99. Zjawa

Valentine, jak oświadczył prokurator pani Danglars, nadal nie wracała do zdrowia. Wciąż była osłabiona i nie opuszczała łóżka. O zaszłych wypadkach, to jest o tych, które przed chwilą zostały tu opowiedziane, czyli o ucieczce Eugenii i schwytaniu Andrei Cavalcanti, albo raczej Benedetta, i o oskarżeniu go o morderstwo, dowiedziała się od pani de Villefort. Była jednak tak słaba, że opowieść ta nie zrobiła na niej wrażenia, jakie niewątpliwie wywarłaby kiedy indziej. Przemknęło jej przez głowę tylko kilka niewyraźnych myśli, kilka niewyraźnych obrazów zamgliło jej się przed oczyma, ale wkrótce wszystko się zamazało i pogrążyła się z powrotem w swoich majakach.

Za dnia do rzeczywistości przywoływała ją obecność dziadka, bo pan Noitier kazał się zanosić do pokoju wnuczki i siedział przy niej, nie spuszczając z niej troskliwego spojrzenia. Potem jeszcze, wróciwszy z sądu, zaglądał do niej pan de Villefort i spędzał godzinę lub dwie w towarzystwie córki i ojca. O szóstej prokurator odchodził do swojego gabinetu, a o ósmej przychodził pan d’Avrigny, który osobiście przynosił dla Valentine lekarstwo na noc; następnie odwożono pana Noirtier.

Lekarz wybrał pielęgniarkę do pilnowania chorej, która czuwała przy niej mniej więcej do godziny jedenastej i wychodziła, gdy Valentine już spała. Odchodząc, oddawała klucze od pokoju Valentine panu de Villefort, tak że nikt nie mógł już wejść do chorej inaczej niż przez pokoje pani de Villefort i pokoik małego Edwarda.

Każdego ranka Morrel przychodził do Noirtiera dowiedzieć się o stan zdrowia Valentine i co ciekawe, z każdym dniem wydawał się spokojniejszy. Choć dziewczynę wciąż męczyła gwałtowna gorączka i dokuczały jej nerwy, miała się coraz lepiej. Poza tym sam Monte Christo powiedział przecież, że jeśli po dwóch godzinach Valentine nie skonała, na pewno będzie żyć. I rzeczywiście, Valentine wciąż żyła, mimo że upłynęły już cztery dni.

Ten nerwowy stan podniecenia prześladował Valentine przez cały dzień, i trwał nadal, gdy zasypiała, a raczej zapadała w półsen. Dopiero wtedy, wśród nocnej ciszy, w półmroku, bo pokój oświetlała tylko nocna lampka stojąca na kominku, zjawy zaczynały nadlatywać na skrzydłach gorączki i zaludniać pokój chorej.

Zdawało jej się, że widzi złowrogą postać macochy, innym razem stawał przed nią Morrel z wyciągniętymi ramionami; pojawiały się i inne osoby, na przykład hrabia de Monte Christo; w tej gorączkowej malignie zaczynały się poruszać nawet meble. Trwało to zwykle do drugiej lub trzeciej nad ranem, dopiero wtedy zapadała w mocny sen, który krzepił ją do rana.

Kiedy więc Valentine dowiedziała się o ucieczce Eugenii i schwytaniu Benedetta, niebawem zaczęła o tym stopniowo zapominać i wspomnienie to zamazało się już całkiem, gdy wyszli od niej kolejno Villefort, lekarz i gdy odwożono pana Noirtier. Na kościele Saint-Philippe-du-Roule wybiła jedenasta, pielęgniarka położyła tuż przy chorej lek przygotowany przez lekarza, po czym zamknęła drzwi od jej pokoju i udała się do kredensu, gdzie z drżeniem przysłuchiwała się komentarzom, jakimi służba kwitowała wydarzenia w domu i ponurym historiom, jakie sobie opowiadała. Od trzech miesięcy takie historie stanowiły główną rozrywkę w kredensie i przedpokojach pana prokuratora.

A tymczasem w tym tak pilnie strzeżonym pokoju zaszło coś nieoczekiwanego.

