93. Wyznanie
W tejże chwili zabrzmiał z gabinetu głos pana de Villefort:
— Co się dzieje?
Morrel spojrzał pytająco na Noirtiera. Starzec odzyskał już zimną krew i wskazał mu wzrokiem gotowalnię, w której Morrel już raz krył się w podobnych okolicznościach.
Chwycił tylko kapelusz i rzucił się zdyszany za zasłonę. Na korytarzu słychać już było bowiem kroki prokuratora.
Villefort wpadł do pokoju, podbiegł do Valentine i chwycił ją w ramiona.
— Lekarza! Lekarza! — krzyknął. — Idźcie po pana d’Avrigny! Albo — sam po niego pójdę.
I wybiegł z pokoju.
Innymi drzwiami wymknął się Morrel. Jak obuchem uderzyło go straszliwe wspomnienie: przypomniał sobie rozmowę Villeforta i lekarza, którą podsłuchał w noc śmierci pani de Saint-Méran. Dziewczyna miała takie same objawy, jak te, które poprzedziły śmierć Barroisa — były tylko nieco łagodniejsze. Jednocześnie wydało mu się, że znów brzmi mu w uszach głos Monte Christa:
„Gdybyś pan kiedyś potrzebował pomocy, proszę przyjść do mnie, mogę wiele”.
Szybciej niż biegnie myśl, popędził Przedmieściem Saint-Honoré i ulicą Matignon, aż znalazł się na Polach Elizejskich.
Tymczasem Villefort dotarł dorożką przed dom pana d’Avrigny. Zadzwonił tak gwałtownie, że przeraził odźwiernego, który otwarł przed nim drzwi. Villefort rzucił się w kierunku schodów, nie mając siły wyrzec choć słowa. Odźwierny znał go, więc wpuścił go do środka i tylko krzyknął za nim:
— W gabinecie, panie prokuratorze, w gabinecie!
Villefort otwierał już gwałtownie drzwi.
— A, to pan — rzekł lekarz.
— Tak, to ja — odparł Villefort, zamykając za sobą drzwi. — To ja teraz zapytam: jesteśmy sami? Doktorze, na moim domu ciąży klątwa!
— Coś takiego! — odparł d’Avrigny zimno z pozoru, choć w głębi duszy zadrżał. — Czyżby znów ktoś zachorował?
— Tak! — zawołał Villefort rwąc sobie konwulsyjnie włosy. — Tak!
Wzrok d’Avrigny’ego mówił: „Ostrzegałem pana”.
I powoli zapytał:
— A więc kto z kolei umrze u pana? Jaka nowa ofiara oskarży nas o słabość przed Bogiem?
Z piersi Villeforta wyrwał się szloch. Przysunął się do lekarza i ścisnął go za ramię:
— Valentine! Kolej na Valentine.
— Pańska córka! — wykrzyknął zdumiony i zdjęty przerażeniem d’Avrigny.
— Widzisz pan, myliłeś się — wyszeptał prokurator. — Przyjdź do mnie i proś konającą o przebaczenie za te podejrzenia.
— Za każdym razem, gdy mnie pan wzywałeś, było za późno. Nieważne, idę. Ale spieszmy się, przy takim wrogu, jaki działa w pańskim domu, nie ma czasu do stracenia.
— O, tym razem, doktorze, nie będzie mi już pan wyrzucał słabości. Tym razem odnajdę mordercę i zmiażdżę go.
— Najpierw spróbujmy uratować Valentine, potem pomyślimy o zemście. Chodźmy.
Kabriolet uwiózł Villeforta i d’Avrigny’ego do domu, a w tej samej chwili Morrel pukał do drzwi Monte Christa.
Hrabia był w gabinecie i czytał, mocno zatroskany, list, który otrzymał od Bertuccia. Gdy zaanonsowano Morrela, z którym rozstał się zaledwie dwie godziny wcześniej, uniósł głowę. Również u Morrela musiały zajść jakieś nowe okoliczności, skoro młody człowiek, który żegnał go dwie godziny temu z uśmiechem na ustach, powracał teraz tak wstrząśnięty.
Hrabia wstał i podbiegł do Maksymiliana.
— Co się stało, Maksymilianie? — zapytał. — Jesteś pan blady, spływa z ciebie pot.
Morrel osunął się na fotel.
— Tak, biegłem tutaj — odparł. — Muszę z panem pomówić.
— Czy pańska rodzina ma się dobrze? — spytał hrabia ze szczerą życzliwością.
— Tak, dziękuję — rzekł młody człowiek, wyraźnie zakłopotany; nie wiedział, od czego ma zacząć. — Wszyscy zdrowi.
— To dobrze. Ale chcesz mi pan o czymś powiedzieć? — podjął hrabia, coraz bardziej zaniepokojony.
— Tak. Wyszedłem z domu, do którego zawitała śmierć, i pobiegłem do pana.
— Czyżby od państwa de Morcerf?
— Nie. Ktoś tam umarł?
— Generał strzelił sobie w łeb.
— Ach, co za okropne nieszczęście! — wykrzyknął Maksymilian.
— No, ale nie dla hrabiny ani nie dla Alberta. Lepiej, gdy ojciec i mąż umiera, niż gdyby miał żyć z piętnem hańby. Krew je zmywa.
— Biedna hrabina! To jej mi żal przede wszystkim, taka szlachetna kobieta!
— Żałuj też i Alberta, uwierz mi, to godny syn swojej matki. Ale wróćmy do ciebie. Przybiegłeś do mnie — czyżby spotkało mnie to szczęście, że mnie potrzebujesz?
— O tak, potrzebuję, to znaczy pomyślałem jak szalony, że może zdołałby mi pan pomóc w sprawie, w której pomóc może tylko Bóg.
— Mimo to powiedz, o co chodzi.
— O, sam nie wiem, czy wolno mi wyjawić komuś taką tajemnicę, ale los, konieczność mnie do tego zmusza...
Morrel zawahał się.
— Wierzy pan, że jestem panu przyjacielem? — odezwał się Monte Christo, biorąc serdecznym gestem dłoń Maksymiliana w swoje dłonie.
