rozsyłasz je ładnym kobietom.

— A któż panu naopowiadał tych bzdur?

— Po pierwsze pani Danglars, która pali się, aby zobaczyć pana w swojej loży albo raczej aby pana widziano w jej loży; po wtóre dziennik Beauchampa, po trzecie mój własny pomyślunek. Dlaczego nazywasz pan swego konia Vampą, jeśli chcesz zachować incognito?

— O, prawda, to była nieostrożność — rzekł hrabia. — Ale niech mi pan powie, czy pański ojciec, hrabia de Morcerf, nie bywa w Operze? Patrzyłem za nim, ale nie zauważyłem go.

— Będzie dzisiaj.

— A gdzie usiądzie?

— Pewnie w loży baronowej.

— Czy to jej córka, ta urocza osóbka obok niej?

— Tak.

— O, to można panu powinszować.

Albert uśmiechnął się.

— Co pan powie o muzyce?

— Uważam, że jest naprawdę dobra, jak na muzykę skomponowaną przez człowieka, a wykonywaną przez dwunożne, bezpióre ptaki, jak mówił nieboszczyk Diogenes.

— No, no, drogi hrabio, mogłoby się wydawać, że gdy tylko masz na to ochotę, słuchasz siedmiu chórów anielskich?

— Ależ niemal tak jest. Kiedy chcę posłuchać wspaniałej muzyki, muzyki, jakiej ludzkie ucho nie słyszało, zasypiam.

— No to trafił pan znakomicie. Proszę sobie spać, drogi hrabio, Operę wynaleziono właśnie po to...

— Nie, wasza orkiestra robi za wiele hałasu. Aby cieszyć się snem, o jakim mówiłem, potrzeba ciszy i spokoju, a ponadto pewnego preparatu...

— Ach, słynnego haszyszu?

— Nie inaczej, drogi hrabio. Kiedy będziesz chciał posłuchać muzyki, przyjdź do mnie na kolację.

— Ale już słyszałem u pana muzykę, w czasie śniadania.

— W Rzymie?

— Tak.

— Aha, to Hayde grała na guzli. Tak, biedna wygnanka lubi mi czasem zagrać jakąś melodię ze swojego kraju.

Wtem rozległ się dzwonek.

— Proszę przekazać hrabinie G*** dużo serdeczności od jej wampira.

— A co mam powiedzieć baronowej?

— Powiedz pan, że jeśli pozwoli, jeszcze tego wieczora złożę jej moje uszanowanie.

Rozpoczął się akt trzeci.

Podczas tego aktu hrabia de Morcerf pojawił się zgodnie z obietnicą w loży pani Danglars.

Hrabia nie należał do ludzi, co robią zamieszanie na sali; nikt przeto nie zauważył, jak przyszedł — oprócz tych, co znajdowali się w loży.

Monte Christo spostrzegł go jednak i lekki uśmiech pojawił się na jego ustach.

Trzeci akt upłynął jak zwykle; panny Noblet, Julia i Leroux tańczyły; książę Grenady został wyzwany przez Roberta Mario; na koniec ów majestatyczny król, trzymając za rękę córkę, obchodził komnatę, aby wszyscy mogli zobaczyć jego aksamitny płaszcz.

Kurtyna opadła, i publiczność wylała się na korytarze i do foyer.

Hrabia wyszedł z loży i po chwili zjawił się w loży baronowej Danglars.

Baronowej nie udało się powstrzymać okrzyku zdziwienia zmieszanego z radością.

— Ach, proszę, proszę do nas, panie hrabio — zawołała — naprawdę bardzo pragnęłam złożyć panu podziękowania osobiście, uzupełniając to, co napisałam w liście.

— Czyżby pani jeszcze raczyła pamiętać o tej drobnostce? Ja już zapomniałem.

— Nie, nie zapomniałam; ale tak naprawdę nie da się zapomnieć przede wszystkim o tym, że następnego dnia ocalił pan życie mojej ukochanej przyjaciółce, pani de Villefort.

— I za to, droga pani, nie zasługuję na podziękowanie; to Ali, mój Nubijczyk, miał szczęście wyświadczyć tę usługę pani de Villefort.

— Czy to także Ali — spytał hrabia de Morcerf — wyrwał mego syna z rąk rzymskich zbójców?

