76. Hayde
Ledwie konie hrabiego skręciły za róg bulwaru, Albert odwrócił się w kierunku Monte Christa, wybuchając śmiechem tak głośnym, że aż sztucznym.
— Zapytam teraz pana — rzekł — zadając to samo pytanie, jakie król Karol IX zadał Katarzynie Medycejskiej po Nocy Świętego Bartłomieja: jak sądzisz, czy dobrze odegrałem swoją rolę?
— W związku z czym? — zapytał Monte Christo.
— W związku z instalacją mojego rywala u pana Danglarsa.
— Jakiego rywala?
— Na Boga! Jak to, jakiego? Twego protegowanego, hrabio, pana Andrei Cavalcanti!
— Mój hrabio; ja nie proteguję nigdzie pana Andrei, a tym bardziej u państwa Danglars.
— Czyniłbym panu ten zarzut, gdyby ten młodzieniec rzeczywiście potrzebował pańskiej protekcji. Na szczęście dla mnie, może się bez tego obejść.
— Jak to? Myśli pan, że już uderzył w konkury?
— Ręczę za to: przewraca oczami, wzdycha i grucha miłośnie na różne tony; słowem stara się o rękę dumnej panny Eugenii.
— I co z tego, skoro tam myślą tylko o panu?
— Kochany hrabio, pan raczy żartować. Atakowany jestem na dwa fronty.
— Jak to na dwa fronty?
— Tak jest: panna Eugenia ledwie raczy mi odpowiadać, a panna d’Armilly, jej przyjaciółka, wcale mi nie odpowiada.
— Tak, ale ojciec uwielbia pana — rzekł Monte Christo.
— On? Ależ przeciwnie, tysiące sztyletów wbija w moje serce, wprawdzie sztylety te, niczym w teatrze, godzą tylko w rękaw, on jednak myśli, że ranią mnie boleśnie.
— Zazdrość świadczy o uczuciu.
— Owszem, tylko że ja nie jestem zazdrosny. Zakładam się, że nim minie tydzień, zamknie mi z hukiem drzwi przed nosem.
— Myli się pan, kochany wicehrabio.
— Ma pan na to dowód?
— Zostałem zobowiązany, by poprosić pana hrabiego de Morcerf o ostateczną rozmowę z baronem.
— Kto pana zobowiązał?
— Sam baron!
— Ale nie zrobi pan tego, kochany hrabio, prawda? — rzekł Albert tonem najmilszym, na jaki mógł się zdobyć.
— Myli się pan, Albercie, przyrzekłem i zrobię.
— No tak — westchnął Albert. — Wyraźnie chce mnie pan ożenić za wszelką cenę.
— Zależy mi, by utrzymywać ze wszystkimi dobre stosunki. Ale co się dzieje z Debray’em, nie widuję go już u baronowej?
— Podobno posprzeczali się.
— Z baronową?
— Nie, z baronem.
— Sądzi pan, że coś podejrzewa? — zapytał Monte Christo z rozbrajającą naiwnością w głosie.
— Co też pan mówi, drogi hrabio! Wrócił pan z księżyca?
— Wydaje się panu, że ja znam się na wszystkich tych pańskich paryżanach?
— Kochany hrabio, ludzie są wszędzie tacy sami; gdy w jakimkolwiek kraju pozna pan dokładnie jednostkę, będzie pan miał wyobrażenie o całym rodzaju.
— Z jakiej więc przyczyny poróżnili się Danglars z Debray’em? Przecież tak dobrze ze sobą żyli — rzekł Monte Christo z tą samą naiwnością.
— I tu właśnie natykamy się na misteria Izydy, do których ja nie jestem dopuszczony. Kiedy pan Cavalcanti wejdzie już do rodziny, zapyta pan go o to.
Kareta stanęła.
— Jesteśmy na miejscu — rzekł Monte Christo. — Jest dopiero wpół do jedenastej, może pan wejdzie.
— Bardzo chętnie.
Weszli do domu i zasiedli w oświetlonym salonie.
— Zrób nam herbaty, Baptysto — rzekł hrabia.
Baptysta wyszedł bez słowa. Po dwóch sekundach wrócił z zastawioną tacą — zupełnie, jakby ktoś wypowiedział magiczne zaklęcie „Stoliczku nakryj się”.
— W istocie, mój drogi hrabio — rzekł Albert — to, co najbardziej w panu podziwiam, to nie pański majątek, bo być może są bogatsi od pana, nie jest to też pański dowcip, bo Beaumarchais nie miał go więcej, ale z pewnością nie mniej od pana; imponuje mi za to sposób, w jaki jest pan obsługiwany; bez słowa, a wszystko jest podane w minutę lub sekundę, jakby pańska służba odgadywała po uderzeniu dzwonka, czego pan sobie życzy lub też jakby wszystko było gotowe i tylko na pana czekało.
— Jest w tym coś z prawdy. Znają wszystkie moje zwyczaje; i tak na przykład, może ma pan ochotę na coś jeszcze, pijąc herbatę?
— A, rzeczywiście, chętnie bym zapalił.
Monte Christo wstał i raz zadzwonił.
W sekundę drzwi się otworzyły i wszedł Ali z dwiema fajkami tureckimi nabitymi wybornym tytoniem.
— To fenomenalne! — wykrzyknął Morcerf.
— Ależ skąd, to bardzo proste — odrzekł Monte Christo. — Ali wie dobrze, że przy herbacie lub kawie zwykle palę fajkę; wie, że chciałem herbaty i widział, że przyszedłem z panem, teraz słyszał, że go wołam, a jako że pochodzi z kraju, gdzie dowodem gościnności jest właśnie fajka, domyślił się i przyniósł dwie zamiast jednej.
— No tak, ale w ten sposób można wszystko wyjaśnić; niemniej tylko u pana... ale co ja słyszę?
Albert pochylił się ku drzwiom, przez które rzeczywiście dochodziły jakieś dźwięki przypominające tony gitary.
— Kochany hrabio, jesteś skazany dziś wieczór na muzykę; zaledwie uciekł pan od fortepianu panny Danglars, wpada pan z kolei na guzlę mojej Hayde.
— Hayde! Śliczne imię! To naprawdę istnieją kobiety, które nazywają się tak jak w poematach lorda Byrona?
— Oczywiście; Hayde jest bardzo rzadkim imieniem we Francji, ale dość pospolitym w Albanii i Epirze; oznacza ono... w przybliżeniu: czystość, wstydliwość, niewinność. Jest to rodzaj imienia chrzestnego, jak mawiacie w Paryżu.
— O, jakież to urocze! Jakbym chciał, by nasze Francuzki nazywały się, dajmy na to: panna Dobroć, panna Milczenie, panna Miłosierdzie Chrześcijańskie! Niech sam pan powie, gdyby tylko panna Danglars, zamiast nazywać się Klara Maria Eugenia, nosiła imiona Czystość Wstydliwość Niewinność, do licha, ale zrobiłoby to efekt przy zapowiedziach.
— Szaleńcze! — rzekł hrabia. — Niech pan nie żartuje tak głośno, Hayde mogłaby usłyszeć.
— Rozgniewałaby się?
— O, nie — rzekł hrabia ze zwykłą sobie wyniosłością.
— Czy to tak dobra osoba? — zapytał Albert.
— Nie chodzi tu tyle o dobroć, ile o poczucie obowiązku, niewolnica nie może gniewać się na swego pana.
— Dałby pan spokój tym żartom; czyż istnieją jeszcze niewolnice?
— Najwyraźniej tak, skoro Hayde jest moją niewolnicą.
— Niebywałe, że z pana taki indywidualista; robi pan wszystko inaczej niż ogół. Niewolnica hrabiego de Monte Christo! To we Francji niesłychane. Sądząc z tego, jak pan sypie złotem, posada niewolnicy przynosi jej ze sto tysięcy dukatów rocznie.
— Sto tysięcy dukatów! Biedactwo to miało bez porównania więcej; gdy przyszła na świat, otaczały ją skarby, wobec których bogactwa z Baśni tysiąca i jednej nocy są prawie niczym.
— Więc to naprawdę księżniczka?
— Tak. Z jednego z najbardziej szacownych rodów w swoim kraju.
— Tak też podejrzewałem. Ale jakim sposobem tak wielka księżniczka stała się niewolnicą?
— Wojna, przypadek, kochany wicehrabio, kaprys losu...
— A jej nazwisko jest tajemnicą?
— Dla wszystkich tak, ale nie dla pana, drogi Albercie — mojego przyjaciela, jeżeli tylko przyrzeknie mi pan, że będzie milczał.
— Daję słowo honoru.
— Czy zna pan historię Paszy z Janiny?
— Alego Tebelina? Oczywiście, to u niego na służbie mój ojciec zrobił majątek.
— A prawda. Zapomniałem o tym.
— Co więc wspólnego ma Hayde z Alim Tebelinem?
— Po prostu jest jego córką.
— I jest pana niewolnicą? Jak to?
— A tak, do licha! Pewnego dnia kupiłem ją w Konstantynopolu, gdy przechodziłem przez tamtejszy targ.
— To niezwykłe! Z panem, drogi hrabio, przeżywa się ciągły sen na jawie. Proszę i mnie teraz posłuchać, ale być może... będzie to z mojej strony nietaktowna prośba.
— Proszę mówić.
— Otóż, skoro pan z nią wychodzi i bywa w Operze... To niech mnie pan hrabia przedstawi swojej księżniczce.
— Chętnie, ale mam dwa warunki.
— Z góry się na nie zgadzam.
— Po pierwsze: nie powie pan nigdy nikomu, że przedstawiłem ją panu.
— Oczywiście! — Morcerf podniósł rękę — przysięgam.
— Po drugie: nie powie jej pan, że pana ojciec służył u jej ojca.
— Przysięgam.
— A więc dobrze. Niech pan jednak pamięta o tych dwóch przysięgach.
— Och! — obruszył się Albert.
— Dobrze, dobrze. Wiem, że jest pan człowiekiem honoru.
Hrabia uderzył znowu w dzwonek; pojawił się Ali.
— Powiedz Hayde, że wypiję u niej kawę i daj jej do zrozumienia, że pytam, czy mogę jej przedstawić jednego z moich przyjaciół.
Ali skłonił się i wyszedł.
— Jeszcze jedno, drogi Albercie, proszę jej nie zadawać żadnych pytań. Jeżeli będzie pan chciał się czegoś dowiedzieć, proszę zapytać najpierw mnie, a ja powtórzę pytanie.
— Zgoda.
Ali pojawił się po raz trzeci i odsunął portierę na znak, że hrabia i Albert mogą wejść.
Albert poprawił ręką włosy i podkręcił wąsa; hrabia wziął kapelusz, włożył rękawiczki i poprowadził Alberta do apartamentu, którego niczym strażnik strzegł Ali, a broniły go trzy francuskie pokojówki dowodzone przez Myrto.
Hayde czekała w pokoju, który służył za salon. Otwarła ze zdumienia oczy, ponieważ Monte Christo po raz pierwszy przyprowadził do niej obcego mężczyznę.
Siedziała po turecku w rogu sofy, niczym ptaszek w gnieździe uwitym z najkosztowniejszych jedwabnych tkanin wschodnich, haftowanych złotem. Przy niej leżał instrument, z którego jeszcze przed chwilą rozchodziły się dźwięki.
