80. Pokój byłego piekarza

Tego samego dnia, kiedy hrabia de Morcerf, wściekły i upokorzony, co zrozumiałe, chłodnym przyjęciem, opuścił dom pana Danglarsa, pan Andrea Cavalcanti, ufryzowany i wypomadowany, z podkręconym wąsem, w białych rękawiczkach, pod którymi rysowały się wyraźnie paznokcie, zajechał, niemal stojąc w swym faetonie, na dziedziniec u państwa Danglars.

Po dziesięciu minutach rozmowy w salonie, znalazł sposób, by zaprowadzić bankiera w stronę okna, gdzie w okiennej niszy wyłożył panu Danglarsowi wszystkie zgryzoty, jakie trawią jego duszę po wyjeździe ojca. I tak zwierzył się, że po wspomnianym wyjeździe właśnie w rodzinie bankiera, gdzie czuł się traktowany jak rodzony syn, znalazł nie tylko najwięcej życzliwości, ale także nadzieję na przyszłe szczęście, którego każdy mężczyzna powinien szukać, nim ulegnie kaprysom uczucia, a co do samego uczucia, to miał wielkie szczęście odnaleźć je w pięknych oczach panny Eugenii.

Danglars słuchał tego z największą uwagą, już bowiem od blisko trzech dni czekał na takie wyznanie ze strony pana Andrei i gdy w końcu je usłyszał, jego oczy otwarły się szeroko i rozpromieniły z tą samą mocą, z jaką zmrużyły i zasępiły w czasie rozmowy z panem de Morcerf.

Jednakowoż nie chciał od razu przyjmować propozycji Andrei i postanowił wybadać lepiej zamiary młodzieńca.

— Drogi panie — rzekł — czy nie jest pan zbyt młody, aby myśleć o małżeństwie?

— Ależ nie, proszę pana — odparł Cavalcanti — wcale tak nie uważam: we Włoszech wielcy panowie żenią się przeważnie w młodym wieku, to zresztą logiczne. Życie jest tak krótkie, że należy chwytać szczęście, gdy tylko zapuka do naszych drzwi.

— W takim razie, drogi panie Cavalcanti, zakładając, że pańska propozycja, która przynosi mi zaszczyt, zostanie przyjęta przychylnie przez moją żonę i córkę, z kim będziemy rozmawiać o interesach? Są to, jak sądzę, pertraktacje dość istotne i tylko ojcowie potrafią mówić o nich tak, by wyszły na dobre dzieciom.

— Panie, mój ojciec, człowiek mądry, rozsądny i szanujący konwenanse przewidział tego rodzaju okoliczność, na wypadek gdybym miał zamiar pozostać we Francji. Odjeżdżając, zostawił mi wszystkie dokumenty, które potwierdzają moją tożsamość, oraz list, który w przypadku, jeśli dokonam wyboru zgodnego z jego wolą, zapewnia mi sto pięćdziesiąt tysięcy liwrów dochodu, począwszy od dnia ślubu. Jest to, jak mi się zdaje, mniej więcej czwarta część majątku mojego ojca.

— Ja zawsze miałem zamiar — rzekł Danglars — dać mojej córce w posagu pięćset tysięcy franków, zresztą jest ona moją jedyną spadkobierczynią.

— Widzi pan więc — rzekł Andrea — że wszystko układa się jak najlepiej, zakładając, że pani baronowa i panna Eugenia nie odrzucą mojej oferty. W takim razie będziemy mieli sto siedemdziesiąt pięć tysięcy liwrów rocznego dochodu. Przypuśćmy jeszcze jedno: że ojciec zgodzi się wypłacić mi zamiast rocznego dochodu kapitał; nie będzie to łatwe, dobrze wiem, ale może się uda, pan z pewnością lepiej obracałby tymi dwoma lub trzema milionami. Dwa, trzy miliony w rękach zręcznego człowieka mogą przynieść i dziesięć procent zysku na rok.

— Ja zawsze daję tylko cztery procent, a nawet trzy i pół — rzekł bankier — jednak mojemu zięciowi dałbym i pięć, a zyski byśmy dzielili.

— Wybornie, kochany teściu! — rzekł Cavalcanti, nie panując nad swoją, bądź co bądź, nieco prostacką naturą, która — wbrew wysiłkom, jakie czynił — od czasu do czasu dawała o sobie znać pomimo arystokratycznych manier, pod którymi chciał ją ukryć.

Po chwili jednak zreflektował się:

— Przepraszam, przepraszam najmocniej, drogi panie, sama nadzieja doprowadza mnie prawie do szaleństwa, a co dopiero, gdy się ziści?

— Jednak — rzekł Danglars, który nawet nie spostrzegł, kiedy ta bezinteresowna na początku konwersacja przerodziła się w rozmowę o interesach — istnieje z pewnością jeszcze jakaś część pańskiego majątku, której ojciec nie może panu odmówić?

— A to jaka? — zapytał młodzieniec.

— Majątek po pańskiej matce.

— A, naturalnie, majątek po mojej matce, Leonorze Corsinari.

— Ile on może wynosić?

— Przyznam się panu — rzekł Andrea — że nigdy się nad tym nie zastanawiałem, sądzę jednak, że musi wynosić co najmniej jakieś dwa miliony.

