57. Pan Noirtier

A oto, co się działo w domu prokuratora po odjeździe pani Danglars, podczas gdy Valentine rozmawiała z Maksymilianem.

Pan de Villefort przyszedł razem z żoną do pokoju ojca.

Przywitali się z nim, po czym kazali odejść Barrois, lokajowi, który służył u pana Noirtier już od dwudziestu pięciu lat, i usiedli przy starcu.

Pan Noirtier siedział w wielkim fotelu na kółkach. Usadzano go w nim rano, a wieczorem przenoszono do łóżka. Fotel stał przed wielkim lustrem, w którym odbijał się cały pokój, tak że starzec mógł widzieć, kto wchodził, kto wychodził i w ogóle wszystko, co się działo wokół niego.

Nieruchomy niczym trup, patrzył teraz uważnie bystrymi oczyma na swoje dzieci: ich ceremonialny ukłon zapowiadał, że przyszli w oficjalnej, a nieoczekiwanej sprawie.

Zostały mu tylko wzrok i słuch — tylko one ożywiały to ciało, będące już właściwie w trzech czwartych w grobie; a z owych dwóch zmysłów jeden zdradzał otoczeniu, że w posągu tym istnieje wewnętrzne życie — a spojrzenie to przypominało dalekie światło, które mówi człowiekowi zabłąkanemu w nocy na pustkowiu, że jest jeszcze ktoś, kto czuwa w ciszy i ciemnościach.

I tak w czarnym oku pana Noirtier, ocienionym czarną brwią — włosy za to, długie, opadające na ramiona, już pobielały — w tym oku zebrała się cała energia, cały spryt, cała siła i inteligencja, jakie niegdyś rozproszone były w całym ciele; bywa tak często: gdy zamierają inne organy, w jednym koncentruje się cała żywotność człowieka. Pan Noirtier nie mógł poruszyć ręką, nie mógł przemówić ani wstać — ale spojrzenie zastępowało mu wszystko: rozkazywał wzrokiem i wzrokiem dziękował.

Był to prawdziwy trup o żywych oczach; trudno o coś okropniejszego nad widok tej twarzy z marmuru, w której zapalały się nagle błyski gniewu lub radości. Trzy tylko osoby rozumiały ten język sparaliżowanego: Villefort, Valentine i stary sługa.

Ale pan de Villefort rzadko odwiedzał ojca — tylko wtedy, gdy koniecznie musiał, a gdy już zaszedł, nie starał się sprawić ojcu przyjemności rozmową. Toteż jedyną radością starca była jego wnuczka. Dzięki oddaniu, miłości i cierpliwości Valentine doszła do takiej wprawy, że rozumiała wszystko, co Noirtier chciał wyrazić spojrzeniem. Na tę mowę niemą i niezrozumiałą dla kogokolwiek innego odpowiadała słowami i mimiką, w którą wkładała całe swoje serce. I tak toczyły się między nimi ożywione dialogi; ów mniemany posąg, który już niemal obracał się w proch, był nadal człowiekiem o ogromnej wiedzy, niezwykłej przenikliwości i tak silnej woli, jak tylko może być silny duch zamknięty w nieposłusznej materii, nad którą utracił władzę.

Valentine nauczyła się więc rozumieć myśli starca i przekazywać mu swoje; a dzięki tym starannym analizom rzadko się zdarzało, przynajmniej jeśli chodzi o sprawy codzienne, by nie odgadła dokładnie jego życzeń lub potrzeb.

Stary sługa służył swojemu panu — jak już mówiliśmy — od dwudziestu pięciu lat i znał tak dobrze jego nawyki, że Noirtier niemal nigdy nie musiał go o nic prosić.

Villefort nie potrzebował jednak pomocy ani córki, ani służącego, aby przeprowadzić z ojcem zamierzoną rozmowę. Znał dobrze, jakeśmy powiedzieli, mowę starca, a jeśli z nim nie rozmawiał, to dlatego, że go to nudziło lub przez obojętność.

Pozwolił więc, by Valentine zeszła do ogrodu, odprawił sługę, usiadł po prawej stronie ojca (pani de Villefort zasiadła po lewej) i rzekł:

— Niech ojca nie dziwi, że Valentine nie przyszła razem z nami i że oddaliłem Barrois. Narada, jaką chcemy z ojcem odbyć, jest takiego rodzaju, że nie powinni być przy niej ani młoda panienka, ani służący. Pragniemy coś ojcu oznajmić.

Podczas tego wstępu twarz Noirtiera pozostała niewzruszona, zaś Villefort zatapiał w nim tak badawcze spojrzenie, jakby chciał mu przeniknąć do głębi duszy.

