96. Droga do Belgii
W kilka chwil po tej straszliwej scenie wielki pałac nagle opustoszał, jakby rozeszła się wieść, że jeden z zaproszonych zachorował na dżumę czy cholerę; w jednej chwili na wszystkie drzwi, schody i wyjścia naparł tłum gości, próbując się wymknąć jak najprędzej; okoliczności były tego rodzaju, że nie wypadało udzielać banalnych słów pociechy, które podczas każdej klęski z przyjaciół czynią natrętów.
W pałacu został tylko Danglars, zamknięty w gabinecie z żandarmem, składając mu zeznania; została zmrożona pani Danglars, która ukryła się w dobrze znanym nam buduarku; została wreszcie Eugenia, która patrząc wyniośle i wzgardliwie wydymając wargi, odeszła do swego pokoju ze swoją nieodłączną towarzyszką, panną Luizą d’Armilly.
Liczniejsza niż zazwyczaj służba (z uwagi na uroczystość zatrudniono do pomocy cukierników, kucharzy i garsonów z Café de Paris) poczytywała sobie za afront to, co się zdarzyło i wystawała tu i ówdzie w grupkach, nie przejmując się zupełnie spełnianiem swoich obowiązków, co zresztą przestało być teraz potrzebne.
Ale spośród wszystkich tych osób dwie tylko zasługują na naszą uwagę: panna Eugenia i panna Luiza.
Niedoszła narzeczona odeszła krokiem obrażonej królowej do pokoju; jej towarzyszka była bledsza i bardziej przejęta od niej.
W pokoju Eugenia zaryglowała drzwi, a Luiza osunęła się na krzesło.
— O mój Boże! Mój Boże! Ależ to okropne! — zawołała młoda artystka. — Kto by się tego spodziewał? Pan Andrea Cavalcanti... morderca... zbiegły więzień... galernik!...
Usta Eugenii wykrzywił ironiczny uśmiech.
— Cóż, to mi było przeznaczone — rzekła. — Uciekłam Morcerfowi, a trafiłam na Cavalcantiego!
— O, nie porównujże ich!
— Bądź cicho. Wszyscy mężczyźni są nikczemni. Bardzo się cieszę, że teraz mogę już nie tylko brzydzić się nimi, ale też nimi pogardzać.
— I co zrobimy? — zapytała Luiza.
— Co zrobimy? To samo, co miałyśmy zrobić za trzy dni... Wyjedziemy.
— Nadal tego chcesz, choć już nie musisz wyjść za mąż?...
— Posłuchaj, Luizo: nienawidzę tego światowego życia, w którym wszystko jest uporządkowane, uregulowane i ustalone jak układ nut na pięciolinii. To, o czym marzyłam zawsze, to życie artystki, życie wolne, w którym człowiek zależy tylko od siebie, w którym może liczyć tylko na siebie. Mam tu zostać? A po co? Po to, żeby za miesiąc próbowano mnie znów wydać za mąż? Na przykład za pana Debray’a, była o tym kiedyś mowa. Nie, Luizo, nie. Dzisiejszy wypadek posłuży mi za usprawiedliwienie. Nie starałam się, aby doszło do takiej sceny, sam Bóg mi ją zesłał, niech będą mu dzięki.
— Ależ jesteś silna i odważna! — rzekła z podziwem jasnowłosa, delikatna dziewczyna do swojej czarnowłosej przyjaciółki.
— Ejże, to chyba mnie jeszcze nie znałaś? No, Luizo, pomówmy o innych sprawach. Powóz pocztowy...
— Zarezerwowany trzy dni temu.
— Czyś kazała mu czekać tam, gdzie mamy wsiąść?
— Tak.
— A paszport?
— Oto i on.
Eugenia ze zwykłą sobie pewnością rozłożyła papier i przeczytała:
Pan Leon d’Armilly, lat dwadzieścia, artysta; włosy czarne, oczy czarne; podróżuje z siostrą.
— Doskonale! Skąd wzięłaś ten paszport?
— Gdy prosiłam pana de Monte Christo o listy do dyrekcji teatrów w Rzymie i Neapolu, powiedziałam mu, że się bardzo obawiam podróżować jako kobieta. Zrozumiał to dobrze i zaproponował mi, że wyrobi mi paszport na nazwisko męskie, a dwa dni potem dostałam go do ręki. A to „podróżuje z siostrą” dodałam sama.
— No to mamy już tylko spakować walizki — rzekła wesoło Eugenia — wyjedziemy w dzień podpisania intercyzy, zamiast w dzień ślubu.
— Kochana, zastanów się dobrze.
— Och, zastanowiłam się. Dość się nasłuchałam o przelewach, obrachunkach miesięcznych, hossie, bessie, o pożyczce hiszpańskiej i o akcjach haitańskich. Zamiast tego Luizo, rozumiesz to? — przestrzeń, wolność, śpiew ptaków, równiny Lombardii, kanały weneckie, pałace Rzymu, plaże Neapolu. Ile mamy pieniędzy?
Luiza wyjęła z inkrustowanego sekretarzyka pugilaresik zamykany na kluczyk. Otwarła go i przeliczyła banknoty.
— Dwadzieścia trzy tysiące franków — rzekła.
— I przynajmniej tyle samo w perłach, diamentach i biżuterii — dodała Eugenia. — Jesteśmy bogate. Mając czterdzieści pięć tysięcy franków możemy żyć dwa lata jak księżniczki albo cztery lata — całkiem nieźle. Ale zanim minie pół roku, ty dzięki muzyce, a ja dzięki głosowi, podwoimy ten kapitał. No, ty weź pieniądze, a ja wezmę kosztowności. W ten sposób, gdyby jedna z nas zgubiła swój skarb, druga połowa zawsze zostanie. A teraz walizka, szybko, pakujmy się!