Danglars poczuł, jak radość zapiera mu dech w piersiach. Było to uczucie, jakiego doznaje skąpiec, gdy odnajduje zagubiony skarb, albo tonący, który zamiast wciągającej go otchłani, poczuje pod stopami ziemię.

— A więc, panie baronie — rzekł Andrea, oddając bankierowi pełen serdeczności i szacunku ukłon. — Czy mogę mieć nadzieję...?

— Panie Cavalcanti — rzekł Danglars. — Proszę mieć nadzieję i może pan być przekonany, że jeśli żadna przeszkoda z pańskiej strony nie zatrzyma biegu wypadków, może pan uważać naszą umowę za zawartą. Ale — rzekł Danglars, zastanowiwszy się chwilę — jak to możliwe, że pan hrabia de Monte Christo, pana paryski opiekun, nie przyszedł z panem, by złożyć te ofertę?

Andrea lekko się zarumienił.

— Właśnie w tej chwili wracam od hrabiego — rzekł. — Nie da się zaprzeczyć, że jest to człowiek niezwykle czarujący, ale również niebywały oryginał. Bardzo pochwalił moje zamiary, powiedział mi nawet, że, jak mu się zdaje, ojciec bez wahania zgodzi się oddać mi kapitał zamiast renty; przyrzekł nawet użyć swoich wpływów, by dopomóc mi w tej sprawie. Na końcu jednak dodał, że nie chce osobiście się do tego mieszać, i że nigdy nie brał i nie chce brać na siebie odpowiedzialności proszenia o rękę w czyimś imieniu. Muszę mu jednak oddać sprawiedliwość, bo dodał potem, że w tym jednym przypadku — gdzie chodzi o mnie — przykro mu odmawiać, ale pewien jest, iż planowany związek będzie szczęśliwy i dobrany. I mimo tego, że nie chce występować oficjalnie, gotów jest w każdej chwili porozmawiać z baronem o tej sprawie, gdy tylko pan na ten temat wspomni.

— No to świetnie.

— A teraz — rzekł Andrea, uśmiechając się najprzymilniej, jak umiał — kiedy zakończyłem rozmowę z teściem, chciałbym porozmawiać z bankierem.

— A to ciekawe, słucham, o co chodzi? — roześmiał się Danglars.

— Pojutrze będę miał przyjemność odebrać u pana jakieś cztery tysiące franków; hrabia jednak zrozumiał moje położenie, i to, że w tym miesiącu moje wydatki mogą się trochę zwiększyć, a moja kawalerska pensja mogłaby nie wystarczyć, dał mi więc bon na dwadzieścia tysięcy franków, zaznaczając jednak, że nie pożycza mi ich, ale darowuje. Podpisany jego ręką, jak pan widzi. Chyba nie ma pan zastrzeżeń?

— Może mi pan przynieść taki kwitek nawet na milion, i też go chętnie przyjmę — rzekł Danglars, chowając weksel do kieszeni. — Niech pan powie, o której, a mój posłaniec wstąpi jutro do pana i przyniesie dwadzieścia cztery tysiące franków.

— Jeżeli można prosić, to niech pan przyśle pieniądze na dziesiątą rano; im wcześniej tym lepiej, chciałbym wyjechać jutro na wieś.

— Dobrze, o dziesiątej. Mieszka pan nadal w Hotelu Książęcym?

— Tak.

Nazajutrz, z największą punktualnością przynoszącą chlubę precyzyjności bankiera, młodzieńcowi przyniesiono dwadzieścia cztery tysiące franków. Andrea właśnie wychodził. Wychodząc, zostawił dwieście franków dla Caderousse’a.

To wczesne wyjście miało uchronić go od spotkania z niebezpiecznym przyjacielem; z tego też powodu wrócił do domu późną nocą.

Ledwie jednak wszedł na dziedziniec, spotkał się z portierem hotelowym, który czekał na niego z czapką w ręku.

— Panie — rzekł. — Był tu ten człowiek.

— Jaki człowiek? — zapytał niedbale Andrea, jakby nie pamiętał o kogo chodzi, a pamiętał aż nazbyt dobrze.

— Ten, któremu ekscelencja wypłaca pensyjkę.

— A tak! Ten stary sługa mojego ojca — rzekł Andrea. — No dobrze, i oddałeś mu dwieście franków, które dla niego zostawiłem?

— Tak, ekscelencjo, oczywiście.

Andrea kazał nazywać się ekscelencją.

— Ale on — ciągnął portier — nie chciał ich przyjąć.

Andrea zbladł i tylko dzięki panującym ciemnościom nikt tego nie dostrzegł.

— Jak to! Nie chciał ich przyjąć? — spytał lekko zmienionym głosem.

— Nie. Chciał tylko widzieć się z ekscelencją. Odpowiedziałem, że pan wyszedł, on jednak nalegał, wreszcie dał się przekonać i oddał mi dla pana ten opieczętowany list.

— Zobaczmy — rzekł Andrea.

Przeczytał przy świetle latarni swojego faetonu:

Wiesz, gdzie mieszkam. Czekam na ciebie jutro o dziewiątej rano.

Andrea obejrzał pieczątkę, czy nie była uszkodzona i czy ktoś ciekawy nie zajrzał do listu, był on jednak tak dokładnie złożony, pozaginany na bokach i na rogach, że nie dało się go przeczytać bez naruszenia pieczęci, a ta wyraźnie była nietknięta.