Była zachwycająca.
Na widok hrabiego powstała i powitała go z uśmiechem córki i kochanki zarazem. Monte Christo podszedł do niej i podał jej rękę, do której jak zwykle przylgnęła ustami.
Albert przystanął we drzwiach, oszołomiony tą niezwykłą pięknością, tak odmienną od naszych, że nikt we Francji nie może mieć o niej żadnego wyobrażenia.
— Kogo mi przyprowadzasz? — zapytała po nowogrecku dziewczyna. — Brata, przyjaciela, zwykłego znajomego czy wroga?
— Przyjaciela — rzekł Monte Christo w tym samym języku.
— Kto to?
— Wicehrabia Albert, ten sam, którego w Rzymie wyswobodziłem z rąk bandytów.
— Jakim językiem mam się do niego zwracać?
Monte Christo zwrócił się do Alberta.
— Czy mówi pan językiem nowogreckim? — zapytał młodzieńca.
— Niestety nie! — zmartwił się Albert. — Nie znam też starożytnej greki; ani Homer, ani Platon nie mieli nigdy bardziej nędznego ucznia, powiedziałbym nawet bardziej niewdzięcznego, ode mnie.
— A więc — rzekła Hayde, dowodząc, że zrozumiała zarówno pytanie hrabiego, jak i odpowiedź Alberta — będę mówiła po francusku lub po włosku, jeśli tylko, mój panie, chcesz, abym mówiła.
Monte Christo zastanowił się chwilę.
— Mów po włosku — rzekł.
A zwracając się do Alberta:
— Wielka szkoda, że nie zna pan ani współczesnego, ani starożytnego greckiego, bo Hayde prześlicznie mówi tymi dwoma językami; biedaczka będzie zmuszona mówić z panem po włosku, dlatego może wyrobi pan sobie o niej fałszywe wyobrażenie.
I dał znak Hayde.
— Bądź pozdrowiony, przyjacielu, który przychodzisz z moim panem i władcą — rzekła dziewczyna najczystszą mową toskańską z łagodnym akcentem rzymskim, co uczyniło z języka Dantego mowę tak dźwięczną jak mowa Homera. — Ali! Podaj kawę i fajki.
Hayde skinęła na Alberta, aby się zbliżył, Ali tymczasem odszedł, by spełnić rozkazy swej młodej pani.
Monte Christo wskazał Albertowi dwa składane krzesełka, które przysunęli do małego okrągłego stolika. Pełno było na nim kwiatów, rysunków i nut, a pośród tego wszystkiego leżało nargile.
Ali wrócił z kawą i fajkami; do tych pokojów Baptyście nie wolno było wchodzić.
Albert nie przyjął fajki, którą podał mu Nubijczyk.
— Ależ proszę, niech pan zapali — rzekł Monte Christo. — Hayde jest wychowana prawie jak paryżanka; nie lubi cygar hawańskich ze względu na ich nieprzyjemną woń, ale tytoń wschodni ma piękny zapach, sam pan wie.
Filiżanki z kawą już czekały; cukiernicę podano tylko Albertowi. Monte Christo i Hayde pili napar na sposób arabski — bez cukru.
Hayde wyciągnęła rękę i końcami swoich drobnych, różowych i smukłych palców wzięła filiżankę z japońskiej porcelany, podniosła ją do ust rozkoszując się naiwnie kawą, jak dzieci, gdy jedzą lub piją coś, co szczególnie lubią.
W tej samej chwili weszły dwie służące z tacami pełnymi lodów i sorbetów, stawiając je na dwóch niskich, przeznaczonych do tego stoliczkach.
— Mój drogi gospodarzu i pani, signora — odezwał się Albert po włosku. — Proszę mi wybaczyć moje zdumienie; jestem całkiem oszołomiony, ale to chyba naturalne, przecież znajduję tu Wschód i to Wschód prawdziwy, nie taki, jaki widziałem, ale o jakim marzyłem. I znajduję go tu, w sercu Paryża! Przed chwilą słyszałem turkot omnibusów i brzęk dzwoneczków sprzedawców lemoniady. O signora! Dlaczego nie znam greckiego! Rozmowa z panią byłaby dopełnieniem baśniowej atmosfery tego wieczoru, którego nigdy nie zapomnę!
— Mówię na tyle dobrze po włosku, że mogę z panem rozmawiać — rzekła Hayde — a skoro tak bardzo lubi pan Wschód, dołożę wszelkich starań, by odnalazł pan go tutaj.
— O czym mogę z nią mówić? — zapytał Albert szeptem hrabiego.
— O czym pan tylko zechce; o jej kraju, o jej młodości, wspomnieniach, a jeśli pan woli, o Rzymie, Neapolu lub Florencji.
— Och nie! — odparł Albert. — Jaki sens miałaby rozmowa z Greczynką na tematy poruszane zwykle z paryżankami. Będziemy rozmawiać o Wschodzie, jeśli pan pozwoli.
— Doskonale, kochany panie Albercie, będzie to dla niej najprzyjemniejsza rozmowa.
Albert zwrócił się do Hayde.
— W jakim wieku opuściła pani Grecję?
— Miałam wtedy pięć lat — odpowiedziała Hayde.
— Pamięta pani jeszcze swoją ojczyznę? — zapytał Albert.
— Gdy zamykam oczy, oglądam wszystko, co kiedyś widziałam. Mamy dwa rodzaje wzroku: wzrok ciała i wzrok duszy. To, co wzrok ciała może nieraz zapomnieć, wzrok duszy zachowa na zawsze w pamięci.
— Jakie jest pani najwcześniejsze wspomnienie?
— Ledwie umiałam chodzić; moja matka, na imię jej było Vasiliki, Vasiliki znaczy królewska — dodała dziewczyna, unosząc głowę — brała mnie za rękę i szłyśmy obie, z przysłoniętymi twarzami, włożywszy całe nasze złoto do sakiewek, prosić o jałmużnę dla więźniów. Mówiłyśmy wtedy: „Ten, co ubogim daje, Wiecznemu daje”. Gdy już napełniła się nasza sakwa, wracałyśmy do pałacu i nie mówiąc nic ojcu, odsyłałyśmy wszystkie pieniądze, które zebrałyśmy jako ubogie kobiety, mnichom, oni zaś rozdzielali je między więźniów.
— Ile miała pani wtedy lat?
— Trzy — odpowiedziała Hayde.
— Hrabio — szepnął Morcerf do Monte Christa. — Czy pozwoli pan, aby signora opowiedziała nam coś ze swojego życia? Zabronił mi pan wspominać o moim ojcu, ale, być może, ona sama coś o nim opowie; nie wyobraża pan sobie, jaki byłbym szczęśliwy, gdybym usłyszał jego imię z tak pięknych ust.
Monte Christo odwrócił się ku Hayde i podnosząc brwi, dał jej znak, aby z uwagą zastosowała się do polecenia, które usłyszy, po czym rzekł po grecku:
— Opowiedz nam o losach swojego ojca, ale ani słowa o zdrajcy i samej zdradzie.
Hayde westchnęła głęboko, a jej jasne czoło zachmurzyło się.
— Co jej pan powiedział? — szepnął Morcerf.
— Jeszcze raz jej powtórzyłem, że jest pan naszym przyjacielem i że nie musi nic przed panem ukrywać.
— A zatem — powiedział Albert — pani pierwszym wspomnieniem są te wyprawy dla wsparcia więźniów? Czy coś jeszcze pani pamięta?
— Co jeszcze? Otóż widzę siebie w cieniu sykomorów, nad jeziorem, a pośród listowia prześwituje drżące zwierciadło wody; mój ojciec siedzi na poduszkach pod najstarszym i najgęstszym z drzew, ja, słabe dziecię jeszcze, a moja matka leży u stóp ojca. Bawiłam się jego siwą brodą opadającą na piersi, albo kindżałem o rękojeści wysadzanej diamentami, który trzymał za pasem; od czasu do czasu podchodził jakiś Albańczyk i mówił coś ojcu, na co ja wcale nie zwracałam uwagi, a ojciec odpowiadał na to zawsze tym samym tonem: „zabij!”. Albo: „daruj życie!”.
— To dziwne, słyszeć podobne rzeczy, jakie do tej pory słyszałem tylko w teatrze, z ust tak młodej osoby i móc powiedzieć sobie: to nie fikcja. Jakże po tych poetyckich i cudownych dziejach czuje się pani we Francji?
— Zdaje mi się, że to piękny kraj — rzekła Hayde. — Widzę jednak Francję taką, jaką jest, bo patrzę na nią oczami kobiety; mój kraj zaś przeciwnie, widziałam go tylko oczami dziecka, zawsze więc jest zasnuty mgłą świetlistą lub mroczną, stosownie do tego, jak moje wspomnienia go przedstawiają: jako miłą ojczystą ziemię czy jako miejsce gorzkich cierpień.
— Jest pani tak młoda — rzekł Albert, nieświadomie wpadając w banał — jak to możliwe, że tyle pani wycierpiała?
— Dusza ludzka jest sumą pierwszych wspomnień, a z wyjątkiem tych, które już panu opowiedziałam, wszystkie inne wspomnienia z mojej młodości są smutne.
— Niech pani opowiada, signora — rzekł Albert. — Przysięgam, że będę pani słuchać z niewysłowioną przyjemnością.
Hayde uśmiechnęła się smutno.
— Miałam cztery lata, gdy pewnego wieczoru matka mnie obudziła. Byłyśmy w zamku, w Janinie; matka podniosła mnie z poduszek, na których spałam, a gdy otworzyłam oczy, spostrzegłam, że jest zalana łzami. Wzięła mnie bez słowa. Widząc, że płacze, ja również się rozpłakałam.
— Cicho, moje dziecię! — rzekła.
Nieraz, kapryśna jak każde dziecko, pomimo gróźb i pocieszeń nie przestawałam płakać; teraz jednak w głosie mojej matki było tyle strachu, że natychmiast ucichłam.
Szybko wyniosła mnie stamtąd. Schodziłyśmy po szerokich schodach; przed nami szły służące matki, niosąc kufry, sakwy, woreczki ze złotem, szaty i kosztowności. Za służącymi szło dwudziestu strażników uzbrojonych w długie strzelby i pistolety, a ubranych w stroje, jakie znacie i we Francji, od kiedy Grecja odzyskała niepodległość.
— Proszę mi wierzyć, było coś złowieszczego — dodała Hayde, potrząsając głową i blednąc na samo wspomnienie — w tym długim szeregu niewolnic i służących, zaspanych jeszcze, jak mi się zdawało, bo sama nie byłam dobrze rozbudzona.
Na schodach kołysały się olbrzymie cienie sosnowych pochodni, wprawiając w ruch wysokie sklepienia.
— Prędzej — zawołał głos z głębi galerii.
Na dźwięk tego głosu wszyscy pochylili się, jak kłosy pochylają się do ziemi, ulegając sile wiatru.
I ja zadrżałam. Był to głos mojego ojca
Ojciec szedł ostatni. Odziany we wspaniałe szaty, z karabinem w ręku, darowanym mu przez waszego cesarza, wsparty na ramieniu swojego faworyta — Selima. Poganiał nas przed sobą jak pasterz zatrwożoną trzodę.