— O, dodajesz mi pan odwagi, a poza tym coś mi mówi — tu Morrel przyłożył dłoń do serca — że nie powinienem mieć przed panem tajemnic.
— Ma pan rację, to Bóg podszeptuje te słowa pańskiemu sercu, a serce podszeptuje je panu. Proszę powtórzyć, co też to serce panu powiada?
— Hrabio, mógłbym posłać Baptystę, by dowiedział się, co się dzieje u kogoś, kogo pan zna?
— Powiedziałem, że jestem do pańskiej dyspozycji, a więc moja służba również.
— O, bo nie uspokoję się, dopóki się nie dowiem, że jest z nią lepiej.
— Mam zadzwonić po Baptystę?
— Nie, sam z nim porozmawiam.
Morrel wezwał Baptystę i cicho coś do niego powiedział. Lokaj natychmiast wybiegł.
— I co, załatwione? — zapytał hrabia, gdy Morrel wszedł do pokoju.
— Tak. I zaraz się trochę uspokoję.
— No, a ja czekam — odezwał się Monte Christo z uśmiechem.
— Tak, już mówię. Pewnego wieczoru byłem w pewnym ogrodzie. Ukrywałem się w kępie drzew i nikt nie domyślał się, że tam jestem. Obok mnie przeszło dwóch ludzi. Na razie nie wyjawię ich nazwisk. Rozmawiali cicho, ale tak mnie to zaciekawiło, że nie straciłem ani słowa z tego co mówili.
— Zapowiada się na ponurą historię, jeśli wierzyć pańskiej bladości; drży pan.
— O tak, to bardzo ponura historia, przyjacielu! Umarł właśnie ktoś z rodziny właściciela ogrodu. Jedną z tych osób był właśnie pan domu, drugą — lekarz. Pan domu wyznawał mu swoje obawy i cierpienia, to już drugi raz w tym miesiącu śmierć atakowała nieoczekiwanie ten dom, jakby jakiś anioł śmierci wskazywał go rozgniewanemu Bogu.
— No, no — wtrącił Monte Christo, wpatrując się uważnie w młodzieńca — i obrócił niedostrzegalnie fotel, tak aby usiąść w cieniu i aby na twarz Maksymiliana padało światło.
— Tak — ciągnął Maksymilian — w ciągu tego miesiąca śmierć dwukrotnie nawiedziła ten dom.
— A co odpowiedział lekarz?
— Odpowiedział... odpowiedział, że ta śmierć nie była naturalna i że przyczyniła się do niej... Trucizna!
— Doprawdy? — rzekł Monte Christo, lekko pokasłując; kasłaniem tym pokrywał duże wzruszenie, rumieniec, bladość albo zaintrygowanie. — Naprawdę słyszałeś takie rzeczy?
— Tak, kochany hrabio, słyszałem, i lekarz dodał, że jeśli coś takiego się powtórzy, będzie zmuszony zawiadomić policję.
Hrabia słuchał — lub udawał, że słucha — z największym spokojem.
— I cóż — ciągnął Maksymilian — śmierć uderzyła po raz trzeci, i ani pan domu, ani lekarz nic nikomu nie powiedzieli. Śmierć uderzy teraz być może po raz czwarty. Hrabio, jak pan sądzi, do czego zobowiązuje mnie znajomość takiej tajemnicy?
— Drogi przyjacielu, opowiadasz mi tu historię, jaką chyba każdy zna. Znam dom, w którym to podsłuchałeś, a przynajmniej tak mi się zdaje. Dom z ogrodem, pan domu, lekarz, dom, w którym nastąpiły trzy dziwne, niespodziewane zgony. No więc, spójrz na mnie: nie podsłuchiwałem nikogo, mimo to wiem o tym wszystkim tak dobrze, jak pan, a czy gnębią mnie jakieś wyrzuty sumienia? Nie. Nie obchodzi mnie to. Mówi pan, że anioł śmierci wskazuje ten dom rozgniewanemu Bogu... Hm, a może tak rzeczywiście jest? Nie wnikaj w to, czego nie chcą znać ci, których to powinno interesować. Jeśli do tego domu zawitała sprawiedliwość boża, a nie boży gniew, odwróć głowę, Maksymilianie, i przepuść boską sprawiedliwość.
Maksymilian zadrżał. W głosie hrabiego pobrzmiewało coś posępnego, uroczystego i straszliwego.
— A zresztą — ciągnął hrabia głosem zmienionym do tego stopnia, że wydawało się, jakby przemówił nagle ktoś inny — skąd możesz wiedzieć, że to zacznie się znowu?
— Ale już się zaczyna, hrabio! — wykrzyknął Morrel. — Dlatego przybiegłem do pana.
— Ale co ja mam na to poradzić, kapitanie? Może przypadkiem chciałbyś, abym uprzedził prokuratora królewskiego?
Monte Christo położył taki nacisk na te słowa, że Morrel porwał się z miejsca i wykrzyknął:
— Hrabio! Ależ pan wie, o kim mówię?
— Ech, oczywiście, drogi przyjacielu, a dowiodę ci tego, stawiając kropkę nad i, a raczej nazwę ludzi, o których mówiłeś. Przechadzałeś się po ogrodzie pana de Villefort; z tego, co mi powiedziałeś, wnioskuję, że było to w wieczór, gdy umarła pani de Saint-Méran. Podsłuchiwałeś, jak pan de Villefort rozmawia z panem d’Avrigny o śmierci pana de Saint-Méran i nie mniej dziwnej śmierci markizy. Pan d’Avrigny mówił, że podejrzewa otrucie, a nawet dwa; a pan, wcielenie uczciwości, od tej chwili zgłębiasz swoją duszę, sondujesz sumienie i zastanawiasz się, czy wyjawić ten sekret, czy też nie. To nie średniowiecze, kochany przyjacielu, nie ma już świętej Vehme i sądów kapturowych. Czego, u diabła, chcesz pan od tych ludzi? „Sumienie, czegóż ode mnie chcesz?” mówi Sterne. Ejże, mój drogi, zostawże ich, niech sobie śpią, jeśli sypiają — a jeśli cierpią na bezsenność, pozwól im tak zmizernieć. I na litość boską, sam się wysypiaj, nie dręczą cię przecież wyrzuty sumienia.