— Bardzo dobrze — rzekł. — Biedaczysko! To taki poczciwy człowiek.

Odszedł, zostawiając portiera, który tak był podbudowany tymi słowami, że nie wiedział, kogo ma obdarzyć większym uwielbieniem — młodego pana czy starego sługę.

— Wyprzęgaj natychmiast i przyjdź do mnie — rzekł Andrea do stajennego.

Andrea skoczył do swojego pokoju i natychmiast spalił list Caderousse’a, tak że został z niego tylko pył.

Gdy skończył tę czynność, wszedł stajenny.

— Jesteś tego samego wzrostu co ja, mój Piotrze — rzekł Andrea — i masz, zdaje się nową liberię, którą ci wczoraj przyniesiono?

— Tak, panie.

— Mam interes do jednej gryzetki, i nie chciałbym, aby wiedziała kim jestem i jakie mam pochodzenie; pożycz mi liberię i przynieś mi swoje papiery, w razie gdybym potrzebował przespać się w oberży.

Piotr spełnił rozkaz.

Pięć minut potem Andrea, w przebraniu i nierozpoznany przez nikogo, wychodził z hotelu. Wsiadł do dorożki i kazał się zawieźć do oberży Pod Czerwonym Koniem, w pobliżu bramy Picpus.

Nazajutrz wyszedł z oberży i tu także nikt nie zwrócił na niego uwagi. Udał się przedmieściem Świętego Antoniego, a następnie bulwarem aż na ulicę Ménilmontant i zatrzymał się przed bramą trzeciego domu na lewo. Nie było widać stróża, więc rozejrzał się za kimś, kto mógł mu udzielić potrzebnych informacji.

— Czego to szukasz, mój piękny chłopcze? — spytała handlarka owocami siedząca naprzeciwko.

— Pana Pailletin byłego piekarza, mateczko — odpowiedział Andrea.

— W głębi podwórza, na lewo, trzecie piętro.

Andrea poszedł we wskazanym kierunku, a na trzecim piętrze pociągnął z uczuciem rozdrażnienia za zajęczą łapkę wiszącą u drzwi. Odezwał się dzwonek.

Po chwili w okratowanym okienku pojawił się Caderousse.

— O, jesteś punktualny.

I odsunął rygiel.

— E, do diabła! — rzekł, wchodząc, Andrea.

Rzucił czapką od liberii, a że nie trafił na krzesło, czapka upadła na ziemię i potoczyła się po pokoju.

— No, no, mój mały, nie złość się — rzekł Caderousse. — Widzisz, pomyślałem o tobie, no popatrz tylko, przygotowałem ci śniadanko; same rzeczy, za którymi przepadasz, ale pal licho!

Rzeczywiście Andrea poczuł zapachy dolatujące z kuchni, które mimo swej plebejskości nęciły zgłodniały żołądek. Była to mieszanina świeżego tłuszczu z czosnkiem, co zwiastowało kuchnię prowansalską pośledniego gatunku; czuło się też smażoną rybę, ale najsilniejszy był ostry zapach gałki muszkatołowej i goździków. Wszystkie te zapachy parowały z dwóch nakrytych półmisków, stojących na dwóch piecykach i z rondelka, który skwierczał w piecu.

W drugim pokoju Andrea dojrzał dość czysty stół z dwoma nakryciami i dwiema butelkami wina zapieczętowanymi jeszcze na zielono i na żółto, była też prawie pełna karafka wódki, a na fajansowym talerzu sałatka owocowa ułożona z artyzmem na liściu kapusty.

— No i co, jak ci się to podoba, mój mały? — rzekł Caderousse. — Nieźle pachnie? Do diabła! Wiesz dobrze, że byłem wtedy dobrym kucharzem! Pamiętasz, jak oblizywano palce po moich potrawach? A ty pierwszy kosztowałeś zawsze wszystkich moich sosów i nie gardziłeś nimi.

I zaczął obierać resztę przygotowanej cebuli.

— Ładnie, ładnie — rzekł Andrea zirytowany. — Jeżeli jednak wezwałeś mnie, żebym zjadł z tobą śniadanie, to niech cię diabli wezmą!

— Mój synku — rzekł sentencjonalnie Caderousse. — Przy jedzeniu można pogawędzić. Jaki też z ciebie niewdzięcznik, czy nie jest ci miło zobaczyć się z przyjacielem? Ja, widzisz, aż płaczę z radości.

Caderousse rzeczywiście płakał; trudno było jednak stwierdzić, czy z radości, czy od cebuli, którą obierał dawny oberżysta z Pont-du-Gard.

— Cicho bądź, ty obłudniku — rzekł Andrea. — Już widzę, jak mnie kochasz.

— Niech mnie diabli wezmą, lubię cię bardzo. Mam jakąś słabość do ciebie i nic na to nie poradzę. To silniejsze ode mnie.

— Nie przeszkodziło ci to jednak wezwać mnie do siebie, pewnie chodzi o jakieś nowe machlojki.

