69. Bal

Nastały upalne lipcowe dni, a wraz z nimi owa sobota, kiedy miał odbyć się bal u pana de Morcerf.

Była dziesiąta wieczorem; olbrzymie drzewa pałacowego ogrodu hrabiego rysowały się wyraziście na tle nieba, gdzie — odsłaniając jedynie fragmenty lazurowego błękitu usianego złocistymi gwiazdami, przemieszczały się obłoki, ostatnie ślady burzy, której pomruki słychać było przez cały dzień.

W salach na parterze grzmiała muzyka, raz w rytm walca, raz galopu, a intensywne pasma światła przenikały poprzez szpary między żaluzjami.

W ogrodzie krzątała się w tej chwili służba, gdyż pani domu, upewniona, że rozpogadza się coraz bardziej, nakazała podać kolację na świeżym powietrzu.

Aleje ogrodu oświetlono kolorowymi lampionami, jak nakazywał zwyczaj włoski, a stół do kolacji tonął w światłach i w kwiatach, co jest powszechne wszędzie, gdzie okazuje się trochę zrozumienia dla przepychu przy stole. Jest jednak rzeczą niezwykle rzadką tak doskonała forma przepychu.

W chwili gdy hrabina de Morcerf, po wydaniu ostatnich rozkazów służbie, wracała do salonu, dom zaczął napełniać się zaproszonymi, których przyciągała bardziej niezwykła gościnność i urok pani domu aniżeli dostojna pozycja samego hrabiego.

Pani Danglars, poważnie zaniepokojona przebiegiem zdarzeń, wahała się przed pójściem do pani Morcerf. Jednak rankiem spotkała w drodze powóz pana Villeforta.

— Zapewne będzie pani u hrabiny de Morcerf? — zapytał prokurator królewski wychylając się przez okienko w drzwiczkach.

— Nie — odpowiedziała pani Danglars — zbyt źle się czuję.

— Niedobrze pani zrobi — odpowiedział Villefort ze znaczącym spojrzeniem. — Koniecznie musi się tam pani pokazać.

— W takim razie będę.

Pani Danglars pojawiła się, jaśniejąc nie tylko urodą, ale i przepychem toalety; weszła na salę dokładnie w tym momencie, kiedy Mercedes wracała z ogrodu.

Hrabina wysłała Alberta na powitanie pani Danglars; Albert podszedł, i wziąwszy ją pod rękę, zaprowadził na wybrane przez nią miejsce.

Albert obejrzał się wokoło.

— Z pewnością szuka pan mojej córki — rzekła z uśmiechem baronowa.

— Czyżby była pani tak okrutna, by jej z sobą nie przyprowadzić?

— Proszę się nie martwić, spotkała pannę de Villefort i idą razem, tuż za nami; oto i one w białych sukniach, jedna z bukietem kamelii, druga z bukietem niezapominajek; ale niech mi pan powie...

— A kogóż pani tym razem wypatruje? — zapytał z uśmiechem Albert.

— Czy będzie dziś u państwa hrabia de Monte Christo?

— Siedemnaście! — odpowiedział Albert.

— Co to znaczy?...

— To znaczy — odpowiedział, śmiejąc się, wicehrabia — że jest pani już siedemnastą osobą, która mi to pytanie zadaje; szczęśliwy hrabia! Już mu składałem wyrazy uznania...

— Czy pan wszystkim odpowiada w ten sam sposób?

— A prawda, przepraszam, jeszcze pani nie odpowiedziałem; zapewniam panią, że będziemy dzisiaj gościć owego tak popularnego człowieka, jesteśmy uprzywilejowani.

— Był pan wczoraj w Operze?

— Nie.

— A on był.

— Ach tak? I cóż, czy nasz ekscentryk popisał się czymś nowym?

— Inaczej nie byłby sobą. Elssler tańczyła w Diable kulawym; księżniczka grecka była zachwycona. Gdy skończyła tańczyć cachuchę, hrabia włożył przepiękny pierścień w bukiet i rzucił czarującej tancerce, a ta, by uczcić hrabiego, ukazała się w trzecim akcie z pierścieniem na palcu. Czy ta księżniczka grecka też będzie u państwa?

