III
Służąc chwalebnie i wytrwale,
Długami ojciec jego żył;
Co roku dawać zwykł trzy bale,
Aż go fortuna pchnęła w tył.
O Eugeniusza dbały losy:
Madame43 trefiła dziecka włosy,
Później Monsieur44, z chłopięcia rad,
Był stróżem jego młodych lat.
Monsieur l’Abbé45 chłopczyka uczył,
Trud obracając w miły żart,
Nie dał mu czerpać z suchych kart
I morałami nie dokuczył.
Na figle — lekkie groźby miał
I do ogrodu z sobą brał.
IV
A gdy w młodzieńczej burzy porę
Uciekły sny naiwne wstecz,
W czasie, gdy serce mocniej gore,
Monsieur wygnano z domu precz.
Oniegin pojął dar swobody,
Zaraz się ostrzygł według mody,
Jak dandy46 błysnął krojem szat
I po raz pierwszy wstąpił w świat.
Językiem Gallów mówił zręcznie
I łatwo listy pisał... Ba!
W mazurze robił lekkie pas47,
Umiał się kłaniać nader wdzięcznie.
Czyż więcej trzeba?... Orzekł świat:
«Jest miły, mądry» — i był rad.
V
My wszyscy uczym się po trosze.
I to i owo pomnim48 z klas,
Więc wykształceniem — bardzo proszę! —
Potrafi błysnąć każdy z nas.
Oniegin — pedant (tak surowy
Rzekł areopag49 salonowy),
Prym uczonością swoją brał.
Jednak szczęśliwy talent miał:
Umiał w dyspucie, pijąc wino,
Trącić splątanych kwestii sznur,
A gdy poważny zawrzał spór,
Milczeć z uczoną znawcy miną,
Lub dam przychylny zyskać sąd
Przez niespodzianych żartów prąd.
VI
Klasycyzm zwietrzał dziś bezsprzecznie,
Więc zadowolić może wieść,
Że znał łacinę dostatecznie,
By epigrafów50 badać treść,
Wspomnieć Tacyty51, Juwenale52,
Na końcu listu dodać: Vale53,
Pamiętał (lecz cóż wiecznie trwa?)
Z Enejdy54... błędnie wiersz lub dwa!
Dziwacznej nie czuł on ochoty
Z dziejowych ksiąg, z papieru brył,
Chronologiczny strząsać pył,
Lecz dni zamierzchłych anegdoty
Od Romulusa55 po dziś dzień
Znał — i odtwarzał w kilka mgnień!
VII
Śmiejąc się z wieszczów, co ofiarą
Rymów czczą Muzę w noc, bez lamp,
Nie mógł odróżnić żadną miarą,
Co to jest trochej, a co jamb56,
Ganił Homera, Teokryta57,
Lecz czytać zwykł Adama Smitha58,
O ekonomii powziął sąd;
Więc rozumować umiał stąd,
Jak się wzbogacać państwo zdolne,
Jak ubożeje, albo jak
Szkód mu nie zrządzi złota brak,
Jeżeli ma produkty rolne,
Ojciec go pojąć nie mógł i...
Oddawał w zastaw wieś po wsi.
VIII
Wszystko, co umiał mój Eugeniusz,
Opisać — byłby zbytni trud;
Lecz w czym okazał istny geniusz,
Co z wszystkich nauk poznał wprzód,
Co z młodu badał, co mu było
Rozkoszą, pracą, męką miłą,
Co zapełniało, niby w śnie,
Leniwo-tęskne jego dnie —
Ach, to nauka słodkich szałów,
Którą mistrz Nazon59 w pieśni wplótł,
Za co promienny życia wschód,
Opłacił kresem śród opałów,
Witając w stepach smutny skon,
Z dala od miłych włoskich stron.
IX60
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
X
Jak wcześnie umiał serca łudzić,
Zazdrościć, ogień w duszę tchnąć,
Zabijać wiarę albo budzić,
Zdawać się chmurnym, z żalu schnąć,
Udać pokorę lub namiętność,
Uwagę, dumę, obojętność...
Czasem wymowy lawą wrzał,
Czasem milcząco smutny stał.
W serdecznych listach był niedbały:
O jednym marząc, myśląc, śniąc,
Umiał się wyzbyć innych żądz.
Wzrok, to wstydliwy, to zuchwały,
Umiał wybuchnąć szału skrą
Albo posłuszną błysnąć łzą!