— Czekaj — rzekła Luiza i poszła posłuchać pod drzwiami pokojów pani Danglars.
— Czego się boisz?
— Żeby nas kto nie przyłapał.
— Drzwi są zamknięte.
— A jak nam każą otworzyć?
— Mogą sobie kazać — nie otworzymy.
— Prawdziwa z ciebie amazonka, Eugenio!
I przyjaciółki jęły z nadzwyczajnym pośpiechem upychać w kufrze wszystko, co — jak sądziły — może im się przydać podczas podróży.
— O, a teraz — rzekła Eugenia — pójdę się przebrać, a ty zamknij walizę.
Luiza drobnymi białymi rączkami z całych sił przycisnęła wieko kufra.
— Nie dam rady — stęknęła — jestem za słaba, zamknij ty.
— A, prawda — roześmiała się Eugenia — zapomniałam, że to ja jestem Herkulesem, a ty tylko bladą Omfalą.
I przyciskając kolanem wieko wytężyła białe mocne ręce, aż je docisnęła, a Luiza zatrzasnęła kłódkę.
Ukończywszy tę operację, Eugenia otwarła kluczem komodę i wyjęła z niej watowany płaszcz podróżny z fioletowego jedwabiu.
— Patrz — rzekła — widzisz, że pamiętałam o wszystkim? W tym na pewno nie będzie ci zimno.
— A ty?
— Wiesz dobrze, że mnie nigdy nie jest zimno; zresztą w męskim ubraniu...
— Tu chcesz się przebrać?
— Naturalnie.
— Ale zdążysz?
— O nic się nie martw, tchórzu jeden. Cała służba gada o tej aferze. Zresztą, cóż w tym dziwnego, że się zamknęłam? Każdy myśli, że jestem zrozpaczona.
I z tej samej szuflady, skąd wyjęła płaszcz dla Luizy (Luiza zdążyła go już sobie narzucić na ramiona), wyciągnęła kompletny strój męski. Z szybkością dowodzącą, że nie pierwszy raz przywdziewała dla zabawy męskie ubranie, Eugenia włożyła buty, wciągnęła spodnie, zawiązała halsztuk, zapięła pod szyję kamizelkę i ubrała surdut, który podkreślał jej smukłą kibić.
— O, ślicznie ci w tym — powtarzała Luiza, patrząc z zachwytem — ale gdzie podziejesz te piękne czarne włosy, te cudowne warkocze, których ci zazdrościły wszystkie kobiety? Chyba się nie zmieszczą pod cylindrem.
— Zaraz zobaczysz.
I ujmując w lewą rękę warkocz tak gruby, że z trudem obejmowały go jej palce, w prawą wzięła długie nożyczki, przechyliła się w tył, aby uchronić surdut — zazgrzytały nożyczki i bujne, wspaniałe włosy upadły do stóp dziewczyny. Następnie przycięła sobie włosy na skroniach; nie okazywała przy tym najmniejszego żalu, przeciwnie — pod czarnymi jak heban brwiami tańczyły jej w oczach iskierki radości.
— O! Takie śliczne włosy! — zawołała z żalem Luiza.
— Czyż tak nie jest mi sto razy lepiej? — wykrzyknęła Eugenia przygładzając niesforne, krótkie kędziory. — Nie wydaje ci się, że teraz jestem piękniejsza?
— O, ty jesteś zawsze piękna! A teraz gdzie pojedziemy?
— Do Brukseli — tak najbliżej do granicy. Z Brukseli udamy się do Liège, Akwizgranu, a potem Renem do Strasburga. Przejedziemy przez Szwajcarię i dostaniemy się do Włoch przez Przełęcz Świętego Gotarda. Może być taki plan?
— Ależ tak.
— Na co tak patrzysz?
— Na ciebie. Naprawdę, ślicznie wyglądasz. Ktoś mógłby pomyśleć, że mnie porywasz.
— I miałby rację, do licha!
I dziewczęta, o których wszyscy zapewne myśleli, że pogrążone są we łzach, że jedna płacze nad sobą, a druga współczuje przyjaciółce, parsknęły głośnym śmiechem i zabrały się do porządkowania bałaganu, zwyczajnego w trakcie ucieczki.
Pogasiwszy światło, nadstawiając ucha i wytężając wzrok, otwarły drzwi gotowalni, z której schodki dla służby prowadziły aż na dziedziniec. Eugenia szła pierwsza, trzymając za ucho walizę, Luiza podążała za nią z trudem, trzymając oburącz drugie ucho.
Dziedziniec był pusty. Właśnie wybiła północ.
Odźwierny jeszcze się nie położył. Eugenia podeszła na palcach: zacny szwajcar drzemał w swoim domku, wyciągnięty w fotelu.
Wróciła do Luizy. Podniosły walizę z ziemi i przemknęły się w cieniu rzucanym przez mur aż do bramy.
Eugenia kazała Luizie schować się w kącie przy bramie, tak aby odźwierny, gdyby przypadkiem zechciał się obudzić, zobaczył tylko jedną osobę. Sama stanęła w świetle latarni dziedzińca.
— Otworzyć! — zawołała swoim najpiękniejszym kontraltem, stukając w szybę.
Odźwierny zerwał się, jak to przewidziała Eugenia, i nawet podszedł parę kroków, aby zobaczyć, kto wychodzi, ale widząc młodzieńca, który niecierpliwie smagał sobie spodnie trzcinką, natychmiast otwarł bramę.