— E, daj spokój — rzekł Caderousse, wycierając szeroki nóż o fartuch. — Gdybym cię nie lubił, czy zgodziłbym się na to nędzne życie, na które mnie skazałeś? Popatrz tylko, masz na sobie liberię swojego służącego, masz więc służącego, a ja go nie mam i muszę sam obierać jarzyny. Krzywisz się na moją kuchnię, bo jadasz przy stole Hotelu Książęcego albo w Café de Paris. A przecież ja także mógłbym mieć służącego; mógłbym mieć własne tilbury, ja także mógłbym jadać, gdzie bym zechciał. Dlaczego więc odmawiam sobie tego wszystkiego? Bo nie chcę robić kłopotów mojemu małemu Benedetto. Sam przyznaj, że mógłbym... prawda? — i bardzo wymowne spojrzenie Caderousse’a uzupełniło niedokończone zdanie.

— No dobrze — powiedział Andrea — przypuśćmy, że mnie kochasz, dlaczego więc domagasz się, żebym przychodził do ciebie na śniadanie?

— Żeby się z tobą zobaczyć, mój mały.

— Po co chciałeś się ze mną zobaczyć? Przecież już ustaliliśmy wszystkie warunki.

— Mój drogi przyjacielu, czy jakikolwiek testament może się obejść bez kodycylu? Ale przyszedłeś tu przede wszystkim na śniadanie, czy tak? No to usiądź sobie wygodnie i zacznijmy od sardynek i świeżego masła, które masz tu, na listku winnym, specjalnie dla ciebie, ty niecnoto. Aha! Rozglądasz się po moim pokoju, cztery wyplatane krzesła, obrazki po trzy franki sztuka. Co robić? To nie Hotel Książęcy.

— Już ci się, widzę, nie podoba — rzekł Andrea. — Już nie jesteś szczęśliwy, a wcześniej marzyłeś tylko o tym, żeby wyglądać na byłego piekarza.

Caderousse westchnął.

— No i czego ci jeszcze brakuje? Twoje marzenie się ziściło.

— No właśnie, mój drogi Benedetto, wiesz, jakie jest to marzenie: były piekarz jest człowiekiem bogatym, ma rentę.

— Do licha, masz ją, przecież daję ci co miesiąc dwieście franków.

Caderousse wzruszył ramionami.

— To upokarzające, otrzymywać pieniądze w ten sposób, z przymusu. Darowizna, która w każdej chwili może zostać zatrzymana, która dziś jest, a jutro może jej nie być. Wiesz przecież, że muszę oszczędzać na wypadek, gdyby twoje tłuste lata nagle się skończyły. A fortuna, mój przyjacielu, jest bardzo zmienna, jak mawiał kapelan... pułku. Wiem, że udaje ci się wszystko jak mało komu, ty nicponiu. Żenisz się z córką Danglarsa.

— Co ty gadasz!?

— A tak, z córką Danglarsa! Czy o to ci chodzi, że nie powiedziałem „z córką barona Danglarsa”? To prawie jakbym powiedział „hrabia Benedetto”... Przecież Danglars to mój były przyjaciel, i gdyby tylko nie popsuła mu się pamięć, zaprosiłby mnie na twoje wesele... Bo musisz wiedzieć, że on był na moim... Tak, tak, był na moim! Do kroćset! Nie był wtedy taki nadęty i nie zadzierał tak nosa; był sobie po prostu zwykłym subiektem u poczciwego pana Morrela. Nie raz jadałem obiady z nim i z hrabią de Morcerf... a tak! Widzisz, jakie mam znajomości i gdybym tylko zechciał je podtrzymać, bywalibyśmy teraz razem w tych samych salonach.

— E, nie pleć! Zazdrość całkiem przesłoniła ci oczy.

— Niech i tak będzie, Benedetto mio, ale ja wiem, co mówię. A być może, że pewnego dnia i ja założę niedzielne ubranie, stanę przed jakąś bramą i zawołam „Otwierać”. Tymczasem siadaj i jedzmy już.

Caderousse dał przykład i zaczął z apetytem zajadać, zachwalając kolejno każdą podawaną gościowi potrawę. Andrea wreszcie zaczął mężnie odkorkowywać butelki, zajadać prowansalską zupę i pałaszować zapiekanego w czosnku i oliwie dorsza.

— No jak, mój bratku — rzekł Caderousse. — Widzę, że przestajesz się już dąsać na swojego dawnego ochmistrza. I co, smakuje ci, łotrze?

— A tak, tak — odpowiedział Andrea, którego młodość i wigor sprawiły, że górę nad wszystkim wziął wilczy apetyt. — Nie rozumiem, jak człowiek, co potrafi przyrządzić takie frykasy i je jada, może żalić się, że życie mu doskwiera.

— Wiesz dlaczego? Bo jedna myśl zatruwa mi to szczęście.

— Jaka myśl?

— To, że żyję na koszt przyjaciela. Ja, co zawsze umiałem, i to dobrze, zarobić na siebie.

— Ho! Ho! Nie przejmuj się, doprawdy — rzekł Andrea. — To co mam, wystarczy dla dwóch. Nie obawiaj się.

— Nie mogę się nie przejmować. Wierz mi albo nie, ale mówię ci, że pod koniec każdego miesiąca mam wyrzuty sumienia. Do tego stopnia, że wczoraj w żaden sposób nie mogłem przyjąć tych dwustu franków.

— I chciałeś ze mną pomówić, ale czy to chodzi o twoje sumienie?

— Jak najbardziej. I oprócz tego przyszła mi do głowy jedna myśl.

Andrea zadrżał. Zawsze drżał, gdy słyszał o nowym pomyśle Caderousse’a.

