59. Telegraf
Gdy państwo de Villefort wrócili do siebie, dowiedzieli się, że w salonie czeka na nich hrabia de Monte Christo. Pani de Villefort, zbyt roztrzęsiona, by tak od razu ukazać się gościowi, wstąpiła do sypialni, zaś prokurator, który bardziej nad sobą panował, udał się wprost do salonu.
Chociaż umiał nie okazywać swoich emocji i nadawać twarzy dowolny wyraz, nie zdołał rozchmurzyć się na tyle, aby hrabia, promiennie uśmiechnięty, nie zauważył tego posępnego zamyślenia.
— Mój Boże, cóż się panu stało? — zapytał po wymianie obowiązkowych grzeczności. — Czyżbym przyszedł w chwili, gdy przygotowywał pan jakiś wyrok śmierci?
Villefort spróbował się uśmiechnąć.
— Nie, panie hrabio, w tej sprawie ja jestem ofiarą. To ja przegrałem proces, a pozwały mnie przypadek, upór i głupota.
— O co chodzi? — dopytywał się Monte Christo, wybornie odgrywając przejęcie. — Czyżby naprawdę przydarzyło się panu jakieś nieszczęście?
— Ach, panie hrabio, nie warto o tym mówić — odparł Villefort ze spokojem, w którym przebijała gorycz. — To tylko zwykła strata pieniężna.
— Istotnie — odparł Monte Christo — strata pieniężna to dla pana niewielki kłopot: przy takiej fortunie i przy tak filozoficznym sposobie myślenia, jak pański.
— Toteż nie martwię się tak ze względu na pieniądze, chociaż strata dziewięciuset tysięcy franków godna jest żalu, a na pewno może nieco zdenerwować. Ale bardziej dokucza mi to dziwne zrządzenie losu, przypadku, fatalności... Bo ja wiem, jak nazwać tę siłę, która wymierzyła we mnie ten cios, który obraca wniwecz moje nadzieje majątkowe, a może i przyszłość córki — i to wszystko przez kaprys zdziecinniałego starca.
— Na litość boską, ale o co chodzi? — wykrzyknął hrabia. — Powiedziałeś pan: dziewięćset tysięcy franków? No, to jest suma, której mógłby żałować nawet filozof. A któż to przyprawił pana o taką zgryzotę?
— Mój ojciec, wspominałem panu o nim.
— Pan Noirtier! Ale przecież mówił mi pan chyba, że jest kompletnie sparaliżowany i że odstąpiły go wszystkie władze?
— Fizyczne tak: nie może się ruszyć, nie może mówić, ale pomimo to myśli, upiera się przy swojej woli i — jak pan widzi — działa. Wyszedłem od niego pięć minut temu właśnie dyktuje testament dwóm notariuszom.
— Czyli przemówił?
— Lepiej, doskonale się z nimi porozumiewa.
— Jak?
— Wzrokiem. Jego oczy nie przestały żyć, no i proszę — zabijają.
— Mężu — rzekła pani de Villefort, wchodząc do salonu. — Czy trochę nie przesadzasz?
— Witam panią — ukłonił się hrabia.
Pani de Villefort oddała ukłon, uśmiechając się czarująco.
— Cóż mi tu opowiada pani małżonek? — spytał Monte Christo. — Co to za niezrozumiała przykrość...
— Niezrozumiała, to dobre określenie — odpowiedział, wzruszając ramionami prokurator. — Kaprys starego człowieka.
— W żaden sposób nie da się go przekonać, aby zmienił decyzję?
— Ależ tak — oznajmiła pani de Villefort — i to zależy jedynie od mego męża, aby ten testament wydziedziczający Valentine, został sporządzony znów na jej korzyść.
Widząc, że małżonkowie zaczynają rozmawiać parabolami, udał, że przestał się tym interesować i jął przyglądać się z największym skupieniem pełnym aprobaty, jak Edwardek nalewa atrament do poidełka dla ptaków.
— Moja droga — odpowiedział żonie Villefort — wiesz, że niezbyt lubię pozować w domu na patriarchę i że nigdy nie sądziłem, że losy wszechświata zależą od mojego skinienia. Niemniej jest dla mnie ważne, aby rodzina szanowała moje decyzje. Zdziecinnienie starca i kaprys dziecka nie zniszczą projektu, jaki ustaliłem już wiele lat temu. Baron d’Epinay był moim przyjacielem, przecież wiesz pani o tym, i trudno o lepszą partię niż związek z jego synem.