Na twarzy Morrela odmalowało się okropne cierpienie. Chwycił Monte Christa za rękę.
— Ale to się znów zaczyna, czy pan nie słyszy?
— Ejże, to niech się zaczyna — odparł hrabia, zdumiony tym uporem, którego nie pojmował i spojrzał uważnie na Maksymiliana. — To rodzina Atrydów. Bóg ich potępił, a jego wyrok zostanie wykonany. Choćby ich było dwustu, rozsypią się jak zabaweczki z papieru pod tchnieniem Pana. Trzy miesiące temu pan de Saint-Méran, dwa miesiące temu markiza, ostatnio — Barrois, a dziś stary Noirtier albo panna Valentine.
— Wiedział pan o tym? — zakrzyknął Morrel z taką zgrozą, że Monte Christo zadrżał, on, który zachowałby spokój, nawet gdyby niebo runęło na ziemię. — Wiedział pan o tym i nic pan nie mówił!
— A co mnie to obchodzi? — odparł Monte Christo, wzruszając ramionami. — Czy ja znam tych ludzi? Czy miałem ocalić jedno z nich, aby pogrążyć drugie? Do licha, nie, wszystko mi jedno, kto jest tam ofiarą, a kto mordercą.
— Ale ja — ryknął z rozpaczą Morrel — ja ją kocham!
— Kogo kochasz?! — zawołał Monte Christo, zrywając się na równe nogi i chwytając Morrela za ręce, które młodzieniec załamywał i wznosił do nieba.
— Kocham jak szaleniec, kocham tak, że dałbym z siebie całą krew wytoczyć, aby oszczędzić jej jednej łzy. Kocham Valentine, którą chcą zamordować, rozumiesz pan? Kocham ją i pytam Boga, pytam pana, jak mogę ją uratować!
Monte Christo wydał ryk, niczym zraniony lew.
— Nieszczęsny! — wykrzyknął, załamując ręce. — Nieszczęsny! Kochasz Valentine! Kochasz tę córkę przeklętego rodu!
Nigdy jeszcze Morrel nie widział takiego wyrazu twarzy. Nigdy jeszcze nie zapłonęły przed nim tak straszliwym blaskiem czyjeś oczy. Nigdy geniusz grozy, który pojawiał się przed nim tyle razy na polach bitwy albo podczas krwawych algierskich nocy, nie rozstrzelił wokół tak złowrogich ogni. Przerażony, cofnął się.
Monte Christo zaś zamknął na chwilę oczy po tym strasznym wybuchu, jakby oślepił go jakiś wewnętrzny blask. Zbierał się w sobie z taką mocą, że widać było, jak jego pierś wzburzona nawałem uczuć, uspokaja się z wolna, niczym wzburzone i spienione po sztormie fale, gdy wreszcie wyjdzie słońce. Ta cisza, to skupienie i ta walka trwały przez jakiś czas. Następnie hrabia uniósł pobladłą twarz.
— Widzisz, drogi przyjacielu — rzekł zmienionym głosem — jak Bóg umie karać za obojętność największych, najzimniejszych fanfaronów, jeśli nie wzruszają ich straszliwe obrazy, jakie im stawia przed oczyma? Oglądałem chłodno i z ciekawością, jak rozwija się ta ponura tragedia, śmiałem się niczym szatan ze zła, jakie czynią ludzie, bezpieczny w ukryciu — a tak łatwo ukrywać się, gdy się jest bogatym i potężnym! I teraz właśnie i mnie ugryzł ten wąż, któremu się przypatrywałem, ugryzł mnie w samo serce!
Morrel głucho jęknął.
— No, no — mówił hrabia — dość tych płaczów. Bądź mężczyzną, bądź silny, nie trać nadziei, jestem tu i czuwam nad tobą.
Morrel potrząsnął smutno głową.
— Powtarzam, nie trać nadziei! Rozumiesz? — zawołał Monte Christo. — Wiedz pan, że nigdy nie kłamię, nigdy się nie mylę. Jest południe, Maksymilianie — podziękuj niebu, żeś przyszedł do mnie w południe, a nie wieczorem albo jutro rano. Posłuchaj mnie: jeżeli Valentine jeszcze nie umarła, już nie umrze.
— O Boże, Boże! — wykrzyknął Morrel. — Kiedy wychodziłem, była umierająca!
Monte Christo przyłożył dłoń do czoła. Co się działo w tej głowie, obciążonej tyloma straszliwymi tajemnicami? Co mówił temu człowiekowi, jednocześnie bezlitosnemu i ludzkiemu, anioł jasności lub anioł ciemności? Bóg jeden może to wiedzieć.
Monte Christo podniósł głowę i tym razem był pogodny jak budzące się dziecko.
— Maksymilianie — rzekł — wracaj spokojnie do siebie. Masz się stamtąd nie ruszać, nie podejmować żadnych kroków, nie pokazywać po sobie ani cienia rozpaczy. Dam ci znać. Idź już.
— Boże, Boże — rzekł Morrel — przeraża mnie pan tą swoją zimną krwią. A więc jest pan w stanie walczyć ze śmiercią? Jesteś czymś więcej jak człowiekiem? Jesteś aniołem? Jesteś Bogiem?
I młodzieniec, który nigdy nie cofał się przed niebezpieczeństwem, cofnął się przed hrabią, zdjęty niewypowiedzianą zgrozą. Ale Monte Christo spojrzał nań z uśmiechem pełnym takiej melancholii i łagodności, że Maksymilian poczuł łzy w oczach.
— Mogę wiele, przyjacielu — odparł hrabia. — Idź, muszę zostać sam.
Morrel, ulegając niezwykłemu wpływowi, jaki wywierał Monte Christo na swe otoczenie, nawet nie próbował się spod niego wyrwać. Uścisnął dłoń hrabiego i wyszedł.
Ale w drzwiach zatrzymał się, aby poczekać na Baptystę — Baptysta bowiem wybiegł właśnie zza rogu ulicy Matignon.
Tymczasem Villefort i d’Avrigny przyjechali na miejsce.