— Mój ojciec — tu Hayde podniosła głowę — znany był w całej Europie jako Ali Tebelin, pasza Janiny, przed którym drżała cała Turcja.
Alberta, nie wiedzieć czemu, przeszedł dreszcz, na dźwięk tych słów wypowiedzianych tonem osobliwie wyniosłym i godnym; wydawało mu się, że oczy dziewczyny rozbłysły czymś posępnym i strasznym, gdy podobna do Pytii odprawiającej czary, przywołała wspomnienie tego krwawego władcy, którego straszna śmierć sprawiła, że stał się olbrzymem w oczach współczesnej Europy.
— Wkrótce — rzekła następnie Hayde — pochód zatrzymał się; zeszliśmy już ze schodów nad brzeg jakiegoś jeziora. Matka tuliła mnie do drżących piersi, za nami zobaczyłam mojego ojca, jak rzucał dookoła niespokojne spojrzenia. Przed nami rozciągały się cztery marmurowe stopnie, a w dole kołysała się łódka. Z brzegu widzieliśmy majaczącą na wodzie pośrodku jeziora jakąś czarną masę; był to pałacyk, do którego mieliśmy dotrzeć. Wydawał mi się bardzo oddalony, zapewne z powodu ciemności. Zeszliśmy do łodzi. Pamiętam, że zanurzane w wodzie wiosła nie wydawały najmniejszego szelestu, nachyliłam się, aby je zobaczyć i spostrzegłam, że były poobwijane tkaninami. Na łódce nie było nikogo oprócz wioślarzy, służebnych, mojego ojca, matki, Selima i mnie.
Wierni ojcu żołnierze, palikarowie, pozostali na brzegu jeziora, klęcząc na ostatnim stopniu, a na wypadek pogoni, z trzech wyższych utworzyli sobie szaniec.
Łódź nasza leciała jak wiatr.
— Dlaczego łódka płynie tak prędko? — zapytałam matki.
— Cicho, moje dziecię — rzekła. — My uciekamy.
Nie rozumiałam tego. Dlaczego mój ojciec uciekał? On, tak potężny, on, przed którym uciekali zawsze inni, on, którego dewizą było: „Nienawidzą mnie, więc się mnie boją!”.
Rzeczywiście, była to ucieczka na jezioro, zamierzona przez mojego ojca. Powiedział mi później, że garnizon zamku w Janinie znużony długą służbą...
W tym miejscu Hayde utkwiła wymowne spojrzenie na twarzy Monte Christa, który odtąd nie spuszczał jej już z oczu. Dziewczyna mówiła więc dalej powoli, jak ktoś, kto zmyśla lub pomija pewne zdarzenia.
— Mówiła pani — podjął Albert, który z nadzwyczajną uwagą słuchał tego opowiadania — że garnizon z Janiny znużony długą służbą...
— Rozpoczął układy z seraskierem Kurszydem, wysłanym przez sułtana w celu pojmania mojego ojca; to wtedy mój ojciec postanowił uciec, wysyłając przedtem do sułtana francuskiego oficera, którego darzył bezgranicznym zaufaniem. Miejsce ucieczki przygotowane było już od dawna; nazywał je karaphygion, co znaczy schronienie.
— Czy pamięta pani — zapytał Albert — nazwisko tego oficera?
Monte Christo wymienił z dziewczyną szybkie spojrzenie, Morcerf nie dostrzegł tego jednak.
— Nie przypominam sobie — rzekła — ale być może przypomnę sobie później, wtedy panu powiem.
Albert już miał wymienić nazwisko swojego ojca, gdy Monte Christo podniósł delikatnie palec na znak milczenia; młodzieniec przypomniał sobie o przysiędze i zamilkł.
— Płynęliśmy do tego pałacyku. Jego parter zdobiły arabeski, tarasy skąpane były w wodzie, a okna pierwszego piętra wychodziły na jezioro. To było wszystko, co można było stamtąd dojrzeć.
Poniżej parteru w głąb wyspy ciągnęły się podziemia i była tam obszerna jaskinia, gdzie zaprowadzono nas z moją matką i służącymi. Piętrzyło się tam sześćdziesiąt tysięcy worków i dwieście beczek; w workach zgromadzonych było dwadzieścia pięć milionów w złocie, w beczkach trzydzieści tysięcy funtów prochu.
Przy beczkach stał Selim, faworyt mojego ojca, o którym już wspominałam; dniem i nocą czuwał z zapalonym na końcu lancy knotem; miał rozkaz wysadzić wszystko w powietrze, kiosk, straże, samego paszę, kobiety i złoto, na pierwszy znak mojego ojca.
Pamiętam nasze niewolnice, które świadome tego niebezpieczeństwa, całymi dniami i nocami modliły się, płakały i zawodziły.
Ciągle jeszcze widzę młodego żołnierza o bladej cerze i czarnych oczach; gdy anioł śmierci po mnie zstąpi, pewna jestem, że rozpoznam w nim Selima.
Nie pamiętam, ile dni spędziliśmy w takim stanie; wtedy nie wiedziałam jeszcze, co to czas. Zdarzało się, ale bardzo rzadko, że ojciec wzywał do siebie matkę i mnie na taras przed pałacem; były to dla mnie chwile prawdziwej radości, w podziemiach bowiem widziałam tylko zawodzące cienie niewolnic i zapaloną lancę Selima. Ojciec mój, siedząc przed wielkim oknem, wytężał wzrok, wpatrując się posępnie w bezkres horyzontu, badał uważnie każdy czarny punkt, który pojawiał się na powierzchni jeziora. Matka moja, na pół leżąc przy boku ojca, opierała głowę na jego ramieniu. Ja bawiłam się u ich stóp; jak każde dziecko, pełna podziwu i oszołomiona olbrzymimi rozmiarami otaczającego mnie świata, wodziłam wzrokiem po szczytach gór Pindu rysujących się na horyzoncie, po białych i kanciastych zamkach Janiny wyłaniających się z błękitnych wód jeziora, po rozległych kępach ciemnej zieleni przyklejonej jak porosty do górskich skał. Z dala wyglądały one jak muchy, a z bliska okazywały się gigantycznymi jodłami i potężnymi mirtami.
Pewnego ranka ojciec po nas posłał; był dość spokojny, tylko bledszy niż zwykle.
— Bądź cierpliwa, moja Vasiliki — rzekł. — Dzisiaj wszystko się zakończy; ma przybyć firman od sułtana i mój los się rozstrzygnie. Jeśli otrzymam całkowitą łaskę, wracamy natychmiast triumfalnie do Janiny, jeśli zaś wieści są niepomyślne, jeszcze tej nocy uciekniemy.
— A jeżeli nie pozwolą nam uciec? — spytała moja matka.
— O to bądź spokojna — odpowiedział z uśmiechem Ali. — Selim z zapaloną lancą to moja rękojmia. Tamci chcieliby, żebym umarł, ale nie chcą umierać razem ze mną.
Moja matka westchnęła tylko, nic nie odpowiadając na te słowa pocieszenia, w które ojciec sam zapewne nie wierzył.
Przyrządziła mu wodę z lodem, którą pił co chwila, bo od naszej ucieczki paliła go silna gorączka. Skropiła wonnościami jego siwą brodę i zapaliła mu fajkę, którą całymi godzinami palił i roztargnionym wzrokiem wpatrywał się w rozpływający się w powietrzu dym.
Nagle wykonał tak gwałtowny ruch, że aż przejął mnie strach. Nie odwracając wzroku od jakiegoś punktu, który przyciągnął jego uwagę, zażądał lunety. Matka, bledsza jeszcze od gipsowej podłogi, na której leżała, podała mu lunetę. Spostrzegłam, że ręka mojego ojca drżała.
— Łódź... jedna!... dwie!... trzy!... cztery! — wyrzekł ojciec stłumionym głosem.
Wstał, chwycił za broń i przypominam sobie, że nasypał prochu na panewki pistoletów.
— Vasiliki — odezwał się do mojej matki, drżąc wyraźnie. — Zbliża się chwila, która rozstrzygnie nasze losy; za pół godziny będziemy mieli odpowiedź od wielkiego sułtana; weź Hayde i wracajcie do podziemi.
— Nie opuszczę cię, mój panie — rzekła matka. — Jeśli ty masz umrzeć, chcę umrzeć z tobą.
— Idź do Selima! — krzyknął ojciec.
— Żegnam cię, panie! — wyszeptała posłusznie matka, i zgięła się w pół, jakby poczuła na sobie pierwsze tchnienie śmierci.
— Odprowadźcie Vasiliki — rzekł mój ojciec do palikarów.
Ale ja, o której zapomniano, podbiegłam do ojca i wyciągnęłam do niego ręce; dostrzegł mnie, nachylił się nade mną i przycisnął usta do mojego czoła.
To był ostatni pocałunek, i do dziś czuję go na moim czole.
Schodząc, widziałyśmy pomiędzy okratowaniami tarasu łodzie, które stale rosły na jeziorze, jeszcze przed chwilą podobne do czarnych punkcików, przypominały teraz ptaki tnące powierzchnię wody.
W tym samym czasie dwudziestu palikarów, siedzących u stóp mojego ojca albo ukrytych za drewnianą balustradą, śledziło nabiegłym krwią wzrokiem nadpływające łodzie. Trzymali w pogotowiu długie fuzje, inkrustowane srebrem i macicą perłową. Wokół leżało mnóstwo amunicji porozrzucanej na ziemi. Mój ojciec spoglądał na zegarek i przechadzał się, dręczony niepokojem. Takie właśnie wspomnienie ojca wyryło mi się w pamięci po jego ostatnim pocałunku.
Zeszłyśmy z matką do podziemi. Selim, stojąc wciąż na swoim posterunku, uśmiechnął się do nas smutno. Z drugiego końca jaskini przyniosłyśmy poduszki i usiadłyśmy na nich przy Selimie. W obliczu wielkich niebezpieczeństw zlęknione serca szukają innych, by się z nimi połączyć, tak i ja, choć byłam wtedy dzieckiem, instynktownie wyczułam, że nad naszymi głowami wisi wielkie niebezpieczeństwo.
Albert nieraz słyszał, choć nie od ojca, bo ten nigdy o tym nie mówił, opowieści o ostatnich chwilach wezyra Janiny. Czytał nawet rozmaite relacje z jego śmierci, ale właśnie ta historia, która ożyła w osobie i w głosie dziewczyny, ta nuta życia brzmiąca w żałobnej elegii, przejmowały go niewymownym zachwytem, ale i zgrozą.
Hayde przerwała na chwilę wspomnienia tragicznych wydarzeń; czoło, niczym kwiat pochylony pod naporem burzy, oparła na dłoni, a jej oczy, przesłonięte mgłą zadumy jakby wpatrzone w horyzont, błądziły po zielonych stokach Pindu i po błękitnych wodach jeziora Janiny, które jak magiczne zwierciadło odbijało zarysy tego posępnego obrazu. Monte Christo patrzył na nią z wyrazem niewymownej ciekawości i współczucia.
— Mów dalej, moja córko — odezwał się hrabia po grecku.