— Bo to takie niemiłe — rzekł następnie — tak czekać i czekać na koniec miesiąca.

— No cóż — rzekł filozoficznie Andrea, by przekonać się, do czego zmierza Caderousse. — Czy nasze życie nie jest ciągłym czekaniem? A ja na przykład, co robię innego? Czekam. Uzbrajam się w cierpliwość i czekam.

— Tak, ale ty nie czekasz na nędznych dwieście franków, ale na jakieś pięć, sześć, być może dziesięć, a nawet i dwanaście tysięcy; czort cię tam wie, bo ty skryty jesteś. Ty zawsze coś tam miałeś pochowane, jakieś sakiewki, skarbonki, bo próbowałeś okpić swojego biednego przyjaciela Caderousse’a. Na szczęście, wspomniany przyjaciel Caderousse miał nosa.

— Dałbyś już spokój, znowu zaczynasz te swoje brednie — rzekł Andrea — gadasz i gadasz ciągle o starych rzeczach! Na co ci to, pytam, klepiesz tylko w kółko o jednym.

— Dlatego, widzisz, że ty masz lat dwadzieścia jeden i mógłbyś szybko zapomnieć stare czasy; ja mam lat pięćdziesiąt i jestem zmuszony, by wszystko pamiętać. Ale mniejsza o to, wróćmy do interesów. Chciałem ci powiedzieć, że gdybym był na twoim miejscu...

— To co?

— Poprosiłbym, żeby wypłacono mi za pół roku z góry, pod pretekstem, że chciałbym kandydować w wyborach i kupić folwark, a potem zniknąłbym z moją półroczną wypłatą.

— No popatrz, popatrz — rzekł Andrea. — Może to i niezła myśl...

— Mój drogi przyjacielu — rzekł Caderousse. — Jadaj w moim domu i słuchaj rad, a ręczę, że na dobre ci to wyjdzie i fizycznie, i duchowo.

— No dobrze — rzekł Andrea — ale dlaczego ty sam nie korzystasz z rad, które dajesz? Dlaczego nie weźmiesz pieniędzy za kwartał z góry, za cały rok nawet i nie ulotnisz się, na przykład do Brukseli? Zamiast udawać byłego piekarza, wyglądałbyś na bankruta, to przecież robi dobre wrażenie.

— Co ty u diabła? Chcesz, żebym uciekał, mając przy sobie jedyne tysiąc dwieście franków?

— Ho ho, przyjacielu — rzekł Andrea. — Jaki ty się zrobiłeś wymagający! Przed dwoma miesiącami umierałeś z głodu.

— Apetyt rośnie w miarę jedzenia — odparł Caderousse, wyszczerzając zęby jak śmiejąca się małpa albo jak tygrys, który pomrukuje. — Otóż — dodał, odgryzając tymi, pomimo wieku, białymi i ostrymi zębami olbrzymi kęs chleba — mam plan.

Plany Caderousse’a przejmowały zawsze Andreę jeszcze większą trwogą niż jego pomysły; pomysł był dopiero zarodkiem, a plan — realizacją.

— Ciekawy jestem twojego planu — rzekł. — Musi być interesujący.

— Dlaczego nie? A plan, dzięki któremu udało nam się wymknąć z pewnego pensjonaciku, kto wymyślił, ha? Zdaje się, że ja, a i plan nie był taki zły, skoro tu jesteśmy?

— Wcale nie przeczę — odpowiedział Andrea. — Czasami masz szczęśliwe pomysły; no, ale jakiż to plan?

— Powiedz mi — rzekł następnie Caderousse — czy mógłbyś, nie tracąc nic z własnej kieszeni, zdobyć dla mnie jakieś piętnaście tysięcy franków?... Nie, to za mało, piętnaście tysięcy, za te pieniądze nie mógłbym stać się przyzwoitym człowiekiem, potrzeba mi co najmniej trzydzieści tysięcy.

— Nie — odpowiedział oschle Andrea. — To niemożliwe.

— Nie zrozumiałeś mnie chyba dobrze, jak mi się zdaje — odpowiedział Caderousse lodowato, ale spokojnie. — Powiedziałem ci przecież, że bez żadnej straty dla ciebie.

— Chciałbyś może, żebym kradł? Żebym popsuł szyki nie tylko sobie, ale i tobie, a potem żebyśmy znowu tam trafili?

— Mnie jest wszystko jedno — rzekł Caderousse. — Niech mnie złapią. Ja mam taką dziwną naturę, że mi czasem nudno bez starych kolegów; ale ty nie masz serca, najchętniej byś ich już nigdy nie oglądał!

Andrea nie zadrżał, ale już tym razem zbladł.

— No, no, Caderousse, nie gadaj głupstw.

— Możesz być spokojny, mój mały Benedetto; wskaż mi tylko jakiś sposób na zdobycie tych trzydziestu tysięcy franków, ale tak, żebyś się do niczego nie musiał mieszać, sam to załatwię! Tylko tyle.

— Dobrze! Zobaczę, postaram się — rzekł Andrea.

— A tymczasem dasz mi w tym miesiącu pięćset franków. Coś mnie napadło i koniecznie chciałbym przyjąć sobie służącą!

— Dobrze! Dostaniesz pięćset franków — odparł Andrea. — Ale to, Caderousse utrudni mi życie... Ty nadużywasz...