XI
Gra uczuć zmienna czarowała;
Damy porywał ducha hart,
Gotowa rozpacz przerażała,
Dziewice bawił śmiały żart;
On serc zgadywał żywsze prądy
I młodocianych lat przesądy
Subtelnie niszczył; jak przez czar,
Wydzierał pierwszych wyznań dar;
I mimowolne rąk pieszczoty
Zdobywać umiał; mocą swą
Do rendez-vous mógł skusić «Ją»,
W sadzie, gdy miesiąc61 świeci złoty,
A kiedy przyszła, z szczęścia drżąc,
Morały prawił jej, jak ksiądz.
XII
Kokietki umiał on wytrawne
Zwodzić przez pochlebstw swoich szych62,
Znajdował zawsze środki wprawne,
By konkurentów zgnębić swych.
Jakież im sieci stawiał skrycie!
Jak o nich mówił jadowicie!
A jednak mężów szczęsny ród
Śpiewał mu chwałę jakby z nut.
Ręce mu ściskał mąż sceptyczny,
Faublasa63 nieodrodny brat,
Starzec, co wszystkie zęby zjadł,
I rogonośca pompatyczny,
Który nie dojrzy żadnych plam
W żonie, w obiedzie, w sobie sam!
XIII, XIV
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
XV
Jeszcze jest w łóżku... List po liście
Niesie mu lokaj... Pismo pań...
Co, zaproszenie? Oczywiście...
W trzech domach wieczór... Liczą nań...
Tam raut, tam bal, tam uczta dzieci...
Kędyż swawolnik mój poleci?
Po cóż wybierać? Czasu dość.
Wszędzie się zjawi miły gość.
Tymczasem ranny strój dać każe;
Kładzie szeroki boliwar64,
Amerykańskiej mody dar,
I chodzi długo po bulwarze,
Póki mu breget65 z piątą wraz
Nie dzwoni na obiadu czas.
XVI
Do sani siada. Zmierzch już dobry...
«Jazda!» — zakrzyknie. Konie mkną...
Jego kołnierza świetne bobry
Mroźnego pyłu srebrem lśnią.
Do «Talon»66 droga niedaleka,
A tam Kaweryn67 już nań czeka.
Wszedł — wnet się rozległ korków huk,
Prysną szampańskich krople strug.
Już stoi przed nim roast beef68 krwawy
I trufle — zbytek młodych lat,
Francuskiej kuchni cenny kwiat;
Strasburski pasztet wiecznej sławy,
Ananas złoty pośród grusz
I ser limburski pachnie tuż.
XVII
Jeszcze przy winie rad gawędzić
(Kotlet był nader tłusty snadź69),
Lecz do teatru musi pędzić,
Gdzie nowy balet mają dać.
Surowy sceny prawodawca,
Aktorek krasy wielki znawca,
Niestały druh baletu diw70,
Zakulisowych badacz niw,
Oniegin znalazł się w teatrze,
Gdzie byle krytyk — chytry lis —
Za entrechat71 wyć gotów: «bis!»,
A sykać Fedrze, Kleopatrze,
Moinę72 wołać, sprawiać szum,
Aby go tylko słyszał tłum.
XVIII
Czarowny kraj! Tam niegdyś wolny
Fonwizin73 wzniósł satyry miecz;
Tam Kniaźnin74, naśladowca zdolny,
Niejedną cenną dał nam rzecz;
Ozierow75 tam zachwytów słowo
Z młodziutką dzielił Siemionową76,
Od tłumów zbierał brawa, łzy;
Katienin77 tam, w północne mgły,
Z Zachodu przyniósł blask Kornela78;
Szachowski79 wniósł tam dowcip swój
I swych komedii gwarny rój;
Tam Didlot80 myśl swą w tańce wciela;
Tam, tam kulisów chłodził cień
Młodości mej gorący dzień.
XIX
Boginie moje! Czy słyszycie
Ten tęskny liry mojej dźwięk?
Czy ruch gwiazd nowych po orbicie
Zastąpić zdoła dawnych wdzięk?
Jam zawsze patrzeć na was skory,
Lecz czy rosyjskiej Terpsychory81
Zobaczę pełny ducha lot?
Lub zrozpaczonych oczu grot
Zmierzy ku obcej, nudnej scenie,
Przez szkło lornety przejdzie wzdłuż
Tych obojętnych rzędów lóż...
I pierś podniesie mi westchnienie?...