— Nie, panie hrabio — rzekł Monte Christo, ściskając podaną mu przez generała rękę — tym razem podziękowania należy zapisać na mój rachunek; ale już mi pan raz dziękował, przyjąłem te podziękowania i proszę mnie nie zawstydzać swoją stałą wdzięcznością. Pani baronowo, racz mi uczynić zaszczyt i przedstawić mnie córce.

— O, ona już pana dobrze zna, przynajmniej z nazwiska; od trzech dni rozmawiamy tylko o panu. Eugenio — rzekła baronowa odwracając się do córki — pan hrabia de Monte Christo.

Hrabia skłonił się; panna Danglars lekko skinęła głową.

— Przyszedł pan z prześliczną osóbką, hrabio. Czy to pańska córka? — zagadnęła Eugenia.

— Nie, pani — odpowiedział Monte Christo zdumiony tym pytaniem — albo naiwnym, albo nader obcesowym. — To nieszczęśliwa Greczynka, której jestem opiekunem.

— Greczynka! — mruknął hrabia de Morcerf.

— Tak, hrabio — odezwała się pani Danglars. — Czy widział pan kiedykolwiek na dworze Ali-Tebelina, któremu tak chwalebnie służyłeś, równie piękny strój?

— To pan hrabia służył w Janinie? — spytał Monte Christo.

— Jako generał byłem instruktorem wojskowym przy oddziałach paszy — odparł Morcerf — i nie kryję, że mój niewielki majątek zawdzięczam szczodrej ręce tego wspaniałego albańskiego przywódcy.

— Ale niechże pan popatrzy — upierała się pani Danglars.

— Gdzie? — wyjąkał Morcerf.

— Tam! — rzekł Monte Christo.

I objąwszy ramieniem hrabiego, wychylił się wraz z nim z loży.

W tej chwili Hayde, wypatrując Monte Christa, dojrzała jego bladą twarz obok oblicza Morcerfa.

Widok ten wywarł na dziewczynie taki efekt, jakby zobaczyła głowę Meduzy. Rzuciła się do przodu, jakby chciała ich pożreć wzrokiem — a potem cofnęła się i wydała słaby okrzyk, na tyle jednak silny, że usłyszały go osoby siedzące w pobliżu, a także Ali, który natychmiast otworzył drzwi.

— Co to się stało pańskiej pupilce, panie hrabio? — spytała Eugenia. — Czy aby nie zasłabła?

— Być może — rzekł hrabia — ale proszę się tym nie przerażać; Hayde jest bardzo nerwowa i wrażliwa na zapachy; wystarczy, że poczuje niemiłą dla niej woń, a już mdleje. Ale mam na to lekarstwo — dodał wyjmując z kieszeni flakonik.

Złożył ukłon baronowej i jej córce, uścisnął rękę hrabiemu i Debray’owi, po czym wyszedł.

Gdy wrócił do swojej loży, Hayde była nadal bardzo blada; zaledwie wszedł, uchwyciła go za rękę.

Monte Christo poczuł, że jej dłonie były zarazem wilgotne i zlodowaciałe.

— Z kim to rozmawiałeś, panie? — spytała dziewczyna.

— Ależ z hrabią de Morcerf, który służył pod twoim znakomitym ojcem i nawet przyznaje, że zawdzięcza mu swój majątek.

— O, nędznik! — zawołała Hayde. — To on go sprzedał Turkom! A jego majątek to nagroda za zdradę. Czyż o tym nie wiedziałeś, panie mój najdroższy?

— Słyszałem coś o tym w Epirze — odparł Monte Christo. — Ale nic nie wiem o szczegółach sprawy. Chodź, drogie dziecko, opowiesz mi o tym, to może być ciekawe.

— O tak, chodźmy stąd, chodźmy, bo zdaje mi się, że umrę, jeśli będę dłużej na niego patrzeć.

Hayde podniosła się szybko, otuliła w biały kaszmirowy burnus, naszywany perłami i koralami i wyszła w chwili, gdy podnosiła się kurtyna.

— No popatrz pan, ten człowiek nic nie robi jak wszyscy — rzekła hrabina G*** do Alberta, który powrócił na swoje przy niej miejsce. — Z istnym nabożeństwem słucha trzeciego aktu, a wychodzi, kiedy zaczyna się czwarty.