Valentine była wciąż nieprzytomna. Lekarz zbadał ją ze starannością, którą nakazywały okoliczności i tak wnikliwie, jak wskazywała znana mu tajemnica. Villefort zawiesił wzrok na jego ustach, czekając na diagnozę.
Noirtier, bledszy od wnuczki, czekał z jeszcze większą niecierpliwością, a oczy płonęły mu blaskiem pełnym inteligencji.
W końcu d’Avrigny wolno wyrzekł:
— Jeszcze żyje.
— Jeszcze! — wykrzyknął Villefort. — Doktorze, jak to strasznie brzmi!
— Tak — przytaknął lekarz — powtarzam: żyje jeszcze i bardzo mnie to dziwi.
— Ale da się ją ocalić?
— Tak, skoro żyje...
W tejże chwili wzrok d’Avrigny’ego skrzyżował się ze spojrzeniem Noirtiera. Oczy starca błyszczały taką radością, widać było w nich myśl tak bogatą, że aż to lekarza zastanowiło.
Ułożył znów na fotelu dziewczynę — jej zbielałe usta ledwie można było dojrzeć w równie zbielałej twarzy — i znieruchomiał, patrząc na Noirtiera, który bacznie śledził każdy gest lekarza.
— Proszę wezwać pokojówkę panny Valentine — zwrócił się do Villeforta d’Avrigny.
Villefort puścił głowę Valentine, którą podtrzymywał i pobiegł po pokojówkę. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, d’Avrigny podszedł do Noirtiera.
— Chce mi pan coś powiedzieć? — zapytał.
Starzec zamrugał gwałtownie oczyma; jak wiemy, tylko tak mógł potwierdzać czyjeś słowa.
— Tylko mnie?
— Tak.
— Dobrze, zostanę tu trochę z panem.
W tejże chwili wrócił Villefort, za nim weszła pokojówka — a za pokojówką pani de Villefort.
— Ale cóż to się stało naszej dziecince? — spytała. — Wyszła ode mnie, skarżyła się, że źle się czuje, ale nie sądziłam, że to coś poważnego
I młoda kobieta, ze łzami w oczach, czule jak rodzona matka utuliła rękę Valentine.
D’Avrigny patrzył ciągle na Noirtiera; starzec wytrzeszczył oczy, źrenice mu się rozszerzyły, policzki posiniały mu i zadrgały, pot wystąpił na czoło.
— A! — wyrwało mu się mimowolnie, gdy skierował wzrok w ślad za spojrzeniem Noirtiera — i ujrzał panią de Villefort, która właśnie w tej chwili mówiła:
— Biednemu dziecku będzie lepiej w łóżku. Fanny, chodź tu, położymy ją.
Pan d’Avrigny, który ujrzał w tej propozycji okazję, aby zostać sam na sam z Noirtierem, kiwnął głową na znak, że rzeczywiście tak będzie najlepiej. Zabronił jednak podawać jej cokolwiek do picia lub jedzenia prócz tego, co sam przepisze.
Wyniesiono Valentine, która właśnie odzyskała przytomność; nie mogła jednak ani mówić, ani się poruszać, tak była osłabiona wstrząsem, jakiego doznał jej organizm. Miała jednak tyle siły, aby pożegnać spojrzeniem dziadka, któremu wydało się, gdy ją wynosili, że mu wyrywają duszę.
D’Avrigny poszedł za chorą, wydał ostatnie rozporządzenia, kazał Villefortowi wsiąść do kabrioletu i pojechać do apteki, aby w jego obecności przygotowano lekarstwa; miał je przywieść osobiście i czekać na lekarza w pokoju córki. Powtórzył raz jeszcze zalecenie, aby nie pozwolono dziewczynie nic brać do ust, wrócił do Noirtiera, zamknął starannie drzwi, a upewniwszy się, że nikt nie słyszy, rzekł:
— Czy wiesz pan coś o tej chorobie wnuczki?
— Tak.
— Nie mamy czasu do stracenia; ja będę pytał, a pan będziesz odpowiadał.
Noirtier dał znak, że gotów jest odpowiadać.
— Przewidziałeś pan to, co się dziś przydarzyło pannie Valentine?
— Tak.
D’Avrigny zastanawiał się przez chwilę, a potem przysunął się bliżej Noirtiera:
— Proszę mi wybaczyć to, co powiem, ale nie możemy pominąć żadnego śladu w takich straszliwych okolicznościach, że tak pana zapytam. Czy widziałeś pan, jak umierał biedny Barrois?
Noirtier wzniósł oczy ku niebu.
— Czy wiesz pan, dlaczego umarł? — spytał d’Avrigny, kładąc rękę na ramieniu Noirtiera.
— Tak.
— Sądzisz pan, że to była śmierć naturalna?
Coś na kształt uśmiechu zarysowało się na nieruchomych ustach Noirtiera.
— Wpadł pan na myśl, że Barrois został otruty?
— Tak.
— Czy sądzisz pan, że trucizna była przeznaczona dla niego?
— Nie.
— A teraz, czy sądzisz pan, że ta sama ręka dziś podsunęła truciznę pannie Valentine?
— Tak.
— Więc i ona padnie ofiarą? — zapytał d’Avrigny i wlepił przenikliwy wzrok w pana Noirtier, czekając, jaki skutek wywrą na nim te słowa.
— Nie! — odparł starzec, a patrzył tak triumfująco, że nikt by się tego po nim nie spodziewał.
— A więc ma pan nadal nadzieję? — zdziwił się d’Avrigny.
— Tak.
— Czegóż się pan spodziewasz?
Starzec dał spojrzeniem do zrozumienia, że nie może odpowiedzieć.
— A, prawda! — szepnął d’Avrigny.
I zwrócił się znów do Noirtiera:
— Spodziewasz się, że morderca odstąpi od swego zamiaru?
— Nie.
— A więc ma pan nadzieję, że trucizna nie podziała na Valentine.
— Tak.
— Bo przecież to dla pana nic nowego, że ktoś próbował ją otruć?
Starzec dał znak, że nie ma w tej kwestii żadnych wątpliwości.
— A więc skąd ta nadzieja, że Valentine ujdzie śmierci?
