87. Zniewaga
Za drzwiami Beauchamp zatrzymał Morcerfa.
— Zaczekaj — rzekł mu. — Przed chwilą powiedziałem ci, że powinieneś żądać wyjaśnień od hrabiego de Monte Christo, tak?
— Tak, idziemy do niego.
— Chwileczkę, najpierw się zastanówmy.
— Nad czym chcesz się zastanawiać?
— No tak. Pan Danglars to finansista, a jak wiesz, tacy ludzie przywiązani są do swoich kapitałów i trudno jest skłonić ich do pojedynku. A hrabia to zupełnie coś innego. Jest szlachcicem, na to przynajmniej wygląda, ale nie lękasz się, że pod suknią szlachcica znajdziesz bandytę?
— Ja się lękam jednego: że nie zechce się ze mną bić.
— O to możesz być spokojny. Na pewno będzie się bił. Obawiam się tylko, czy nie będzie się bił aż zbyt dobrze. Przemyśl to.
— Przyjacielu — rzekł Albert z dumnym uśmiechem — tego właśnie teraz pragnę. Największym szczęściem, o jakim teraz marzę, to zginąć za ojca. Ta śmierć ocaliłaby nas wszystkich.
— Twoja biedna matka nie przeżyłaby tego!
— Biedaczka — szepnął Albert, przeciągając ręką po oczach. — Wiem o tym. Ale lepiej, by umarła z bólu niż ze wstydu.
— To znaczy, że już postanowiłeś?
— Tak.
Wsiedli do powozu i kazali się zawieźć na Pola Elizejskie.
Beauchamp chciał sam pójść do hrabiego, Albert jednak wytłumaczył mu, że w tak ważnej sprawie można odstąpić od kodeksu, rządzącego pojedynkami.
Młodzieniec działał w tak świętej sprawie, że Beauchamp nie miał wyjścia i posłusznie podporządkowywał się jego woli. Teraz również mu ustąpił — i poszedł za nim.
Albert minął domek portiera i wpadł na ganek. Powitał go Baptysta.
Hrabia rzeczywiście wrócił do Paryża, ale brał akurat kąpiel i nie pozwolił wpuszczać do siebie nikogo, nawet gdyby to był papież.
— A po kąpieli? — zapytał Morcerf.
— Jaśnie pan zje obiad. Potem godzinę będzie spał, a później idzie do Opery.
— Jesteś tego pewien? — zapytał Albert.
— Pewien absolutnie. Pan hrabia kazał przygotować konie punktualnie na ósmą.
— Bardzo dobrze — powiedział Albert. — To wszystko, czego chciałem się dowiedzieć.
I zwrócił się do Beauchampa:
— Jeśli masz coś teraz do załatwienia, załatw to natychmiast, jeśli masz jakieś spotkanie dziś wieczorem, odłóż je na jutro. Jak się domyślasz, liczę, że pójdziesz ze mną do Opery. Jeżeli możesz, przyprowadź ze sobą Château-Renauda.
Beauchamp rozstał się z Albertem, ale przyrzekł, że przyjdzie po niego za kwadrans ósma.
Albert wrócił do domu i natychmiast napisał do Franza, Debray’a i Morrela, że chciałby się z nimi tego wieczoru zobaczyć w Operze.
Potem poszedł do swojej matki, która od wczoraj nikogo u siebie nie przyjmowała i nie wychodziła z pokoju. Zastał ją w łóżku; była zrozpaczona tym publicznym upokorzeniem. Widok Alberta wywarł na Mercedes skutek, jakiego można się było spodziewać: ścisnęła syna za rękę i zaniosła się płaczem.
Łzy te jednak przyniosły jej ulgę.
Albert stał przez chwilę, milcząc i wpatrując się w matkę. Z jej bladej twarzy i zmarszczonych brwi można było poznać, że pragnienie zemsty powoli w niej wygasało.
— Matko — zaczął Albert — czy pan de Morcerf ma jakichś wrogów?