Luiza prześliznęła się jak wąż przez uchylone wrota i wyskoczyła na ulicę. Eugenia na pozór spokojna, chociaż serce jej biło dużo mocniej niż zwykle, wyszła za nią.
Przechodził właśnie tragarz; dały mu bagaż, kazały zanieść pod numer 36 na ulicę de la Victoire i same poszły za nim. Obecność mężczyzny podnosiła Luizę na duchu. Sama Eugenia była odważna jak Judyta albo Dalila.
Dotarli pod wyznaczony dom. Eugenia kazała tragarzowi złożyć kufer na ziemi, zapłaciła mu i odprawiła, a potem zastukała w okiennicę.
Było to mieszkanko młodej praczki, wtajemniczonej już wcześniej we wszystko. Nie spała jeszcze i otwarła natychmiast.
— Panienko — odezwała się Eugenia — powiedz odźwiernemu, aby wyciągnął powóz z wozowni i poszedł na pocztę po konie. Dasz mu za fatygę te pięć franków.
— Wiesz co, Eugenio — odezwała się Luiza — jestem dla ciebie pełna podziwu, budzisz we mnie niemal respekt.
Praczka patrzyła zdziwiona — ale miała dostać dwadzieścia ludwików za usługę i nie uczyniła najmniejszej uwagi.
W kwadrans później wrócił odźwierny z pocztylionem i końmi; w mgnieniu oka zaprzężono je do powozu, a odźwierny umocował kufer na dachu za pomocą sznura.
— Oto moje papiery — odezwał się pocztylion. — Którą drogą pojedziemy, mój paniczu?
— Do Fontainebleau — odpowiedziała Eugenia niemal męskim głosem.
— Co ty mówisz? — spytała Luiza.
— To podstęp — odszepnęła Eugenia — bo ta praczka, co nam pomaga za dwadzieścia ludwików, może nas zdradzić za czterdzieści. Na bulwarze pojedziemy w innym kierunku.
I dziewczyna wskoczyła, nie dotykając prawie stopni do powozu, w którym urządzono wygodne posłania.
— Ty zawsze masz rację — rzekła Luiza, siadając obok przyjaciółki.
Kwadrans później pocztylion, zwrócony na właściwą drogę, mijał trzaskając z bicza rogatkę Saint-Martin.
— Uff — odetchnęła Luiza — już jesteśmy za Paryżem!
— O tak, kochaniutka, porwanie się udało.
— No tak; i jeszcze obyło się bez przemocy.
— W razie czego będzie to dla mnie okoliczność łagodząca — odparła Eugenia.
Słowa te zagubiły się w turkocie kół toczących się po bruku la Villette.
Pan Danglars nie miał już córki.
97. Oberża pod Dzwonem i Flaszką
Zostawmy na chwilę pannę Danglars i jej przyjaciółkę na drodze do Brukseli, a powróćmy do nieszczęsnego pana Andrei Cavalcanti, od którego szczęście odwróciło się w szczytowym momencie jego kariery.
Chłopiec ów mimo swojego młodego wieku był wyjątkowo zmyślnym i inteligentnym filutem. Widzieliśmy, jak przy pierwszych słowach Monte Christa zaczął małymi kroczkami wycofywać się w kierunku drzwi; minął dwa pokoje — i zniknął.
Pominęliśmy jednak pewien istotny szczegół, o którym należy wspomnieć: w jednym z pokojów, przez które przechodził, znajdowała się wyprawa jego narzeczonej; leżały tam diamentowe brosze, kaszmirowe szale, koronki z Valenciennes, angielskie woale; słowem wszystko to, co pociąga dziewczęce serca i napełnia je radością.
Otóż Andrea zabrał ze sobą najkosztowniejsze z klejnotów, co dowodzi, że był nie tylko chłopcem zmyślnym i inteligentnym, ale do tego przewidującym.
Zaopatrzony na drogę takim wiatykiem, poczuł się o połowę lżejszy i zręcznie wyskakując przez okno, z łatwością umknął żandarmom.
Rosły, zgrabny niczym starożytny gladiator, muskularny jak Spartanin, biegł przez ponad kwadrans zupełnie na oślep, chcąc oddalić się jak najbardziej od miejsca, w którym groziło mu niebezpieczeństwo.
Biegł z ulicy du Mont-Blanc w stronę rogatek, wyczuwał je złodziejskim instynktem jak koń czuje stajnię; i tak znalazł się u wylotu ulicy Lafayette’a. Tu dopiero przystanął, mocno zadyszany.
Był sam. Na lewo rozciągała się pusta przestrzeń ogrodu Świętego Łazarza, na prawo — otchłań Paryża.
— Jestem zgubiony? — zastanowił się. — Nie, jeśli wykażę się większym sprytem niż moi nieprzyjaciele. Moje ocalenie to kwestia sekund, jak w biegu do mety.
W tej chwili dostrzegł nadjeżdżający od strony przedmieścia Poissonnière jednokonny kabriolet. Woźnica ponuro palił fajkę, zmierzając zapewne w kierunku przedmieścia Saint-Denis, gdzie widocznie zazwyczaj zatrzymywał się na postoju.
— Hej, przyjacielu! — zawołał Benedetto.
— Co tam, paniczu? — zapytał woźnica.
— Wasz koń bardzo zmęczony?
— Zmęczony? Niby po czym? Przez cały boży dzień zrobił tylko cztery marne kursy. Siedem franków zarobku i dwadzieścia sous napiwku, a pryncypałowi muszę oddać dziesięć franków.