— Sądzisz — spytała pani de Villefort — że Valentine jest w zmowie z dziadkiem?... No tak... Zawsze się sprzeciwiała temu mariażowi, nie zdziwiłabym się, gdyby to, co się dziś stało, było przez nich ukartowane.
— Moja żono, wierz mi, nikt tak łatwo nie wyrzeka się dziewięciuset tysięcy.
— Ale przecież rok temu chciała się wyrzec świata i wstąpić do klasztoru.
— Mniejsza z tym. Powtarzam ci: ten ślub musi dojść do skutku!
— Wbrew woli twojego ojca? — spytała pani de Villefort, chcąc poruszyć inną strunę. — Czyż tak można!
Monte Christo udawał, że nie słucha, ale nie tracił ani jednego słowa z całej tej rozmowy.
— Moja żono — odparł Villefort — śmiało mogę powiedzieć, że zawsze szanowałem ojca, bo naturalne uczucie synowskie łączyło się u mnie z przekonaniem o jego wybitnym charakterze; ponadto ojciec jest świętością z dwóch względów: daje nam życie i nami kieruje. Ale teraz nie mogę już widzieć dawnego rozumu w starcu, który pamiętając o nienawiści, jaką żywił do ojca, chce dziś prześladować syna! Byłoby śmieszne, gdybym podporządkowywał się jego kaprysom. Nadal darzę ojca wielkim szacunkiem. Zniosę bez skargi tę finansową karę, jaką mi nakłada — ale nie zmienię mojej woli, a świat niech osądzi, za kim jest zdrowy rozsądek. A więc wydam córkę za barona d’Epinay, bo w moim przekonaniu ten mariaż jest dobry i zaszczytny. I ostatecznie wolno mi ją wydać za tego, kto mi się podoba.
— Coś podobnego, coś podobnego! — odezwał się hrabia, na którego prokurator wciąż popatrywał, szukając wzrokiem aprobaty. — Czyli pan Noirtier wydziedzicza, jak państwo mówicie, pannę Valentine dlatego, że ma wyjść za Franza Epinay?
— Mój Boże, tak, panie hrabio, to cała przyczyna — wzruszył ramionami Villefort.
— Taką przynajmniej przyczynę nam podał — dodała pani de Villefort.
— To prawdziwa przyczyna, żono. Wierz mi, znam mojego ojca.
— Czy można coś takiego pojąć? A czemuż to, mężu, pan d’Epinay nie podoba się ojcu bardziej niż ktokolwiek inny?
— Hm, poznałem pewnego Franza d’Epinay — wtrącił hrabia. — Czy to nie syn generała de Quesnel, któremu Karol X nadał tytuł barona d’Epinay?
— Tak — odpowiedział Villefort.
— Ależ to według mnie czarujący młody człowiek!
— I dlatego jestem pewna — rzekła pani de Villefort — że to tylko pretekst. Starzy ludzie, kiedy kochają, stają się tyranami. Mój teść po prostu nie chce, aby jego wnuczka wyszła teraz za mąż.
— Ale państwo nie znacie — zagadnął Monte Christo — co jest przyczyną tej nienawiści?
— E, któż to może wiedzieć?
— Może to jakaś antypatia polityczna?
— No tak. Ojciec i ojciec pana Epinay żyli w bardzo burzliwych czasach — wyjaśnił Villefort — których ja pamiętam tylko ostatnie chwile.
— Czy pański ojciec nie był aby bonapartystą? Chyba mi coś pan o tym wspominał?
— Mój ojciec przede wszystkim był jakobinem — oznajmił Villefort, wychodząc w podnieceniu poza granice rozwagi. — Toga senatorska, którą Napoleon zarzucił mu na ramiona, nie zmieniła mu serca. Ojciec spiskował nie w sprawie cesarza, ale przeciwko Burbonom; ponieważ ojciec był tym groźniejszy, że nigdy nie walczył dla niemożliwych utopii, ale dla rzeczy możliwych. A żeby je zrealizować, stosował się do straszliwych teorii jakobinów, którzy nie cofali się przed żadnymi środkami.
— A, widzą państwo, to tak! — rzekł Monte Christo. — Panowie Noirtier i d’Epinay musieli się gdzieś spotkać na polu walki politycznej. Czy pan d’Epinay, chociaż służył pod Napoleonem, nie zachował na dnie serca uczuć rojalistowskich? Czy to aby nie on został zamordowany pewnego wieczora, gdy wychodził z klubu bonapartystowskiego, do którego zwabili go, sądząc, że jest im bratem?
Villefort spojrzał na hrabiego niemal z przerażeniem.