— Nie, tej przyjemności musimy sobie odmówić; pozycja księżniczki w domu hrabiego nie jest właściwie ustalona...

— O, proszę, niech mnie pan tu zostawi i pójdzie przywitać się z baronową: widzę, że nie może doczekać się rozmowy z panem.

Albert ukłonił się pani Danglars i odszedł do pani de Villefort, która w miarę jak się zbliżał, już otwierała usta do zapytania.

— Założyłbym się — rzekł Albert, przerywając jej — że wiem, o co chce mnie pani zapytać.

— A tak? A o co na przykład? — rzekła pani de Villefort.

— Jeżeli zgadnę, przyzna się pani?

— O tak, z pewnością.

— Zamierzała pani zapytać, czy hrabia de Monte Christo przybył lub czy przybędzie?

— Wcale nie. W tej chwili to nie jego osoba mnie interesuje. Chciałam pana zapytać, czy ma pan jakieś wiadomości od pana Franza.

— Dostałem wczoraj.

— Cóż pisał?

— Że wyjeżdża natychmiast w ślad za owym listem.

— No, dobrze; a teraz, co z hrabią?

— Hrabia przyjdzie, proszę być spokojną.

— Czy wie pan, że on ma jeszcze inne nazwisko oprócz Monte Christo?

— Nie, nie wiedziałem.

— Monte Christo jest nazwą wyspy, nazwisko rodowe hrabiego jest inne.

— Nigdy o tym nie mówił.

— Wiem więc więcej od pana. Otóż nazywa się Zaccone i jest Maltańczykiem.

— To możliwe.

— Synem właściciela okrętu.

— O, powiem szczerze: jeśli rozpowiedziałaby pani o tym, zrobiłaby pani furorę!

— Służył w Indiach, posiada kopalnię srebra w Tessalii, a do Paryża przybył, aby założyć rozlewnię wód mineralnych w Auteuil.

— To dopiero niezwykłe wiadomości! — dziwił się Albert. — Pozwoli pani, że je rozgłoszę?

— Tak, lecz powoli, nie wszystkie od razu i nie ujawniając, że pochodzą ode mnie.

— A to dlaczego?

— Bo to jest tajemnica wykradziona.

— Od kogo?

— Od policji.

— Więc mówiono o tym...

— Wczoraj wieczór u prefekta. Cały Paryż już o tym plotkował, rozumie pan — o tym niezwyczajnym zbytku. Policja zaczęła więc szukać informacji...

— No, to trzeba jeszcze było zatrzymać hrabiego jako włóczęgę, pod pretekstem, że jest zanadto bogaty.

— Niewątpliwie, tak by się stało, gdyby nie przychylne dla niego informacje.

— Biedny hrabia! Zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie mu groziło?

— Nie sądzę.

— Ze względów czysto ludzkich należałoby go o tym powiadomić. Jak tylko przyjdzie, zaraz mu powiem.

W tym momencie piękny czarnowłosy młodzieniec, o zadbanych wąsach i bystrym spojrzeniu, powitał z wielkim uszanowaniem panią de Villefort. Albert wziął go za rękę.

— Mam honor przedstawić pani pana Maksymiliana Morrel, kapitana spahisów, znakomitego, dzielnego oficera.

— Miałam przyjemność poznać już pana w Auteuil, u pana hrabiego de Monte Christo — surowo odpowiedziała pani de Villefort, odwracając się.

Odpowiedź ta, a szczególnie jej ton, ścisnęły serce biednego Morrela; wkrótce jednak nie ominęła go nagroda, bo zaledwie odwrócił się, ujrzał w drzwiach uroczą, jasną postać, która spojrzała nań ogromnymi, błękitnymi oczyma, pozornie obojętnymi, a tymczasem bukiet niezapominajek podnosił się wolno do ust.