Hayde podniosła czoło, jakby dźwięk tych słów, wypowiedzianych przez Monte Christa, wyrwał ją ze snu. Zaczęła opowiadać dalej:
— Była czwarta po południu; na zewnątrz panował jasny dzień, ale nas otaczały w podziemiach najgłębsze ciemności. W całej jaskini migotał tylko jeden promień, podobny do drżącej gwiazdy na firmamencie czarnego nieba — była to zapalona lanca Selima. Moja matka, chrześcijanka, odmawiała pacierze. Selim co jakiś czas powtarzał te oto uświęcone słowa:
— Bóg jest wielki.
Moja matka nie straciła jeszcze wszelkiej nadziei. Schodząc do podziemi, zdawało się jej, że dostrzegła Francuza, wysłanego do Konstantynopola. Ojciec ufał mu bez reszty, wiedząc, że żołnierze francuskiego sułtana są szlachetni i wspaniałomyślni. Podeszła kilka kroków do schodów i zaczęła słuchać.
— Nadchodzą — rzekła. — Oby nam przynieśli pokój i życie.
— Czego się lękasz, Vasiliki? — odpowiedział Selim głosem łagodnym i dumnym zarazem. — Jeżeli nie przynoszą nam pokoju, my ofiarujemy im śmierć.
I podsycił płonący knot gestem upodabniającym go do Dionizosa z antycznej Krety.
Ja w swej dziecięcej nieświadomości zlękłam się tej odwagi, bo wydała mi się ona okrutna i szalona. Bałam się tej straszliwej śmierci w płomieniach.
Matka moja odczuwała chyba to samo. Wyraźnie drżała.
— O Boże! Boże! Mamo — zawołałam. — Czy my umrzemy?
Na moje słowa niewolnice zaczęły modlić się i zawodzić jeszcze donośniej.
— Dziecko moje! — rzekła Vasiliki. — Niech Bóg cię ochroni przed tym, byś kiedykolwiek pragnęła śmierci, której teraz tak się lękasz.
A potem ciszej zapytała:
— Selimie, jaki jest rozkaz pana?
— Jeśli przyśle mi sztylet, będzie to znaczyć, że sułtan nie obdarzył go łaską, a wtedy mam podłożyć ogień; jeżeli przyśle pierścień, będzie to znaczyć, że sułtan przebaczył i opuszczę prochownię.
— Przyjacielu — rzekła moja matka. — Kiedy przyjdzie rozkaz od pana i będzie to sztylet, przebijesz nas tym sztyletem, nie chcemy bowiem ginąć z Hayde śmiercią, która tak nas przeraża.
— Dobrze, Vasiliki — odpowiedział spokojnie Selim.
Z dala zaczęły nas dochodzić głuche krzyki. Poczęłyśmy nadsłuchiwać: były to okrzyki radosne. Nasi palikarowie powtarzali nazwisko Francuza, wysłanego do Konstantynopola. Było oczywiste, że przyniósł on odpowiedź od najwyższego sułtana i to łaskawą odpowiedź.
— I nie pamięta pani jego nazwiska? — rzekł Morcerf, chcąc dopomóc pamięci opowiadającej.
Monte Christo dał mu znak.
— Nie przypominam sobie — odpowiedziała Hayde.
Hałas wzmagał się, słychać było echa zbliżających się kroków; ktoś schodził do podziemia.
Selim przygotował lancę.
Wkrótce, w błękitnawym blasku, jaki tworzyły promienie dnia przenikające do otwartej jaskini, ukazał się cień.
— Kto tam? — zawołał Selim. — Kimkolwiek jesteś, ani kroku dalej.
— Chwała sułtanowi! — wyrzekła postać. — Sułtan udzielił łaski wezyrowi Alemu; nie tylko darowane mu jest życie, ale zwrócone cały majątek i dobra.
Matka moja krzyknęła z radości i przycisnęła mnie do serca.
— Stój! — rzekł Selim spostrzegłszy, że moja matka rzuciła się już ku wyjściu. — Wiesz przecież, że muszę mieć pierścień.
— Prawda — odparła ona.
I padła na kolana, podnosząc mnie ku niebu; jakby modląc się dziękczynnie do Boga, chciała zarazem ofiarować mnie jemu.
Tu po raz drugi Hayde zamilkła dławiona wzruszeniem, a pot zrosił jej pobladłe czoło. Jej stłumiony głos jakby zanikał, nie mogąc wydostać się ze ściśniętego gardła.
Monte Christo nalał jej trochę zimnej wody do szklanki. Podając ją, rzekł łagodnie, a zarazem z nutą tonu rozkazującego w głosie:
— Odwagi, moja córko!
Hayde otarła łzy i czoło, po czym znowu zaczęła mówić.
— Nasze oczy przywykłe już do ciemności, rozpoznały w postaci posłańca paszy; był to nasz przyjaciel.
Selim też go poznał; ale ten dzielny młodzieniec znał tylko jedną zasadę: wypełniać rozkazy!
— W czyim imieniu przychodzisz? — rzekł.
— Przychodzę w imieniu naszego pana, Alego Tebelina.
— Jeżeli przychodzisz w imieniu Alego, wiesz, co powinieneś mi doręczyć?
— Wiem — rzekł posłaniec — i przynoszę ci pierścień.
Uniósł rękę w górę, a że był zbyt daleko, a w jaskini panował półmrok Selim nie mógł dostrzec ani rozpoznać pokazywanego przedmiotu.
— Nie widzę, co masz w ręku — rzekł Selim.
— Zbliż się — rzekł posłaniec — albo ja zbliżę się do ciebie.
— Nie zgadzam się ani na jedno, ani na drugie — odpowiedział młody żołnierz. — Połóż przedmiot w tym miejscu, gdzie stoisz, tam, gdzie pada promień światła, a potem oddal się, dopóki nie zobaczę, co zostawiłeś.
— Dobrze — rzekł posłaniec.
Położył umówiony przedmiot na wskazanym miejscu i oddalił się.
Serca nam biły, bo rzeczywiście przedmiot ten wydawał się pierścieniem. Tylko czy był to pierścień mojego ojca? Selim z zapaloną w ręku lancą podszedł do wejścia i cały w promieniach wpadającego do jaskini słońca schylił się. Podniósł przedmiot.
— To pierścień pana — rzekł całując go. — Wszystko dobrze!
Obrócił zapalony knot ku ziemi i zadeptał płomień.
Posłaniec krzyknął z radości i klasnął w ręce. Na ten znak czterech żołnierzy seraskiera Kurszyda wpadło do jaskini i Selim upadł przeszyty pięcioma sztyletami. Chociaż bladzi jeszcze z trwogi, ale już upojeni zbrodnią, rzucili się do podziemi, szukając wszędzie ognia i tarzając się na workach ze złotem.
Moja matka porwała mnie na ręce i biegnąc przez zawiłe korytarze nam tylko znane, dotarła do ukrytych schodów prowadzących do pałacu, gdzie panował potworny tumult. Dolne sale zapełniali czodoarowie Kurszyda, nasi nieprzyjaciele.
W chwili gdy moja matka miała już otworzyć drzwiczki, rozległ się złowieszczy głos paszy. Matka przyłożyła oko do szczeliny i ja przypadkiem także znalazłam otwór, przez który mogłam widzieć.
— Czego chcecie? — zwrócił się mój ojciec do ludzi, którzy trzymali w rękach papier zapisany złotymi literami.
— Czego chcemy? — odpowiedział jeden z nich. — Chcemy oznajmić ci wolę Jego Wysokości. Czy widzisz ten firman?
— Widzę — odparł ojciec.
— No to czytaj. Sułtan żąda twojej głowy.
Mój ojciec wybuchnął śmiechem przeraźliwszym niż groźba — jeszcze nie skończył się śmiać, gdy oddając dwa strzały z pistoletu, położył trupem obu tych ludzi. Palikarowie, spoczywający przy moim ojcu twarzą do ziemi, zerwali się i dali ognia. Komnata wypełniła się krzykiem, płomieniami i dymem. W tej samej chwili ogień rozgorzał także z drugiej strony i kule przeszyły deski wokół nas. Och, jak piękny był, jak wspaniały był wtedy wezyr Ali Tebelin, mój ojciec, wśród tych kul, z bułatem w ręku i twarzą poczerniałą od prochu! A jak uciekali jego wrogowie!
— Selimie! Selimie! — krzyczał. — Strażniku ognia, spełnij swój obowiązek!
— Selim zginął! — odpowiedział głos dochodzący jakby z otchłani — i ty, mój panie, jesteś zgubiony!
Wtem rozległ się głuchy huk i podłoga wokół mojego ojca wyleciała w powietrze.
To czodoarowie Kurszyda strzelali teraz od dołu. Kilku palikarów padło od razu.
Ojciec ryknął, wsadziwszy palce w otwory po kulach, wyrwał z podłogi deskę.
Ale w tej chwili przez otwór w podłodze posypały się strzały, niczym wylewająca się z krateru lawa buchnęły płomienie i zaczęły ogarniać podłogę i obicia.
Wśród tego straszliwego zgiełku, wśród przerażających wrzasków, rozległy się dwa wystrzały i dwa krzyki bardziej przejmujące od innych. Krzyki te zmroziły mnie.
Te dwa wystrzały ugodziły śmiertelnie mojego ojca, i to z jego piersi wyrwały się dwa krzyki. Stał jeszcze, przytrzymując się framugi okna. Moja matka szarpnęła drzwi, by dostać się do niego i umrzeć razem z nim, ale drzwi były zamknięte od środka. Wokół niego wili się palikarowie, konając w konwulsjach, pozostali, którzy uniknęli śmiertelnych strzałów lub byli tylko lekko zranieni, wyskakiwali przez okno.
W tej samej chwili podłoga zatrzeszczała i zawaliła się. Ojciec upadł na kolana, a dwadzieścia rąk uzbrojonych w szable, pistolety i sztylety podniosło się nad nim. Dwadzieścia ciosów ugodziło jednego człowieka i mój ojciec zniknął w kłębach ognia roznieconego przez bandę rozwścieczonych demonów, jak gdyby pod jego nogami rozwarły się czeluście piekieł.
Poczułam, że padam na ziemię; to zemdlała moja matka.
Hayde opuściła ręce, wydając z siebie rozdzierające westchnienie i spojrzała na hrabiego, jakby pytała, czy jest zadowolony, że spełniła jego żądanie.
Hrabia wstał, podszedł do niej, wziął za rękę i rzekł po grecku:
— Odpocznij, drogie dziecko i niech pokrzepi cię myśl, że Bóg karze zdrajców.
— Potworna historia — rzekł Albert przerażony bladością Hayde. — Teraz wyrzucam sobie, że byłem ciekawy w tak okrutny sposób.
— Nic nie szkodzi — odpowiedział Monte Christo.
I kładąc rękę na głowie dziewczyny, rzekł:
— Hayde jest odważną kobietą, i często opowiadanie o tych tragicznych wypadkach przynosi jej ulgę.
— To dlatego, mój panie — odpowiedziała żywo dziewczyna — że moje cierpienia przypominają mi o twojej dobroci.