Ziewając wśród wesołych scen,
Będę wspominał pierzchły sen!
XX
Już teatr pełny; błyszczą loże,
Wre parter; hałas z górnych sfer:
Paradyz82 czekać już nie może...
Wreszcie kurtyny słychać szmer.
Patrz, Istomina83, jak królewna
Albo bogini lśniąca, wiewna.
Na czele nimf, z szelestem szarf,
Posłuszna dźwiękom skrzypiec, arf,
Śród scenicznego dąży pola;
Stąpa... nie tyka ziemi krok...
Unosi nóżkę... jeden skok!
Jak puch ulata z ust Eola84,
Kibić się wije, niby wąż,
I nóżka nóżkę bije wciąż...
XXI
Oklaski grzmią... Oniegin wchodzi,
Po nogach stąpa widzom... Siadł.
Po lożach krzywym okiem wodzi,
Obcym mu zdał się damski świat.
Obejrzał wszystkich piętr krawędzie,
W szatach i twarzach znalazł wszędzie
Błąd jakiś lub fałszywy ton;
Mężczyznom oddał z wszystkich stron
Ukłony; potem ledwie raczył
Na scenę spojrzeć; już ma dość;
Ziewając, myśli: «Bierze złość,
Że tego nikt nie przeinaczył...
Balet już na mnie nudą tchnie,
Ba, i Didlot już znudził mnie».
XXII
Chóry aniołów, czartów, cieni
Jeszcze na scenie w pląsach mkną;
Jeszcze lokaje umęczeni
Przy futrach u podjazdów śpią;
Jeszcze w teatrze wrzask nie ścicha,
Tłum klaszcze, syka, kaszle, kicha;
Jeszcze i w gmachu, i u drzwi
Szereg latarni jasno lśni;
Znudzone i zziębnięte konie
Przy dyszlach niecierpliwie drżą;
Stangreci panów swoich klną,
Bijąc w skostniałe swoje dłonie —
A już Oniegin jest u wrót;
Przebrać się każe kaprys mód.
XXIII
Trudno wam obraz dać dokładny,
Tej dziwnej szatni oddać świat,
Gdzie wychowanek mód przykładny
Zajął się zmianą swoich szat.
Wszystko, czym Londyn pedantyczny
Spieszy nakarmić kaprys liczny
I przez bałtyckiej fali grzbiet
Za las i sadło zwozi wnet;
Wszystko, co smak Paryża głodny
(Praktyczne zyski ciągnąc stąd),
Znalazł, by zabaw wzmagać prąd,
By zadowalać zbytek modny —
Wszystko to, młody ceniąc szał,
Ów młody mędrzec tutaj miał...
XXIV
Bursztyn na fajkach Carogrodu;
Tu porcelana, ówdzie brąz,
W krysztale rżniętym z róż ogrodu
Wonnych ekstraktów fiolet, pąs;
Grzebyczki i pilniki różne,
Nożyczki krzywe i podłużne;
I dla paznokci, i dla ust
Kilka dziesiątków szczotek... Gust
Kazał tak... Tu zauważę:
Drwi Rousseau85, że poważny Grimm86,
Kiedy rozmawiał ongi z nim,
Paznokcie czyścił w dysput żarze!
Obrońca praw — zapewniam was —
Nie miał słuszności na ten raz.
XXV
Boć można dzielnym być człowiekiem
I o paznokci piękność dbać:
Po co wojować próżno z wiekiem?
Obyczaj jest tyranem snadź.
Eugeniusz mój, Kaweryn wtóry,
W stroju pedantem był z natury,
Przytyków świata nie mógł znieść —
Wolał, że «frantem»87 zwie go wieść.
Przez trzy godziny się przebiera,
Między lustrami spędza czas...
Lecz kiedy wyszedł, każdy wraz
Rzekłby: to wietrzna88 jest Wenera89,
Kiedy włożywszy lekki strój,
W maskaradowy spieszy bój!
XXVI
Tu, skoro Muza moja splata
Na cześć toalet — rymów rój,
Dla uczonego rad bym świata
Opisać ściśle jego strój!
Ten temat byłby smacznym kąskiem
(Opis jest moim obowiązkiem),
Lecz «pantalony» albo «frak» —
Po rusku takich słówek brak!
A i tak, nie śmiem się zapierać
(Spostrzegam to od kilku chwil),
Że mój ubogi mógłby styl
Tych barbaryzmów mniej zawierać;
Toć90 jam, gdym ongi «mores» znał,
Akademicki słownik brał!