— Mylę się? — spytał Monte Christo.
— Nie, bynajmniej — odparła pani de Villefort. — I to właśnie dlatego mój mąż wpadł na pomysł, aby połączyć tych dwoje dzieci, których ojciec i dziadek się nienawidzili, aby na zawsze wygasły te stare nienawiści.
— To dopiero wzniosła myśl! — zawołał Monte Christo. — Myśl pełna miłosierdzia, wszyscy powinni jej przyklasnąć. O, byłoby to naprawdę piękne, gdyby panna Valentine de Villefort nazywała się panią baronową d’Epinay!
Villefort drgnął i przeszył hrabiego Monte Christo wzrokiem, jakby chciał zajrzeć mu w głąb duszy i wyczytać, co podyktowało mu takie słowa.
Ale hrabia uśmiechał się nadal życzliwie, zwyczajnie; i tym razem przenikliwy wzrok prokuratora nic ponadto nie zdołał dojrzeć.
— Choć utrata tego spadku to wielkie nieszczęście dla Valentine — podjął Villefort — nie sądzę, aby pan d’Epinay cofnął się z powodu pieniędzy. Przekona się, że może jestem więcej wart niż pieniądze, skoro zrezygnowałem z nich, aby móc dotrzymać mu słowa. Wyliczy sobie, że Valentine i tak jest bogata po matce — tym majątkiem zawiadują jej dziadkowie, państwo de Saint-Méran. Bardzo kochają Valentine.
— I naprawdę zasługują na taką miłość i na taką opiekę, jaką Valentine otaczała dziadka — wtrąciła pani de Villefort. — Najwyżej za miesiąc przyjadą do Paryża, a po afroncie, jaki Valentine doznała od dziadka, nie musi już się tak poczuwać do obowiązku i ciągle zagrzebywać w pokoju teścia.
Hrabia z zadowoleniem przysłuchiwał się tym dwóm rozbieżnym wypowiedziom, dyktowanym przez zranioną miłość własną i zawód natury finansowej.
— Ale zdaje mi się — zagadnął Monte Christo po chwili milczenia — i z góry przepraszam za to, co powiem; zdaje mi się, że pan Noirtier wydziedziczył pannę Valentine za to, że chce wyjść za młodzieńca, którego ojca nienawidził, ale nie ma powodu zarzucać czegokolwiek naszemu kochanemu Edwardkowi.
— Prawda? — zawołała pani de Villefort tonem, którego nie sposób opisać. — Prawda, że to jest głęboko niesprawiedliwe? Biedny Edwardek przecież jest tak samo wnukiem pana Noirtier jak Valentine! A jednak, gdyby Valentine nie wychodziła za pana Franza, zapisałby jej cały majątek. Powiem więcej: Edwardek dziedziczy nazwisko rodziny, a mimo to, nie licząc tego majątku po dziadku, Valentine i tak będzie od niego trzy razy bogatsza.
Po takiej wypowiedzi hrabia już nie powiedział ni słowa i poprzestał na słuchaniu.
— No, przestańmy, panie hrabio — wtrącił Villefort — mówić o tych familijnych kłopotach. Tak, to prawda, że mój majątek podniesie dochody ubogich, którzy dziś stają się prawdziwymi bogaczami. Tak, niech ojciec odbierze mi bez powodu tę prawowitą nadzieję. A ja i tak postąpię tak, jak wypada człowiekowi rozsądnemu i szlachetnemu. Przyrzekłem panu Epinay dochód od tej sumy i będzie go miał, choćbym miał na siebie nałożyć najokrutniejsze wyrzeczenia.
— Myślę jednak, czy nie lepiej byłoby — podjęła pani de Villefort, wracając do tej jednej myśli, która ciągle tliła się jej na dnie serca — gdybyśmy wyznali ten smutny fakt panu Epinay, aby sam zwrócił nam słowo?
— O, to by było prawdziwe nieszczęście! — zawołał Villefort.
— Nieszczęście? — powtórzył Monte Christo.
— Oczywiście — odpowiedział, uspokajając się Villefort — bo jeżeli ślub nie dochodzi do skutku, nawet z przyczyn pieniężnych, rzuca to cień na opinię młodej panienki. A oprócz tego nabrałyby siły dawne pogłoski, które chciałem raz na zawsze stłumić. Ale nie, nic z tego nie będzie. Pan d’Epinay, jeśli jest człowiekiem porządnym, uzna, że wobec wydziedziczenia Valentine, jest tym bardziej zobowiązany. Inaczej postąpiłby jak zwyczajny chciwiec; o nie, to niemożliwe.