Dobrze zrozumiał to powitanie, bo natychmiast z podobnym obojętnym wyrazem twarzy podniósł do ust chustkę; w tej chwili te dwa żywe posągi o jakże mocno bijących sercach, oddzielone całą przestrzenią salonu, zapomniały się na chwilę albo raczej zapomniały o całym świecie, pogrążone w cichej kontemplacji.

Mogliby i dłużej pozostać tak zapatrzeni w siebie i nikt by tego nie spostrzegł, wszedł bowiem właśnie hrabia Monte Christo.

Wspomnieliśmy już wcześniej, że hrabia, czy to w sposób naturalny, czy sztuczny, przyciągał uwagę wszędzie, gdzie się pojawiał; a nie wzbudzały zainteresowania ani czarny frak, któremu nie można było nic zarzucić w kroju, choć był prosty i pozbawiony odznaczeń, ani biała kamizelka nieozdobiona żadnym haftem, ani spodnie modelujące smukłą nogę — tylko ta blada cera, kruczoczarny włos, spokojna twarz o czystych liniach, melancholijny, na wskroś przeszywający wzrok i wreszcie usta o delikatnym konturze, które z taką łatwością przybierały wyraz najwyższej pogardy.

Zdarzali się mężczyźni piękniejsi od niego, ale nikt nie był tak imponujący; wszystko w hrabi miało swoje odrębne znaczenie i wagę; hrabia nigdy nie rzucał słów na wiatr, co nadawało jego rysom, wyrazowi jego twarzy i najmniejszemu gestowi wytworność i nieporównaną stanowczość.

Wprawdzie nasz dziwaczny paryski świat nigdy nie zwróciłby na to wszystko uwagi, gdyby nie łączyła się z tym tajemniczość, ozłocona bogactwami.

Hrabia szedł więc pod ostrzałem spojrzeń — i odwzajemniając niedbale ukłony, zbliżył się do pani Morcerf, która stała przy kominku zastawionym kwiatami i ujrzała go wcześniej w lustrze zawieszonym naprzeciw drzwi.

Pani de Morcerf była pewna, że hrabia przemówi do niej pierwszy, zaś hrabia był pewien, że to ona powita go jakimś słowem; i tak oboje zachowali milczenie, uważając, że banalne uprzejmości nie są ich godne; po czym hrabia odwrócił się do Alberta, który właśnie szedł do niego z otwartymi ramionami.

— Widział się już pan z moją matką? — zapytał Albert.

— Właśnie miałem honor ją powitać — rzekł hrabia — ale nie dostrzegłem pańskiego ojca.

— Tam stoi, rozmawia o polityce w gronie wielkich znakomitości.

— Istotnie? — rzekł Monte Christo. — Nigdy bym się tego nie domyślił; w jaki sposób zasłynęli? Bo wie pan, można zasłynąć w bardzo wielu dziedzinach.

— Ten wysoki chudy pan to uczony; odkrył w okolicach Rzymu gatunek jaszczurki, która podobno ma o jeden krąg więcej w kręgosłupie niż inne; zaraz po powrocie zdał raport o tym odkryciu w Instytucie; długo podawano pod wątpliwość to odkrycie: ale szala przeważyła się na stronę chuderlaka. Kręgosłup narobił wielkiego hałasu w sferach naukowych, a nasz chuderlak awansował z kawalera Legii Honorowej na jej oficera.

— A cóż to za jeden, ten drugi, który ośmielił się ubrać w granatowy frak z zielonym haftem?

— To nie on sam wybrał taki ubiór, lecz Republika, która, jak pan wie, nie szczyciła się zbyt wielkim gustem artystycznym i chcąc przywdziać swoich uczonych, zwróciła się do Davida z prośbą o zaprojektowanie mundurów.

— Doprawdy? A zatem to członek Akademii?

— Od ośmiu dni zasiada w tym uczonym gronie.

— A czym się zasłużył, w czym się specjalizuje?

— Jego specjalność? Zdaje mi się, że wbija królikom w głowę szpilki, karmi kury marzanną i wpycha fiszbiny psom w rdzeń kręgowy.

— Zapewne nauka poczyniła ogromne postępy dzięki jego doświadczeniom?