Albert spojrzał z zaciekawieniem na dziewczynę, nie opowiedziała bowiem jeszcze tego, co najgoręcej pragnął usłyszeć: jak stała się niewolnicą hrabiego.
Hayde wyczytała to samo pragnienie z oczu obu mężczyzn. I podjęła opowiadanie:
— Gdy moja matka odzyskała zmysły, znajdowałyśmy się przed obliczem seraskiera.
— Zabij mnie — rzekła matka — nie pozwól zhańbić honoru wdowy po Alim.
— Nie do mnie powinnaś się zwracać — odparł Kurszyd.
— Do kogo więc?
— Do twojego nowego pana.
— Kim on jest?
— Oto on.
— I w tej chwili Kurszyd wskazał na jednego z tych, którzy najbardziej przyczynili się do śmierci mojego ojca — dodała dziewczyna z ponurym gniewem.
— A więc — zapytał Albert — stałyście się własnością tego człowieka?
— Nie — odpowiedziała Hayde. — Nie miał śmiałości zatrzymać nas przy sobie. Sprzedał nas handlarzom niewolników, którzy podążali do Konstantynopola. Przebyłyśmy Grecję i umierające dotarłyśmy do bram sułtana. Kłębiący się tłum ciekawskich rozstąpił się; nagle moja matka, przenosząc wzrok w kierunku, w którym zwrócone były spojrzenia tłumu, krzyknęła i padła, pokazując mi wiszącą nad bramą głowę.
Pod głową tą widniał napis:
Oto głowa Alego Tebelina, paszy Janiny.
Płacząc, starałam się podnieść moją matkę: już nie żyła!
Zaprowadzono mnie na targ i sprzedano bogatemu Ormianinowi, który przyjął nauczycieli i kazał mnie uczyć, a gdy miałam trzynaście lat, sprzedał mnie sułtanowi Mahmudowi.
— Od którego ja — rzekł Monte Christo — odkupiłem ją, jak już panu mówiłem, za szmaragd podobny do tego, w którym trzymam pastylki haszyszu.
— Jesteś dobry i wielki, mój panie — rzekła Hayde, całując dłoń hrabiego — jestem szczęśliwa, że należę do ciebie.
Albert był oszołomiony tym wszystkim, co usłyszał.
— Niech pan wypije swoją kawę — rzekł hrabia. — Opowieść skończona.
77. Doniesienia z Janiny
Franz wyszedł z pokoju Noirtiera chwiejąc się na nogach i tak znękany, że serce Valentine ścisnął żal.
Villefort, który przez cały czas wyjąkał zaledwie kilka słów zaszył się w swoim gabinecie, a dwie godziny potem odebrał list następującej treści:
Po tym, co się okazało, pan Noirtier de Villefort nie może się spodziewać, aby związek między jego rodziną i rodziną pana d’Epinay mógł dojść do skutku. Pan Franz d’Epinay przerażony jest faktem, że pan de Villefort, który musiał znać opowiedziane dziś wypadki, nie uprzedził go o nich.
Ktokolwiek widziałby w tej chwili, jak ten cios zdruzgotał prokuratora, nie uwierzyłby, że był on już na ten cios przygotowany. On sam nigdy by nie pomyślał, że jego ojciec posunie się do tego stopnia w swojej szczerości albo raczej bezwzględności, by opowiedzieć podobną historię. To prawda, że pan Noirtier miał raczej wzgardliwy stosunek do opinii swojego syna, nigdy też nie przedstawił mu jasno przebiegu zdarzeń, Villefort myślał więc zawsze, że generał de Quesnel, czy też jak kto woli — baron d’Epinay, w zależności od tego, jak się nazywał, czy jak nazywali go inni, został zamordowany, a nie zginął w pojedynku.
List ten tak ostry, choć napisany przez młodego człowieka, do tej pory pełnego szacunku, zranił śmiertelnie dumę Villeforta.
Ledwie wszedł do gabinetu, pojawiła się tam również jego żona.
Wyjście Franza wezwanego do pana Noirtier tak dalece wszystkich zdumiało, że położenie pani de Villefort, która została sama z notariuszem i świadkami, z minuty na minutę stawało się coraz bardziej kłopotliwe. W końcu pani Villefort powzięła decyzję i wyszła, oświadczając, że idzie sprawdzić, co się stało. Pan de Villefort oznajmił jej tylko, że na skutek rozmowy, jaką przeprowadził z ojcem i z panem d’Epinay, narzeczeństwo Valentine z Franzem zostało zerwane.
Nie sposób było przekazać taką wiadomość oczekującym, dlatego też, wchodząc, pani de Villefort oświadczyła jedynie, iż spisanie intercyzy musi zostać odłożone na kilka dni, bo pan Noirtier dostał na początku spotkania ataku apopleksji. Wiadomość ta, jakkolwiek nieprawdziwa, wydała się zebranym osobliwie pasować do dwóch poprzednich nieszczęść tego samego rodzaju; słuchacze, spojrzeli po sobie zdziwieni i odeszli, nie rzekłszy ani słowa.
Valentine tymczasem, nieco przestraszona, ale szczęśliwa, uściskała i podziękowała słabemu starcowi, co jednym ruchem zerwał cały ten łańcuch, jak się jej zdawało niemożliwy do zerwania i poprosiła następnie o pozwolenie odejścia do siebie, by móc wypocząć. Noirtier skinieniem zezwolił jej na to.
Valentine jednak, zamiast wrócić do siebie, przeszła przez korytarz i małymi drzwiczkami czmychnęła do ogrodu. Pośród tylu zdarzeń, tak nieprzerwanie po sobie następujących, jej serce ogarnęła głucha trwoga. Obawiała się, że lada chwila przyjdzie Morrel blady i groźny jak laird Ravenswood z Łucji z Lammermooru.
W rzeczy samej powinna była iść już do kraty ogrodowej. Maksymilian domyślał się już przebiegu zdarzeń. Widział, jak Franz wraz z panem Villefort opuszczali cmentarz, i poszedł za nimi; widział jak Franz wszedł, widział także, jak wyszedł, po czym wrócił znowu z Albertem i Château-Renaudem. Przeczuwał już, że nie może mieć żadnych złudzeń. Udał się więc w umówione miejsce, gotowy na wszystko i pewien, że przy najbliższej sposobności Valentine przybiegnie na spotkanie. Nie zawiódł się. Wypatrując przez szparę dojrzał w końcu dziewczynę, która nie stosując żadnych środków ostrożności, biegła ku niemu. Już pierwszy rzut oka na nią sprawił, że Maksymilian uspokoił się, a po pierwszym słowie podskoczył z radości:
— Ocaleni! — wykrzyknęła Valentine.
— Ocaleni! — powtórzył Morrel, nie dowierzając swojemu szczęściu. — Ale kto nas ocalił?
— Mój dziadek. O, pokochaj go, drogi Morrelu!
Morrel przysiągł, że będzie kochać starca z całej duszy. Przysięga nie była trudna, bo w tej chwili nie kochał go jak przyjaciela, czy jak ojca, ale wielbił jak bóstwo.
— Jak to się mogło stać? — zapytał Morrel. — Jakiego użył środka?
Valentine otworzyła już usta, by wszystko opowiedzieć. Pomyślała jednak, że w głębi tej strasznej tajemnicy jest przecież coś, co nie dotyczy tylko jej dziadka.
— Opowiem ci wszystko później.
— Kiedy?
— Gdy zostanę twoją żoną.
Zamknąwszy temat tym sposobem, mogła Maksymiliana owinąć sobie wkoło palca; przystał więc na to, że na razie musi się zadowolić tym, co mu opowiedziała. Nie chciał jednak odejść, dopóki Valentine nie przyrzekła, że przyjdzie na spotkanie również nazajutrz wieczorem.
Świat nagle zmienił się w jej oczach. Łatwiej było jej teraz uwierzyć, że wyjdzie za Maksymiliana, niż jeszcze przed godziną uwierzyć, że nie będzie poślubiona Franzowi.
W tym czasie pani de Villefort udała się do Noirtiera.
Noirtier spojrzał na nią ponurym i surowym wzrokiem, jakim miał zwyczaj ją witać.
— Drogi ojcze — rzekła. — Nie muszę ci oznajmiać, że narzeczeństwo Valentine zostało zerwane, ponieważ zerwanie to dokonało się tutaj.
Noirtier siedział niewzruszony.
— Nie wiedziałeś jednak ojcze — rzekła następnie pani de Villefort — że ja byłam zawsze przeciwna temu małżeństwu, i że miało być ono zawarte wbrew mojej woli.
Noirtier spojrzał na synową, oczekując wyjaśnień.
— Teraz gdy małżeństwo, które napawało cię taką odrazą, zostało zerwane, ośmielę się przedstawić ojcu prośbę, bo ani mój mąż, ani Valentine nie odważą się z nią zwrócić.
Noirtier zapytał wzrokiem, jaka to prośba.
— Przychodzę cię prosić, ojcze — ciągnęła pani Villefort — ponieważ ja jedna mogę zwrócić się do ciebie o to jako osoba całkiem niezainteresowana; otóż przychodzę cię prosić, abyś przywrócił swojej wnuczce cały majątek, nie mówię o przywróceniu łask, bo wiem, że tego nigdy jej nie odmówiłeś.
Na chwilę we wzroku Noirtiera pojawiło się wahanie; szukał przyczyn uzasadniających tę prośbę, ale ich nie znalazł.
— Czy mogę mieć nadzieję — rzekła pani de Villefort — że twoje zamiary, ojcze, są zgodne z moją prośbą?
— Tak — odpowiedział Noirtier.
— W takim razie — rzekła pani de Villefort — odchodzę wdzięczna i uszczęśliwiona.
Nazajutrz Noirtier kazał wezwać notariusza, pierwszy testament został zniszczony, a spisany nowy, w którym zapisywał cały majątek Valentine, pod warunkiem, że wnuczka nie opuści dziadka.
Kilka osób obliczyło, że panna Villefort, dziedziczka państwa de Saint-Méran łącznie z majątkiem swojego dziadka będzie miała w przyszłości około trzystu tysięcy liwrów rocznego dochodu.
W tym czasie, gdy u państwa de Villefort ważyły się losy planowanego małżeństwa, hrabia Morcerf złożył wizytę panu Danglars.
Dla okazania Danglarsowi szacunku Morcerf włożył na siebie paradny mundur generalski, przypiął do niego wszystkie swoje ordery i kazał zaprzęgnąć najlepsze konie.
Tak wystrojony pojechał na ulicę Chaussée d’Antin i kazał oznajmić swoje przybycie Danglarsowi. Danglars obliczał właśnie miesięczny bilans. Nie był to najlepszy moment: od jakiegoś czasu owe obliczenia wprawiały bankiera w zły humor. I dlatego na widok swojego dawnego przyjaciela, Danglars przybrał wyniosłą minę i rozparł się wygodnie w fotelu.
Morcerf przeciwnie, zwykle nadęty, dziś był wesoły i serdeczny. Naturalnie był pewny, że jego propozycja spotka się z jak najlepszym przyjęciem i nie bawiąc się w dyplomację, od razu przystąpił do rzeczy.
— Oto przyszedłem baronie, by załatwić to, co już od dawna chodzi nam po głowach i o czym już kiedyś rozmawialiśmy...