— Może chcielibyście do tych siedmiu franków zarobić jeszcze dwadzieścia?
— Z przyjemnością, paniczu, dwadzieścia franków drogą nie chodzi. A co mam zrobić?
— Nic szczególnego. O ile twój koń nie jest zmęczony.
— Ii, poleci jak zefir, tylko niech pan powie, w którą stronę.
— W stronę Louvres.
— A wiem, wiem. To ojczyzna ratafii.
— Właśnie. Chodzi o to, żeby dogonić mojego przyjaciela, z którym mam być jutro na polowaniu w Chapelle-en-Serval. Miał wpół do dwunastej czekać tutaj na mnie w swoim powozie, tymczasem jest już północ. Zniecierpliwił się pewnie i odjechał sam.
— A to możliwe.
— To co, spróbujecie go dogonić?
— Bardzo chętnie.
— Jeśli nie dogonimy go do Bourget, dostaniecie dwadzieścia franków, a jeśli i do Louvres go nie złapiemy, wtedy trzydzieści.
— A jeżeli go dogonimy?
— Czterdzieści! — odparł Andrea po krótkiej chwili wahania, wiedząc jednak, że nic tym nie ryzykuje.
— Zgoda! — rzekł woźnica. — Niech pan siada i w drogę. Prrr...!
Andrea wskoczył do kabrioletu i już po chwili przejeżdżali przez Przedmieście Saint-Martin, minęli rogatki i wjechali w niekończące się uliczki Villette.
Ów niecierpliwy przyjaciel był oczywiście zmyślony — ale co jakiś czas Andrea pytał przechodniów o zielony kabriolet zaprzężony w karogniadego konia, a jako że drogą do Belgii przejeżdża całe mnóstwo kabrioletów i dziewięć na dziesięć jest koloru zielonego, na każdym kroku wskazówki sypały się jak z rękawa.
Co chwilę ktoś mówił, że właśnie przejeżdżał taki powóz i wyprzedza ich o jakieś pięćset, dwieście, a może sto kroków; a gdy go doganiali, okazywało się zawsze, że to nie ten.
W pewnym momencie minął ich jakiś inny powóz. Była to kareta; konie pocztowe unosiły ją w galopie.
— O, gdybym i ja miał taką karetę, i takie dwa rącze konie! I oczywiście paszport, bo bez niego by mi ich nawet nie dali — westchnął głęboko.
Karetą jechały panna Danglars i panna d’Armilly.
— Jedźmy! Jedźmy! — pokrzykiwał Andrea. — Zaraz ich pewnie dogonimy! I jak przy rogatce biedne konisko puściło się tęgim kłusem, tak do Louvres dotarło całe w pianie.
— Widać — rzekł Andrea — że go już nie dogonimy, a wasz koń jeszcze padnie. Lepiej więc będzie, jak się tu zatrzymam. Oto trzydzieści franków, a ja tymczasem prześpię się Pod Czerwonym Koniem i pojadę pierwszym powozem, w którym znajdę wolne miejsce. Dobranoc, dobry człowieku.
I Andrea, wcisnąwszy woźnicy w rękę sześć pięciofrankówek, lekko wyskoczył na drogę.
Woźnica z wesołą miną schował pieniądze do kieszeni i zawrócił na drogę do Paryża. Andrea udał, że idzie do oberży Pod Czerwonym Koniem, zaczekał chwilę przed drzwiami, póki kabriolet nie zniknął mu z oczu, po czym puścił się znowu biegiem i pokonał kolejne dwie mile.
Tu dopiero odpoczął. Musiał być w okolicach Chapelle-en-Serval, dokąd, jak powiedział woźnicy, chciał się udać.
Nie zatrzymał się jednak ze względu na zmęczenie, ale dlatego, że musiał w końcu coś zdecydować i powziąć jakiś plan.
Dyliżansem nie mógł jechać w żadnym wypadku, karetą pocztową tym bardziej. W obu przypadkach musiałby mieć paszport.
Nie mógł również zatrzymać się w departamencie Oise, bo lasów tu brakowało, a w zamian był to jeden z najbardziej strzeżonych przez policję departamentów. Andrea, posiadający sporą praktykę kryminalną, wiedział o tym aż za dobrze.
Usiadł nad rowem, oparł głowę na dłoniach i zamyślił się. Po dziesięciu minutach podniósł głowę. Wiedział już, co ma robić.
Przybrudził jeden bok palta, które zdążył jeszcze porwać z przedpokoju i zakrył dokładnie swój wieczorowy strój, po czym dotarł do Chapelle-en-Serval i zapukał śmiało do drzwi jedynej w tych okolicach oberży.
Otworzył mu oberżysta.
— Przyjacielu — rzekł Andrea. — Jechałem z Mortefontaine do Senlis, gdy mój koń, trudne bydlę, skoczył nagle w bok i wyrzucił mnie z siodła. Jeszcze dziś w nocy muszę koniecznie dostać się do Compiegne, bo moja rodzina będzie bardzo zaniepokojona. Moglibyście wynająć mi jakiegoś konia?
Oberżysta ma zawsze jakiegoś konia, lepszego lub gorszego.
Oberżysta z Chapelle-en-Serval zawołał stajennego i kazał mu osiodłać Siwka. Obudził też swojego siedmioletniego synka. Chłopczyk miał usiąść z tyłu za Andreą i odprowadzić konia z powrotem.