Minęło dziesięć minut od chwili, gdy pielęgniarka wyszła. Valentine już od godziny zmagała się z gorączką, która powracała każdej nocy, a mózg chorej wytwarzał bez przerwy, niezależnie od jej woli, monotonnie i nieubłaganie, wciąż te same myśli i obrazy.

Nocna lampka pełgała, a rzucane przez nią blaski przybierały dziwaczne kształty; i nagle Valentine wydało się, że w chybotliwym świetle lampki z wolna otwiera się jej biblioteczka przy kominku; zawiasy, na których obracała się szafa, nawet nie skrzypnęły.

O każdej innej porze Valentine porwałaby za sznur od dzwonka i wezwała pomoc; ale w rozgorączkowaniu, w jakim się znajdowała, nic jej już nie dziwiło. Przekonana była, że wszystkie widziadła, które ją otaczają, wynikają z maligny — bo przecież rankiem po tych nocnych marach nie pozostawał żaden ślad.

W drzwiach stanęła jakaś postać.

Valentine zdążyła się już tak przyzwyczaić do zjaw, które ją nawiedzały, że nie przeraziła się wcale. Otwarła tylko szeroko oczy w nadziei, że będzie to Morrel.

Postać zbliżała się do łóżka — nagle przystanęła i przez chwilę w największym skupieniu nasłuchiwała. Wtedy poblask światła zaigrał na twarzy nocnego gościa.

— To nie on — szepnęła.

Przekonana, że majaczy, czekała, aż ów człowiek zniknie, albo zmieni się w inną osobę, jak to się często zdarza w snach. Dotknęła pulsu, a czując, że bije gwałtownie, przypomniała sobie, że najlepszy sposób na odpędzenie widziadeł to łyk napoju, który lekarz przygotował specjalnie, aby koić nerwy Valentine; lek sprawiał, że gorączka opadała, a zamieszanie w głowie trochę ustawało, przynosząc dziewczynie ulgę. Sięgnęła więc po szklankę stojącą na kryształowym spodku; ale kiedy wyciągała drżącą rękę, zjawa szybko zbliżyła się do łóżka i podeszła tak blisko, że chora poczuła jakby tchnienie i dotknięcie palców.

Tym razem złudzenie albo raczej rzeczywistość przeszła wszelkie oczekiwania Valentine. Zrozumiała, że nie śpi i że jest całkiem przytomna — a wtedy zadrżała.

Zjawa bowiem powstrzymała jej rękę.

Valentine wolno ją wycofała.

Postać, od której nie mogła oderwać wzroku — a wydawała się jej raczej przyjazna niż groźna — postać ta podniosła szklankę, podeszła do lampki i obejrzała napój pod światło, jakby chciała ocenić jego klarowność i przezroczystość. Jednak to pierwsze doświadczenie nie wystarczyło. Człowiek ów, a raczej duch — stąpał bowiem tak lekko, że dywan tłumił zupełnie jego kroki — nabrał płynu na łyżeczkę i połknął.

Valentine patrzyła na to wszystko w osłupieniu. Sądziła, że za chwilę zjawa zniknie, ustępując miejsca innemu obrazowi. Ale człowiek nie rozpłynął się w powietrzu jak duch. Podszedł do łóżka, podał chorej szklankę i rzekł głosem, w którym malowało się wzruszenie:

— A teraz wypij!

Valentine zadrżała. Po raz pierwszy przemówiła do niej jedna z jej nocnych mar. Otwarła usta do krzyku. Człowiek położył palec na ustach.

— Pan hrabia de Monte Christo — wyszeptała.

W jej oczach pojawił się strach, zaczęły jej drżeć ręce, skuliła się pod kołdrą — to wszystko wskazywało, że jeszcze nie może uwierzyć w to, co widzi. Bo przecież obecność pana de Monte Christo u niej w pokoju, o tej porze, jego tajemnicze, fantastyczne, niewytłumaczalne wejście przez mur były czymś zupełnie niepojętym dla oszołomionej Valentine.