Morcerf spodziewał się, że po tych słowach bankier rozpromieni się, wyniosłość jego tłumaczył sobie bowiem własnym długim milczeniem; niewiarygodne, ale twarz Danglarsa stała się jeszcze bardziej nieprzystępna i oziębła.
Oto dlaczego Morcerf przerwał w połowie zdania.
— O czym to kiedyś rozmawialiśmy, hrabio? — zapytał bankier, jakby starając się na próżno zrozumieć, o co generałowi chodzi.
— O, widzę — rzekł hrabia — że jest pan formalistą, mój szanowny panie, i przypominasz mi, iż ceremonia musi się odbywać według wszelkich obrządków. Bardzo dobrze! Proszę mi darować, ale ponieważ mam tylko jednego syna i pierwszy raz w życiu myślę o ożenieniu go, więc nie mam w tym jeszcze dostatecznej wprawy, ale... przechodzę do rzeczy.
To powiedziawszy, Morcerf wstał, uśmiechając się sztucznie, ukłonił się głęboko i rzekł:
— Baronie, mam zaszczyt prosić pana o rękę pańskiej córki, panny Eugenii Danglars, dla mojego syna, wicehrabiego Alberta de Morcerf.
Danglars jednak, zamiast przyjąć to oświadczenie przychylnie, czego też spodziewał się Morcerf, zmarszczył brwi i nie prosząc nawet hrabiego, który stał przed nim, by znowu usiadł, rzekł:
— Panie hrabio, zanim panu odpowiem, muszę się namyślić.
— Jak to namyślić?! — zawołał Morcerf coraz bardziej zdziwiony. — Przez osiem lat, odkąd po raz pierwszy mówiliśmy o tym związku, mało miał pan czasu do namysłu?
— Panie hrabio — rzekł Danglars. — Codziennie zdarza się coś, co sprawia, że raz podjęte i przemyślane decyzje wymagają ponownego rozważenia.
— Pan wybaczy — przerwał Morcerf — ale czy my nie odgrywamy tutaj jakiejś komedii?
— Jak to komedii?
— Widział się pan z hrabią de Monte Christo?
— Widuję się z nim bardzo często — rzekł Danglars, poprawiając żabot — to mój dobry przyjaciel.
— Otóż ostatnio, kiedy go pan widział, powiedział mu pan, iż chyba zapomniałem o wspomnianym małżeństwie lub wykazuję w tym względzie niezdecydowanie.
— To prawda.
— Dlatego też przyszedłem. Nie zapomniałem i nie jestem niezdecydowany, jak pan widzi, skoro przychodzę tu i nalegam, by dotrzymał pan słowa.
Danglars nic nie odpowiedział.
— Czyżby właśnie zmienił pan zdanie? — dodał Morcerf. — Czy też zmusił mnie pan do powtórzenia mojej prośby, by dla własnej przyjemności mnie upokorzyć?
Danglars zrozumiał, iż jeśli dalej będzie prowadził rozmowę tonem takim, jakim ją rozpoczął, skutki mogą być dla niego opłakane.
— Panie hrabio — rzekł. — Ma pan prawo dziwić się mojej rezerwie, rozumiem to. Niech mi pan jednak uwierzy, że mnie samego bardzo to martwi; ale zmuszają mnie do tego nader ważne okoliczności.
— Co za puste słowa, mój kochany panie — rzekł hrabia. — Mógłby pan nimi zbyć pierwszego lepszego; ale ja nie jestem pierwszym lepszym i kiedy ktoś taki jak ja, przychodzi do kogoś i przypomina o danym słowie, a ten ktoś słowa nie dotrzymuje, mam prawo w miejsce pustych słów żądać wyjaśnienia powodów.
Danglars był tchórzem, nie chciał jednak za takiego uchodzić. Uraził go też ton Morcerfa.
— Toteż, kochany hrabio, powodów mi nie brakuje — odpowiedział — ale...
— Co pan przez to rozumie?
— Że trudno by mi je było wyjawić.
— Rozumie pan jednak — rzekł Morcerf — że nie może mnie zadowolić pańskie milczenie; i jedna tylko rzecz zdaje się być oczywista w całej tej sprawie: odmawia pan związania się z moją rodziną.
— O nie, bynajmniej, proszę pana — rzekł Danglars. — Ja tylko wstrzymuję się na razie od ostatecznej decyzji. To wszystko.
— Nie sądzę jednak, by pan przypuszczał, że ulegnę pańskim kaprysom i będę spokojnie, z pokorą oczekiwał, aż mnie pan przywróci do łask i względów?
— Jeżeli więc, panie hrabio, nie chce pan czekać, możemy uznać nasze projekty za niebyłe.
Hrabia, z natury dumny i porywczy, przygryzł wargi do krwi, by nie wybuchnąć. Zrozumiał jednak, że w podobnych okolicznościach byłoby to śmieszne z jego strony. Kierował się już ku wyjściu z salonu, gdy wtem rozmyślił się nagle i zawrócił.
Jego czoło zachmurzyło się, ale nad jego obrażoną dumą zaczęły brać górę oznaki jakiegoś niejasnego niepokoju.
— Niech pan posłucha, drogi panie Danglars — rzekł — znamy się już od wielu lat, i w związku z tym powinniśmy mieć dla siebie pewne względy. Należy mi się jakieś usprawiedliwienie, abym wiedział, z jakiej nieszczęsnej przyczyny mój syn utracił pańską przychylność.
— Nie chodzi o żadne osobiste uprzedzenia do wicehrabiego, tyle tylko mogę panu powiedzieć — odpowiedział Danglars, przybierając ton impertynencki, gdy spostrzegł, że Morcerf łagodnieje.
— Do kogo ma pan więc osobiste uprzedzenia? — zapytał Morcerf łamiącym się głosem, a jego czoło pobladło.
Danglars, któremu nie umknęła żadna zmiana na twarzy generała, wymierzył w niego jeszcze pewniejsze niż dotąd spojrzenie.
— Proszę mi raczej podziękować, że nie dostarczyłem więcej wyjaśnień.
Gwałtowne drżenie, wynikłe z tłumionej wściekłości, wstrząsnęło Morcerfem.
— Mam prawo — odpowiedział, czyniąc wielki wysiłek, by się opanować — mam prawo żądać wyjaśnień; czy ma pan coś do zarzucenia pani de Morcerf? Czy mój majątek jest niewystarczający? Czy może różnimy się zbytnio poglądami...
— Ależ skąd, szanowny panie — odpowiedział Danglars. — Nie miałbym wtedy żadnego usprawiedliwienia, bo dałem słowo, znając to wszystko dobrze. Nie, niech pan się więcej nie doszukuje, bo wstyd mi doprawdy, że robi pan przede mną ten rachunek sumienia; zostawmy to. Za chwilowe rozwiązanie sprawy przyjmijmy teraz zwłokę, nie będzie to ani zerwanie, ani składanie zobowiązań. Nic nas przecież nie nagli! Mój Boże! Moja córka ma siedemnaście lat, pana syn dwadzieścia jeden. Poczekajmy jeszcze, a czas zrobi swoje, pokieruje wypadkami; sprawy, które dziś wydają się nam niejasne, dnia następnego stają się zbyt oczywiste, często, w jeden dzień, obalane zostają najokropniejsze pomówienia.
— Pan powiedział, pomówienia? — zawołał Morcerf, siniejąc. — Ktoś mnie o coś oskarża?
— Panie hrabio, powiedziałem panu, dajmy spokój wyjaśnieniom.
— Mam więc znieść spokojnie tę odmowę?
— Przykrą przede wszystkim dla mnie, drogi panie. Tak, przykrzejszą dla mnie niż dla pana, bo liczyłem na zaszczyt połączenia mojego z pańskim domem, a poza tym zerwane zaręczyny są zawsze większą szkodą dla narzeczonej niż dla narzeczonego.
— Dobrze więc, mój panie, nie będziemy więcej o tym mówić — rzekł Morcerf.
I mnąc z wściekłością rękawiczki, wyszedł z pokoju.
Danglars zauważył, że Morcerf nie ośmielił się spytać ani razu, czy to on sam nie jest przyczyną zerwania.
Wieczorem odbył długą naradę z wieloma przyjaciółmi, a pan Cavalcanti, który przebywał wciąż w salonie z damami, wyszedł z domu bankiera jako ostatni.
Nazajutrz, obudziwszy się, Danglars zawołał od razu o dzienniki. Przyniesiono mu je natychmiast; odłożył kilka i sięgnął po „Impartial”. Naczelnym redaktorem dziennika był pan Beauchamp. Szybko rozerwał kopertę, z nerwowym pośpiechem rozłożył gazetę, przesunął wzgardliwym wzrokiem po rubryce „Premier Paris” i przeglądnął kronikę różnych wydarzeń; ze złośliwym uśmiechem zatrzymał wzrok na krótkiej wzmiance zaczynającej się od słów: Doniesienia z Janiny...
— No, chwała Bogu — rzekł, odkładając gazetę — ten maleńki artykuł na temat pułkownika Fernanda, według wszelkiego prawdopodobieństwa uwolni mnie od konieczności tłumaczenia się przed panem hrabią de Morcerf.
W tym samym momencie, to jest z wybiciem godziny dziewiątej, Albert de Morcerf, ubrany na czarno, ze skrupulatnie zapiętym każdym guzikiem, milczący i podekscytowany zatrzymał się przed domem na Polach Elizejskich.
— Pan hrabia właśnie wyszedł, jakieś pół godziny temu — rzekł odźwierny.
— Czy wziął ze sobą Baptystę? — zapytał Morcerf.
— Nie, panie wicehrabio.
— Zawołajcie go więc, chcę z nim pomówić.
Odźwierny poszedł po kamerdynera i po chwili wrócili razem.
— Mój przyjacielu — rzekł Albert. — Przepraszam cię za moją niedyskrecję, ale chciałbym dowiedzieć się od ciebie samego, czy rzeczywiście twojego pana nie ma w domu?
— Nie ma, proszę pana. — zapewnił Baptysta.
— Nawet dla mnie?
— Wiem, z jaką radością mój pan zawsze pana przyjmuje u siebie i nie śmiałbym nigdy potraktować pana jak resztę bywających u hrabiego gości.
— Słusznie, bo muszę z nim pomówić w bardzo ważnej sprawie. Jak myślisz, czy długo go nie będzie?
— Nie, bo kazał przygotować śniadanie na godzinę dziesiątą.
— Przejdę się więc trochę po Polach Elizejskich i na godzinę dziesiątą będę tu; jeżeli pan hrabia wróci przede mną, poproś go, aby na mnie zaczekał.
— Dobrze, proszę pana, może pan być spokojny.
Albert zostawił przed domem hrabiego wynajętą dorożkę, a sam udał się piechotą na przechadzkę. Mijając Aleję Wdów, wydało mu się, że spostrzegł konie hrabiego przed bramą strzelnicy Grosseta; podszedł bliżej i rozpoznał także stangreta.
— Czy pan hrabia jest na strzelnicy? — zapytał go Morcerf.
— Tak, proszę jaśnie pana — odpowiedział stangret.
Rzeczywiście, gdy Morcerf przechodził koło bramy strzelnicy, doszły go stamtąd odgłosy kilku regularnych wystrzałów.