Andrea zapłacił oberżyście dwadzieścia franków, a wyjmując pieniądze z kieszeni, wypadł mu, niby przez przypadek, bilet wizytowy. Bilet ten należał do jednego z przyjaciół Andrei, z którym bywał w Café de Paris; gdy tylko Andrea odjechał, oberżysta podniósł z ziemi bilet i przekonał się, że wynajął konia hrabiemu de Mauléon, zamieszkałemu przy ulicy Saint-Dominique 25. Takie bowiem nazwisko i adres znajdowały się na bilecie.
Siwek nie biegł szybko, ale chód miał równy i pewny. W trzy i pół godziny Andrea przejechał dziewięć mil, które dzieliły go od Compiègne. Gdy zegar na ratuszu wybijał czwartą, wjechali na plac, gdzie zwykle stają dyliżanse.
W Compiègne znajduje się jeden doskonały hotel, o którym trudno zapomnieć, choćby spędziło się w nim tylko jedną noc. Andrea zatrzymał się tam kiedyś w czasie jednej ze swoich wycieczek w okolice Paryża — i teraz przypomniał sobie oberżę Pod Dzwonem i Flaszką. Stanął, rozejrzał się wokół i w blasku latarni dostrzegł szyld. Odprawił chłopaka, dając mu wszystkie drobne, jakie przy sobie znalazł, i udał się prosto do oberży. Uznał, i słusznie, że skoro ma kilka godzin czasu, najlepiej będzie, jeśli się pokrzepi i wypocznie przed trudami dalszej podróży.
Drzwi otworzył służący hotelowy.
— Mój przyjacielu — rzekł Andrea — przyjeżdżam z Saint-Jean-au-Bois, gdzie byłem na obiedzie. Myślałem, że zdążę na dyliżans, który przyjeżdża o północy, ale zabłądziłem jak ten głupi i już od czterech godzin błąkam się po lesie. Daj mi jeden z tych ładnych pokoików od dziedzińca i przyślij mi zaraz kurczaka na zimno i butelkę Bordeaux.
Służący nie podejrzewał niczego. Andrea mówił spokojnie; w ustach miał cygaro, a ręce trzymał w kieszeniach palta. Ubranie miał eleganckie, był gładko ogolony, buty lśniły; wyglądał po prostu na ziemianina, który po nocnej hulance spóźnił się do domu.
Gdy służący przygotowywał pokój, nadeszła gospodyni. Andrea powitał ją swoim czarującym uśmiechem, pytając, czy nie mógłby dostać trójki, bo już raz się tam zatrzymał w czasie ostatniego pobytu w Compiègne. Pech chciał, że trójka była już zajęta przez jakiegoś młodzieńca podróżującego z siostrą.
Andrea zrobił zrozpaczoną minę. Uspokoił się dopiero wtedy, gdy gospodyni zapewniła go, że numer siódmy, który kazała właśnie dla niego przygotować, ma absolutnie takie samo położenie. Grzejąc nogi przy kominku rozprawiał więc o ostatnich gonitwach w Chantilly i czekał, aż pokój będzie gotowy.
Nie bez przyczyny Andrea dopominał się o ładny pokoik od dziedzińca. Dziedzińczyk hotelu Pod Dzwonem otoczony był potrójną galerią, która nadawała mu wygląd sali teatralnej; rosną tu krzewy jaśminu, powoje owijają się wokół kolumn — to jeden z najurokliwszych dziedzińców hotelowych, jakie istnieją.
Kurczak był świeży, wino stare, ogień trzaskający w kominku jasny. Andrea jadł z takim apetytem, jakby nic złego mu się nie przydarzyło. Po kolacji położył się spać i zasnął snem tak głębokim, na jaki stać tylko dwudziestoletniego młodzieńca, nawet jeśli trapią go jakieś wyrzuty sumienia.
Musimy jednak wyznać, że Andrea mógł mieć jakieś wyrzuty — ale nie miał ich wcale. Oto jaki plan obmyślił — i właśnie ten plan w największym stopniu dawał mu poczucie bezpieczeństwa.
Wstanie o świcie, wyjdzie z hotelu po zapłaceniu rachunków; dotrze do lasu i pod pretekstem, że jest malarzem i chce zrobić trochę szkiców, poprosi o gościnę jakiegoś wieśniaka, postara się o strój drwala i siekierę; jednym słowem z lwa salonowego zmieni się w wyrobnika. Wreszcie usmaruje sobie ręce, przyciemni włosy, czesząc się ołowianym grzebieniem, sprawi sobie ogorzałą cerę za pomocą mikstury, na którą receptę dali mu kiedyś kompani — i przemknie się lasami do najbliższego punktu granicy. Nocami będzie wędrował, a za dnia sypiał w lesie albo w opuszczonych kamieniołomach; a do terenów zamieszkałych będzie się zbliżał tylko po to, aby kupić od czasu do czasu chleb. A gdy przejdzie już granicę, sprzeda brylanty; do tego dojdą pieniądze uzyskane z wymiany kilkunastu banknotów, które nosił zawsze ze sobą na wszelki wypadek; wszystko razem da mu jakieś pięćdziesiąt tysięcy liwrów. Suma ta, jak podpowiadał mu jego filozoficzny umysł, wystarczy mu z pewnością na nie najgorsze życie.
Poza tym liczył na to, że państwu Danglars zależeć będzie na uciszeniu rozgłosu. I dlatego Andrea spał spokojnie i głęboko.
Aby obudzić się jak najwcześniej, nie pozamykał okiennic, zaryglował tylko drzwi, a na nocnym stoliku położył spiczasty nóż, którego znakomitą stal znał bardzo dobrze, bo nigdy się z nim nie rozstawał.
O siódmej rano obudził Andreę ciepły i jasny promień słońca, który igrał na jego twarzy.