Noirtier wlepił wzrok z uporem w jedno miejsce; d’Avrigny spojrzał w tym samym kierunku i zrozumiał, że oczy Noirtiera utkwione były w butelce z lekarstwem, które mu podawano co dzień rano.
— A! — zawołał d’Avrigny, nagle zrozumiawszy — wpadł więc pan na pomysł...
Noirtier nie pozwolił mu dokończyć:
— Tak.
— Że można ją uodpornić na truciznę...
— Tak.
— Przyzwyczajając ją do niej po trochu...
— Tak, tak, tak — Noirtier nie posiadał się z radości, że lekarz go zrozumiał.
— Słyszałeś pan zapewne, jak mówiłem, że w skład tego leku wchodzi brucyna?
— Tak.
— I przyzwyczaił pan Valentine do brucyny, aby w ten sposób zneutralizować skutki podobnej trucizny?
W oczach Noirtiera błyszczała wciąż triumfalna radość.
— I dokazał pan swego! — zawołał d’Avrigny. — Gdyby nie ta przezorność, Valentine już by nie żyła, zamordowana bez litości i wszelka pomoc byłaby daremna. Atak był gwałtowny, ale tylko nią wstrząsnął i osłabił; przynajmniej tym razem Valentine nie umrze.
Bezgraniczna radość zabłysła w oczach starca, wzniesionych ku niebu z wdzięcznością.
W tejże chwili wrócił Villefort.
— Proszę — rzekł do lekarza — mam lekarstwo, które pan zapisał.
— Przygotowano je w pańskiej obecności?
— Tak.
— I nie dawał go pan nikomu?
— Nie.
D’Avrigny wziął flakonik, nakapał sobie kilka kropel na rękę i skosztował.
— Dobrze — rzekł — chodźmy teraz do Valentine. Wydam wszystkim zalecenia, a pan ma dopilnować, aby nikt ich nie zaniedbywał.
Gdy lekarz szedł z Villefortem do pokoju Valentine, jakiś włoski ksiądz, o surowym wyglądzie i spokojnym, stanowczym głosie wynajmował właśnie dom przylegający do pałacu pana de Villefort.
Nie wiadomo, na podstawie jakiej transakcji dwie godziny później z kamieniczki wyprowadziło się trzech lokatorów; po dzielnicy rozeszła się plotka, że dom osuwał się na fundamentach i że grozi mu ruina. Nie powstrzymało to jednak nowego lokatora i wprowadził się tam ze swoim skromnym dobytkiem tego samego dnia, około piątej.
Nowy lokator podpisał umowę na kilka lat, a zapłacił z góry na pół roku, jak tego zwykle żądają wynajmujący.
Był to, jak już powiedzieliśmy, włoski ksiądz, a nazywał się signor Giacomo Busoni.
Przywołano natychmiast rzemieślników i tejże samej nocy kilku przechodniów, wracających późno do domu, spostrzegło ze zdziwieniem, jak cieśle i murarze zabierają się do pracy przy niszczejącym domu.
94. Ojciec i córka
Widzieliśmy w poprzednim rozdziale, jak pani Danglars zapowiedziała oficjalnie pani de Villefort ślub Eugenii z panem Andreą Cavalcanti.
Tę oficjalną zapowiedź, wskazującą, że wszyscy zainteresowani podjęli wspólną decyzję, poprzedziła scena, z której winniśmy zdać sprawę czytelnikom.
Wróćmy więc do poranka owego dnia, tak brzemiennego w tragiczne wydarzenia i przenieśmy się myślą do kapiącego od złoceń salonu, przedmiotu dumy jego właściciela, pana barona Danglars. Pan baron przechadzał się około dziesiątej w tym salonie już od paru minut, zamyślony i wyraźnie zaniepokojony, spoglądając co chwilę na drzwi i przystając za byle szmerem. Kiedy wyczerpała się jego cierpliwość, wezwał lokaja.
— Stefanie — rzekł — idź zobacz, dlaczego panna Eugenia prosiła, bym czekał na nią w salonie, i dowiedz się, dlaczego każe mi na siebie tak długo czekać.
Wyładowawszy zły humor, baron uspokoił się nieco.
Istotnie, panna Danglars, poprosiła przez pokojówkę o spotkanie z ojcem i wyznaczyła na miejsce tej rozmowy złoty salon. Ta szczególna prośba, a zwłaszcza jej oficjalny charakter zdumiały barona tak, że zgodził się natychmiast i pierwszy stawił się w salonie.
Stefan wrócił niebawem.
— Pokojówka jaśnie panienki — rzekł — oznajmiła mi, że panienka kończy toaletę i zaraz się zjawi.
Danglars kiwnął głową na znak, że zadowala go to wyjaśnienie. Wobec znajomych, a nawet wobec służby Danglars pozorował poczciwca i pobłażliwego ojca: taką rolę obrał sobie w ludowej komedii, jaką grał. Przybrał sobie fizjonomię podobną do masek, jakie nosili ojcowie w antycznym teatrze. Lewa i prawa strona takiej maski różnią się: po prawej kącik ust jest uniesiony i uśmiechnięty, po prawej — płaczliwie opuszczony. Dodajmy zaraz, że w gronie rodzinnym część uśmiechnięta opuszczała się do poziomu części płaczliwej — i niemal przez cały czas miejsce poczciwca zajmował mąż-brutal i despotyczny ojciec.
— Dlaczego, u diabła, ta wariatka nie przyjdzie po prostu do mnie do gabinetu — mruknął Danglars — jeśli chce ze mną pogadać? A zresztą, po co?
Przetrawiał tę myśl już po raz dwudziesty, gdy w drzwiach stanęła Eugenia, ubrana w czarną, atłasową jedwabną suknię, haftowaną w matowe kwiaty tej samej barwy, uczesana wytwornie i w rękawiczkach — jakby właśnie miała zasiąść w swoim fotelu w Teatrze Włoskim.
— No, Eugenio, o co chodzi? — zawołał Danglars. — I czemu chcesz rozmawiać w tym uroczystym salonie, czy nie lepiej by nam było u mnie, w gabinecie?