XXVII
Zresztą i Muza stawia veto,
Daje mi nowy temat: bal.
Oniegin jedzie tam karetą,
Zdyszane konie pędzą w dal.
W ulicy sennej leżą śniegi,
Ściemniałych domów śpią szeregi.
Tam się wyciągnął karet rząd,
Z podwójnych latarń światła prąd
Na śnieg tęczowym blaskiem pada.
Oto wspaniały lśni się gmach,
Mnóstwo kagańców błyszczy w mgłach,
Na szybach cieniów drży gromada.
Profile główek snują tam:
Figury modnych panów, dam...
XXVIII
Eugeniusz mknie przed gmach pochopnie...
Wysiadł... szwajcara91 minął już,
Na marmurowe wbiega stopnie,
Po włosach dłonią gładzi wzdłuż...
Wchodzi... Tłum w sali pląsa szybki,
Ledwie nadążyć mogą skrzypki...
Ognisty mazur długo trwa...
Gwar i ciasnota... Gości ćma...
Kawalerzysty ostróg brzęki
I trenów szelest... Nóżki pań...
Za nimi biegną, niby dań92,
Spojrzenia pełne ognia, męki...
I głuszy skrzypiec ostry ton
Zazdrosne szepty młodych żon.
XXIX
W wesołe dni mych młodych wierzeń,
Jakże mnie bawił każdy bal!
Wyborne miejsce to dla zwierzeń:
Tam wręczasz listy śród tych sal!
O wy, szanowni, cni mężowie,
Proszę przysłuchać się mej mowie:
Tutaj usłużność moją znać;
Ja wam przestrogę chciałbym dać!
I wy, o mamy, śpiące może,
Śledźcie swych córek każdy krok,
Wspomóżcie binoklami wzrok —
Ach, bo inaczej... O, broń Boże!
Ja to dlatego piszę wam,
Że dawno już nie grzeszę sam!
XXX
Ach, na zabawy, na widziadła,
Jam dużo życia stracił już,
Gdyby moralność nie upadła,
Nie wyrzekłbym się świata burz!
Lubię ja młodość, szał i tłumy,
Wymyślne stroje, blaski, szumy,
Damy w koronkach, w tiulu mgłach,
Lubię ich nóżki — tylko, ach!
Czyliż się znajdą w Rosji całej
Trzy pary zgrabnych damskich nóg?
Długom pamiętać jeno mógł
Dwie nóżki!... Smutny i zbolały,
Ja wciąż je pomnę... nawet w śnie
One to dręczą serce me.
XXXI
Próżnom zapomnieć chciał je nieraz!
Szaleńca nie uleczył czas!
Ach, nóżki, nóżki, gdzie wy teraz,
Jaka dziś ziemia pieści was?
W rozkoszy wschodniej tonąc stale,
Nie zostawiły śladów wcale
Na smutnym śniegu naszych stref;
Dywan i wiatru wziął je wiew...
Ach, kiedym tylko spojrzał na nie,
Zapominałem wszystko wnet:
Pragnienie sławy, jarzmo bied,
I kraj rodzinny i wygnanie...
Lecz znikło szczęście młodych lat,
Jako wśród traw wasz lekki ślad.
XXXII
Dyjany93 pierś, rumieniec Flory94
Mogą miłosny budzić jęk...
Jednakże nóżka Terpsychory
Ma dla mnie stokroć większy wdzięk!
Ona to krew młodzieńczą burzy,
Ona nagrodę słodką wróży,
Ona to wzrok rozmarza twój,
Budząc swawolnych pragnień rój!
Lubię ja nóżki, o Elwinko!
Czy pod obrusem stołu drżą
Czy po wiosennej trawie mkną,
Czy spoczną w zimie na kominku;
W salach, gdzie tańców rządzi szał,
Nad morzem, na granicie skał...
XXXIII
Pamiętam morze burzą wrzące,
Jak się przez zazdrość ból mój wzmógł,
Patrząc, jak fale biegły drżące
Spocząć z miłością u twych nóg...
Jakżem ja pragnął wraz z falami
Dotknąć się miłych nóg ustami!
Śród uciech młodych moich dni,
Gdy milion żądz szalało w krwi,
Nigdym nie pragnął z taką męką
Całować lica młodych dziew,
Gorących ust ich chwytać wiew,
Dotykać piersi drżącą ręką —
Nigdy namiętnej burzy znak
Nie targał duszy mojej tak!