53. Hossa i bessa

W kilka dni po tym spotkaniu Albert de Morcerf odwiedził hrabiego de Monte Christo w domu na Polach Elizejskich; właściwie dom ów stał się już pałacem, hrabia bowiem, dzięki ogromnym środkom, jakimi dysponował, nadawał taki wygląd wszystkim miejscom, gdzie zamieszkiwał choćby przez krótki czas.

Albert przybył przekazać ponowne podziękowania pani Danglars, które zdążyła już wyrazić w liście podpisanym baronowa Danglars, z domu Herminia de Salvieux.

Albertowi towarzyszył Lucjan Debray; do słów przyjaciela dodał parę uprzejmości, a choć nie przemawiał „oficjalnie”, hrabia z właściwą dla siebie spostrzegawczością domyślał się, kto naprawdę za nimi stoi.

Wydało mu się nawet, że Lucjan odwiedził go, kierowany podwójną ciekawością i że połowa tej ciekawości emanowała z ulicy Chaussée d’Antin. Istotnie, mógł przypuszczać, nie lękając się pomyłki, że pani Danglars, nie mogąc zobaczyć na własne oczy domu człowieka, który rozdaje konie po trzydzieści tysięcy franków wartości i chodzi do Opery z grecką niewolnicą ustrojoną w diamenty warte milion, zleciła ten obowiązek oczom Lucjana, przez które zwykle oglądała świat, aby później opowiedział jej, co widział.

Ale hrabia nie okazał, że domyśla się związku między wizytą Lucjana i ciekawością baronowej.

— Niemal bez przerwy widujesz się pan z baronem Danglars? — zapytał Monte Christo Alberta.

— O tak, wszak mówiłem panu hrabiemu...

— A więc te projekty są nadal aktualne?

— Bardziej niż kiedykolwiek — rzekł Lucjan — to już ułożone.

I sądząc niewątpliwie, że tych kilka słów wtrąconych do rozmowy pozwoli mu już się z niej wyłączyć, włożył szylkretowy monokl do oka i gryząc złotą gałkę laseczki, zaczął obchodzić pokój i przypatrywać się broni i obrazom.

— Aha! — zdziwił się Monte Christo — ale sądząc z tego, co pan mówił, nie przypuszczałem, że tak szybko do tego dojdzie.

— Co w tym dziwnego? Sprawy jakoś się toczą, a my ani się tego nie domyślamy; my o nich zapominamy, ale one o nas nie zapominają, a gdy się obrócimy, zdziwieni spostrzegamy, że już ubiegły spory kawał drogi. Mój ojciec i pan Danglars razem służyli w Hiszpanii; mój ojciec na froncie, a pan Danglars w intendenturze. Ojciec był zrujnowany przez rewolucję, a pan Danglars nigdy nie miał majątku rodowego, a więc obaj zakładali wtedy fundamenty pod karierę: ojciec pod piękną karierę polityczną i wojskową, a pan Danglars finansową i polityczną, godną podziwu.

— Zdaje mi się, że pan Danglars mówił mi o tym, gdy byłem u niego. A ładna jest ta panna Eugenia? — spytał, rzucając okiem na Lucjana przeglądającego jakiś album. — Bo chyba nazywa się Eugenia, prawda?

— Bardzo ładna albo raczej bardzo piękna — odpowiedział Albert. — Ale ja nie mogę się poznać na tej jej urodzie. Nie jestem jej godzien!

— Mówisz tak, jakbyś już był jej mężem!

— Być może — odpowiedział Albert, rozglądając się, aby zobaczyć, co robi Lucjan.

— Wie pan — rzekł Monte Christo, zniżając głos — nie widzę, abyś się pan palił do tego małżeństwa.

— Panna Eugenia jest dla mnie za bogata i to mnie przeraża.

— Phi, to ciekawy powód! Czyż pan sam nie jesteś bogaty?

— Mój ojciec ma jakieś pięćdziesiąt tysięcy liwrów renty, a gdy mnie ożeni, da mi pewnie ze dwanaście tysięcy.