Mercedes wzdrygnęła się, słysząc, że młodzieniec nie powiedział: „mój ojciec”.
— Dziecko — odpowiedziała — ludzie o pozycji twojego ojca mają wielu nieprzyjaciół, o których nie wiedzą. Zresztą, sam wiesz najlepiej, że jawni nieprzyjaciele nie należą do najbardziej niebezpiecznych.
— Tak, wiem o tym. I dlatego odwołuję się do twojej wielkiej przenikliwości. Jesteś, mamo, kobietą tak czujną, że nic nie ujdzie twojemu oku.
— Dlaczego mówisz mi to wszystko?
— Bo zauważyłaś, na przykład, że na balu, który wydaliśmy, pan de Monte Christo nic nie wypił ani nie zjadł.
Mercedes podniosła się nagle i oparła na ręce, rozpalona gorączką.
— Hrabia Monte Christo? — zawołała. — A jakiż on może mieć związek z pytaniem, które mi zadałeś?
— Wszak wiesz, mamo, że pan de Monte Christo, może się prawie uważać za człowieka Wschodu, a według wschodnich obyczajów, by nie utracić prawa do zemsty, nie jada się nigdy ani nie pije w domu nieprzyjaciela.
— Twierdzisz, że pan de Monte Christo jest naszym nieprzyjacielem? — zapytała Mercedes bledsza od pościeli, w której spoczywała. — Kto ci naopowiadał takich rzeczy? Dlaczego? Oszalałeś chyba. Od pana de Monte Christo spotykały nas zawsze tylko uprzejmości. Ocalił ci życie i to ty sam nam go przedstawiłeś. Błagam cię, dziecko, wybij sobie z głowy tę myśl, porzuć ją i jeśli mogę ci cokolwiek poradzić, a nawet nie radzić, a prosić, to pozostań z nim w jak najlepszych stosunkach.
— Mamo — odparł młodzieniec, patrząc ponuro — z pewnością masz swoje powody, że każesz mi oszczędzać tego człowieka.
Mercedes znowu zadrżała i spojrzała badawczo na Alberta.
— Dziwne rzeczy mi mówisz; zdaje mi się, że powziąłeś do niego jakieś dziwne uprzedzenie. Co takiego ci zrobił hrabia? Jeszcze trzy dni temu byłeś z nim w Normandii; trzy dni temu i ty, i ja uważaliśmy go za naszego najlepszego przyjaciela.
Usta Alberta wygięły się w szyderczym uśmiechu. Mercedes spostrzegła ten uśmiech, a kierując się podwójnym instynktem kobiety i matki, odgadła wszystko. Roztropność nakazała jej jednak ukryć niepokój.
Albert nie odzywał się, więc po chwili hrabina sama podjęła rozmowę.
— Pytałeś mnie niedawno, jak się czuję? Odpowiem ci szczerze: nie najlepiej. Powinieneś dotrzymywać mi towarzystwa; nie chcę być teraz sama.
— Byłbym do dyspozycji, a wie mama, jak lubię z mamą przebywać, gdybym tylko nie miał dziś zajętego całego wieczoru. Muszę wyjść w pewnej bardzo ważnej sprawie.
— Dobrze — westchnęła Mercedes. — Nie chciałabym robić z ciebie niewolnika synowskich uczuć.
Albert udał, że nie słyszy, ukłonił się i wyszedł.
Ledwie zamknęły się za nim drzwi, Mercedes zawołała zaufanego sługę i kazała mu śledzić Alberta przez cały wieczór, a potem zdać jej z tego relację.
Następnie zadzwoniła na pokojówkę i chociaż była jeszcze bardzo słaba, ubrała się, aby być na wszelki wypadek gotową.
Misja zlecona służącemu nie była zbyt trudna.
Albert poszedł do siebie i ubrał się ze skromną elegancją. Za dziesięć ósma przyszedł do niego Beauchamp. Spotkał się z Château-Renaudem, który przyrzekł, że będzie na parterze Opery przed podniesieniem kurtyny.