XXXIV
Myśl za wspomnieniem innym goni,
Czasem się snom porywać dam:
Szczęśliwe strzemię trzymam w dłoni
I zgrabną nóżkę w palcach mam!
Znów kipię w słodkich snów zamęcie,
Znów czarodziejskie to dotknięcie
Zapala w zwiędłym sercu krew,
Czuję miłości tęskny wiew...
Lecz nadto sławi dumne dziewy
Ma gadatliwa lira, drżąc;
One nie warte są tych żądz,
Nie zasługują na te śpiewy:
Oczy i słowa bogiń tych —
Zdradliwe są, jak nóżki ich!...
XXXV
Cóż mój Oniegin? Na wpół senny,
Z balu do łóżka spieszy już...
A bęben, czas zwiastując dzienny,
Ze snu Petersburg budzi tuż.
Wstał kupiec, ledwie zwłóczy troszka,
Na stację wlecze się dorożka,
Dzbanek — mleczarki zwalnia bieg,
Pod nią poranny skrzypi śnieg.
Słychać szmer ranka powitalny,
W nim roznosiciel trzyma prym,
Z kominów buchnął siny dym
I piekarz, Niemiec punktualny,
W szlafmycy spieszył w ranny czas
Otworzyć w oknie wasisdas95.
XXXVI
Lecz gwarem balu zamęczone,
Z dnia czyniąc noc, zamknąwszy drzwi,
Kotary cieniem otulone,
Zabawy dziecię słodko śpi.
Południe minie, nim się zbudzi...
I życia plan go nie utrudzi:
Barw niby wiele — jeden cień!
Jak wczoraj, dziś przeżyje dzień.
Lecz, śród powszednich zabaw niwy,
Wolny, w rozkwicie młodych sił,
Gdy z serc podboju sławnym był —
Byłże Eugeniusz mój szczęśliwy?
Czyli96 ku ucztom wracał znów,
Choć lekkomyślny, zawsze zdrów?
XXXVII
Nie! Prędko dusza w nim ochłodła,
Znudził go świata pusty szum:
Kobiecy czar, Amorków godła
Przestały być przedmiotem dum;
Znużyły go i zdrady zgoła,
Nie rozjaśniała przyjaźń czoła,
Boć trudno było znaleźć moc,
Aby szampańskim97 tak co noc
Zalewać pasztet, z równą siłą
Ciąć żartem, brać na słówek lep,
Kiedy go wściekle bolał łeb;
I chociaż wisus98 był, aż miło,
Dojadł mu wreszcie szabel blask
I w pojedynkach kurków trzask.
XXXVIII
Niemoc (właściwa mgłom Londynu),
Której przyczyny tajne są,
Która podobna jest do spleenu99,
A którą u nas «chandrą» zwą,
Powoli tknęła jego duszę;
Wprawdzie na szczęście, przyznać muszę,
Nie czynił samobójczych prób,
Lecz jakby z życiem zerwał ślub.
Niby Childe Harold, chmurny, smętny,
W bawialniach wciąż w zadumie trwa;
I ani plotki, ani gra,
Westchnienie, uśmiech, wzrok ponętny
Nie rozjaśniały jego lic;
Nie zauważał z tego nic.
XXXIX, XL, XLI
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
XLII
Wielkoświatowe kapryśnice,
Najsamprzód100 was porzucił on!
Przyznajmy, dawszy głos krytyce,
Że dość jest nudny wyższy ton.
I choć niejedna dzisiaj dama
Wykłada Saya101 i Benthama102,
Lecz tych niewinnych rozmów bieg
Tworzy banialuk przykry stek.
Na domiar tak bezgrzeszne, dumne,
Tak wzniosłe, tak ostrożne są,
I pobożnością taką tchną,
Tak akuratne, tak rozumne,
Tak mrożą cnotą swoich min,
Że sam ich widok rodzi spleen!
XLIII
I was, młodziutkie swawolnice
Was, które niesie wichrem koń
Na lekkich fiakrach103 przez ulice,
Gdy noc rozpostrze ciemną dłoń,
I was porzucił mój Eugeniusz,
Gdy go odstąpił zabaw geniusz.
Już się zamykać w domu jął,
Ziewając, w rękę pióro wziął.