Wszedł. W ogródku zastał chłopca.
— Przepraszam bardzo pana wicehrabiego, czy nie zechciałby pan tu chwilkę zaczekać?
— A to czemu, Filipie? — zapytał Albert, który będąc tu bywalcem, zdziwił się bardzo, że go zatrzymano.
— Dlatego, proszę pana, że ten pan, który teraz ćwiczy się w strzelaniu, nie strzela nigdy w czyjejś obecności.
— A kto nabija mu pistolety?
— Służący. Murzyn.
— Tak, tak.
— To zna pan tego pana?
— Właśnie go szukam; to mój przyjaciel.
— A, to co innego. Pójdę go uprzedzić.
I Filip, wiedziony własną ciekawością, wszedł do pomieszczenia strzelnicy. Po chwili na progu pojawił się Monte Christo.
— Wybacz, kochany hrabio, że nachodzę pana nawet tutaj — rzekł Albert. — Ale od razu pana uprzedzam, że to bynajmniej nie jest wina twoich służących, ale moje natręctwo. Byłem u pana w domu i powiedziano mi, że hrabia pojechał na spacer, ale ma wrócić o dziesiątej na śniadanie. Poszedłem na przechadzkę, by zaczekać do dziesiątej, ale przypadkiem spostrzegłem pańskie konie i powóz.
— Z tego co pan powiedział, wnoszę, że chce pan ze mną zjeść śniadanie.
— Nie, dziękuję, nie chodzi o śniadanie; ale do licha, niemiłe to będzie towarzystwo!
— Do diabła, co też pan mówi?
— Kochany hrabio, mam dziś pojedynek.
— Pan? Po co? Z jakiego powodu? Można się bić w zasadzie o wszystko.
— O obrazę honoru.
— Aha, to sprawa poważna.
— Tak poważna, że właśnie przychodzę prosić pana o przysługę.
— Jaką?
— Żeby był pan moim sekundantem.
— Nie będziemy o tym mówić tutaj, chodźmy do mnie. Ali, podaj mi wody.
Hrabia podwinął rękawy i poszedł do przedsionka strzelnicy, gdzie strzelający zwykle myli ręce.
— Niech pan wejdzie, panie hrabio — rzekł po cichu Filip. — Zobaczy pan coś bardzo ciekawego.
Morcerf wszedł. Do tarczy przyklejone były karty do gry.
Z daleka Morcerfowi wydało się, że był tam cały komplet, ale karty kończyły się na dziesiątce, począwszy od asa.
— Ho ho! — rzekł Albert. — Grał pan w pikietę?
— Nie — odrzekł hrabia. — Zabierałem się do innej gry.
— Jak to?
— A tak, widzi pan tam tylko asy i dwójki, a ja kulami porobiłem z nich trójki, piątki, siódemki, ósemki, dziewiątki i dziesiątki.
Albert zbliżył się.
Rzeczywiście, w miejscach gdzie zwykle znajdują się oznaczenia kolorów, na kartach widniały idealnie równe, w perfekcyjnie identycznych odległościach otworki po kulach. Podchodząc do tarczy, Morcerf spostrzegł też leżące tu i ówdzie jaskółki, które przelatując, nieopatrznie znalazły się w zasięgu wystrzału pistoletowego i popadały od kul hrabiego.
— A niech to diabli! — zakrzyknął Morcerf.
— No cóż, kochany wicehrabio? — rzekł Monte Christo, wycierając ręce w podany przez Alego ręcznik. — Muszę przecież czymś wypełnić czas w wolnych chwilach; ale chodźmy już, jestem gotowy.
Wsiedli do powozu hrabiego i wkrótce stanęli przed bramą domu numer trzydzieści.
Monte Christo wprowadził Morcerfa do swojego gabinetu i wskazał mu krzesło. Usiedli.
— Z kim pan chce się pojedynkować?
— Z panem Beauchamp.
— To przecież pana przyjaciel!
— Bo też zwykle pojedynkujemy się z przyjaciółmi.
— Ale musi być jakiś powód.
— We wczorajszym dzienniku znajduje się... ale proszę niech pan sam czyta.
Doniesienia z Janiny:
Dotarliśmy do faktów dotąd nieznanych, a przynajmniej niepublikowanych: twierdze broniące miasta, zostały wydane w ręce Turków przez oficera francuskiego, do którego wezyr Ali Tebelin miał bezgraniczne zaufanie. Oficer ten nazywał się Fernand.
— I co z tego? — zapytał Monte Christo. — Co pan znajduje w tym obraźliwego? Co pana obchodzi, że zamki Janiny wydane zostały w ręce Turków przez jakiegoś oficera o imieniu Fernand?
— Obchodzi mnie, bo imię chrzestne mojego ojca, hrabiego de Morcerf, brzmi Fernand.
— Czy twój ojciec służył u Ali-Paszy?
— To znaczy walczył tam o niepodległość Grecji; w tym właśnie jest pomówienie.
— A, to co innego! Kochany wicehrabio, pomówmy rozsądnie.
— Tego właśnie sobie życzę.
— No, niech pan powie: kto u diabła może wiedzieć we Francji, że Fernand i hrabia de Morcerf to jedna i ta sama osoba i kto wreszcie zajmuje się dziś Janiną, która zdaje mi się, padła w 1822 czy 1823 roku?
— W tym właśnie zawiera się cała perfidia; stało się to przecież tak dawno, a dziś wywlekają zapomniane wypadki by wywołać skandal i zhańbić znane nazwisko. Dlatego ja, jako dziedzic nazwiska mojego ojca, nie pozwolę, aby nad tym nazwiskiem ciążył choć cień wątpliwości. Posyłam do pana Beauchamp, bo w jego dzienniku ukazała się ta wzmianka, dwóch świadków. Niech odwoła, co napisał.
— Beauchamp niczego nie odwoła.
— Więc będziemy się bić.
— Nie będzie się pan bił, bo on panu odpowie, że w armii greckiej mogło być i pięćdziesięciu francuskich oficerów o imieniu Fernand.
— Choćby i tak odpowiedział, będziemy się bić. To musi być odwołane... Mój ojciec, taki szlachetny żołnierz, taka świetna kariera wojskowa...
— Może również umieścić notkę: „Mamy podstawy sądzić, że wzmiankowany Fernand nie ma nic wspólnego z panem hrabią de Morcerf, któremu jest również na imię Fernand”.
— On musi odwołać wszystko i kategorycznie; nie wystarczy mi taka notka!
— Niesłusznie.
— To znaczy, że odmawia mi pan przysługi, o którą proszę?
— Przecież zna pan dobrze moją teorię na temat pojedynków; przedstawiłem ją panu w Rzymie, jeśli sobie pan przypomina.
— A jednak, kochany hrabio, zastałem pana dziś rano na ćwiczeniach niezgodnych z zasadami tej teorii.
— Bo widzi pan, mój drogi przyjacielu, nigdy nie należy się ograniczać. Gdy żyje się między wariatami, trzeba nauczyć się być wariatem; w każdej chwili może się zdarzyć, że jakiś zapaleńczy umysł, bez żadnych przyczyn będzie szukał ze mną zwady, podobnie jak na przykład pan szuka jej teraz u Beauchampa; przy byle okazji mnie wyzwie, przyśle mi swoich świadków, albo mnie znieważy w publicznym miejscu; i co oczywiste, takiego szaleńca muszę zabić.
— Przyznaje pan więc, że sam by się pojedynkował? Dlaczego więc nie chce pan, żebym ja się pojedynkował?
— Nie mówię wcale, że nie powinien się pan pojedynkować; mówię tylko, iż pojedynek jest sprawą bardzo poważną, nad którą trzeba się zastanowić.
— A on, czy zastanowił się, znieważając mojego ojca?
— Jeśli zrobił to nieumyślnie i przyzna się do tego, trzeba dać mu spokój.
— O, kochany hrabio, jest pan zbyt pobłażliwy!
— A pan zbyt zasadniczy. Bo przypuśćmy... niech pan posłucha i niech się pan nie obrazi za to, co powiem! Przypuśćmy, że ta wiadomość jest prawdziwa...
— Syn nigdy nie powinien robić podobnych przypuszczeń szargających imię jego ojca.
— Ech, mój Boże! Żyjemy w czasach, kiedy pozwala się na robienie tylu przypuszczeń!
— To właśnie wada naszej epoki.
— Miły Boże! Jakiż pan rygorystyczny!
— Taki właśnie jestem.
— Czy uważa mnie pan za swojego przyjaciela?
— Tak.
— Tak więc, zanim pan pośle sekundantów do pana Beauchampa, niech pan najpierw zasięgnie informacji.
— U kogo?
— Na Boga! Na przykład u Hayde.
— Mieszać w to wszystko kobietę? Co ona może na to poradzić?
— Ona może panu powiedzieć, że pana ojciec nie miał nic wspólnego z klęską i śmiercią jej ojca albo przeciwnie... jeżeli przypadkiem pana ojciec...
— Powiedziałem już panu, mój drogi hrabio, że ja nie mogę pozwolić na robienie podobnych przypuszczeń.
— Odrzuca pan więc takie wyjście?
— Odrzucam.
— Dam ci więc ostatnią radę.
— Dobrze! Ale niech będzie rzeczywiście ostatnia.
— Niech pan nie posyła świadków do Beauchampa. Niech pan sam do niego pójdzie.
— To wbrew wszelkim zwyczajom. A po co ja mam pójść do niego?
— Ponieważ w ten sposób cała sprawa pozostanie między wami. Jeżeli Beauchamp gotów jest zamieścić sprostowanie, musi mu pan pozwolić wykazać się dobrą wolą, a i tak stanie się, jak pan sobie życzy; jeżeli zaś nie zgodzi się na to, zawsze będzie pan miał dość czasu, by dopuścić do tajemnicy dwie obce osoby.
— Czyli sądzi pan, że sam powinienem pójść do pana Beauchamp.
— Tak. Jeżeli chce pan cokolwiek zyskać na miłości własnej człowieka, potrzeba tę miłość własną oszczędzać, nawet, jeżeli miałoby się na tym ucierpieć.
— Chyba ma pan rację. Pójdę sam.
— Niech pan idzie; ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby pan nie poszedł wcale.
— To niemożliwe.
— Niech więc pan idzie. Zawsze to będzie lepsze, niż to, co chciał pan zrobić.
— W takim razie jednak chciałbym wiedzieć, czy jeśli działania moje zawiodą i będę się jednak pojedynkował, będzie pan hrabio moim sekundantem?
— Kochany wicehrabio — rzekł Monte Christo z najwyższą powagą. — W swoim czasie dałem panu dowody na to, że w razie potrzeby jestem zawsze do twojej dyspozycji; jednak przysługa, o którą teraz mnie pan prosi, nie wchodzi w zakres tych, jakie mogę panu wyświadczyć.
— A to czemu?
— Być może kiedyś się pan dowie.
— A teraz?
— Proszę pana o uszanowanie mojej tajemnicy.
— Dziwny z pana człowiek, mój hrabio! Więc wcale nie chce się pan do tego mieszać?
— Wcale.
— Skończmy więc ten temat. Do widzenia.
