SCENA X

Justysia, Alfred.

ALFRED

w oknie

A któż by też inny,

Tak odważny i tak czynny?

JUSTYSIA

Takem55 się zlękła, że ledwie co żyję;

Jak serce bije!

ALFRED

kładąc rękę

Czy doprawdy bije?

JUSTYSIA

Dotąd jeszcze przyjść do siebie nie mogę.

Jak można komu taką sprawić trwogę?

ALFRED

Przepraszam cię, przepraszam.

JUSTYSIA

Tak! Rzecz niesłychana.

To okno — to drzwi dla pana.

ALFRED

Prawda, wygodne.

JUSTYSIA

O, wiem że nie trudzi

Przez okno łazić, ale straszyć ludzi...

ALFRED

klękając żartem

Przepraszam cię, królowo!

JUSTYSIA

tym samym tonem

Przebaczam.

ALFRED

Więc siadam.

JUSTYSIA

stając przed siedzącym na kanapie

Co ja się panu zawsze nie nagadam,

Po co tu przychodzić,

Mnie i panią zwodzić?

ALFRED

biorąc ją za rękę

Brawo, Justysiu, morały!

JUSTYSIA

Zdałyby się panu, zdały.

ALFRED

Tak sądzisz?

JUSTYSIA

Zapewne, bo...

ALFRED

sadzając koło siebie

Tylko gadaj z bliska,

Z daleka nic nie słyszę.

JUSTYSIA

Niechże pan nie ściska.

ALFRED

Inaczej być nie może — chcąc pojąć morały,

Trzeba, aby do serca bliski przechód56 miały.

JUSTYSIA

Pan wielki filut57!

ALFRED

Początek wspaniały.

JUSTYSIA

Bo czy też może na świecie uchodzić,

Żeby tak brzydko moją panią zwodzić?

ALFRED

A któż ją zwodzi?

JUSTYSIA

Piękne zapytanie!

Wszakże jej pan przysięgasz do śmierci kochanie;

I dziś słyszałam, stojąc pode drzwiami,

Jak ją pan łudzisz pięknymi słówkami:

udając Alfreda

„Chciałbym zapomnieć daremnie;

Miłość ze życiem spletła58 się już we mnie,

Ich węzła nieba nie wzruszą,

Trwać i ginąć razem muszą”.

ALFRED

śmiejąc się

No, i cóż dalej?

JUSTYSIA

Alboż jeszcze mało?

ALFRED

Cóż tak dziwnego w tym ci się wydało?

Mówię, że kocham, ona zostaje w tej wierze,

Bo też ja ją kocham szczerze.

JUSTYSIA

Hm, czy tak? A mnież?

ALFRED

Za tobą szaleję!

JUSTYSIA

Lecz moja pani inną ma nadzieję;

Jedynie kochając pana,

Chce tylko sama jedna być kochana.

ALFRED

Sama jedna? Co o tym, to nie było mowy,

Tegom nie przyrzekł, to artykuł nowy.

Ale słuchaj, Justysiu, rok już blisko mija,

Rok, jak kocham Elwirę i ona mi sprzyja,

Rok, Justysiu, to nie doba!

Cóż więc dziwnego, że mi się podoba

Twarzyczka luba, dowcipne wejrzenie,

Co raz zgon wróży, raz ciska płomienie,

Uśmiech, co z marsem59 pomieszać się lubi,

Uśmiech zdradziecki, co każdego zgubi,

Usteczka małe, całuskom stworzone60,

Objęcie pieszczone,

Przyjemność boska, boska postać cała;

Słowem, że się Justysia sercu podobała.

JUSTYSIA

Słówek nie braknie i choć im nie wierzę,

Nie wiem, dlaczego dotąd kocham szczerze,

Lecz gdy pan nad rok już nie kochasz więcej,

To mnie tylko zostaje pono sześć miesięcy?

ALFRED

Nie, ciebie kochać będę nad wszelkie kochanie,

Póki będę mógł kochać, póki życia stanie61,

Przysięgam!...

JUSTYSIA

Hola! stój pan, nie przysięgaj, proszę!

Gdzie przysiąg trzeba, tam nikną rozkosze.

ALFRED

W jakimże dzisiaj Justysia humorze?

Łajesz mnie ciągle, ja słucham w pokorze.

JUSTYSIA

Jeszcze raz tylko połaję.

ALFRED

Jeszcze raz jeden — przystaję,

Ale potem...

JUSTYSIA

Na co też pisać listów tyle?

Mogą nas wydać, przykre sprawić chwile.

Dawniej je pani przy sobie nosiła,

Lecz teraz taka plika62 się zrobiła,

Że trudno unieść; więc je wszędzie kładzie,

Pełno ich w łóżku i w każdej szufladzie...

Ja umiem po francusku.

ALFRED

A wiem, doskonale.

JUSTYSIA

Wzięłam więc kilka.

ALFRED

Niepotrzebnie wcale.

JUSTYSIA

Zda63 się wiedzieć o wszystkim, więcem64 je czytała.

Jakież to nudne! Nigdy bym nie chciała,

Żeby kto do mnie pisywał podobnie.

Nie jestże bardziej sposobnie65,

Gdy sam przyjdzie i zabawi,

I lepiej wszystko wystawi?

ALFRED

Justysia ma rozsądek i woli rozprawiać,

Jak się listkami zabawiać;

Lecz twoja pani inne ma żądania

I do tych moja powolność66 się skłania.

JUSTYSIA

Ależ listy mogą zdradzić

I panią, mnie i pana w nieszczęście wprowadzić.

ALFRED

Nie mnie, bo ja ich nie piszę.

JUSTYSIA

Któż taki? Nie pan? Co słyszę!

ALFRED

Gdzież byłbym w stanie pisać te arkusze?

Ale gdy co dzień jeden list dać muszę,

Siedzi tam przy mnie jakiś Francuz stary,

Co gada dużo i pisze bez miary;

Jemu więc czasem dyktuję,

Czasem beze mnie przepisuje,

Czasem co doda, ja potem poprawię,

I tak co doba jeden list wystawię.

JUSTYSIA

Lecz i takie wydać mogą.

ALFRED

Nie wymieniam tam nikogo

I pismo nie moje,

Więc się niczego nie boję.

JUSTYSIA

Wież67 to pani?

ALFRED

Broń Boże!

JUSTYSIA

I to się tak godzi?

I to niby pan nie zwodzi?

ALFRED

A, już gderania dziś przebierasz miarę,

Więc pocałuj mnie za karę.

Justysia się odsuwa

Co, nie chcesz? Więc ja ciebie za wszystkie urazy

Pocałuję cztery razy.

JUSTYSIA

Nic z tego.

Ucieka.

ALFRED

Bliżej!

JUSTYSIA

Dalej!

ALFRED

Zmuszę.

JUSTYSIA

Wzbronię.

Ucieka, zasłaniając się krzesłami

ALFRED

Proszę.

JUSTYSIA

Nie.

ALFRED

Nie?

JUSTYSIA

Nie.

ALFRED

Ale jak dogonię!...

Alfred goni za Justysią pomiędzy krzesła; zasłona spada.