— Prawda, to skromnie, zwłaszcza jak na Paryż. Ale przecież w świecie majątek to nie wszystko; liczy się też piękne nazwisko i znakomita pozycja. Ma pan świetne nazwisko, pozycję towarzyską wspaniałą, a poza tym hrabia Morcerf jest żołnierzem; to rzecz chwalebna, gdy w kimś łączy się prawość Bayarda i ubóstwo Duguesclina; bezinteresowność to najpiękniejszy promień słońca, który może zabłysnąć od szlachetnego miecza. Uważam, że wręcz przeciwnie — to znakomita partia dla ciebie; panna Danglars wniesie ci majątek, a pan jej da szlachectwo!

Albert potrząsnął głową i zamyślił się.

— Jest tu jeszcze jedna rzecz — rzekł.

— Przyznam, że nie mogę zrozumieć, jak można żywić taki wstręt do takiej ładnej, bogatej dziewczyny.

— Na miłość Boską! Wstręt! Wstręt, jeśli istnieje, to nie z mojej strony.

— A z czyjejże? Bo mówił pan, że pański ojciec życzy sobie tego małżeństwa.

— Ze strony matki. A matka ma oko roztropne i pewne. Nie uśmiecha się jej to małżeństwo, żywi jakieś uprzedzenie do Danglarsów.

— O! To łatwo zrozumieć — rzekł hrabia nieco sztucznym tonem. — Pani hrabina, arystokratka, która jest wcieleniem dystynkcji i delikatności, wzdraga się nieco na myśl, że ma uścisnąć tę rękę chamską, grubą i ordynarną.

— Hm, nie wiem, czy to o to chodzi — rzekł Albert. — Ale zdaje mi się, że będzie bardzo nieszczęśliwa, jeśli to małżeństwo przyjdzie do skutku; mieliśmy się spotkać przed sześciu tygodniami, ale nagle zacząłem dostawać migren, i to jednej za drugą...

— Rzeczywiście dostawałeś pan migren? — rzekł hrabia z uśmiechem.

— O tak, ze strachu... I odłożono wszystko na dwa miesiące. To nic pilnego, rozumie pan; nie mam jeszcze dwudziestu jeden lat, Eugenia ma tylko siedemnaście. Ale te dwa miesiące kończą się w przyszłym tygodniu. Trzeba będzie coś postanowić. Nawet sobie pan nie wyobraża, kochany hrabio, w jakim jestem kłopocie... O, jaki jesteś pan szczęśliwy, żeś wolny!

— Ależ bądź pan również wolny; kto panu w tym przeszkadza? Proszę mi powiedzieć.

— O, sprawiłbym wielką przykrość ojcu, gdybym się nie ożenił z panną Danglars.

— Więc się z nią żeń — rzekł hrabia, wzruszając w szczególny sposób ramionami.

— No tak — rzekł Albert — ale wtedy sprawię matce przykrość.

— No to nie żeń się z nią!

— Zobaczę jeszcze, pomyślę, pan, hrabio, nie odmówisz mi rady, prawda? A jeżeli to możliwe, wyciągnie mnie pan z tego kłopotu. O, żeby nie sprawić przykrości mojej wspaniałej mamie, mógłbym poróżnić się z ojcem.

Monte Christo odwrócił się; rzekłbyś, że go to wzruszyło.

— Ej, co ty robisz? Szkic według Poussina? — zwrócił się Albert do Debray’a, który siedział w głębokim fotelu na końcu salonu z ołówkiem w prawej ręce, a notesem w lewej.

— Ja? — odparł spokojnie. — Szkic? O nie, zbyt lubię malarstwo! Nie, nie, zajmuję się czymś przeciwstawnym do malarstwa — robię obliczenia.

— Obliczenia?

— Tak; i pośrednio dotyczy to ciebie, Albercie; obliczam, ile bank Danglarsa mógł zyskać na ostatniej hossie Haiti: w ciągu trzech dni akcje podskoczyły z dwustu sześciu na czterysta dziewięć; nasz przezorny bankier zakupił ich całkiem sporo po dwieście sześć; powinien na tym zyskać ze trzysta tysięcy liwrów.

— O, to nie jest jego największe osiągnięcie — rzekł Albert. — Czy nie zarobił w tym roku miliona na obligacjach hiszpańskich?

— Słuchaj no, mój drogi — odparł Lucjan — pan hrabia powie ci, jak powiadają Włosi:

Danaro e santia — metà della metà. A to i tak wiele. A więc kiedy mi ktoś mówi podobne rzeczy, wzruszam ramionami.