— Jesteśmy pewni — ciągnął prokurator swoim lodowatym tonem, który zdawał się nie dopuszczać żadnego sprzeciwu — że ci się spodoba to, co ci chcemy zakomunikować.

Wzrok starca pozostał bez wyrazu: słuchał, i tyle.

— Postanowiliśmy wydać za mąż Valentine.

Zapewne więcej emocji niż pan Noirtier okazałby na taką wieść posąg z wosku.

— Ślub odbędzie się za trzy miesiące.

Wzrok starca pozostał martwy.

Pani de Villefort wtrąciła więc szybko:

— Myśleliśmy, że ta wiadomość zainteresuje ojca, bo przecież Valentine cieszy się ojca szczególną sympatią. Pozostaje nam już tylko wymienić nazwisko człowieka, który zostanie jej mężem. To jedna z lepszych partii, o jakich Valentine mogłaby pomyśleć. Młodzieniec ten posiada majątek, piękne nazwisko, a jego znakomite wychowanie i upodobania gwarantują naszej Valentine prawdziwe szczęście. A zresztą jego nazwisko nie jest zapewne ojcu nieznane. Chodzi o pana Franza de Quesnel, barona d’Epinay.

Podczas przemówienia żony Villefort nie spuszczał ani na chwilę wzroku ze starca.

Gdy pani de Villefort wymówiła nazwisko Franza, oczy Noirtiera, którego syn znał tak dobrze, zadrgały; jego powieki rozwarły się jak wargi, które chcą wyrzucić z głębi słowa — i ze źrenic wystrzeliły mu błyskawice.

Villefort wiedział dobrze o dawnej nienawiści politycznej, jaka dzieliła jego ojca i ojca Franza, zrozumiał tę iskrę i to wzburzenie. Udał jednak, że tego nie dostrzegł i podjął rozmowę tam, gdzie skończyła jego żona:

— Ojcze, rozumiesz dobrze, że Valentine skończy niedługo lat dziewiętnaście i musi wreszcie wyjść za mąż. Niemniej nie zaniedbaliśmy pomyśleć tu także o ojcu. Upewniliśmy się, że mąż Valentine zgodzi się — może nie na to, aby mieszkać z nami, mogłoby to być krępujące dla młodego małżeństwa — ale na to, aby ojciec zamieszkał z nimi. Valentine kocha ojca bardzo, a ojciec odwzajemnia jej to uczucie — w ten sposób, mieszkając u nich, nie będzie się musiał ojciec wyrzekać żadnych swoich przyzwyczajeń, a oprócz wnuczki zyska też i wnuka; razem będą się ojcem opiekowali.

W oczach Noirtiera pojawił się krwawy blask.

Widać było, że przeżywa coś strasznego; krzyk bólu i gniewu podchodził mu do gardła, a nie mogąc z niego ujść, dusił go: spurpurowiała mu twarz, a wargi zsiniały.

Villefort spokojnie otworzył okno, mówiąc:

— Gorąco tu, upał ojcu szkodzi.

Podszedł znów do ojca, ale już nie usiadł.

— Mariaż ten — dodała pani de Villefort — bardzo podoba się panu d’Epinay i jego rodzinie. A zresztą cała jego rodzina składa się tylko ze stryja i ciotki. Jego matka umarła, wydając go na świat, a ojciec został zamordowany w roku 1815. Dziecko miało wtedy zaledwie dwa lata. Pan Franz jest zatem całkowicie panem swojej woli.

— To było tajemnicze morderstwo — rzekł Villefort. — Jego sprawcy są do tej pory nieznani, chociaż podejrzewano wiele osób; jednak nikogo ostatecznie nie oskarżono.

Noirtierowi udało się skrzywić usta, jakby w uśmiechu.

— Jakoż prawdziwi winowajcy — ciągnął Villefort — to znaczy ci, którzy rozumieją, że popełnili zbrodnię, których może dotknąć sprawiedliwość ludzka, a po śmierci i boska, byliby bardzo szczęśliwi, gdyby mogli być na naszym miejscu — gdyby mogli wydać córkę za pana Franza. Uwolniliby się bowiem w ten sposób od wszelkich podejrzeń.

Noirtier uspokoił się dzięki sile woli, którą trudno byłoby podejrzewać w tak zniszczonym organizmie.

— Tak, rozumiem — odpowiedział spojrzeniem Villefortowi; a w spojrzeniu tym malowała się głęboka wzgarda i gniew.

Villefort odpowiedział na to lekkim wzruszeniem ramion.

Następnie dał znak żonie, aby powstała.