Chciał pisać coś, lecz pracy twardej,
Co zmusza siedzieć, nie mógł znieść...
Nie chciało nic spod pióra leźć.
A przeto nie wszedł w cech ten hardy,
O którym sądzić, Boże broń!
Ponieważ sam należę doń.
XLIV
Dni bezczynności bolą, nudzą,
Dręczy się wnętrzną104 pustką duch;
Wtem znalazł cel: chce myślą cudzą
Pobudzić własnej myśli ruch.
Na półkach księgi stawia rzędem,
Czyta, pochłania, gnan obłędem!
Tu znalazł podłość, głupstwo tam,
Ówdzie bredzenie, nudę, kłam...
Wszędy w kajdanach myśl, niestety!
Postarzał starych książek świat,
W nowych — starzyzny cuchnie ślad...
Więc rzucił książki, jak kobiety,
I półkę, rzędy książek — pył
Czarną firanką wreszcie skrył.
XLV
Zbrzydziwszy «świat» na zawsze, zda się,
I konwenansów długi spis,
Jam się przyjaźnił z nim w tym czasie;
W nim olśnił mnie niejeden rys:
Jakaś głąb marzeń nieprzejrzana,
Oryginalność nieudana,
Myśl zimna, ostra, jako stal...
W nim była chmurność, we mnie — żal;
Przeszliśmy obaj zmysłów szały,
Dla obu spłowiał życia czar,
W sercach obydwu przygasł żar,
Obu złośliwe szpony rwały
Ślepej fortuny w młodych dniach,
A z nimi — ludzkie szpony, ach!...
XLVI
Kto żył i myślał, ten nie może
Nie gardzić ludźmi; ten, co czuł,
Wie, jak w zmienionej życia porze,
Żal niepowrotnych snów go skuł...
Nie wrócą dawne upojenia,
Serce zadławi wąż wspomnienia,
W duszy żałosny płacze dźwięk...
Wszystko to często nada wdzięk
Rozmowie... Zresztą mnie z początku
Raził Oniegin ostrzem słów...
Później przywykłem... Nęcił ów
Spór, trującego pełny wrzątku,
Jego żółciowych żartów moc
I szydzącego śmiechu noc.
XLVII
Bywało czasem w noce letnie,
Gdy przeźroczyste niebo lśni,
Gdy szyba Newy błyszczy świetnie,
Gdy wkoło całe miasto śpi,
W uroki wspomnień pogrążeni,
Dawną miłością zachwyceni,
Pogodę w sercach czujem znów,
Siedzimy całą noc bez słów,
Wiosennym pojąc się oddechem...
Jak senny więzień w nocny czas,
Przeniesion z turmy105 w wonny las,
Budząc się, wita liść uśmiechem —
Takeśmy biegli w marzeń świat,
W zaranie naszych młodych lat.
XLVIII
Owiany tęsknych dum106 urokiem,
O granitowy rzeki wał
Oparty, w cichem i głębokiem
Swym zamyśleniu druh mój stał.
Cisza, na krótki mig rozdarta,
Kiedy na zmianę zdąża warta
Lub dojdzie głuchy fiakra huk,
Lub zapóźnionej stopy stuk...
A czasem tam z drzemiącej rzeki
Naraz doleciał wiosła szmer,
Plusnęła woda, skrzypnął ster
I piosnki nadbiegł głos daleki;
Drżała mi tęsknie serca cieśń,
Marząc Torkwata107 słodszą pieśń!
XLIX
Adryjatyku boskie fale!
Brenta108! Was ujrzeć daż109 mi los?
Wówczas natchnieniem się zapalę,
Wasz czarujący słysząc głos!
Tęsknoty ku wam nie zagaszę...
Byrona lira echa wasze
Przyniosła mi w ojczysty próg:
Więc kocha was Apolla110 wnuk!
Czyliż mi kiedyś los pozwoli
Wolność pod niebem włoskim czuć,
Marzenia z Wenecjanką snuć,
Z nią w tajemniczej niknąć gondoli?
Poznają usta w kilka chwil
Petrarki111 i miłości styl.
L112
Więc mi wolności bij godzino!
Już czas! Nad morzem błądzę wciąż...
Czyż wszystkie żagle mnie ominą?
Hej, ty okręcie, po mnie dąż!
Z burzami walcząc, z fal potokiem,
Po tym bezdrożu wód szerokiem
Kiedyż rozpocznę wolny bieg?