Wsiedli obaj do powozu Alberta, a że nie zamierzali się ukrywać, młodzieniec krzyknął:
— Do Opery!
Tak się niecierpliwił, że wszedł na salę przed podniesieniem kurtyny.
Château-Renaud już na nich czekał. Albert nie musiał udzielać mu żadnych wyjaśnień, gdyż Beauchamp wszystko mu już naświetlił.
Syn chciał zemścić się za ojca — było to dla Château-Renauda rzeczą tak naturalną, że nie próbował nawet odwodzić Alberta od tego zamiaru, oświadczył tylko jeszcze raz, że jest w zupełności do dyspozycji Alberta.
Dzwonek wezwał wszystkich do zajęcia swoich miejsc i Albert usiadł na parterze pomiędzy Château-Renaudem i Beauchampem.
Ani na chwilę nie spuszczał z oka loży pomiędzy kolumnami, która jak na złość przez cały pierwszy akt była zamknięta.
Wreszcie, gdy Albert po raz setny spojrzał na zegarek i rozpoczynał się już drugi akt, drzwi loży otwarły się i wszedł Monte Christo, cały w czerni. Oparł się dłońmi o parapet i rozejrzał po sali.
Tuż za nim wszedł Morrel i także jął się rozglądać, poszukując siostry i szwagra. Spostrzegł ich w loży na drugim piętrze i pomachał im ręką.
Ogarniając salę spojrzeniem, hrabia natknął się na bladą twarz i gorejące oczy, które wyraźnie usiłowały przyciągnąć jego uwagę. Poznał Alberta, ale wzburzenie, widniejące na jego twarzy, skłoniło hrabiego, aby udać, że go nie dostrzegł. Nie zdradził się, nawet nie drgnął — siadł tylko spokojnie, wyjął lornetkę i jął spoglądać w przeciwną stronę.
Choć jednak udawał, że go nie widzi, nie spuszczał Alberta z oka i gdy kurtyna opadła na koniec aktu, dostrzegł, że młodzieniec w towarzystwie dwóch swoich przyjaciół opuszcza widownię. Po chwili też dojrzał jego twarz w loży naprzeciw.
Hrabia czuł nadciągającą burzę i gdy usłyszał zgrzyt klucza w drzwiach loży, nie przerwał wesołej pogawędki z Morrelem, ale rozumiał już wszystko i na wszystko był już przygotowany.
Drzwi się otwarły.
Monte Christo odwrócił się dopiero teraz — Albert stał blady i rozdygotany. Za nim weszli Beauchamp i Château-Renaud.
— No proszę! — zawołał ze swoją zwykłą życzliwością, która tak odróżniała jego powitania od banalnych grzeczności cywilizowanego świata. — Widzę, że mój jeździec dotarł szczęśliwie do celu. Dobry wieczór, panie Albercie!
I w twarzy hrabiego, który jak nikt inny potrafił nad sobą panować, można było wyczytać niekłamaną serdeczność.
Morrel dopiero teraz przypomniał sobie, że dostał od wicehrabiego list, w którym Albert prosił go bez żadnych wyjaśnień, aby stawił się w Operze.
Domyślił się teraz, że za chwilę wydarzy się tu coś okropnego.
— Nie przychodzimy tu, aby bawić się w obłudną grzeczność i zapewniać się o fałszywej przyjaźni — odezwał się Albert. — Przyszliśmy, by żądać od pana pewnych wyjaśnień.
Drżący głos młodzieńca z trudem przeciskał mu się przez zaciśnięte zęby.
— Wyjaśnienia w Operze? — rzekł hrabia tak spokojnym tonem i patrząc tak przenikliwie, jak zwykł był mówić człowiek o niezachwianej pewności siebie. — Jakkolwiek mało jestem jeszcze oswojony z paryskimi zwyczajami, nie sądzę, mój panie, aby to było odpowiednie miejsce do wyjaśnień.