— Ale mówiłeś pan o Haiti? — zagadnął Monte Christo.

— O, Haiti to rzecz całkiem inna; Haiti we francuskich spekulacjach giełdowych jest jak ecarté. Można lubić buillotte, cenić grę w wista, szaleć za bostonem, a przecież z czasem znużyć się nimi. Ale zawsze po tych grach wrócimy do ecarté, bo to jest jak przystawka. Otóż pan Danglars sprzedał wczoraj po czterysta sześć i schował do kieszeni trzysta tysięcy; dzisiaj papiery spadły do dwustu pięciu — gdyby czekał do dziś, straciłby dwadzieścia pięć tysięcy.

— A dlaczego to papiery spadły tak bardzo? — spytał Monte Christo. — Przepraszam, ale jestem zupełnym ignorantem, jeśli chodzi o intrygi giełdowe.

— Bo wiadomości następują jedne po drugich, ale nie są podobne do siebie — roześmiał się Albert.

— Do diabła! — zawołał hrabia. — To pan Danglars gra tak ryzykownie, że stawia na jedną kartę trzysta tysięcy w jednym dniu? Ależ musi być chyba jakimś krezusem?

— To nie on! — zawołał szybko Lucjan. — To pani Danglars, jest nieustraszona.

— Ale ty, Lucjanie, tak rozumny, wiesz dobrze, jak niepewne bywają te wiadomości, bo jesteś u ich źródła, powinieneś jej przeszkodzić — zauważył z uśmiechem Albert.

— Jakże mógłbym tego dokazać, kiedy sam jej mąż nie może? Znasz charakter baronowej, nikt na nią nie ma wpływu, robi tylko to, co jej się podoba.

— Gdybym ja był na twoim miejscu...

— No, no, co takiego?

— Wyleczyłbym ją z tego, byłaby to wielka przysługa dla jej przyszłego zięcia.

— Jak?

— Twoje stanowisko sekretarza przy ministrze czyni z ciebie autorytet, jeśli idzie o wiadomości. Ledwie otworzysz usta, a agenci giełdowi już w lot stenografują twoje słowa. Spraw, aby przegrała raz po razie ze sto tysięcy franków, a będzie rozważniejsza.

— Nie rozumiem — wyjąkał Lucjan.

— A przecież to jasne — odparł młody człowiek z nieudawaną naiwnością. — Donieś jej na przykład któregoś dnia coś nadzwyczajnego, coś, co przyszło telegrafem i tylko ty o tym wiesz. Na przykład, że Henryk IV odwiedził wczoraj Gabrielę; po takiej wieści papiery przecież na pewno skoczą do góry; baronowa ulokuje w tych papierach sporą sumkę i straci ją od razu, bo nazajutrz Beauchamp napisze w swojej gazecie:

Ludzie jakoby dobrze poinformowani nie mają racji utrzymując, że widziano, jak król Henryk IV odwiedził wczoraj Gabrielę. Wieść ta jest absolutnie nieprawdziwa. Król Henryk IV nie opuścił Pont-Neuf.

Lucjan roześmiał się nieszczerze. Monte Christo, obojętny na pozór, nie stracił ani słowa z całej tej rozmowy, a jego przenikliwy wzrok wyczytał nawet w zakłopotaniu sekretarza jakąś tajemnicę.

Albert wcale nie dostrzegł zakłopotania Lucjana — a jednak właśnie przez nie Lucjan zabawił u hrabiego krócej, niż zamierzał. Wyraźnie czuł się nieswojo.

Hrabia, odprowadzając go do drzwi, szepnął mu kilka słów do ucha, na które Lucjan odpowiedział:

— Jak najchętniej, panie hrabio, zgadzam się.

Hrabia wrócił do Morcerfa.

— Panie Albercie, czy zastanowiwszy się dobrze — rzekł — nie myślisz pan, że postąpiłeś trochę niezręcznie, mówiąc w ten sposób do pana Debray o swojej przyszłej teściowej?

— E, panie hrabio — obruszył się Albert — proszę, niech pan jej tak nie nazywa.

— Pańska matka naprawdę jest aż tak przeciwna temu małżeństwu?