— Nie, ale pisze bardzo dobrym stylem.

— To powinno — rzekł Monte Christo — niezmiernie pochlebić królikom, którym wbija szpilki w głowę; kurom, których kości maluje na czerwono, i psom, którym wpycha fiszbiny.

Albert wybuchnął śmiechem.

— A ten pan? — zapytał hrabia.

— To znajomy hrabiego, który zdecydowanie przeciwstawił się, aby członkowie Izby Parów nosili uniformy; odniósł w tym wielki sukces; miał dość napięte stosunki z liberalną prasą, lecz oponował przeciw planom dworu i pojednał się z nią; mówi się, że ma zostać ambasadorem.

— Jakie ma prawo do parostwa?

— Napisał parę oper komicznych, nabył kilka akcji „Siècle’a” i przez pięć czy sześć lat głosował za rządem.

— Brawo, wicehrabio — rzekł, śmiejąc się Monte Christo. — Jest pan doskonałym przewodnikiem i informatorem; a teraz wyświadczy mi pan jedną przysługę?

— Jaką?

— Nie przedstawi mnie pan tym znakomitościom, a jeśli zechcą mi się przedstawić, to mnie pan ostrzeże.

Wtem hrabia poczuł, że ktoś położył mu rękę na ramieniu; odwrócił się — był to Danglars.

— A, to pan, baronie?

— Dlaczego nazywa mnie pan baronem — odpowiedział Danglars. — Nie przywiązuję przecież wagi do tytułu, nie tak, jak pan, wicehrabio.

— Zapewne — odpowiedział Albert — zważywszy, iż gdybym nie był wicehrabią, byłbym niczym, a jeśliby pan utracił tytuł, wciąż pozostaje pan milionerem.

— Co według mnie za monarchii lipcowej jest najpiękniejszym tytułem — odpowiedział Danglars.

— Niestety — rzekł Monte Christo — tylko że milionerem nie można być do końca życia, tak jak baronem, parem Francji albo członkiem Akademii; najlepszym przykładem są milionerzy Frank i Pulmann we Frankfurcie, którzy właśnie zbankrutowali.

— Doprawdy? — rzekł, blednąc, Danglars.

— Tak, odebrałem właśnie dziś wieczorem tę wiadomość przez kuriera, miałem tam u nich tak coś koło miliona, ale ponieważ mnie wcześniej ostrzeżono, zażądałem wypłaty miesiąc temu.

— O mój Boże! — zawołał Danglars. — Toć ulokowałem u nich dwieście tysięcy franków!

— Cóż — rzekł Monte Christo. — Skreślisz pan kolejne dwieście tysięcy franków...

— Ćśś — szepnął Danglars. — Nie mówmy już o tym... — tu Danglars przysunął się do Monte Christa — a zwłaszcza przy panu Andrei Cavalcantim.

I bankier zwrócił się z uśmiechem w stronę młodego Cavalcantiego.

Albert tymczasem pozostawił hrabiego, aby porozmawiać z matką. Danglars również odszedł, by przywitać się z młodym Cavalcantim. Tym sposobem Monte Christo pozostał na chwilę sam.

Upał coraz bardziej dawał się we znaki. Lokaje krążyli po salonach z tacami pełnymi owoców i lodów.

Monte Christo starł chustką pot z twarzy; ale cofnął się, gdy lokaj podsunął mu tacę i nie wziął nic, aby się orzeźwić.

Pani de Morcerf nie odrywała wzroku od Monte Christa; widziała, jak zignorował poczęstunek na tacach; dostrzegła nawet sposób, w jaki się wycofał.

— Albercie — rzekła. — Czy zauważyłeś pewną rzecz?

— Cóż takiego, matko?

— Że hrabia nigdy nie dał się zaprosić do nas na obiad.

— No tak, ale był u mnie na śniadaniu, tym śniadaniem zapoczątkował swoje wejście do towarzystwa paryskiego.

— U ciebie, ale nie u nas — szepnęła Mercedes. — Od chwili, gdy tu wszedł, bacznie go obserwuję.