— A teraz, ojcze — odezwała się pani de Villefort — przyjmij wyrazy naszego uszanowania. Chciałby ojciec, aby przyszedł też do niego Edwardek?

Ustalone było, że starzec wyraża zgodę przymykając powieki, a odmowę — mrugając nimi kilkakrotnie; jeżeli zaś czegoś sobie życzył, podnosił oczy w górę.

Gdy chciał, aby przyszła do niego Valentine, przymykał prawe oko.

Gdy wołał Barrois, przymykał lewe.

Na propozycję pani de Villefort szybko zamrugał oczyma.

Na ten wyraźny znak odmowy pani de Villefort przygryzła sobie usta.

— Przysłać więc ojcu Valentine? — spytała.

— Tak — dał znak starzec, przymykając szybko oczy.

Państwo de Villefort ukłonili się starcowi i wyszli, rozkazawszy służącemu, aby wezwał Valentine, która zresztą wiedziała, że będzie panu Noirtier potrzebna.

Zaraz potem wbiegła do pokoju Valentine, wciąż zaróżowiona z emocji.

Spojrzała na dziadka — i natychmiast odgadła, jak bardzo cierpiał i że ma jej wiele do powiedzenia.

— Och, dziaduniu, co tu się stało? — zawołała. — Ktoś cię rozgniewał? Gniewasz się, prawda?

— Tak — dał znak starzec, przymykając oczy.

— Na kogo? Na ojca? Nie; na macochę? Nie... Na mnie?

— Tak.

— Na mnie? — zdumiała się Valentine.

Starzec przytaknął.

— Ale co ja takiego zrobiłam, dziaduniu?

Nie było odpowiedzi, więc pytała dalej:

— Nawet u ciebie dziś nie byłam; ktoś ci coś musiał o mnie powiedzieć?

— Tak — przytaknął żywo pan Noirtier.

— No, niechże się zastanowię. Boże drogi, przysięgam ci, dziadziu... A!... Właśnie wyszedł stąd ojciec z macochą?

— Tak.

— I to oni ci powiedzieli coś takiego, że się tak zdenerwowałeś? Co to mogło być? Mam ich zapytać, o co chodzi, abym się mogła przed tobą usprawiedliwić?

— Nie, nie! — odpowiedział spojrzeniem.

— Przerażasz mnie! Boże, co oni ci mogli powiedzieć?

Zastanowiła się.

— O, już mam! — zniżyła głos i podeszła do dziadka. — Czy aby nie mówili ci o moim ślubie?

— Tak — odpowiedział gniewny wzrok.

— Rozumiem. Masz mi za złe, że ci nic nie powiedziałam. Ale widzisz, zakazali mi wspominać ci o tym. Zresztą mnie też o tym nie powiedzieli, dowiedziałam się przypadkiem. Dlatego byłam tak powściągliwa. Przebacz, dziadziu.

Oczy pana Noirtier zmatowiały i znieruchomiały, zdając się mówić: smuci mnie nie tylko twoje milczenie.

— O co chodzi? — spytała dziewczyna. — Może myślałeś, że cię opuszczę? Że gdy wyjdę za mąż zapomnę o tobie?

— Nie — dał znak starzec.

— To powiedzieli ci, że pan Epinay zgodził się, abyśmy zamieszkali razem?

— Tak.

— No to dlaczego się gniewasz?

Oczy starca przybrały wyraz nieskończonej czułości.

— Tak, rozumiem. Dlatego, że mnie kochasz?

Starzec potwierdził.

— Boisz się, żebym nie była nieszczęśliwa?

— Tak.

— Nie lubisz pana Franza?

— Nie, nie, nie! — zamrugały oczy.

— Więc bardzo się tym martwisz, dziaduniu?

— Tak.

— No to posłuchaj, dziadziu — rzekła Valentine, klękając przy panu Noirtier i obejmując go za szyję. — I ja się martwię, bo ja też nie lubię pana Epinay.

Błysk radości pojawił się w oczach starca.

— Przypominasz sobie, jak się na mnie rozgniewałeś, gdy chciałam wstąpić do klasztoru?

Łza zrosiła wyschłą powiekę starca.

— A chodziło o to, by uciec przed tym ślubem, który mnie doprowadza do rozpaczy.

Pierś pana Noirtier unosiła się w coraz szybszym oddechu.