— Do tego stopnia, że baronowa bardzo rzadko jest do nas zapraszana, a nie wiem, czy matka była u niej choć ze dwa razy.

— No, to mogę bez obawy porozmawiać z panem otwarcie: pan Danglars jest moim bankierem, pan de Villefort obsypał mnie grzecznościami za przysługę, którą mu przypadkowo wyświadczyłem. Podejrzewam, że przez to wszystko czeka mnie lawina obiadów i rautów. A więc, aby nie przesadzać z wystawnością tych przyjęć, a zarazem uprzedzić i być górą nad naszymi znajomymi, postanowiłem zaprosić do mojego wiejskiego domu w Auteuil państwa Danglars i państwa de Villefort. Jeżeli zaproszę także pana i pańską rodzinę, czy nie będzie to aby wyglądało na jakieś spotkanie matrymonialne? A przynajmniej pańska matka mogłaby tak pomyśleć, zwłaszcza jeśli pan Danglars uczyni mi zaszczyt i zabierze ze sobą córkę. I wtedy pańska matka mnie znienawidzi, a ja tego absolutnie sobie nie życzę. Wręcz przeciwnie i proszę, abyś pan powtarzał pani hrabinie przy każdej okazji, że zależy mi niezmiernie, aby myślała o mnie jak najlepiej.

— Do licha, hrabio, dziękuję panu bardzo za tę szczerość i zgadzam się, aby nas pan nie zapraszał. Mówisz pan, że chciałbyś, aby moja matka myślała o panu ciepło. Ależ ona ma na pana temat same ciepłe myśli!

— Tak pan sądzisz? — spytał Monte Christo z zaciekawieniem.

— Ależ jestem tego pewien. Po pana wizycie u nas rozmawialiśmy przez godzinę tylko o panu. Wrócę jednak do tego, o czym mówiliśmy. A więc, gdyby mama dowiedziała się o tym dowodzie delikatności z pana strony (a spróbuję jej o tym napomknąć), jestem przekonany, że byłaby panu za to nieskończenie wdzięczna. Hm, choć ojciec byłby na pewno wściekły.

Hrabia roześmiał się.

— A więc uprzedziłem pana — rzekł. — Ale zdaje mi się, że nie tylko pański ojciec będzie wściekły. Państwo Danglars uznają, że jestem bardzo źle wychowany. Wiedzą, że jesteśmy w dość bliskich stosunkach, że jest pan moim pierwszym paryskim znajomym, a jednak nie zastaną cię u mnie. Zapytają, dlaczego cię nie zaprosiłem. Wymyśl pan sobie jakieś wcześniejsze zaproszenie, choć trochę prawdopodobne i napisz do mnie jakiś liścik. Wiesz pan przecież, u bankierów tylko dowód na piśmie ma jakąś wartość.

— Mam jeszcze lepszy pomysł, panie hrabio — zawołał Albert. — Matka chce pojechać nad morze, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Kiedy ma się odbyć ten obiad u pana?

— W sobotę.

— Dziś jest wtorek; znakomicie. Jutro wieczorem wyjedziemy, pojutrze będziemy w Treport. Umie pan w czarujący sposób dogadzać swoim znajomym!

— Ja? Doprawdy lepiej pan o mnie sądzisz, niż na to zasługuję.

— Kiedy rozsyła pan zaproszenia?

— Właśnie dzisiaj.

— Natychmiast pędzę do pana Danglarsa i oświadczam mu, że jutro wyjeżdżamy z Paryża, ja i moja matka. Nie widziałem się z panem, a więc nic nie wiem o tym obiedzie.

— Chybaś zwariował! Przecież widział cię u mnie Debray!

— Oj, to prawda.

— Inaczej: zaprosiłem pana na obiad dziś, ot tak, po prostu, a pan mi z całą szczerością odparł, że nie możesz, bo się wybierasz do Treport.

— No dobrze, to postanowione. Ale może przyjdzie pan jeszcze dziś do mojej matki, zanim wyjedziemy?

— O, dziś byłoby mi trudno. A zresztą pojawiłbym się w samym środku przygotowań do wyjazdu.

— A więc niech pan zrobi inaczej, jeszcze lepiej. Jesteś pan tylko człowiekiem czarującym, a tak byłbyś człowiekiem wręcz nieocenionym.