— Ale, tam! Przecież czerpiesz z worków, które nie mają dna.

Andrea tak jakby czekał na te słowa, w jego oku pojawił się błysk, który jednak natychmiast zgasł.

— To prawda — odpowiedział. — Mam wspaniałego opiekuna.

— O tak, dobry opiekun — rzekł Caderousse. — Ile on ci daje na miesiąc?

— Pięć tysięcy franków — rzekł Andrea.

— To znaczy tyle tysięcy, ile ty mi dajesz setek — skwitował Caderousse. — Nie ma co, zawsze powtarzam, że tylko bękart ma szczęście. Pięć tysięcy franków na miesiąc... Co ty z tym do diabła robisz?

— Ech, dobry Boże, od razu się rozchodzi. Co do jednego się zgadzamy, chciałbym mieć jakiś kapitał.

— Kapitał... tak... rozumiem... Każdy chciałby mieć jakiś kapitał.

— A tak, i ja go będę miał.

— A skąd go weźmiesz? Od twojego księcia?

— Tak, od mojego księcia; niestety, muszę zaczekać.

— Na co zaczekać? — zapytał Caderousse.

— Na jego śmierć.

— A to dlaczego?

— Bo jest dla mnie jakiś zapis w jego testamencie.

— Na ile?

— Na pół miliona.

— Tylko tyle? Kłaniam się uniżenie.

— Mówię ci, że tyle.

— E tam, to niemożliwe.

— Dobrze. Wyjawię ci więc pewną tajemnicę. Otóż, wydaje mi się...

Andrea zamilkł i rozejrzał się.

— Wydaje ci się... Nie bój się, do diabła, nie ma tu nikogo.

— Wydaje mi się, że odnalazłem ojca.

— Twojego prawdziwego ojca?

— Tak.

— Ale nie chodzi o Cavalcantiego?

— Nie, tamten już odjechał. Prawdziwego, jak mówisz.

— I tym ojcem jest...

— Mój drogi, tym ojcem jest hrabia de Monte Christo.

— Do diaska!

— Tak; rozumiesz, teraz wszystko jest jasne. Nie może tak od razu się do tego przyznać, ale podstawił pana Cavalcantiego, żeby mnie uznał za syna i wypłaca mu za to pięćdziesiąt tysięcy franków.

— Pięćdziesiąt tysięcy franków za to, żeby być twoim ojcem! Jak mogłeś nie pomyśleć o mnie, ty niewdzięczniku?

— A czy ja mogłem o tym wiedzieć; to wszystko się działo, kiedy byliśmy tam.

— A racja. I mówisz, że w testamencie jest...

— Zapis dla mnie na pół miliona.

— O, łaskawy ojciec, poczciwy ojciec, najzacniejszy z ojców! — wykrzykiwał Caderousse, wywijając talerzem, który trzymał w obu rękach.

— I powiedz jeszcze teraz, że ja coś przed tobą kryję!

— Niech mnie Bóg broni! To zaufanie dodaje ci zacności w moich oczach. Twój ojciec-książę jest więc bogaty, szalenie bogaty?

— Na to wygląda. Podobno sam nawet nie wie, ile ma.

— A to możliwe?

— Przecież, do licha, dobrze widzę, a bywam u niego, kiedy zechcę. Pewnego dnia posłaniec od bankiera przyniósł mu pięćdziesiąt tysięcy franków w pugilaresie tak grubym jak twoja sakiewka, a wczoraj sam bankier przyniósł mu sto tysięcy franków w złocie.

Caderousse oniemiał; zdawało mu się, że słowa młodzieńca pobrzękują niczym metal i że słyszy w nich sypiące się kaskadami dukaty.

— I ty bywasz w tym domu? — zapytał prostodusznie.

— Kiedy mi się zechce.

Caderousse zamyślił się na chwilę. Widać było, że chodziła mu po głowie jakaś uporczywa myśl. Po czym rzekł:

— Jak ja bym chciał to wszystko widzieć — westchnął głośno — jakie to wszystko musi być pięknie!

— To prawda — rzekł Andrea. — To wszystko jest zachwycające.

— Nie mieszka on czasem na Polach Elizejskich pod trzydziestym?

— Tak. Przepiękny dom, na uboczu, z dziedzińcem i ogrodem, nie widziałeś jeszcze czegoś podobnego.

— O, z pewnością; ale mnie nie obchodzi, jak wygląda z zewnątrz, ciekawy jestem, jak wygląda w środku. Słuchaj, musisz mnie tam kiedyś wziąć ze sobą.

— Co ty wygadujesz! Pod jakim pretekstem?

— Racja; ale takiego narobiłeś mi apetytu, że aż mi ślinka cieknie. Muszę to zobaczyć i znajdę na to jakiś sposób.

— Caderousse, nie rób głupstw!

— Ech, do diabła! Muszę więc zadowolić się samą wyobraźnią.

— I wierz mi, że tak będzie najlepiej.

— Opowiedz mi jednak choć trochę, jak to wygląda. Czy to duże mieszkanie?

— Ani duże, ani małe.

— A jaki ma rozkład?

— Do pioruna! Daj mi kawałek papieru i atrament, to ci narysuję plan.

— To masz, proszę! — ożywił się Caderousse.