— Jestem zdania pana prokuratora — rzekł Monte Christo, nie spuszczając z oka pani de Villefort. — A gdybym należał do pańskich przyjaciół, pozwoliłbym sobie udzielić rady: słyszałem, że pan d’Epinay ma wkrótce wrócić. Nakłoniłbym go wobec tego, aby doprowadził tę sprawę ostatecznie do skutku; czyli wykonałbym ten plan, którego pomyślne zakończenie przyniosłoby panu największy zaszczyt.
Villefort wstał, wyraźnie uradowany, ale twarz jego żony powlekła się lekką bladością.
— Wybornie! Nic innego sobie nie życzyłem i zaufam opinii takiego doradcy jak pan — rzekł Villefort, podając rękę hrabiemu. — A więc możemy uznać wszystko, co się dziś stało, za niebyłe. Nic nie zmieniło się w naszych planach.
— Panie de Villefort — rzekł hrabia — świat, choć tak niesprawiedliwy, będzie podziwiał, ręczę za to, pańską decyzję. Pańscy przyjaciele będą z tego dumni, a pan d’Epinay, choćby miał wziąć pannę Villefort bez żadnego posagu, co się raczej nie zdarzy, będzie szczęśliwy, że wejdzie do rodziny, która potrafi ponosić najwyższe poświęcenia, aby dotrzymać słowa i spełnić obowiązek.
Po tych słowach powstał i szykował się do odejścia.
— Już nas pan opuszcza? — spytała pani de Villefort.
— Muszę, łaskawa pani, przyszedłem tylko przypomnieć o zaproszeniu na sobotę.
— Sądził pan, że moglibyśmy zapomnieć?
— Jesteś pani zbyt uprzejma... Ale pan prokurator ma tak poważne obowiązki, a czasem tak pilne...
— Ale mąż dał panu słowo. Właśnie się pan przekonał, że dotrzymuje słowa, nawet gdy ma przez to wszystko stracić, a tu przecież rzecz wygląda zupełnie inaczej.
— A gdzież to odbędzie się obiad? Na Polach Elizejskich? — zagadnął Villefort.
— O nie — odparł Monte Christo — i to sprawia, że pańskie poświęcenie staje się jeszcze godniejsze uznania: odbędzie się to aż na wsi.
— A gdzież to? Zapewne blisko Paryża?
— Tuż za rogatkami, pół mili dalej, w Auteuil.
— W Auteuil! — wykrzyknął Villefort. — A, prawda, żona mówiła mi, że masz pan dom w Auteuil, bo przecież przeniósł ją pan do niego po wypadku. A gdzie dokładnie?
— Na ulicy de la Fontaine pod dwudziestym ósmym.
— Ależ to pan kupiłeś dom pana de Saint-Méran? — zawołał Villefort.
— Pana de Saint-Méran? — zapytał Monte Christo. — Ten dom był własnością pana de Saint-Méran?
— Tak — odparła pani de Villefort. — A uwierzy pan w jedną rzecz, panie hrabio?
— W jakąż to?
— Podoba się panu ten dom, prawda?
— Jest prześliczny.
— Widzi pan, a mój mąż nigdy nie chciał w nim zamieszkać.
— O, doprawdy, nie rozumiem — odparł Monte Christo — skąd to pańskie uprzedzenie?
— Nie lubię Auteuil — rzekł prokurator, starając się zachować panowanie nad sobą.
— Ale chyba nie sprawisz mi pan przykrości — zatroskał się Monte Christo — i z powodu tej antypatii nie pozbawisz mnie radości goszczenia tam państwa?
— Nie, panie hrabio... mam nadzieję... proszę mi wierzyć... zrobię wszystko, co w mojej mocy — jąkał się Villefort.
— O, nie przyjmę żadnych usprawiedliwień. Czekam na państwa w sobotę, o szóstej. Jeśli państwo nie przyjdziecie, gotów jestem myśleć... czy ja wiem?... że nad tym domem, pustym od dwudziestu lat, ciąży jakaś okropna klątwa albo że opowiada się o nim jakąś krwawą legendę.
— Przyjdę, panie hrabio, przyjdę — pospieszył z zapewnieniem Villefort.
— Dziękuję — odpowiedział Monte Christo. — A teraz państwo pozwolą, muszę się pożegnać.
— A, prawda, mówiłeś pan przed chwilą, że musisz nas opuścić — rzekła pani de Villefort — a nawet zdaje mi się, że chciałeś powiedzieć nam dlaczego, gdy nagle zmieniłeś pan wątek.