— Cóż mam zrobić, aby osiągnąć aż taki status?

— Jesteś teraz, hrabio, wolny jak ptak — przyjdź pan do nas na obiad. Będziemy w maleńkim kółku: pan, matka i ja. Przyjrzał się jej pan zaledwie przelotnie, teraz poznasz ją lepiej. To wyjątkowa kobieta i żałuję tylko jednego: że nie ma drugiej takiej, tylko młodszej o dwadzieścia lat. Zapewniam pana, że wtedy byłaby i hrabina, i wicehrabina de Morcerf. Ojca w domu nie będzie, ma zebranie komisji, a potem obiad u kanclerza. Niech pan przyjdzie, porozmawiamy o podróżach. Zwiedził pan cały świat, opowiesz nam pan o swoich przygodach, opowiesz nam historię tej pięknej Greczynki. No, niech się pan zgodzi, matka będzie panu szczerze wdzięczna.

— Serdeczne dzięki, zaproszenie jest niezmiernie miłe i bardzo żałuję, że nie mogę go przyjąć. Nie jestem wolny, jak pan myślał, mam dziś nadzwyczaj ważne spotkanie.

— Ejże, proszę uważać: tylko co nauczył mnie pan, jak uniknąć zaprosin, które są dla nas nieprzyjemne. Muszę mieć jakiś dowód. Nie jestem na szczęście bankierem, jak pan Danglars, ale — uprzedzam pana — jestem takim samym podejrzliwcem.

— No to dam panu ten dowód — odparł hrabia i zadzwonił.

— Hm, to już drugi raz, jak pan odmawia przyjść na obiad do matki — zastanawiał się głośno Albert. — Musi coś w tym być, hrabio.

Monte Christo drgnął.

— O, na pewno pan tak nie myśli — rzekł — zresztą przybywa oto mój dowód.

Wszedł Baptysta i stanął przy drzwiach z miną oczekującą.

— Nie wiedziałem, że pan dziś do mnie przyjdzie, prawda?

— Do licha, jest pan człowiekiem tak nadzwyczajnym, że nie ręczyłbym za to.

— Ale za to z pewnością nie mogłem przewidzieć, że zaprosi mnie pan na obiad.

— No tak, to raczej prawdopodobne.

— A więc słuchaj, Baptysto... Co ci powiedziałem dziś rano, kiedy cię wezwałem do gabinetu?

— Abym po piątej nie wpuszczał już nikogo do pana hrabiego — odpowiedział służący.

— A następnie?

— Och, panie hrabio!... — wtrącił Albert.

— Nie, nie, chcę koniecznie pozbyć się tej aureoli tajemnicy, jaką mi pan stworzył. Granie roli Manfreda jest męczące na dłuższą metę. Chcę, aby ściany mojego domu były przezroczyste. Następnie... mów dalej, Baptysto.

— A następnie, bym wpuścił tylko pana majora Bartolomeo Cavalcanti i jego syna.

— Słyszy pan? Pan major Bartolomeo Cavalcanti wywodzi się z jednego z najstarszych rodów Italii, Dante raczył wspomnieć o nim.... pamiętasz pan, a może nie, w dziesiątej pieśni Piekła. A jego syn, uroczy młody człowiek, mniej więcej w pańskim wieku i tak jak pan wicehrabia, wchodzi właśnie w świat paryski z milionami swojego ojca. Major ma dziś właśnie przedstawić mi swojego syna, il contino Andreę, jak zwykliśmy mówić we Włoszech. Powierza go mojej opiece. Wprowadzę go w świat, jeśli na to zasługuje. Pomoże mi pan, prawda?

— Oczywiście! A więc to jakiś pański stary przyjaciel?

— Wcale nie. To po prostu zacny magnat. Spotkałem go parę razy we Florencji, w Bolonii albo w Lukce. Uprzedził mnie teraz o swoim przyjeździe; bardzo kłopotliwe są znajomości, jakie się zawiera w podróży: raz okaże się komuś uprzejmość, a potem ten ktoś już wszędzie będzie się domagał tego samego. Jak gdyby człowiek dobrze wychowany, który potrafi spędzić godzinę z przygodnie spotkanym nieznajomym, tym samym stawał się całkowicie gotowy na usługi wobec tego drugiego! Poczciwy major Cavalcanti, zamierza znów zwiedzić Paryż; był tu kiedyś na chwilę, za Cesarstwa, podążając do Moskwy, aby sobie tam zamarznąć. Ugoszczę go dobrym obiadem, on zostawi mi syna; przyrzeknę mu, że będę nad nim czuwał; pozwolę mu robić wszelkie głupstwa w granicach przyzwoitości — i będziemy kwita.