I wyjął ze swojego starego biurka arkusz białego papieru, kałamarz i pióro. Andrea, z ledwie dostrzegalnym uśmiechem, wziął pióro i zaczął rysować.

— Jak ci mówiłem, dom stoi w ogrodzie, a przed nim jest dziedziniec. O tak, widzisz?

I Andrea naszkicował linie ogrodu, dziedzińca i domu.

— A mury wysokie?

— Jakieś osiem do dziesięciu stóp. Nie więcej.

— Ale nieostrożność — zauważył Caderousse.

— Na dziedzińcu są drzewa pomarańczowe w donicach, trawniki i klomby z kwiatami.

— A stajnie gdzie?

— Po obu stronach bramy, o, tak jak tutaj, widzisz?

I Andrea rysował dalej.

— A jak wygląda parter? — spytał Caderousse.

— Parter — jadalnia, dwa salony, sala bilardowa; schody do sieni i schody dla służby.

— A okna?

— Okna wspaniałe, tak piękne, tak szerokie, że mówię ci, pewien jestem, że człowiek twojej postury mógłby się zmieścić z łatwością w jednej szybce.

— A gdzie śpi służba?

— W osobnym domu. Jest to prześliczny budynek, który znajduje się po prawej stronie od wejścia. Trzymają tam drabiny, na piętrze są pokoje dla służby i dzwonki do każdego pokoju.

— O do diabła, są dzwonki!

— Co mówisz?

— Ja? Nic. Mówiłem, że sporo kosztuje założenie takich dzwonków; a powiedz mi, na co im one?

— Dawniej był tam pies, który w nocy pilnował dziedzińca, ale zawieźli go do Auteuil. Wiesz, do którego, byłeś tam.

— A, tak.

— Mówiłem mu i to jeszcze wczoraj: „To nierozsądnie z pana strony, hrabio, bo kiedy jedzie pan z całą służbą do Auteuil, dom zostaje bez opieki”. „I co z tego?” on na to, a ja: „To z tego, że pewnego dnia ktoś pana okradnie”.

— I co odpowiedział?

— Odpowiedział: „A co mnie to obchodzi, że mnie okradną?”.

— Posłuchaj Andrea, a jest tam może jakiś mechaniczny sekretarzyk?

— Jaki sekretarzyk?

— No taki, co jak złodziej się do niego zbliży, to zatrzaskuje się za nim krata i pozytywka zaczyna grać jakąś melodię. Mówiono mi, że na ostatniej wystawie było coś takiego.

— Jest tam zwyczajny, mahoniowy sekretarzyk, przy którym zawsze widziałem kluczyk.

— I nikt go nie okrada?

— Nie, ludzie, którzy tam służą, są mu bardzo oddani.

— Musi tam coś być w tym sekretarzyku, co?... jakieś pieniądze? Gdzie on stoi?

— Może i są... ale kto go tam wie. Na pierwszym piętrze.

— Naszkicuj mi też syneczku, plan pierwszego piętra, tak mniej więcej, jak parteru.

— Nic łatwiejszego.

I Andrea znowu wziął pióro.

— Na pierwszym piętrze, o tu, popatrz, jest przedpokój i salon. Na prawo od salonu jest biblioteka i gabinet; na lewo od salonu sypialnia i gotowalnia. Otóż właśnie w gotowalni znajduje się ów sławetny sekretarzyk.

Caderousse rozmarzył się.

— I on często wyjeżdża do Auteuil? — zapytał.

— Dwa, trzy razy na tydzień. Ma tam jechać na przykład jutro i zostać na noc.

— A niech go! To jest dopiero życie! — wykrzyknął Caderousse. — Dom w mieście, dom na wsi!

— Oto, co znaczy być bogatym.

— A będziesz tam na obiedzie?

— Prawdopodobnie.

— Jak jesteś tam na obiedzie, to i na noc zostajesz?

— Jeśli tylko mam na to ochotę. U hrabiego jestem przyjmowany, jakbym był we własnym domu.

Caderousse tak spojrzał na młodzieńca, jakby chciał mu wydrzeć jakąś prawdę ukrytą w najgłębszych zakamarkach serca. Ale Andrea wyjął z kieszeni pudełko hawańskich cygar, wziął jedno, podpalił spokojnie i bez emocji zaczął wypuszczać kłęby dymu.

— Kiedyż chcesz te pięćset franków? — zapytał Caderousse’a.

— Nawet od razu, jeśli je przy sobie masz.

Andrea wyjął z kieszeni dwadzieścia pięć ludwików.

— Złoto? — rzekł Caderousse. — O nie, bardzo dziękuję!

— Jak to, nie chcesz? Gardzisz złotem?

— Przeciwnie, bardzo szanuję złoto. Ale go nie chcę.

— Głupcze, przecież zarobisz, jak je wymienisz; pięć sous na sztuce.

— Bardzo możliwe, ale potem właściciel kantoru będzie śledzić poczciwego Caderousse’a, weźmie go za fraki i każe mu się wytłumaczyć, co za dzierżawcy płacą mu należności złotem. Nie, syneczku, wolne żarty! Dawaj mi zwyczajne pieniądze, okrągłe srebrniki z wizerunkiem jakiegokolwiek monarchy. Z pięciofrankówką w kieszeni może chodzić każdy człowiek na świecie.

— Ale ja nie mam przy sobie pięciuset franków w monecie, musiałbym chyba wynająć tragarza.