— Ale kiedy ktoś się ukrywa — odparł Albert — kiedy w żaden sposób nie można się do kogoś dostać, pod pretekstem, że jest w kąpieli, przy obiedzie albo w łóżku, trzeba niepokoić go tam, gdzie można go spotkać.
— Nie jest mnie trudno spotkać; przecież jeśli mnie pamięć nie myli, jeszcze wczoraj byłeś pan u mnie.
— Wczoraj — odparł młodzieniec, tracąc panowanie nad sobą — byłem u pana, bo nie wiedziałem jeszcze, z kim mam do czynienia.
Mówiąc to, tak podniósł głos, że dosłyszano go w sąsiednich lożach i na korytarzu. Tak więc widzowie siedzący w lożach odwrócili się w ich kierunku, a osoby spacerujące po korytarzu zatrzymały się na odgłos kłótni, tuż za Beauchampem i Château-Renaudem.
— Co się z panem dzieje? — spytał Monte Christo, nie okazując jakiegokolwiek zdenerwowania. — Zdaje mi się, żeś pan postradał zmysły.
— Jestem na tyle przy zdrowych zmysłach, aby pojąć pańską przewrotność i aby oświadczyć panu, że mam zamiar się zemścić, na to wystarczy mi rozumu — krzyknął rozwścieczony Albert.
— Wcale pana nie rozumiem — odparł Monte Christo — a gdybym nawet pana rozumiał, i tak nie uprawniałoby to pana do tego, by tak wysoko podnosić głos. Jestem tu u siebie i tylko ja jeden mam tu do tego prawo. Proszę wyjść!
I wskazał Albertowi drzwi imponującym, rozkazującym gestem.
— O, ja już stąd pana wypłoszę! — zawołał Albert, mnąc kurczowo w dłoniach rękawiczkę, której Monte Christo nie spuszczał z oka.
— Dobrze, dobrze — rzekł flegmatycznie Monte Christo. — Widzę wyraźnie, że szuka pan ze mną zwady, ale dam panu radę i weź ją pod uwagę: to zły nawyk, rzucać komuś tak głośno wyzwanie. Rozgłos nie każdemu wychodzi na zdrowie, panie de Morcerf!
Na dźwięk tego nazwiska dał się słyszeć głuchy szmer zdziwienia.
Od wczoraj nazwisko Morcerfów było na ustach wszystkich.
Albert zrozumiał tę aluzję błyskawicznie i lepiej niż ktokolwiek — uczynił więc gwałtowny ruch, jakby chciał rzucić hrabiemu w twarz rękawiczkę, ale Morrel złapał go za rękę, a Beauchamp i Château-Renaud, w obawie, żeby scena nie wykroczyła zbyt daleko, przytrzymali go z tyłu.
Hrabia nie podniósł się nawet z fotela, pochylił się tylko, wyciągnął rękę i wyjął z zaciśniętych palców młodzieńca wilgotną i zgniecioną rękawiczkę:
— Uważam, żeś mi pan rzucił tę rękawiczkę — powiedział, a głos zabrzmiał mu złowrogo — odeślę ją panu owinąwszy w nią kulę. A teraz wynoś się pan, bo zawołam służbę i każę pana wyrzucić za drzwi.
Półprzytomny, oszołomiony, z oczyma nabiegłymi krwią, Albert cofnął się w tył.
Morrel skorzystał z tego, aby zamknąć drzwi.
Monte Christo wziął znowu lornetkę i zaczął rozglądać się po sali, jakby nie zaszło nic nadzwyczajnego.
Człowiek ten miał żelazne serce i twarz z marmuru.
Morrel nachylił się mu do ucha i rzekł:
— Co mu pan zrobił?
— Ja? Nic. A przynajmniej nie osobiście.
— Ale przecież to szczególne zajście musi mieć jakiś powód?
— Cała ta awantura z hrabią de Morcerf doprowadziła Alberta do rozpaczy.