— I co?

— Do tej chwili niczym się nie poczęstował.

— Hrabia bardzo mało je i pije.

Mercedes uśmiechnęła się ze smutkiem.

— Podejdź do niego — rzekła. — Jak tylko będą przenosili tacę, nalegaj, by się poczęstował.

— Po co, mamo?

— Zrób mi tę przyjemność, Albercie — rzekła Mercedes.

Albert ucałował matkę w rękę i podszedł do hrabiego.

Lokaj przyniósł kolejną tacę pełną owoców i lodów. Widziała, jak Albert nalegał, podając nawet hrabiemu puchar z lodami, ale hrabia stanowczo odmówił.

Albert wrócił do matki. Hrabina była bardzo blada.

— A widzisz, nie mówiłam ci? Odmówił.

— Tak, ale dlaczegóż się tym martwisz?

— Wiesz, Albercie, kobiety mają swoje kaprysy. Ogromną przyjemność sprawiłoby mi, gdyby hrabia zjadł u nas cokolwiek, chociażby odrobinę granatu. Być może nie przyzwyczaił się jeszcze do francuskiej kuchni, albo ma swoje szczególne upodobania.

— Ależ skąd, we Włoszech widziałem, że jadł wszystko; może nie jest dysponowany.

— Poza tym — rzekła hrabina — mieszkał zawsze w gorących krajach, nie odczuwa upałów tak dotkliwie jak my.

— Nie sądzę, bo właśnie skarżył się, że jest duszno i pytał, dlaczego nie podniesiono żaluzji, skoro otwarto już okna.

— O, w takim razie — rzekła Mercedes — mam sposób, jak wybadać, czy ta wstrzemięźliwość jest zamierzona.

I wyszła z salonu.

Po chwili otwarto żaluzje i za oknami przybranymi w powojnik i jaśmin ukazał się ogród, rozświetlony lampionami, i przygotowany do kolacji namiot.

Tancerze i ci, którzy grali w karty lub gawędzili, wykrzyknęli z radości, wciągając z rozkoszą w płuca powietrze, które napłynęło do środka.

W tejże chwili Mercedes powróciła do sali bledsza jeszcze niż przedtem, ale jej oczy wyrażały stanowczość, którą w pewnych okolicznościach potrafiła okazać.

Podeszła do grupki zgromadzonej wokół pana de Morcerf.

— Mężu, nie zmuszaj tych panów, aby tu stali, może woleliby odetchnąć świeżym powietrzem w ogrodzie.

— Ach, pani hrabino — odezwał się szarmancko stary generał. — Sami do ogrodu nie pójdziemy.

— Dobrze — rzekła Mercedes — dam więc panom sama przykład.

Zwróciła się do Monte Christa i rzekła:

— Panie hrabio, proszę podać mi ramię.

Na te proste słowa hrabia niemal zachwiał się, po czym spojrzał na Mercedes. Chwila to była krótka jak błyskawica, a jednak hrabinie wydało się, że trwa wiek, tyle Monte Christo potrafił zawrzeć myśli w tym jednym spojrzeniu.

Podał ramię hrabinie, ona wsparła się na nim albo raczej musnęła je tylko swoją małą rączką i oboje zeszli między krzewami rododendronów i kamelii, po schodach werandy, do ogrodu.

Za nimi do ogrodu pospieszyło całe rozbawione i hałaśliwe towarzystwo, około dwudziestu osób.

70. Chleb i sól

— W salonie było za gorąco, nieprawdaż, panie hrabio? — spytała.

— O tak. I miała pani hrabina doskonały pomysł, każąc otworzyć okna i żaluzje. — Mówiąc te słowa, hrabia poczuł, że ręka Mercedes drży.

— Domyśla się pan, gdzie pana prowadzę? — rzekła hrabina, nie odpowiadając na pytanie Monte Christo.

— Nie wiem, ale jak pani widzi, nie sprzeciwiam się.

— Do oranżerii, którą widać tam, na końcu alei.