— Czyli to małżeństwo przysparza ci, dziadziu, aż takiej zgryzoty? Boże, gdybyś mógł mi pomóc, gdybyśmy mogli razem udaremnić ten projekt! Ale jesteś wobec nich bezsilny, choć umysł masz tak przytomny, a wolę tak silną. Ale w takiej walce jesteś słaby, słabszy nawet niż ja. Niestety, byłbyś dla mnie tak potężnym opiekunem, gdybyś miał nadal wszystkie swoje siły i zdrowie... Ale dzisiaj możesz mnie już tylko rozumieć i albo się ze mną radować, albo smucić. To jedyne szczęście, jakie Bóg zapomniał mi wydrzeć.

Gdy skończyła mówić, oczy Noirtiera zabłysły takim sprytem, że dziewczyna jakby wyczytała w nich tę myśl: „Mylisz się, jeszcze wiele mogę dla ciebie zrobić”.

— Możesz coś dla mnie zrobić, dziaduniu? — zapytała Valentine.

— Tak.

Noirtier wzniósł oczy ku niebu. Znaczyło to, że czegoś sobie życzy.

— Czego chcesz, dziadziu? No, zastanówmy się.

Valentine namyślała się przez chwilę i zaczęła wymieniać wszystko, co tylko przychodziło jej po kolei do głowy, ale starzec nieustannie odpowiadał: nie.

— No, skoro jestem taka niedomyślna, weźmy się do poważniejszych środków.

I jęła wymieniać po kolei litery alfabetu, patrząc pytająco na sparaliżowanego. Przy literze N, Noirtier mrugnął na znak potwierdzenia.

— Aha! Rzecz, o którą ci chodzi, zaczyna się na N! No, zobaczmy, co dalej z tym N: na... ne... ni... no...

— Tak, tak tak — zamrygał pan Noirtier.

— Aha, więc No?

— Tak.

Valentine pobiegła po słownik i położyła go na pulpicie przed panem Noirtier. Otwarła go, a kiedy starzec spojrzał na kartki, zaczęła sunąć szybko żywo palcem z góry na dół po kolumnach.

Rozmawiali tak często od sześciu lat, to jest od czasu, gdy Noirtier znalazł się w tym ciężkim stanie. Valentine miała już w tym taką wprawę, że odczytywała myśli dziadka tak szybko, jakby starzec sam szukał słów w słowniku.

Przy słowie „notariusz” Noirtier dał znak, aby się zatrzymała.

— Notariusz; chcesz się widzieć z notariuszem?

Starzec przytaknął.

— Mam posłać po niego?

— Tak.

— Powiadomić o tym ojca?

— Tak.

— Chcesz, aby notariusz przyszedł natychmiast?

— Tak.

— No to, dziadziu, zaraz po niego poślę. To wszystko, czego chcesz?

— Tak.

Valentine podbiegła do dzwonka; gdy wszedł służący, poprosiła go, aby poszedł po pana albo panią de Villefort.

— I co, jesteś kontent? — spytała dziadka. — No... ja myślę... Nie tak łatwo było na to wpaść.

I dziewczyna uśmiechnęła się do starca tak, jak uśmiechnęłaby się do dziecka.

Barrois wprowadził pana de Villefort.

— Czego ojciec sobie życzy? — spytał Villefort.

— Ojcze, dziadek chce, aby wezwać notariusza — wyjaśniła Valentine.

Wobec tak dziwnego, a co najmniej niespodziewanego żądania, Villefort spojrzał na sparaliżowanego.

— Tak — mówiło spojrzenie starego ze stanowczością, która wskazywała, że z pomocą Valentine i sługi, który już wiedział, czego chce jego pan, jest gotów wytrzymać walkę.

— Żąda ojciec notariusza? — powtórzył Villefort.

— Tak.

— Ale po cóż?

Noirtier nie odpowiedział.

— Po co ojcu notariusz?

Wzrok sparaliżowanego pozostawał nieruchomy, jakby wyrażał: „Taka jest moja wola i koniec”.

— Po to, by nam wyrządzić jakąś złą psotę? — indagował Villefort. — Czy aby warto?

— Ale w końcu — odezwał się Barrois z uporem właściwym starym sługom — jeżeli mój pan domaga się notariusza, to widocznie ma do niego jakąś sprawę. Idę po notariusza.

Barrois uznawał pana tylko w starym Noirtierze i nie dopuszczał nigdy, aby można było podważać jego rozkazy.

— Tak, chcę notariusza — potwierdził starzec, zamykając oczy, a wyglądało to tak, jakby mówił: „ciekaw jestem, czy odważycie się nie spełnić mojej woli”.

— Notariusz przyjdzie, skoro ojciec tego koniecznie chce; ale będę go musiał przeprosić i to przeprosić za ojca, bo ta scena będzie doprawdy śmieszna.

— Nieważne — odrzekł Barrois — i tak po niego pójdę.

I stary sługa wyszedł z triumfującą miną.