— Jest pan w nią zamieszany?
— To Hayde opowiedziała Izbie o zdradzie Morcerfa.
— Albert napisał dziś do mnie, prosząc o przybycie do Opery. Oczywiście, chciał mnie uczynić świadkiem zniewagi, jaką panu zadał.
— Bardzo możliwe — odparł Monte Christo z niezachwianym spokojem.
— I co pan z nim zrobi?
— Z Albertem? — odpowiedział Monte Christo równie spokojnie. — Co z nim zrobię? Zabiję go jutro przed dziesiątą rano. To pewne jak to, że siedzisz tu ze mną.
Morrel ujął dłoń Monte Christa i zadrżał, czując, jaka jest spokojna i zimna.
— O, hrabio, ojciec tak bardzo go kocha!
— Proszę nie mówić mi takich rzeczy! — zawołał Monte Christo po raz pierwszy unosząc się gniewem. — Będzie cierpiał! Chcę tego.
Morrel osłupiał i wypuścił rękę hrabiego.
— Ależ hrabio, hrabio!... — rzekł.
— Drogi panie Maksymilianie — przerwał hrabia — posłuchaj tylko, jak przecudownie Duprez śpiewa tę frazę: „O Matyldo! Bóstwo mojej duszy”. Czy wiesz, że to ja jako pierwszy odkryłem w Neapolu ten wielki talent i jako pierwszy go oklaskiwałem? Brawo! Brawo!
Morrel zrozumiał, że na tym rozmowa skończona i postanowił zaczekać.
Kurtyna opadła. Ktoś zapukał do drzwi.
— Proszę wejść — rzekł Monte Christo; jego głos nie zdradzał najmniejszego wzruszenia.
Wszedł Beauchamp.
— Dobry wieczór — rzekł Monte Christo, jakby go zobaczył pierwszy raz tego wieczora. — Proszę, niech pan siada.
Beauchamp skłonił się, wszedł i usiadł.
— Jak pan zapewne zauważył — odezwał się — przed chwilą towarzyszyłem panu de Morcerf.
— Co znaczy — odpowiedział, śmiejąc się Monte Christo — że byliście zapewne razem na obiedzie. Cieszy mnie bardzo, panie Beauchamp, że jest pan po nim trzeźwiejszy niż pan Albert.
— Panie hrabio — rzekł Beauchamp — przyznaję, że Albert nie miał prawa tak się unosić, przychodzę więc przeprosić pana za to, ale tylko w swoim imieniu; pan hrabia rozumie? To tyle, jeśli chodzi o mnie. A teraz chciałem pana prosić o pewne wyjaśnienia w kwestii pańskich stosunków z mieszkańcami Janiny i nie wątpię, że jako człowiek honorowy nie odmówi mi ich pan. Na koniec dodam parę słów na temat tej młodej Greczynki.
Monte Christo wydął wargi i spojrzał tak, że Beauchamp natychmiast zamilkł.
— No i tak — rzekł z uśmiechem. — Przepadły wszystkie moje nadzieje.
— Jakie nadzieje? — zapytał Beauchamp.
— Naturalnie robisz mi pan na lewo i prawo opinię człowieka ekscentrycznego; według pana jestem jakimś Larą, Manfredem czy lordem Ruthwenem. Gdy już się pan przyzwyczaiłeś do mojej ekscentryczności, próbuje pan zrobić ze mnie człowieka banalnego. Mam być nagle kimś pospolitym, wręcz prostakiem; a w końcu przychodzisz tu pan i żądasz wyjaśnień. No wie pan, to doprawdy jakieś żarty.
— Są jednak okoliczności, w których uczciwość nakazuje... — odparł wyniośle Beauchamp.
— Panie Beauchamp — przerwał hrabia — panu hrabiemu de Monte Christo może rozkazywać wyłącznie pan hrabia de Monte Christo. Proszę, ani słowa więcej na ten temat. Robię zawsze to, co mi się podoba, mój panie, i proszę mi wierzyć, że robię to dobrze.