Weszli do budynku pełnego wspaniałych owoców, które dojrzewały już od początku lipca w temperaturze tak utrzymywanej, aby mogła zastąpić ciepło słoneczne, którego tak często u nas brak.

Hrabina puściła ramię Monte Christa i poszła zerwać kiść winogron.

— Proszę, panie hrabio — rzekła z tak smutnym uśmiechem, że można było niemal ujrzeć, jak w oczach jej lśnią łzy — proszę skosztować, wiem wprawdzie, że winogrona we Francji nie mogą równać się z sycylijskimi i syryjskimi, ale spodziewam się, że będzie pan pobłażliwy dla naszego słabego północnego słońca.

Hrabia skłonił się i cofnął.

— Nie przyjmie ich pan? — spytała drżącym głosem.

— Pokornie proszę panią o wybaczenie — odpowiedział Monte Christo — ale nie jadam winogron.

Mercedes wypuściła z dłoni kiść i westchnęła.

Na sąsiednim krzaku rumieniła się prześliczna brzoskwinia, dojrzała jak i winogrona w sztucznym cieple oranżerii. Mercedes wyciągnęła rękę i zerwała aksamitny owoc.

— A więc proszę skosztować tego.

Lecz hrabia uczynił ten sam gest odmowy.

— Och, i tego nie? — rzekła z boleścią tłumiąc szloch. — Doprawdy, nie mam szczęścia!

Po tej scenie nastało długie milczenie. Brzoskwinia — podobnie jak kiść winogron upadła na piasek.

— Panie hrabio — odezwała się w końcu Mercedes, spoglądając na Monte Christo błagalnie — istnieje u Arabów wzruszający zwyczaj: ci, którzy podzielą się chlebem i solą pod jednym dachem, pozostaną na wieki przyjaciółmi.

— Znam ten zwyczaj — odpowiedział hrabia. — Ale jesteśmy we Francji, nie w Arabii. We Francji nie ma czegoś takiego jak wieczna przyjaźń, nikt też nie dzieli się chlebem i solą.

— Tak czy inaczej — rzekła hrabina, zaglądając z drżeniem w oczy hrabiemu i chwytając dłońmi konwulsyjnie rękę hrabiego — jesteśmy przyjaciółmi, prawda?

Krew spłynęła hrabiemu do serca — zbladł śmiertelnie; a potem, gdy znów uderzyła mu do głowy, policzki ubarwił mu ciemny rumieniec. Oczy zamgliły się, jakby poraziło go nagle jakieś ostre światło.

— Oczywiście, że jesteśmy przyjaciółmi, pani hrabino — odparł — dlaczego mielibyśmy nimi nie być?

Jednak ton tej odpowiedzi daleko odbiegał od tego, jakiego życzyłaby sobie pani de Morcef. Odwróciła się więc i westchnęła, a raczej jęknęła cicho.

— Dziękuję — rzekła.

I poszła dalej.

Tym sposobem obeszli w milczeniu cały ogród.

— Panie hrabio — odezwała się nagle hrabina po dziesięciu minutach ciszy — czy to prawda, że wiele pan widział, podróżował i wiele wycierpiał?

— Tak, wiele wycierpiałem.

— Ale teraz jest pan szczęśliwy?

— No tak — odpowiedział hrabia — nikt chyba nie słyszy, bym się skarżył.

— I to obecne szczęście nie ułagodziło panu myśli?

— Moje obecne szczęście równa się dawnemu nieszczęściu.

— Czy nie jesteś pan żonaty?

— Ja, żonaty? — zadrżał hrabia. — Któż mógł to pani powiedzieć?

— Nikt, ale widać pana w Operze z jakąś młodą i piękną osobą.

— To moja niewolnica, którą kupiłem w Konstantynopolu, księżniczka, którą adoptowałem i nie kocham poza tym nikogo.

— I tak sam pan żyje?

— Tak.

— A siostry, bracia, ojciec? Nie ma pan nikogo?

— Nie.

— Jakże można tak żyć, nie mając niczego, co łączyłoby pana z życiem?