— Drogi ojcze, masz zupełną rację — odparła Eugenia, wskazując mu fotel. — Postawił mi ojciec dwa pytania, w których streszcza się cała rozmowa, jaką chcę z ojcem przeprowadzić. Odpowiem na obydwa, ale wbrew zwyczajom najpierw na drugie, gdyż jest mniej skomplikowane. Wybrałam salon, aby uniknąć nieprzyjemnego wrażenia, jakie odczuwa się w gabinecie bankiera. Te księgi obrachunkowe, nawet jeżeli grubo złocone, te szuflady zamknięte na głucho jak bramy fortecy, te stosy banknotów, które się biorą nie wiadomo skąd, te listy z Anglii, Holandii, Hiszpanii, Indii, Chin i Peru, dziwnie działają na umysł ojca. Przez nie ojciec zapomina, że istnieje w życiu coś ważniejszego i świętszego niż pozycja społeczna i opinia kolegów. Wybrałam więc salon, bo wiszą tu w zdobionych ramach portrety ojca, matki i mój — wszyscy jesteśmy na nich uśmiechnięci i weseli, a poza tym są tu też wzruszające obrazki pasterskie. Ufam, że otoczenie wywiera na nas wpływ. Być może to błąd, szczególnie gdy idzie o ojca. Ale cóż, nie byłabym chyba artystką, gdybym wyzbywała się całkiem złudzeń.
— Bardzo dobrze — rzekł Danglars, który wysłuchał tej tyrady z niezmąconą zimną krwią, ale nie zrozumiał ani słowa, pochłonięty był bowiem, jak to zazwyczaj bywa u ludzi podstępnych, doszukiwaniem się własnych myśli w myślach rozmówcy.
— A więc wyświetliłam mniej więcej punkt drugi — rzekła Eugenia, bez najmniejszego zakłopotania, z ową męską pewnością siebie, która charakteryzowała każdy jej gest i słowo — i zdaje mi się, że zadowoliła ojca moja odpowiedź. A teraz wróćmy do punktu pierwszego. Pytał mnie ojciec, dlaczego chciałam z nim porozmawiać. Odpowiem krótko: ojcze, nie chcę poślubić pana Andrei Cavalcanti.
Danglars podskoczył na fotelu, wznosząc jednocześnie oczy i ramiona do nieba.
— Tak, ojcze — ciągnęła Eugenia tym samym spokojnym tonem. — Jesteś zdziwiony, jak widzę, bo od początku całej tej intryżki nie okazałam najmniejszego sprzeciwu, pewna, że w odpowiednim momencie przeciwstawię się zdecydowanie ludziom, którzy bynajmniej nie pytali mnie o zdanie, i sprawom, które mnie napawają odrazą. Tym razem ten spokój, ta bierność, jak mawiają filozofowie, wypływały z innego źródła. Jako uległa i oddana córka — na purpurowych ustach Eugenii zarysował się lekki uśmiech — ćwiczyłam się w posłuszeństwie.
— No i co?
— I starałam się, na ile pozwalały mi siły, a teraz, gdy nadszedł moment krytyczny, mimo wysiłków, nie jestem w stanie okazać posłuszeństwa.
— Ale w końcu jaka jest przyczyna tej odmowy, Eugenio, podaj mi przyczynę? — rzekł Danglars, którego mierny umysł zdawał uginać się pod ciężarem tego bezlitosnego logicznego rozumowania, zdradzającego siłę woli i nieustępliwość.
— Przyczyna? O Boże, bynajmniej nie chodzi o to, że pan Cavalcanti miałby być brzydszy, głupszy lub mniej sympatyczny niż inni, nie — pan Andrea może nawet uchodzić wśród tych, którzy oceniają mężczyzn po wzroście i urodzie za całkiem piękny okaz. Nie chodzi też o to, że nie darzę go jakimś szczególnym uczuciem, byłby to argument godny pensjonarki, a więc poniżej mojej godności. Nie kocham nikogo, ojciec przecież dobrze o tym wie. A więc nie rozumiem, dlaczego — jeśli nie przymusza mnie do tego absolutna konieczność — miałabym sobie obciążać życie wieczystym towarzyszem. Czyż nie powiedział jakiś mędrzec: zachowaj umiar, a inny: bierz tyle, ile zdołasz unieść? Nauczono mnie nawet tych aforyzmów po łacinie i po grecku. Jeden jest chyba Fedrusa, a drugi Biasa. A więc, drogi ojcze, w tej życiowej katastrofie — bo przecież życie jest jak katastrofa na morzu, w której toną nasze nadzieje — ot, wyrzucam do morza niepotrzebny bagaż i pozostaję panią mojej woli. Jestem gotowa żyć sama — a więc w całkowitej wolności.
— Nieszczęsna! Nieszczęsna! — wyszeptał Danglars, blednąc, wiedział bowiem z doświadczenia, jak oporna była przeszkoda, na którą nagle natrafił.
— Nieszczęsna? Ależ nie! I to słowo jest doprawdy zbyt teatralne i patetyczne. Wręcz przeciwnie, jestem szczęśliwa, bo przecież czego mi brakuje? Świat uważa, że jestem piękna, a to znaczy, że przyjmie mnie z otwartymi rękoma. A ja lubię, gdy spotyka mnie miłe przyjęcie: twarze rozjaśniają się i ci, którzy mnie otaczają, wydają się mniej brzydcy. Mam pewne zdolności i wrażliwość, które pozwolą mi na wydobycie z życia tego, co uważam za dobre, jak to robi małpa, gdy rozłupuje orzech, by dostać się do tego, co jest w środku. Jestem bogata — ojciec ma jedną z najpiękniejszych fortun we Francji, a ja jestem jedynaczką i przecież ojciec nie będzie aż tak uparty jak ojcowie ze sztuk teatralnych, którzy wydziedziczają córki, bo nie chcą im dać wnuków. Zresztą przewidujące prawo odbiera ojcu możliwość całkowitego wydziedziczenia mnie, podobnie jak zabrania zmuszać mnie do poślubienia pana takiego lub owakiego. A więc jestem piękna, inteligentna, bogata i zdobi mnie pewien talent, jak to się mówi w operetkach. Ależ to jest dopiero szczęście, ojcze! Dlaczego nazywasz mnie nieszczęsną?