— Nie zbywa się w ten sposób ludzi dobrze wychowanych, panie hrabio. Trzeba gwarancji honoru.
— Mój panie, sam jestem chodzącą gwarancją — odpowiedział spokojnie Monte Christo, a w jego oczach pojawiły się złowrogie błyski. — Nam obu płynie w żyłach krew i obaj chcemy ją przelać. To jest nasza wzajemna gwarancja. Taką odpowiedź proszę zanieść wicehrabiemu i proszę mu powiedzieć, że jutro przed dziesiątą popłynie jego krew.
— Pozostaje mi tylko uzgodnić warunki pojedynku.
— To dla mnie zupełnie obojętne, drogi panie. Dla takich szczegółów niepotrzebnie przerywał mi pan spektakl. We Francji ludzie biją się na szpady lub pistolety, w koloniach na karabiny, w Arabii na sztylety. Niech pan powie swojemu klientowi, że choć to ja zostałem znieważony, wytrwam do końca w roli dziwaka i zostawiam mu wybór broni. Przyjmę bez dyskusji i oporów wszelkie warunki. Dobrześ pan zrozumiał? Wszelkie. Zgodzę się nawet na ciągnięcie losów, choć uważam to za największą głupotę. Ale ja to co innego, jestem pewien zwycięstwa.
— Pewien zwycięstwa! — powtórzył Beauchamp, spoglądając z trwogą na hrabiego.
— Och, oczywiście — rzekł Monte Christo, wzruszając lekko ramionami. — Inaczej nie biłbym się z panem de Morcerf. Zabiję go, bo tak trzeba, więc tak się stanie. Proszę mnie tylko poinformować dziś wieczorem o rodzaju broni i godzinie spotkania. Nie lubię, by na mnie czekano.
— Na pistolety, o ósmej rano, w lasku Vincennes — rzekł Beauchamp zupełnie już zbity z tropu, sam nie wiedząc, czy ma do czynienia z nieznającym granic pyszałkiem czy z jakąś istotą nadprzyrodzoną.
— Bardzo dobrze — rzekł Monte Christo. — Skoro wszystko uzgodnione, to proszę, aby mi pan dłużej nie przeszkadzał, bo chciałbym posłuchać opery. Aha, i proszę też powtórzyć pańskiemu przyjacielowi Albertowi, żeby już więcej do mnie nie przychodził. Mógłby sobie tylko zaszkodzić kolejnymi grubiaństwami. Niech wraca do domu i się prześpi.
Beauchamp wyszedł osłupiały.
— A teraz — rzekł Monte Christo zwracając się do Morrela — chyba mogę na pana liczyć?
— Oczywiście — odparł Morrel — jestem do pańskiej dyspozycji; ale...
— Ale?
— Zależałoby mi na tym, żeby poznać prawdziwą przyczynę...
— To znaczy, że odmawia mi pan?
— Ależ skąd!
— Prawdziwa przyczyna, panie kapitanie? Nie zna jej nawet ten młody człowiek, porusza się po omacku. Prawdziwą przyczynę zna tylko Bóg i ja; mogę jednak dać panu słowo honoru, że Bóg, który zna tę przyczynę, będzie z nami.
— To wystarczy, hrabio. Kto będzie pańskim drugim świadkiem?
— Nie znam w Paryżu nikogo, kto byłby godny tego zaszczytu, oprócz ciebie i twojego szwagra Emanuela. Sądzisz pan, że Emanuel zechciałby wyświadczyć mi tę przysługę?
— Ręczę za niego.
— Dobrze, więcej nie potrzebuję. A więc jutro o siódmej, u mnie?
— Będziemy obaj.
— Cśś!... Kurtyna idzie w górę, posłuchajmy. Staram się zawsze nie tracić ani jednej nuty z tej opery. Nie ma piękniejszej muzyki niż w Wilhelmie Tellu!