— Widzę, że jest pan nieocenionym mentorem. A propos, dostałem list od Franza.

— O, coś takiego! I ciągle mu się tak podoba we Włoszech?

— Myślę, że tak. Ale żałuje, że nie ma tam już pana. Mówi, że był pan słońcem rozświetlającym Rzym i że bez pana jest szaro.

— A, to pański przyjaciel Franz zmienił zdanie na mój temat?

— Wręcz przeciwnie. Nadal uważa pana za jakąś niesłychaną fantastyczną postać. Dlatego tak za panem tęskni.

— To dopiero czarujący chłopiec! Poczułem do niego sympatię już za pierwszym razem, tego wieczora, gdy szukał jakiejś kolacji i zgodził się przyjąć moje zaproszenie. Czy jego ojcem nie był aby generał d’Epinay? Ten, który został w 1815 roku tak nikczemnie zamordowany?

— I to przez bonapartystów.

— O właśnie! Tak, bardzo lubię tego chłopca. A dla niego nie ma aby jakich planów małżeńskich?

— Tak, ma się ożenić z panną de Villefort.

— Śmiejesz się pan... Dlaczego?

— Dlatego, że według mnie z tamtej strony jest tyle chęci do małżeństwa, ile we mnie i pannie Danglars. Ale naprawdę, kochany hrabio, rozmawiamy tu o kobietach zupełnie tak, jak kobiety rozmawiają o mężczyznach; to niewybaczalne!

Albert wstał.

— Już pan idziesz?

— To mi pytanie! Już od dwóch godzin pana zamęczam, a pan w swojej uprzejmości pytasz mnie, czy już idę! Doprawdy, jesteś pan, hrabio, najuprzejmiejszym człowiekiem pod słońcem! A pańska służba jaka jest wyszkolona! Zwłaszcza Baptysta! Nigdy nie udało mi się takiego dostać. Jeśli kiedykolwiek odprawi pan Baptystę, proszę go zaraz przysłać do mnie.

— Dobrze.

— To jeszcze nie wszystko: proszę pozdrowić ode mnie pana Cavalcante dei Cavalcanti, a jeśli przypadkiem chciałby ożenić syna, proszę mu znaleźć bogatą pannę, z dobrego rodu, przynajmniej po kądzieli, ale za to baronównę po ojcu. Ja panu w tym pomogę.

— Oho ho, czy to aby nie za wiele?

— Ach, hrabio — wykrzyknął Albert — sam pan nie wie, jaką by mi pan oddał przysługę i jak bardzo byłbym panu oddany, gdybym dzięki panu pozostał jeszcze kawalerem, nawet gdyby to miało być jeszcze dziesięć lat.

— Wszystko jest możliwe — odparł poważnie Monte Christo.

Pożegnał się z Albertem, wrócił do siebie i zadzwonił trzy razy. Zjawił się Bertuccio.

— Panie Bertuccio — rzekł hrabia — wiesz pan, że w sobotę będę miał gości w Auteuil.

Bertuccio zadrżał lekko.

— Dobrze, panie hrabio — rzekł.

— I do pana będzie należało przygotowanie wszystkiego, jak należy. Dom jest piękny, a przynajmniej może być piękny.

— Trzeba by wszystko w nim zmienić, panie hrabio. Obicia są już bardzo stare.

— To zmień wszystko, ale nie dotykaj jednego pokoju — sypialni wybitej czerwonym adamaszkiem. Zostaw ją bezwzględnie w takim stanie, jak jest.

Bertuccio skłonił się.

— Ogrodu też nie wolno ruszać. Ale na dziedzińcu możesz zrobić wszystko, co ci się podoba; byłbym nawet bardzo zadowolony, gdyby nie można go było rozpoznać.

— Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby pan hrabia był zadowolony.

Bertuccio skłonił się i wyszedł.