— No dobrze, to zostaw je u twojego portiera, to porządny człowiek, a ja po nie przyjdę.

— Niech i tak będzie, zostawię ci te pieniądze, wyjeżdżając jutro do Auteuil.

— Rozumiem, że mogę na ciebie liczyć?

— Niewątpliwie.

— Bo, rozumiesz, chciałbym już dziś wynająć sobie służącą.

— Zaczekaj no; ale pamiętaj, że na tym koniec! Nie będziesz mnie więcej męczył?

— Nigdy!

Caderousse zasępił się tak bardzo, że Andrea aż przeląkł się tej nagłej zmiany. By to zatuszować, zaczął udawać jeszcze większą wesołość i swobodę.

— Jaki jesteś wesoły — rzekł Caderousse. — Można by pomyśleć, że masz już w rękach ten spadek.

— Niestety, jeszcze nie! Ale przyjdzie dzień, w którym go odbiorę...

— A wtedy?

— Wtedy nie zapomnę o przyjaciołach. Więcej nie powiem.

— A rzeczywiście, masz przecież dobrą pamięć.

— Co ty gadasz? A ja myślałem, że chcesz zedrzeć ze mnie jakiś okup.

— Ja? Z ciebie? Co za pomysł! Ja, przeciwnie, chcę ci jeszcze dać przyjacielską radę.

— Jaką radę?

— Żebyś zostawił tutaj ten diament, który masz na palcu. Chcesz, żeby nas złapali? Chcesz nas obu zgubić. Jak można robić takie głupstwo? Wkładasz liberię, przebierasz się za służącego, i nosisz na palcu diament warty jakieś pięć tysięcy franków.

— Do licha! Dobrze oszacowałeś. Dlaczego nie zostałeś taksatorem?

— Znam się na diamentach, miałem kiedyś jeden.

— A chwal się, chwal! — rzekł Andrea, nie gniewając się o ten nowy szantaż, czego obawiał się Caderousse, i zdjął pierścionek z palca.

Caderousse przyjrzał się z bliska diamentowi, i Andrea od razu się domyślił, że bada, czy kanty szlifu są odpowiednio ostre.

— To fałszywy diament — rzekł Caderousse.

— E, nie żartuj sobie — odpowiedział Andrea.

— No nie gniewaj się, można to sprawdzić.

Caderousse podszedł do okna i przejechał kamieniem po szybie. Szyba zazgrzytała.

Confiteor! Przyznaję! — rzekł Caderousse, wkładając pierścionek na mały palec. Pomyliłem się, ale ci złodzieje jubilerzy, tak dobrze umieją teraz fałszować kamienie szlachetne, że człowiek nie ma nawet ochoty okradać ich sklepów. Jeszcze jedna gałąź przemysłu sparaliżowana!

— Czy na tym koniec? — rzekł Andrea. — Może chciałbyś mnie jeszcze o coś poprosić i sobie wziąć? Doprawdy, nie krepuj się.

— Nie, jesteś przecież w gruncie rzeczy dobrym kompanem. Nie zatrzymuję cię dłużej i postaram się wyleczyć z moich ambicji.

— Ale zapamiętaj sobie, że jeśli sprzedasz ten diament, możesz napytać sobie tej samej biedy, co gdybyś sprzedawał złoto.

— Nie sprzedam go, bądź spokojny.

„Będę, ale nie dziś, tylko pojutrze” — pomyślał Andrea.

— Szczęściarz z ciebie, łotrze! — rzekł Caderousse. — Idziesz teraz do swojej służby, koni, powozów i do swojej narzeczonej. Mam tylko nadzieję, że dostanę od ciebie jakiś prezent ślubny w dniu, kiedy poślubisz córkę mojego przyjaciela Danglarsa.

— Mówiłem ci już, że coś ci się w głowie uroiło i pleciesz.

— Jaki ma posag?

— Powtarzam ci...

— Milionik?

Andrea wzruszył ramionami.

— Dobry i milion — rzekł Caderousse. — I tak nigdy nie będziesz miał tyle, żeby ci wystarczyło na moje potrzeby.

— Dziękuję ci — odparł młodzieniec.

— No, nie złość się! To z dobrego serca — rzekł Caderousse, śmiejąc się rubasznie na całe gardło. — Czekaj, odprowadzę cię.

— Nie fatyguj się.

— Muszę.

— A to dlaczego?

— Bo widzisz, drzwi te kryją w sobie pewien sekret. Rozwaga podpowiedziała mi, że przezorność nigdy nie zaszkodzi. Zamek firmy Huret i Fichet, rozpracowany i udoskonalony przez Kaspra Caderousse. Taki sam ci zmajstruję, kiedy zostaniesz kapitalistą.

— Dziękuję — odrzekł Andrea. — Uprzedzę cię o tym tydzień wcześniej.

Rozstali się. Caderousse stał na schodach i obserwował chłopaka, dopóki ten nie zszedł na dół i nie zniknął w bramie. Potem wpadł szybko do pokoju, zatrzasnął drzwi i z miną doświadczonego architekta zaczął oglądać plan, który mu zostawił Andrea.

— Poczciwy Benedetto — rzekł do siebie. — Sądzę, że się nie pogniewa, jeśli ktoś przyspieszy chwilę, w której odziedziczy te pół miliona franków, i podziękuje mu jak przyjacielowi.