— Niech pani nikogo nie woła i nie boi się — odezwał się hrabia. — Niech pani nie dopuszcza nawet do swojego serca najmniejszego cienia wątpliwości lub niepokoju. Człowiek, którego widzi pani przed sobą, nie jest bynajmniej zjawą. A dla pani jest najczulszym ojcem i najlepszym przyjacielem, o jakim kiedykolwiek mogłabyś marzyć.

Valentine nie wiedziała, co odpowiedzieć; tak przelękła się tego głosu, że nie śmiała przemówić. Ale jej przerażone spojrzenie mówiło: „Jeżeli twoje zamiary są uczciwe, dlaczego tu jesteś?”.

Hrabia z właściwą sobie intuicją zrozumiał dobrze, co się dzieje w sercu dziewczyny.

— Posłuchaj albo raczej spójrz na mnie — rzekł — spójrz na moje zaczerwienione oczy i bledszą niż zwykle twarz. Od czterech nocy nie zmrużyłem oka, od czterech nocy czuwam nad tobą, pilnuję i pielęgnuję dla naszego drogiego Maksymiliana.

Chora aż zaczerwieniła się z radości; imię, które wymówił hrabia, rozwiało w jej sercu resztkę nieufności.

— Maksymilian — powtórzyła Valentine, tak cudowny był dla niej dźwięk tego imienia. — Maksymilian! Czyli wszystko panu wyznał?

— Wszystko. Powiedział mi, że bez pani jego życie nic nie jest warte i przyrzekłem mu, że będzie pani żyć.

— Obiecał mu pan, że będę żyć? Zdaje mi się, że przed chwilą mówił pan o czuwaniu i opiece nade mną, jest pan lekarzem?

— Tak, i to najlepszym, jakiego w tej chwili niebo mogłoby pani zesłać, zaręczam.

— I czuwał pan nade mną? — zapytała niespokojnie Valentine. — Ale jak? Nie widziałam pana nigdzie.

Hrabia wskazał ręką na biblioteczkę.

— Ukrywałem się za tymi drzwiami. Prowadzą do domu obok, który wynająłem.

Valentine zawstydziła się, spuściła oczy i trwożnie odpowiedziała:

— To, co pan zrobił, to szaleństwo, a opieka, której mi pan udzielił, jest raczej zniewagą.

— Valentine, przez cały czas tego długiego czuwania jedyną rzeczą, na której skupiała się moja uwaga byli ludzie, jacy u pani bywali, jedzenie, picie i lekarstwa, jakie pani podawano. Kiedy jakieś napoje wydawały mi się dla pani niebezpieczne, wchodziłem, tak jak przed chwilą, wylewałem je ze szklanki, a zamiast śmiertelnej trucizny wlewałem napój o dobroczynnych właściwościach. Krzepił panią i przywracał do życia, które chcą ci odebrać.

— Śmierć! Trucizna! — zawołała Valentine, myśląc, że znowu zaczyna majaczyć w malignie. — Co pan mówi?!

— Uspokój się, moje dziecko — rzekł Monte Christo, podnosząc znowu palec do ust. — Owszem, powiedziałem trucizna, powiedziałem również śmierć, i powtórzę raz jeszcze: tak, chcą ci zadać śmierć. — Wyjął z kieszeni flaszeczkę z czerwonym napojem i nalał trochę do szklanki. — Jak to wypijesz, nie pij już nic więcej tej nocy.

Valentine wyciągnęła rękę, ale ledwie dotknęła szklanki, cofnęła rękę z przerażeniem.

Monte Christo wziął szklankę i wypił płyn do połowy, potem podał Valentine, a ona z uśmiechem wypiła resztę.

— Tak — rzekła. — Poznaję smak tego, co pijałam w nocy. Zawsze mnie to odświeża i uspokaja. Dziękuję panu, dziękuję.

— Oto dzięki czemu przeżyłaś już cztery dni, Valentine — rzekł hrabia — a ja, jak ja żyłem przez ten czas? Okropne godziny! Co za męki przeżywałem, widząc, jak do szklanki wlewano ci morderczą truciznę, gdy drżałem, żebyś nie wypiła tej trucizny, zanim zdążę wylać ją do kominka!