— Tak naprawdę, łaskawa pani, chyba nie ośmielę się pani przyznać, dokąd idę.
— Ależ proszę powiedzieć.
— Zamierzam w charakterze prawdziwego gapia, którym zresztą jestem, przyjrzeć się pewnej rzeczy, nad którą nieraz rozmyślałem godzinami.
— Cóż to takiego?
— Telegraf. O, do licha, no nic, trudno, wymknęło mi się.
— Telegraf. — powtórzyła pani de Villefort.
— No tak, mój Boże, telegraf. Widziałem czasem, jak na końcu drogi, w piękny, słoneczny dzień, wznoszą się na wzgórzu czarne ramiona, zginając się jak łapy olbrzymiego owada i zawsze czyniło to na mnie ogromne wrażenie, przysięgam. Myślałem o tych dziwacznych znakach, które z taką precyzją mkną przez powietrze i przenoszą nieznaną wolę człowieka siedzącego przy stole — przez trzysta mil, do drugiego człowieka przy drugim stole, na drugim końcu linii. I myślałem, że te znaki rysuje na szarym tle chmur lub na lazurze nieba sama siła woli tego wszechmocnego człowieka. Przychodziły mi wtedy do głowy dżinny, sylfy, gnomy, słowem — jakieś tajemne moce, i śmiałem się z tego. Nigdy nie naszła mnie chęć, aby podglądnąć z bliska te ogromne, białobrzuche owady z czarnymi, cienkimi łapami — bałem się ujrzeć pod ich kamiennymi skrzydłami jakiegoś małego karzełka, pedantycznego nudziarza, nafaszerowanego po uszy wiedzą ludzką i czarnoksięską. Aż tu razu jednego dowiaduję się, że tym, co wprawia w ruch telegraf jest biedny urzędniczyna, zarabiający rocznie tysiąc dwieście franków. Taki człowieczek przez cały dzień patrzy nie na niebo jak astronom, nie w wodę jak rybak, nie na piękne krajobrazy jak myśliciel o niebieskich migdałach — ale na drugiego takiego owada z białym brzuchem i czarnymi łapami, oddalonego o pięć mil. I wtedy zdjęła mnie ogromna ciekawość — zapragnąłem przyjrzeć się z bliska tej poczwarce, która pociągając za sznurki, daje ze swojej skorupy znaki innej takiej poczwarce.
— I tam się pan właśnie wybierasz?
— Tak.
— A do jakiej stacji? Ministerstwa Spraw Wewnętrznych czy Obserwatorium?
— O nie! Tam natknąłbym się na ludzi, którzy zmusiliby mnie, abym zrozumiał rzeczy, o których nic nie chcę wiedzieć, i którzy wytłumaczyliby mi tajemnice, na których sami się nie znają. A ja, do licha, chcę zachować złudzenie, że to wielkie owady. Wystarczy, że straciłem już wszelkie złudzenia co do ludzi. Toteż nie pójdę ani na stację ministerstwa, ani do Obserwatorium. Chcę telegrafu w szczerym polu, aby zobaczyć człowieczka, co zaskorupiał w swojej wieży.
— Jest z hrabi naprawdę wyjątkowy wielki pan — stwierdził Villefort.
— Jaką linię radzisz mi pan zbadać?
— No, tę, która jest w tej chwili najbardziej zajęta.
— Świetnie! Czyli hiszpańską?
— No właśnie. Chce pan list od ministra, który wyjaśni panu...
— Nie, nie, przecież powiedziałem panu, że nie chcę nic rozumieć. W chwili, gdy coś zrozumiem, nie będzie już telegrafu — będzie tylko znak, który jakiś pan Duchâtel przesyła prefektowi Bajonny, przebrany w te dwa greckie słowa — tele graphein. A ja chcę zachować w pamięci z czcią tylko owada o czarnych odnóżach i to przerażające słowo.
— No, to niech pan idzie, bo za dwie godziny będzie już ciemno i nic pan nie zobaczysz.
— Do diabła, przerażasz mnie pan. Do jakiej stacji najbliżej?
— Hm, na drodze do Bajonny.
— Dobrze, to jadę na trakt bajoński.
— O, raczej ten w kierunku na Châtillon?
— A poza Châtillon?
— Chyba jeszcze wieża w Monthléry.
— Dziękuję, do widzenia! W sobotę opowiem państwu o wrażeniach.
W drzwiach hrabia spotkał się z notariuszami, którzy właśnie wydziedziczyli Valentine; wychodzili uradowani, że spisali akt, co przyniesie im z pewnością wielką sławę.