Kto ma dobrze poukładane w głowie, ten budzi się z taką samą istotną myślą, z jaką zasnął. Andrea nie otworzył jeszcze dobrze oczu, a owa ważna myśl już szeptała mu do ucha, że spał za długo. Wyskoczył z łóżka i podskoczył do okna.
Przez dziedziniec przechodził żandarm. Żandarm jest najbardziej zajmującą istotą na świecie — zauważy go każdy, nawet człowiek o najczystszym sumieniu. A dla kogoś, kto ma niespokojne sumienie, kolor żółty, niebieski i biały, które składają się na mundur żandarma, stają się barwami wyjątkowo złowrogimi.
„Co tu robi żandarm?” — pomyślał Andrea. I natychmiast, z ową chłodną logiką, jaką czytelnik mógł już u niego zauważyć, sam odpowiedział sobie na to pytanie:
— Żandarm w hotelu nie powinien nikogo dziwić, nie ma się co zastanawiać, ale trzeba co prędzej się ubierać.
I młodzieniec ubrał się z szybkością, której nie zapomniał przez kilka miesięcy wygodnego życia w Paryżu i usług lokaja.
— Dobrze — mruknął ubierając się. — Poczekam sobie, aż odjedzie, a potem dam dyla.
To mówiąc, Andrea, już w obuwiu i w halsztuku, zbliżył się do okna i podniósł znowu muślinową firankę.
Pierwszy żandarm wcale nie odszedł; co więcej, przy jedynych schodach, którymi mógł zejść, spostrzegł drugi trójkolorowy mundur, a trzeci żandarm, na koniu, z krótkim karabinkiem w ręku, stał na straży przy bramie na ulicę, jedynej bramie, którą można było się wymknąć. Obecność trzeciego żandarma dawała najbardziej do myślenia, zwłaszcza że wokół niego zebrał się już tłumek gapiów, którzy ostatecznie blokowali przejście.
„Szukają mnie! — pomyślał natychmiast Andrea. — A niech to wszyscy diabli!”.
Twarz mu pobladła; niespokojnie rozejrzał się dokoła. Jedyne wejście do jego pokoju, jak i do wszystkich innych na tym piętrze, prowadziło przez krużganek, widoczny ze wszystkich stron.
„No to po mnie!” — pomyślał w następnym odruchu.
Rzeczywiście, aresztowanie mogło oznaczać dla Andrei tylko jedno: sąd przysięgłych i wyrok śmierci, niechybnej i natychmiastowej. Ścisnął kurczowo głowę dłońmi. W chwili tej o mało nie oszalał ze strachu. Wkrótce jednak wśród chaosu myśli kłębiących mu się w głowie, zajaśniała mu nadzieja. Na zbielałych wargach zaigrał lekki uśmiech, ściągnięte w grymasie strachu policzki wygładziły się. Rozejrzał się wokół i znalazł to, czego szukał, na marmurze sekretarzyka: pióro, atrament i papier. Umoczył pióro w atramencie i powstrzymując drżenie ręki, napisał na pierwszej lepszej kartce tych kilka zdań:
Nie mam czym zapłacić, jednak jako człowiek uczciwy zostawiam w zastaw tę szpilkę — warta jest dziesięć razy więcej niż to, co jestem winien. Proszę mi wybaczyć, że wymknąłem się o świcie, ale zrobiłem to ze wstydu.
Wyjął szpilkę z chustki i położył na papierze. Otwarł drzwi i zostawił uchylone, tak jakby zapomniał je zamknąć, a następnie, mając dużą wprawę w ćwiczeniach fizycznych tego rodzaju, wsunął się do kominka. Zastawił go jeszcze tekturowym ekranem, na którym widniała scena przedstawiająca Achillesa u Deidamii, ślady w popiele zatarł stopami i jął wspinać się przez wąski przewód kominka. Było to w tej chwili jego jedyne zbawienie.
W tejże chwili pierwszy żandarm, którego spostrzegł był Andrea, wchodził już na schody tuż za komisarzem policji; drugi żandarm pozostał na dole, pilnując schodów, trzeci stał wciąż przy bramie, gotów w każdej chwili przybyć z pomocą.
Takim oto okolicznościom Andrea zawdzięczał wizytę, której tak skrzętnie starał się uniknąć: z samego ranka telegraf jął nadawać w różnych kierunkach, nakazując wszczęcie pościgu za mordercą Caderousse’a. Pobudzono w każdej miejscowości władze, które przystąpiły natychmiast do poszukiwań.
W Compiègne — rezydencji królewskiej, mieście polowań, siedzibie garnizonu, aż się mrowi od urzędników, żandarmów i komisarzy policji. Poszukiwania rozpoczęły się więc natychmiast po nadejściu depeszy, a że hotel Pod Dzwonem i Flaszką jest najpierwszym hotelem w mieście, tam oczywiście zajrzano najpierw.
Prócz tego z raportu wartowników strzegących ratusza, który znajduje się w sąsiedztwie oberży Pod Dzwonem i Flaszką, wynikało, iż nocą zjechało do hotelu wielu podróżnych.
Strażnik, który zszedł z warty o godzinie szóstej rano, oświadczył, że gdy rozpoczynał służbę, to jest o czwartej nad ranem, zauważył, jak na białym koniu, z wiejskim chłopcem w siodle, przyjechał jakiś młodzieniec; człowiek ów zsiadł na placu, odprawił chłopca z koniem i zapukał do hotelu Pod Dzwonem, otworzono mu od razu i zatrzasnęły się za nim drzwi. I właśnie ten młodzieniec, przybyły o tak późnej porze, stał się obiektem największych podejrzeń. A był nim oczywiście Andrea.