— To nie moja wina. Na Malcie kochałem pewną dziewczynę, miałem się z nią ożenić, ale nastała wojna i oderwała mnie od niej jak fala. Myślałem, że kocha mnie tak bardzo, by poczekać, by zostać mi wierną aż do grobu. Jednak gdy wróciłem, okazało się, że wyszła za kogoś innego. To zwykła historia każdego, kto miał dwadzieścia lat. Serce moje było może wrażliwsze niż u innych, dlatego cierpiałem znacznie więcej; i to wszystko.

Hrabina zatrzymała się na chwilę, jakby zabrakło jej powietrza.

— Tak — rzekła — i ta miłość ciągle jest w pańskim sercu... kocha się przecież naprawdę tylko raz... Spotkał pan kiedyś jeszcze tę kobietę?

— Już nigdy nie wróciłem tam, gdzie mieszka.

— Na Maltę?

— Tak, na Maltę.

— I ona tam jeszcze mieszka?

— Zapewne.

— Przebaczył jej już pan?

— Jej tak.

— Ale tylko jej. Czyli wciąż nienawidzi pan tych, którzy ją panu odebrali?

— Dlaczego miałbym ich nienawidzić?

Hrabina stanęła naprzeciw Monte Christa; w ręku trzymała jeszcze kilka winogron.

— Niech pan spróbuje — poprosiła.

— Nigdy nie jadam winogron, pani hrabino — odpowiedział Monte Christo takim tonem, jakby o tym nie rozmawiali.

Hrabina w geście rozpaczy rzuciła winogrona w najbliższą kępę krzewów.

— Nieugięty! — szepnęła.

Monte Christo stał nieporuszony, jakby go ten wyrzut nie dotykał.

Wtem nadbiegł Albert.

— Kochana matko — rzekł. — Co za nieszczęście!

— Co takiego, co się stało? — zapytała hrabina, jakby wyrwana ze snu. — Nieszczęście? O tak, na pewno spotka nas wiele nieszczęść.

— Pan de Villefort przyjechał, po żonę i córkę.

— Dlaczego?

— Pani markiza de Saint-Méran przyjechała do Paryża z wiadomością, że pan de Saint-Méran umarł na pierwszej stacji, jak tylko wyjechali z Marsylii. Pani de Villefort była tak wesoła, że nie chciała ani tego przyjąć do wiadomości, ani w to uwierzyć. Ale panna Valentine domyśliła się wszystkiego po pierwszych słowach ojca, zemdlała jak rażona gromem.

— Kimże jest pan de Saint-Méran dla panny de Villefort? — zapytał hrabia.

— Dziadkiem po kądzieli. Jechał właśnie, by przyspieszyć małżeństwo Franza ze swoją wnuczką.

— Ach tak!

— A Franz się spóźnił. Dlaczegóż pan de Saint-Méran nie był także dziadkiem panny Danglars?

— Albercie, Albercie, co ty mówisz — skarciła go łagodnie matka. — Panie hrabio, on tak bardzo pana szanuje, proszę mu powiedzieć, że niestosownie się wyraził!

I postąpiła kilka kroków naprzód.

Monte Christo spojrzał na nią wzrokiem tak dziwnym, tak przepojonym rozmarzeniem i pełnym podziwu, że Mercedes zawróciła.

Wzięła go za rękę i ściskając jednocześnie dłoń syna, połączyła je, mówiąc:

— Jesteśmy przyjaciółmi, czyż nie?

— O, nigdy nie ośmieliłbym się nazywać pani przyjacielem — odparł hrabia — ale w każdym razie jestem pani oddanym sługą.

Hrabina odeszła. Serce ściskało się jej tak mocno, że po chwili hrabia zobaczył, jak wyjmuje chusteczkę, by otrzeć oczy.

— Czy zaszło jakieś nieporozumienie między matką a panem? — spytał zdziwiony Albert.

— O, przeciwnie, przecież dopiero co powiedziała, że jesteśmy przyjaciółmi.

I udali się do salonu, który właśnie opuściła Valentine i państwo de Villefort.