— Do widzenia.
Morcerf wziął cylinder i wyszedł.
Przed bramą czekała na niego dorożka; powstrzymując z całej mocy gniew, kazał się wieźć do Beauchampa.
Beauchamp był w redakcji dziennika, siedział w swoim gabinecie, ciemnym i zakurzonym, jakie bywają redakcje dzienników. Albert kazał się do niego zaprowadzić.
Gdy zaanonsowano Alberta de Morcerf — kazał to sobie powtórzyć dwa razy, w końcu, wciąż nie dowierzając, zawołał:
— Proszę!
Albert wszedł.
Beauchamp wydał z siebie okrzyk zdziwienia, ujrzawszy przyjaciela grzęznącego w stosach papierów i niezręcznie stąpającego po gazetach wszelkiego formatu, pokrywających podłogę biura.
— Tędy, tędy kochany Albercie — rzekł, wyciągając rękę. — Cóż cię tu u diabła sprowadza? Zgubiłeś się jak Tomcio Paluch w lesie, czy też przychodzisz zaprosić mnie po prostu na śniadanie?
— Posłuchaj, Beauchamp — rzekł Albert. — Przychodzę, by pomówić z tobą o twojej gazecie.
— Ty, Albercie? A czego od niej chcesz?
— Chcę sprostowania.
— Ty? Ale sprostowania czego, Albercie? No usiądź, proszę cię.
— Dziękuję — odpowiedział znowu Albert z lekkim skinieniem głowy.
— O co chodzi?
— Żądam sprostowania pewnych przytoczonych faktów, które godzą w honor jednego z członków mojej rodziny.
— A to ciekawe! — rzekł Beauchamp zaskoczony. — Co to za fakty? To chyba niemożliwe.
— Fakty doniesione z Janiny.
— Z Janiny?
— Tak, z Janiny. Doprawdy, wyglądasz jakbyś naprawdę nie wiedział, co mnie tu sprowadza?
— Na mój honor! Nie wiem. Baptysto, przynieś wczorajszą gazetę! — zawołał Beauchamp.
— Nie trzeba, przyniosłem ją ze sobą.
Beauchamp przeczytał, mrucząc pod nosem:
— Doniesienia z Janiny itd., itd.
— Widzisz teraz, że sprawa jest poważna — rzekł Morcerf, gdy Beauchamp skończył.
— Czy ten oficer jest twoim krewnym? — zapytał dziennikarz.
— Tak — odpowiedział, rumieniąc się Albert.
— Co więc mogę dla ciebie zrobić? — rzekł Beauchamp łagodnie.
— Chciałbym, mój drogi, żebyś odwołał tę wiadomość.
Beauchamp spojrzał na Alberta z uwagą, która świadczyła o dużej życzliwości.
— Słuchaj — rzekł — musimy na ten temat więcej pogadać; przecież odwołanie jest bardzo poważną rzeczą. Siadaj, jeszcze raz to przeczytam.
Albert usiadł, a Beauchamp ponownie odczytał kontrowersyjną wzmiankę, tym razem z większą uwagą.
— No, sam widzisz — rzekł Albert stanowczo, ostro nawet — w twoim dzienniku znieważono kogoś z mojej rodziny, żądam więc odwołania.
— Żądasz?... Z całym szacunkiem, drogi hrabio, ale dyplomatą to ty nie jesteś.
— I nie chcę być — odpowiedział młodzieniec, wstając. — Żądam odwołania wiadomości, zamieszczonej wczoraj w waszym dzienniku i dopnę swego. Jesteś moim przyjacielem — rzekł Albert, cedząc słowa, gdy spostrzegł, że Beauchamp zaczął dumnie podnosić głowę — jesteś moim przyjacielem i znasz mnie chyba, spodziewam się więc, że zrozumiesz moją stanowczość w tej sprawie.
— Jestem twoim przyjacielem, Morcerf, ale twoje słowa mogą sprawić, że za chwilę nim już nie będę... Ale zastanówmy się jeszcze, tylko bez gniewu, przynajmniej na razie... jesteś zaniepokojony, poirytowany, urażony... powiedz mi, który twój krewny ma na imię Fernand?
— To po prostu mój ojciec — rzekł Albert — pan Fernand Mondego, hrabia de Morcerf, stary żołnierz, który walczył w dwudziestu bitwach, a którego szlachetne rany dziś chcą obrzucić rynsztokowym błotem.
— To twój ojciec? — rzekł Beauchamp. — A to co innego; teraz pojmuję, kochany Albercie, twoje oburzenie. Przeczytajmy jeszcze raz.
I znowu odczytał notatkę, rozważając każde słowo.
— Ale gdzie tu widzisz — zapytał Beauchamp — że Fernand, o którym mowa w artykule, to twój ojciec?
— Nigdzie, wiem dobrze, że to nie on, ale inni tak to odczytają. I dlatego żądam, by ta wiadomość została odwołana.
Na słowo „żądam” Beauchamp podniósł wzrok na Morcerfa, ale natychmiast spuścił oczy i zamyślił się na chwilę.
— Ogłosisz więc, że ta wiadomość jest nieprawdziwa. Tak, mój Beauchamp? — powtórzył Morcerf z narastającym, chociaż hamowanym jeszcze, gniewem.
— Tak — rzekł Beauchamp.
— No to wspaniale!
— Ale tylko wtedy, kiedy będę pewny, że jest nieprawdziwa.
— Jak to?
— Tak, bo rzecz warta jest wyjaśnienia i ja ją wyjaśnię.
— Ale co według pana należy tu wyjaśniać? — wybuchnął Albert. — Jeżeli pan nie wierzy, że to był mój ojciec, proszę to powiedzieć natychmiast, a jeżeli uważa pan, że to był on, proszę się z tego wytłumaczyć.
Beauchamp spojrzał na Alberta ze swoim specyficznym uśmiechem, którym był w stanie wyrazić każdy rodzaj uczucia.
— Drogi panie — odrzekł. — Skoro już nie jesteśmy na ty; jeżeli przyszedł pan tu żądać ode mnie satysfakcji, trzeba było od tego zacząć, a nie mówić mi o przyjaźni i innych tym podobnych rzeczach, których wysłuchuję cierpliwie już od pół godziny. Jeśli się nie mylę, na taki grunt i ton teraz przechodzimy, czy tak?
— Tak, jeżeli nie odwołasz nikczemnego oszczerstwa!
— Chwileczkę! Tylko bez gróźb, łaskawy panie Albercie Mondego, hrabio de Morcerf. Nie znoszę pogróżek ze strony wrogów, a tym bardziej od przyjaciół. Chce pan więc, abym zdementował notatkę na temat pułkownika Fernanda, której zamieszczenie, daję na to słowo honoru, nie było moim pomysłem.
— Tak, chcę — rzekł Albert coraz bardziej zamroczony.
— A w przeciwnym razie bijemy się, tak? — ciągnął Beauchamp z tym samym spokojem.
— Tak — odparł Albert podniesionym głosem.
— Dobrze — rzekł Beauchamp — drogi panie, oto moja ostateczna odpowiedź: nie ja zamieściłem tę notatkę i nic o niej nie wiedziałem, ale pan swoim zachowaniem zwrócił na nią moją uwagę; nie zostawię więc tej sprawy, dopóki nie sprawię, aby ten, kto zamieścił tę wiadomość, odwołał ją lub potwierdził.
— W takim razie, drogi panie — rzekł Albert, wstając — będę miał honor przysłać panu moich świadków, z którymi uzgodni pan rodzaj broni i miejsce.
— Doskonale, drogi panie.
— Tak więc, jeśli pan pozwoli, spotkamy się dziś wieczorem albo najpóźniej jutro rano.
— Co to, to nie! Owszem, stawię się, jeśli zajdzie taka potrzeba, ale zdaje mi się — mam bowiem prawo sam zdecydować kiedy, ponieważ to ja zostałem wyzwany — otóż zdaje mi się, że nie nadeszła jeszcze na to pora. Wiem, że pan doskonale włada szpadą, ja znośnie; wiem, że na sześć strzałów chybia pan zaledwie trzy, ja radzę sobie ze strzelaniem podobnie; wiem, że pojedynek między nami będzie poważny, ponieważ jest pan mężny, a i ja, jak się zdaje, nie ustępuję w tym panu. Nie chciałbym więc zabić pana albo samemu narażać się na śmierć bez powodu. Teraz z kolei ja postawię sprawę bardzo kategorycznie: czy tak bardzo zależy panu na tym odwołaniu, że jeżeli tego nie zrobię, to mnie pan zabije, mimo że powiedziałem, powtórzyłem i przysiągłem na honor, że zupełnie o tym nie wiedziałem, i mimo że nawet teraz jeszcze oświadczam panu, iż niemożliwe jest, aby ktokolwiek, poza panem chyba, połączył imię hrabiego de Morcerf z imieniem owego Fernanda?
— Zależy mi na tym bezwzględnie!
— Dobrze więc, kochany panie, zgoda, nadstawię panu gardło do poderżnięcia, ale żądam trzech tygodni czasu; za trzy tygodnie spotkamy się i albo panu powiem: „Tak jest, wiadomość była fałszywa” i odwołam ją, albo też: „Tak jest, wiadomość jest prawdziwa” i oddam się na łaskę pańskiej szpady lub pistoletu — pan zdecyduje.
— Trzy tygodnie! — krzyknął Albert. — Ale trzy tygodnie to dla mnie trzy wieki hańby!
— Gdyby pozostał pan moim przyjacielem, odpowiedziałbym: „Bądź cierpliwy, przyjacielu”, dziś staje pan przede mną jako wróg, odpowiem więc: „Co mnie to obchodzi?”.
— Niech tak będzie, czekam trzy tygodnie — rzekł Morcerf. — Ale niech pan zapamięta, że po trzech tygodniach żadna zwłoka ani żaden wykręt nie uwolni pana...
— Panie Albercie de Morcerf — rzekł Beauchamp, wstając. — Miałbym prawo wyrzucić pana przez okno dopiero za trzy tygodnie, to znaczy za dwadzieścia jeden dni, tak więc dziś i pan także nie ma prawa, aby roznieść mnie na strzępy. Mamy dzisiaj dwudziesty dziewiąty sierpnia, zobaczymy się dwudziestego pierwszego września. Do tego dnia, radzę panu jako człowiek uczciwy, przestańmy na siebie szczekać jak dwa uwiązane na powrozach psy.
I Beauchamp skłonił się poważnie młodzieńcowi, odwrócił do niego plecami i wyszedł do drukarni.
Albert zemścił się na stosie gazet, które rozrzucił, smagając z rozmachem szpicrutą, po czym wyszedł, odwracając się jeszcze kilkakrotnie ku drzwiom drukarni.
Po chwili zaczął smagać konia z tą samą zaciętością, z jaką przed chwilą wyżywał się na Bogu ducha winnych papierach. Mijając bulwar, spostrzegł Morrela, który z zadartą głową, błyszczącym okiem i wymachując energicznie rękami przechodził obok chińskiej łaźni, idąc, od bramy Św. Marcina, w kierunku kościoła Świętej Magdaleny.
— Ech — westchnął Albert. — Oto szczęśliwy człowiek.
I przypadkiem nie mylił się.