Opierając się na tych poszlakach, komisarz policji i kapral żandarmerii od razu udali się do pokoju Andrei. Drzwi były uchylone.
— No, no! — rzekł kapral, a był to stary lis, zjadł zęby na służbie w policji. — Drzwi otwarte, to zły znak, wolałbym, żeby były pozamykane na cztery spusty!
Liścik i szpilka, które Andrea zostawił na stole, potwierdziły tylko tę smutną prawdę — lub raczej na nią wskazywały.
Andrea wymknął się.
Mówimy, że wskazywały, bo kapralowi ten jeden dowód nie wystarczał.
Rozejrzał się wokół, zajrzał pod łóżko, odsłonił firanki, pootwierał szafy i wreszcie stanął koło kominka.
Dzięki ostrożności Andrei na popiele nie został ani jeden ślad.
A jednak mogło to być również wyjście z pokoju, a w tak poważnych okolicznościach nie można było niczego zlekceważyć.
Kapral kazał sobie przynieść pęk słomy, włożył do kominka i podpalił.
Cegły kominka zatrzeszczały od żaru, z komina buchnął snop ciemnego dymu i wzniósł się ku niebu jak z wulkanu, a jednak, wbrew oczekiwaniom, zbieg nie spadł na dół.
Andrea bowiem od wczesnej młodości zaprawiony był w walce ze społeczeństwem i jego doświadczenie równało się doświadczeniu żandarma, choć żandarm miał już stopień kaprala. Przewidział to, wymknął się na dach i przycupnął za kominem.
Przez chwilę łudził się, że już jest ocalony, bo usłyszał, jak kapral woła do dwóch żandarmów:
— Nie ma go!
Wychylając się jednak ostrożnie, spostrzegł, że żandarmi zamiast się oddalić, co byłoby chyba rzeczą naturalną po takim stwierdzeniu, przeciwnie — jakby jeszcze bardziej wzmogli czujność.
Rozejrzał się wokół siebie; ratusz, ogromna, szesnastowieczna budowla, wznosił się za nim ponuro na kształt fortecznych murów, a z okien budynku można było z łatwością zajrzeć w każdy zakątek dachu, tak jak z olbrzymiej góry można objąć spojrzeniem całą szerokość doliny.
Andrea domyślił się, że prawdopodobnie w jednym z tych okien dojrzy zaraz głowę kaprala żandarmerii.
Gdyby go spostrzeżono, byłby zgubiony; pościg na dachu nie wróżyłby mu powodzenia.
Postanowił więc zejść z dachu, ale nie tą samą drogą, tylko przez inny komin.
Poszukał wzrokiem komina, z którego nie wychodził dym, podczołgał się do niego i niedostrzeżony przez nikogo zniknął w otworze.
W tej samej chwili w ścianie ratusza otworzyło się małe okienko i pojawiła się w nim głowa kaprala. Na chwilę głowa ta znieruchomiała, przypominając jedną z głów na reliefach zdobiących budynek, po czym westchnęła z niezadowoleniem i znikła.
Kapral, spokojny i godny jak prawo, które reprezentował, przeszedł przez plac, nie odpowiadając na pytania kłębiącego się tam tłumu i wrócił do hotelu.
— I co? — spytali dwaj żandarmi.
— No cóż, chłopcy, najwidoczniej nasz ptaszek rzeczywiście umknął z samego rana. Ale to nic, roześlemy straże na drogę do Villers-Coterets i Noyon, przeszukamy las i na pewno go złapiemy.
Ledwie zacny funkcjonariusz wypowiedział te słowa tonem właściwym dla każdego kaprala żandarmerii, gdy rozległ się przeraźliwy krzyk i gwałtownie rozdzwonił się dzwonek na dziedzińcu.
— Co tam się dzieje? — zawołał kapral.
— Chyba jakiś podróżny bardzo się spieszy. Spod którego numeru dzwonią? — spytał gospodarz służącego.
— Spod trójki.
— To leć tam zaraz!
Nagle znów rozległ się krzyk i brzęk dzwonka. Chłopak skoczył ku schodom.
— Stój! — zatrzymał służącego kapral. — Ten, kto dzwoni, chyba nie potrzebuje pomocy służącego. Trzeba mu raczej żandarma. Kto mieszka pod trójką?
— Jakiś młodzieniec, przybył tu dziś w nocy karetą pocztową ze swoją siostrą i wziął pokój z dwoma łóżkami.
Dźwięk dzwonka rozległ się po raz trzeci, niczym na trwogę.
— Za mną, panie komisarzu! — zawołał kapral. — Pójdziemy razem!
— Chwileczkę, panowie — wtrącił się gospodarz. — Do numeru trzeciego można wejść z dwóch stron, schodami z zewnątrz albo od środka.
— Dobrze. Ja pójdę schodami wewnętrznymi, bo sprawy wewnętrzne to mój resort. Karabiny nabite?
— Nabite, panie kapralu.
— Zostajecie tu i pilnujecie z zewnątrz, jeśli będzie uciekał, strzelać! W rozkazach mówili, że to jakiś wielki zbrodniarz.
Kapral z komisarzem znikli na wewnętrznych schodach. Odprowadziły ich szepty i poruszenie tłumu, który usłyszawszy, co mówił kapral, przekazywał sobie rewelację o poszukiwanym.
Oto co zaszło:
Andrea zręcznie ześliznął się po dwóch trzecich przewodu komina, ale niespodzianie obsunęła mu się noga, i mimo że starał się jakoś chwycić lub oprzeć, zjechał o wiele szybciej i głośniej niż zamierzał. Nic by się nie stało, gdyby pokój był pusty, ale, niestety, ktoś go zajmował.