Danglars, widząc córkę uśmiechniętą i okazującą dumę, która graniczyła z bezczelnością, nie mógł powstrzymać brutalnej myśli, która zdradziła się w jednym okrzyku. Gdy córka spojrzała nań pytająco i zdziwiona zmarszczyła lekko piękne czarne brwi, odwrócił się, jak nakazywała mu ostrożność, i uspokoił, ujarzmiony żelazną ręką roztropności.
— Rzeczywiście, moja córko — odrzekł z uśmiechem — masz wszystkie te zalety, jakie sobie przypisałaś z wyjątkiem jednej, ale nie będę ci od razu mówił, jakiej. Wolę, żebyś sama to odgadła.
Eugenia spojrzała na ojca, zdziwiona, że ktoś kwestionuje jeden z kwiatów wieńca, którym z taką dumą ozdobiła sobie głowę.
— Droga córko — ciągnął bankier — wyjaśniłaś mi dokładnie, jakie uczucia kierują dziewczyną twego pokroju, gdy decyduje, że nie wyjdzie za mąż. A teraz kolej na mnie, powiem ci, czym kieruje się ojciec, taki jak ja, gdy postanawia wydać córkę za mąż.
Eugenia skłoniła głowę, ale nie jak uległa córka, lecz jak przeciwnik w dyskusji, który czeka na argumenty drugiej strony.
— Córko — podjął Danglars — kiedy ojciec żąda, aby córka wyszła za mąż, zawsze czyni to z jakiegoś powodu. Jedni są dotknięci manią przedłużenia rodu poprzez wnuki. Jestem wolny od tej słabości i oświadczam ci zaraz na początku, że rozkosze domowe są dla mnie niemal obojętne. Mogę to wyznać przed córką, która posiada na tyle filozoficzny umysł, że zrozumie tę obojętność i nie poczyta mi jej za zbrodnię.
— Bardzo dobrze, zaczynamy mówić otwarcie, podoba mi się to.
— Och! Wiesz, zazwyczaj nie żywię aż takiej sympatii do otwartości, jak ty, ale jestem do niej zdolny, gdy zmuszają mnie do tego okoliczności. A więc do rzeczy. Wyszukałem ci męża, nie dla ciebie, bo doprawdy nie myślałem bynajmniej o tobie. Lubisz szczerość, proszę cię bardzo: po prostu potrzebuję, abyś jak najszybciej wyszła za mąż ze względu na pewne handlowe interesy, które właśnie zaczynam rozwijać.
Eugenia drgnęła.
— Nie powinnaś mieć do mnie żalu za te słowa, bo sama mnie zmusiłaś, bym ci to powiedział. Rozumiesz, niechętnie zagłębiam się w te arytmetyczne rozważania przy takiej artystce jak ty, która lęka się wejść do gabinetu bankiera, bo jest tam nieprzyjemnie i niepoetycznie.
Ale wiedz, droga panno, że w tym gabinecie bankiera, do którego jednak przedwczoraj zechciałaś zawitać po swoje comiesięczne tysiąc franków, jakie ci daję na twoje kaprysy — że w tym gabinecie może nauczyć się wiele nawet i taka młoda osoba jak ty, odżegnująca się od małżeństwa. Ale ze względu na twoje delikatne nerwy powiem ci o tym tu, w salonie: można się tam na przykład nauczyć, że kredyt stanowi o życiu fizycznym i duchowym bankiera, że podtrzymuje go przy życiu jak oddech, który ożywia ciało. Pan de Monte Christo zrobił mi kiedyś na ten temat cały wykład, nigdy tego nie zapomnę. Można się więc tam nauczyć, że w miarę jak kredyty się cofają, ciało zamienia się w trupa. W najbliższym czasie spotka to bankiera, który ma zaszczyt być ojcem tak logicznie myślącej córki.
Lecz Eugenia, zamiast pochylić się pod nagłym ciosem, wyprostowała się.
— Bankructwo! — rzekła.
— Trafiłaś na dobre wyrażenie, córeczko — rzekł Danglars, wbijając sobie paznokcie w pierś, ale na jego pospolitej twarzy nadal gościł uśmiech, który dowodził nie braku inteligencji, lecz uczuć. — Właśnie tak, bankructwo.
— Ach! — szepnęła Eugenia.
— Tak, jestem zrujnowany! Teraz znasz ową okropną tajemnicę, jak powiada któryś poeta tragiczny. A teraz, córko, powiem ci, jak można zmniejszyć to nieszczęście dzięki tobie, i to nie ze względu na mnie, ale na ciebie.
— O, złym jesteś fizjonomistą, ojcze — zawołała Eugenia — jeśli przypuszczasz, że przez wzgląd na siebie opłakuję to nieszczęście, które mi przedstawiasz. Że nie mam majątku? A cóż mnie to obchodzi? Czyż nie mam nadal mojego talentu? Czyż nie mogę jak panie Pasta, Malibran czy Grisi zarobić tyle, ile byś mi nigdy nie potrafił dać — to jest sto czy sto pięćdziesiąt tysięcy renty, które zawdzięczałabym tylko sobie? A zdobywałabym te pieniądze wśród oklasków, braw i kwiatów, nie jak te nędzne dwanaście tysięcy, które ojciec daje mi, patrząc na mnie krzywo i wyrzucając mi rozrzutność. A gdybym nawet nie miała tego talentu, w który wątpisz, bo widzę, że się uśmiechasz, czyż nie zostaje mi moje szaleńcze przywiązanie do niezależności? Zastąpi mi wszelkie skarby, a jest u mnie silniejsze niż instynkt samozachowawczy.
O nie, nie smucę się ze względu na siebie, zawsze sobie jakoś poradzę. Książki, ołówki, fortepian, to wszystko kosztuje niewiele i zawsze będę miała do tego dostęp. Myślisz może, że martwię się przez wzgląd na matkę? Mylisz się. Jeśli aby nie jestem w błędzie, matka zabezpieczyła się dobrze przed katastrofą, która ci grozi, a która jej nawet nie dotknie. Nic jej się nie stanie, jestem pewna, miała czas się zajmować pomnażaniem swojego majątku, bo nie zajmowała się mną. Zostawiła mi dzięki Bogu zupełną swobodę, pod pretekstem, że kocham wolność.
