SCENA TRZYNASTA
MAŁGORZATA — ARMAND.
ARMAND
Przypadając do stóp Małgorzaty i klękając.
Małgorzato!
MAŁGORZATA
Czego pan żąda?
ARMAND
Żebyś mi przebaczyła...
MAŁGORZATA
Nie zasługujesz na to! Gest Armanda. Rozumiem, że możesz być zazdrosny i napisać do mnie list podrażniony, ale nie ironiczny i niegrzeczny... Zrobiłeś mi wielką przykrość i wiele złego.
ARMAND
A ty, Małgorzato, mnie?
MAŁGORZATA
Jeżeli ci zrobiłam, to mimo woli.
ARMAND
Kiedy ujrzałem hrabiego i powiedziałem sobie, że to dla niego mnie wyprawiłaś, byłem już oszalały, straciłem głowę, napisałem do ciebie... Ale kiedy ty, zamiast się usprawiedliwić, powiedziałaś Annie, że dobrze, zapytałem sam siebie, co się ze mną stanie, jeśli cię już nie ujrzę. Nagle zrobiła się koło mnie pustka... Nie zapominaj, Małgorzato, że, choć cię znam ledwie od kilku dni, kocham cię od dwóch lat!
MAŁGORZATA
A więc, mój drogi, to było bardzo roztropne postanowienie...
ARMAND
Jakie?
MAŁGORZATA
Wyjechać. Czyż nie tak mi napisałeś?
ARMAND
Czyżbym mógł?...
MAŁGORZATA
A jednak trzeba...
ARMAND
Trzeba?
MAŁGORZATA
Tak, nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie. Moje położenie każe mi rozstać się z tobą, a wszystko mi broni tej miłości...
ARMAND
Kochałaś mnie zatem trochę, Małgorzato?
MAŁGORZATA
Kochałam.
ARMAND
A teraz?
MAŁGORZATA
Teraz zastanowiłam się, że to, co sobie roiłam, jest niemożliwe!
ARMAND
Gdybyś mnie kochała, nie byłabyś przyjęła hrabiego zwłaszcza dziś wieczór.
MAŁGORZATA
Toteż lepiej, abyśmy dali temu pokój... Jestem ładna, podobałam ci się, jestem dobra dziewczyna, ty jesteś chłopiec rozgarnięty, trzeba było wziąć ze mnie to co dobre, zostawić to co złe i nie zajmować się resztą.
ARMAND
Nie tak mówiłaś do mnie niedawno, Małgorzato, kiedy obiecywałaś mi kilka miesięcy z tobą, z dala od Paryża, z dala od świata, i to właśnie że runąłem z tej nadziei w rzeczywistość, sprawiło mi taki ból.
MAŁGORZATA
Z melancholią.
To prawda... Powiedziałam sobie: trochę spoczynku dobrze by mi zrobiło... On troszczy się o moje zdrowie, gdyby tak można spędzić z nim lato, gdzieś w jakimś lesie, byłoby to parę dobrych chwil w tym smutnym życiu. Po trzech, czterech miesiącach wrócilibyśmy do Paryża, uścisnęlibyśmy sobie serdecznie ręce i sklecilibyśmy przyjaźń z resztek naszej miłości... To byłoby jeszcze wiele, bo miłość, jaką ktoś może czuć dla mnie, choćby najgwałtowniejsza, nie zawsze starczy potem na trochę przyjaźni... Nie chciałeś! Twoje serce to strasznie wielki pan, nic nie chce przyjąć! Nie mówmy już o tym... Przychodzisz tu od czterech dni, byłeś u mnie na kolacji, przyślij mi jakiś klejnot z twoim biletem wizytowym i będziemy skwitowani...
ARMAND
Małgorzato, jesteś szalona! Ja cię kocham! To nie znaczy, że jesteś ładna i że mi się będziesz podobała przez kilka miesięcy... Ty jesteś całą mą nadzieją, moją myślą, moim życiem! Kocham cię po prostu... Cóż mam powiedzieć więcej?...
MAŁGORZATA
Zatem masz słuszność... lepiej żebyśmy zaraz się rozstali!
ARMAND
Naturalnie, bo ty mnie nie kochasz!
MAŁGORZATA
Bo... Ty nie wiesz, co mówisz!
ARMAND
Więc czemu?
MAŁGORZATA
Czemu? Chcesz wiedzieć? Bo są godziny, w których ten rozpoczęty sen snuję do końca... bo są dni, w których jestem zmęczona życiem, jakie wiodę, i roję sobie inne... bo w naszej burzliwej egzystencji, nasza wyobraźnia, nasza próżność, nasze zmysły żyją, ale nasze serce wzbiera i, nie mogąc znaleźć upustu... dławi nas... Wyglądamy na szczęśliwe... zazdroszczą nam... W istocie, mamy kochanków, którzy się rujnują, nie tyle dla nas, jak to powiadają, ile dla swej próżności... Jesteśmy pierwsze w ich miłości własnej, ostatnie w ich szacunku... Mamy przyjaciół, przyjaciółki jak Prudencja, których przyjaźń bywa czasem służalcza, nigdy bezinteresowna... Mało je to obchodzi, co robimy, byleby je widziano w naszych lożach, byleby mogły się rozpierać w naszych powozach. Tak więc, dokoła nas sama ruina, wstyd i kłamstwo! Marzyłam tedy chwilami... nie śmiejąc tego wyznać nikomu... o tym, aby spotkać człowieka dość górnie myślącego, aby mnie nie pytał o nic i aby chciał być kochankiem mego kaprysu! Tego człowieka znalazłem w księciu, ale starość nie daje pociechy, ani oparcia... Dusza moja potrzebuje czego innego... Wówczas spotkałam ciebie, młodego, zapalonego, szczęśliwego... Łzy, które wylałeś dla mnie, twoja troska o moje zdrowie, twoje tajemnicze wizyty w czasie mej choroby, twoja szczerość, twój zapał, wszystko pozwalało mi widzieć w tobie tego, którego wzywałam w głębi mej gwarnej samotności... W jednej minucie, jak szalona, zbudowałam całą przyszłość na twojej miłości, marzyłam o wsi, o niewinności... przypomniałam sobie moje dziecięctwo... zawsze człowiek ma jakieś dziecięctwo, co bądź by się z nim potem stało — to marzenie było niepodobieństwem, jedno twoje słowo dowiodło mi tego... Chciałeś wiedzieć wszystko, wiesz wszystko!
ARMAND
I ty sądzisz, że po tych słowach cię opuszczę?... Kiedy szczęście puka do nas, mielibyśmy przed nim uciekać? Nie, Małgorzato! Nie! Marzenie twoje ziści się, przysięgam! Nie mędrkujmy, jesteśmy młodzi, kochamy się, idźmy za naszą miłością!
MAŁGORZATA
Nie zwódź mnie, Armandzie! Pomyśl, że gwałtowne wzruszenie może mnie zabić! Pamiętaj, kim jestem i czym jestem!
ARMAND
Jesteś aniołem i kocham cię!
ANNA
Puka do drzwi.
Proszę pani...
MAŁGORZATA
Co tam?
ANNA
Przyniesiono list.
MAŁGORZATA
Śmiejąc się.
Co za noc! Same listy!... Od kogo?
ANNA
Od pana hrabiego.
MAŁGORZATA
Czy ma być odpowiedź?
ANNA
Tak, proszę pani.
MAŁGORZATA
Rzucając się na szyję Armanda.
Więc powiedz, że nie ma żadnej!