Hałas obudził dwie kobiety, śpiące w jednym łóżku. Spojrzały w kierunku, skąd dochodził i zobaczyły, jak z otworu komina wyłania się jakiś mężczyzna.
To właśnie jedna z tych kobiet, blondynka, wydała z siebie okropny krzyk, który postawił na nogi cały dom, druga zaś, brunetka, złapała za sznur dzwonka i zaczęła nim z całej siły potrząsać.
Jak widać, Andrea miał pecha.
— Na litość boską! — zawołał blady i półprzytomny, nie widząc nawet, do kogo przemawia. — Na litość boską, nie wołajcie nikogo, ratujcie mnie! Nic złego wam nie zrobię.
— Andrea, morderca! — krzyknęła jedna z kobiet.
— Eugenia! Panna Danglars! — wybełkotał Cavalcanti, zgłupiawszy na dobre.
— Ratunku! Na pomoc! — krzyknęła panna d’Armilly, wyrywając ze znieruchomiałych rąk Eugenii sznurek od dzwonka i szarpiąc nim jeszcze gwałtowniej.
— Ratuj mnie, pani! Ścigają mnie! — rzekł Andrea, składając ręce. — Litości! Łaski! Nie wydawajcie mnie!
— Za późno, już idą na górę — odpowiedziała Eugenia.
— To niech mnie panie gdzieś ukryją. Niech panie powiedzą, że wystraszyły się bez przyczyny; zmylą panie pościg, a ja będę ocalony.
Eugenia i Ludwika przytulały się do siebie, po uszy okryte kołdrą, i pozostawały głuche na błagalny głos Andrei. Przerażenie walczyło w nich z odrazą.
— Dobrze! — rzekła wreszcie Eugenia. — Wracaj, nieszczęsny, tą samą drogą, którą przyszedłeś. Nic nie powiemy.
— Mamy go! Tu jest! — krzyknął głos za drzwiami. — Widzę go!
To kapral przyłożył właśnie oko do dziurki od klucza i ujrzał Andreę stojącego w błagalnej pozie.
Jedno silne uderzenie kolby rozbiło zamek, od następnych dwóch odpadły zawiasy i rygle. Drzwi zwaliły się na środek pokoju.
Andrea rzucił się do drugich drzwi, wychodzących na krużganek, otworzył je i spiął się do skoku na podwórze.
Ale na podwórzu dwóch żandarmów wymierzyło w niego lufy.
Zamarł. Blady, pochylony lekko do tyłu, ściskał kurczowo w dłoni bezużyteczny nóż.
— Niech pan ucieka! — zawołała panna d’Armilly, w której sercu strach ustąpił miejsca litości. — Niech pan ucieka!
— Albo niech się pan zabije! — rzekła Eugenia, przybierając ton i pozę westalki, która zwycięskiemu gladiatorowi daje kciukiem znak, by dobił umierającego przeciwnika.
Andrea drgnął i spojrzał na dziewczynę z pogardliwym uśmiechem. W swojej amoralności nie rozumiał tego okrucieństwa, dyktowanego poczuciem honoru.
— Mam się zabić? — rzekł rzucając nóż. — Niby dlaczego?
— Toć mówił pan — zdumiała się panna Danglars — że skażą pana na śmierć, i że zostanie pan stracony jak najgorszy oprych!
— E — odpowiedział Cavalcanti, krzyżując ramiona. — Ma się tych przyjaciół.
Kapral podszedł do niego z szablą w dłoni.
— No dalej, dalej, nie ma potrzeby robić takich ceregieli, szanowny panie — rzekł Andrea. — Po co tyle szumu, przecież się poddaję.
I wyciągnął ręce, by nałożono mu kajdanki. Obie panny ze zgrozą obserwowały tę ohydną metamorfozę, jaka odbywała się na ich oczach. Oto człowiek światowy zrzucał skórę i przybierał swoje prawdziwe oblicze galernika.
Andrea odwrócił się w ich kierunku i z bezwstydnym uśmiechem rzekł:
— Czy mam może coś przekazać szanownemu papie, panienko Eugenio? Bo, jak się zdaje, właśnie wracam do Paryża.
Eugenia ukryła twarz w dłoniach.
— O, ależ nie ma się czego wstydzić — ciągnął Andrea. — I doprawdy nie mam panience za złe, że najęłaś karetkę i goniłaś za mną. Toć byłem już prawie twoim mężem!
Rzuciwszy tę drwinę, Andrea wyszedł, pozostawiając dwie uciekinierki na pastwę wstydu i komentarzy tłumu. Po godzinie, obie ubrane na powrót w kobiece stroje, wsiadły do powozu i odjechały. I mimo że zamknięto hotelową bramę, by uchronić je przed spojrzeniami ciekawskich, gdy opuszczały hotel, za bramą czatował na młode podróżniczki szpaler szepczących i wytrzeszczających oczy gapiów.
Eugenia zasłoniła okna karety, ale choć nie widziały już nikogo, długo goniły je szydercze śmiechy tłumu.
— Dlaczego świat nie jest pustynią! — zawołała Eugenia, padając w objęcia panny d’Armilly, a oczy jej gorzały niczym oczy Nerona, gdy pragnął, aby cały świat rzymski był głową, którą mógłby zrzucić jednym uderzeniem miecza.
Nazajutrz wysiadły przed Hotelem Flamandzkim w Brukseli.
Andrea już od dwudziestu czterech godzin siedział zamknięty w Conciergerie.