O nie, ojcze, od dzieciństwa działo się na moich oczach zbyt wiele i zbyt dobrze to rozumiałam, aby taka katastrofa wywarła na mnie większe wrażenie, niż na to zasługuje. Odkąd pamiętam, nikt mnie nie kochał, tym gorzej! Doprowadziło to do tego, że i ja nikogo nie kocham — tym lepiej! Oto moje wyznanie wiary.
— A zatem, moja panno, postanowiłaś mnie pogrążyć ostatecznie w ruinie? — wycedził Danglars blady z gniewu, który bynajmniej nie wynikał z urażonych ojcowskich uczuć.
— Ja miałabym cię pogrążyć? Nie rozumiem?
— Tym lepiej, to mi daje promyk nadziej; posłuchaj.
— Słucham — rzekła Eugenia, spoglądając na ojca tak przenikliwie i z taką pewnością siebie, że musiał użyć wszystkich swoich sił, aby nie spuścić oczu.
— Jeśli pan Cavalcanti ożeni się z tobą, wniesie trzy miliony, które umieści w moim banku.
— Ach, to znakomicie — prychnęła Eugenia z głęboką pogardą, wygładzając sobie rękawiczki.
— Czy sądzisz, że ukrzywdziłbym cię o te trzy miliony? Bynajmniej. Te trzy miliony powinny przynieść co najmniej dziesięć. Otrzymałem do spółki ze znajomym koncesję na kolej żelazną. To jedyna gałąź przemysłu, która dziś zapewnia bajeczny i natychmiastowy zysk — taki, jaki kiedyś Law obiecywał paryżanom, sprzedając im legendarne tereny nad Missisipi. Obliczyłem, że wystarczy posiadać jedną milionową szyn, tak jak niegdyś wystarczało kupić morgę dziewiczej ziemi nad brzegiem Ohio. To tak, jak lokata hipoteczna, tyle że pieniądze lokuje się w kilkunastu, kilkudziesięciu czy stu funtach żelaza. No i cóż, za tydzień mam złożyć mój udział — cztery miliony! Te cztery miliony, jak ci już mówiłem, dadzą mi dziesięć do dwunastu zysku.
— Ale kiedy byłam u ciebie przedwczoraj, ojciec zainkasował — tak się mówi, prawda? — pięć i pół miliona. Pokazał mi ojciec dwa bony skarbowe na tę sumę i dziwił się ojciec, że mnie nie olśnił widok takiej sumy.
— Tak, ale te pieniądze nie należą do mnie, to tylko dowód zaufania. Jako bankier ludowy zyskałem sobie zaufanie szpitali i to do nich należy ta suma. Kiedy indziej nie wahałbym się użyć tych pieniędzy, ale dziś, gdy wszyscy wiedzą, jak wielkie poniosłem straty, gdy zaczynają cofać mi kredyt, muszę być ostrożny. W każdej chwili administracja może zażądać tego depozytu i gdybym nie miał go wtedy przy sobie, musiałbym ogłosić ze wstydem bankructwo. Wierz mi, nie gardzę bankructwami, ale takimi, które wzbogacają, a nie takimi, co niszczą. Jeżeli więc wyjdziesz za pana Cavalcantiego, dostanę trzy miliony, a nawet wystarczy, by tak myślano: znów będą mi udzielać kredytu i odzyskam majątek, który stopniowo ulatnia się z mych rąk od dwóch miesięcy. Rozumiesz to, Eugenio?
— Ależ doskonale. Ojciec daje mnie w zastaw za trzy miliony, prawda?
— Im większa suma, tym pochlebniej dla ciebie. Uświadamia ci, ile jesteś warta.
— Dziękuję. Jeszcze jedno pytanie: czy przyrzekasz, że będziesz tylko obracał pieniędzmi pana Cavalcantiego, ale ich nie naruszysz? Pytam nie przez egoizm, ale przez delikatność. Chciałabym przyczynić się do odbudowania twojej fortuny, ale nie chcę ci pomagać w rujnowaniu innych.
— Ale przecież mówię ci — zawołał Danglars — że z tymi trzema milionami...
— Myślisz, ojcze, że wydobędziesz się z kłopotów, nie naruszając tej sumy?
— Mam taką nadzieję, po waszym ślubie znów udzielą mi kredytu.
— A będziesz mógł zapłacić panu Cavalcantiemu pół miliona, które mi dajesz w posagu?
— Zaraz, gdy wrócicie z merostwa.
— Dobrze!
— Co to znaczy: dobrze? Co chcesz przez to powiedzieć?
— Ojciec chce mojego podpisu pod kontraktem ślubnym, ale w zamian zostawia mi ojciec całkowitą wolność?
— Tak.
— A zatem dobrze, zgadzam się wyjść za pana Cavalcantiego.
— Ale jakie masz dalsze plany?
— O, to moja tajemnica. Czyż miałabym przewagę nad ojcem, gdybym znając tajemnicę ojca, wyjawiła ojcu własną?
Danglars przygryzł sobie wargi.
— A więc jesteś gotowa — podjął — złożyć parę niezbędnych oficjalnych wizyt?
— Tak.
— I za trzy dni podpisać intercyzę?
— Tak.
— A więc teraz ja ci powiem: dobrze.
Danglars ujął dłoń córki w swoje ręce i uścisnął ją mocno. Ale — rzecz szczególna — ściskając jej dłoń, nie ośmielił się powiedzieć córce: „dziękuję ci, moje dziecko”. A córka nie odpowiedziała ojcu nawet uśmiechem.
— Narada skończona? — zapytała Eugenia, podnosząc się z krzesła.
Danglars skinął głową na znak, że nie ma już nic do powiedzenia.
Pięć minut później zabrzmiał fortepian pod palcami panny d’Armilly, a panna Danglars zaśpiewała arię Brabancja rzucającego przekleństwo na Desdemonę.
Gdy kończyły utwór, wszedł Stefan i oznajmił Eugenii, że zajechał powóz i pani baronowa czeka na nią, aby rozpocząć składanie wizyt.
Widzieliśmy, jak obie panie odwiedziły Villefortów, skąd udały się dalej.