— Mówi pan — odrzekła Valentine śmiertelnie przerażona — że przeżywał pan najgorsze męki, widząc, jak wlewano do mojej szklanki truciznę? To skoro widział pan napój wlewany do szklanki, musiał pan także widzieć osobę, która to robiła?

— Tak.

Valentine podniosła się na łóżku, zakrywając bielszą od śniegu pierś batystowym prześcieradłem, zroszona zimnym potem.

— Widział pan? — powtórzyła.

— Tak.

— To straszne, co pan mówisz, zaraz uwierzę, że dzieje się tu coś szatańskiego. Jak to? Ktoś chce mnie zabić w domu mojego ojca, w moim pokoju, w moim własnym łóżku? Niech pan już wyjdzie, nie mogę w to uwierzyć, bluźnisz pan przeciw dobroci boskiej! To niemożliwe, niemożliwe!

— Czyżbyś, Valentine, byłą pierwszą osobą, którą to spotkało? Nie widziałaś, jak umierali państwo de Saint-Méran i Barrois? A o mały włos umarłby i twój dziadek, gdyby nie kuracja, którą prowadzi od trzech lat, nie uodporniła go na tę truciznę?

— O Boże, czy to dlatego dziadunio od miesiąca zmuszał mnie, żebym razem z nim łykała jego mikstury?

— A czy smakowały gorzko — zawołał Monte Christo — jak podsuszona skórka pomarańczowa?

— Tak, tak!

— Teraz wszystko rozumiem! Czyli on także wie, że jest tu truciciel, a może nawet wie, kim on jest. Uodpornił cię na tę zabójczą substancję, bo kocha cię jak nikogo w świecie, i dlatego nie podziałała za pierwszym razem. Dlatego jeszcze pani żyjesz. A zachodziłem w głowę, jak to możliwe — bo uraczono panią trucizną, która nie daje pardonu.

— Ale kto jest mordercą?

— A nie widziałaś nigdy, jak ktoś przychodzi w nocy do twego pokoju?

— Widziałam. Często zdawało mi się, że jakieś cienie przesuwają się, zbliżają, oddalają, a potem znikają, ale brałam je zawsze za halucynacje spowodowane gorączką. Nawet przed chwilą, gdy przyszedłeś tu pan, długo byłam przekonana, że to moje kolejne urojenia albo sen.

— Ale nie znasz pani osoby, która czyha na twoje życie?

— Nie. Dlaczego ktoś miałby pragnąć mojej śmierci?

— Zaraz się pani o tym dowie — rzekł Monte Christo, nasłuchując.

— Jak to? — spytała Valentine, rozglądając się trwożliwie wokół siebie.

— Ponieważ dzisiaj nie masz gorączki, nie majaczysz, ponieważ dziś nie śpisz, ponieważ oto bije dwunasta, a to godzina morderców.

— Wielki Boże — wyszeptała Valentine, ocierając dłonią pot z czoła.

Istotnie, zegar powoli, żałobnie wybijał godzinę dwunastą, a każde uderzenie spiżowego młoteczka wymierzone był jakby prosto w serce dziewczyny.

— Valentine — ciągnął hrabia — zbierz wszystkie siły, pohamuj bicie serca, nie wydawaj z siebie głosu, udawaj, że śpisz, a wtedy sama zobaczysz.

Valentine chwyciła hrabiego za rękę.

— Chyba słyszę szmer — rzekła. — Niech pan idzie!

— Do zobaczenia — odparł hrabia.

I z uśmiechem tak smutnym i tkliwym, że serce dziewczyny wezbrało wdzięcznością, podszedł na palcach do drzwi biblioteki. Nim jednak drzwi zamknęły się za nim, odwrócił się i rzekł:

— Pamiętaj, ani jednego słowa, żadnego gestu; niech myśli, że śpisz, bo inaczej mogłabyś zginąć, zanim zdążyłbym przyjść ci z pomocą.

I po tym straszliwym ostrzeżeniu hrabia zniknął za drzwiami, które zamknęły się za nim bezszelestnie.