Czas już porzucić nudny brzeg
Tej nieprzyjaznej dla mnie mocy
I pod palącym nieba tchem,
Pod afrykańskim niebem mem,
O tej posępnej śnić Północy,
Gdziem kochał, wziął z cierpieniem ślub,
Gdziem swemu sercu wyrył grób!
LI
Oniegin rad był ze mną jechać,
Wołał go w podróż serca głos,
Lecz musiał planów tych zaniechać;
Na długo nas rozłączył los.
Ojciec mu umarł w owym czasie,
Ku spadkobierczej zbiegł się kasie
Wnet wierzycieli chciwy tłum...
Ogłuszył go pretensji szum.
Eugeniusz nie mógł znieść procesów,
Ojcowski spadek oddał im,
Rad, że zawarli pokój z nim...
Może poprawę interesów
Przeczuł przez zmysł wewnętrzny swój;
Odgadł, że gaśnie stary wuj.
LII
Wkrótce mu rządca przy raporcie
Doniósł, że wuj opuszcza świat
I że, w Letejskim113 stojąc porcie,
Pożegnać się z siostrzanem rad.
Eugeniusz smutną wieść wyczytał
Z wieczora, i gdy dzień zaświtał,
Już pędził od pocztowych wrót...
Jechał i ziewał, myśląc wprzód,
Że trzeba będzie chmurzyć czoło,
Wzdychać i rolę nudną grać,
Ażeby za to spadek brać!
Lecz nim w krewniaka wjechał sioło
(Tym otworzyłem romans swój),
Na katafalku leżał wuj.
LIII
W sieni moc służby, domownicy;
Goście wkraczali w domu próg,
Pogrzebów wielcy miłośnicy,
Sąsiadów tłum — i druh, i wróg...
Popi i goście jedli, pili,
Potem do bryczek zawrócili,
Rozjechał się poważnie tłum;
I zamarł w domu zgiełk i szum...
Oniegin w wiejskim tym zakątku
Jest gospodarzem gruntów, wód,
Cegielni, lasów, on, co wprzód
Grosz trwonił, wrogiem był porządku!
Rad, że ma w życiu nowy wzór,
Że zmienił na coś stary tór114.
LIV
Przez dwa dni zdały mu się nowe
Strumienia szmery, wonność pól,
Wietrzyki, mknące przez dąbrowę,
I gwarem pszczół brzęczący ul.
Trzeciego dnia — las, śpiew ptaszęcy
Nie zajmowały go już więcej;
Sen nań napędzał polny kret,
Nużyło wzgórze: ujrzał wnet,
Że nuda na wsi gospodarzy,
Jak w mieście, chociaż nie ma tam
Balów i wierszy, kart i dam;
Chandra czyhała nań na straży
I biegła za nim w noc i w dzień
Jak wierna żona albo cień.
LV
Lecz ja o wiosce myślę wdzięczniej.
Mnie był przeznaczon żywot ten;
Toć w ciszy lira śpiewa dźwięczniej
I barwniej błyszczy twórczy sen.
Szczęśliw niewinną wczasu115 porą
Nad puste chodziłbym jezioro;
Far niente116 — to mych marzeń szczyt!
I dziś mnie budzi każdy świt
Tylko na słodkie próżnowanie:
Niewiele czytam, wiele śpię,
Za sławą nie uganiam się,
Wspominam młodych dni zaranie,
Gdy na wsi dąb mnie cieniem krył...
Wtedym jedynie szczęśliw był!
LVI
Wsi, ciebie kocham sercem szczerem,
Ja kocham każdy polny kwiat!
Różnicę w sobie z bohaterem
Jam zawsze tu podkreślić rad,
Aby potwarczy jakiś krytyk,
Albo czytelnik, który przytyk
Rad będzie zrobić — chytry lis —
Sprawdzając tutaj każdy rys,
Nie drwił, rzucając w obieg zdanie,
Żem tu nabazgrał portret swój,
Jak Byron, wiodąc z światem bój...
Jak gdybyśmy nie byli w stanie
Znaleźć dla pieśni inną treść,
Tylko o sobie duby pleść!
LVII
Lecz à propos: toć wszyscy wieszcze
Oddają snom miłosnym hołd...
Te sny niedawno snułem jeszcze,
Płacąc im w rymach znaczny żołd.
Muza, gdy drżały one we mnie,
Umiała zdobić je tajemnie
I opiewała «dziewę gór»117,
Ideał piękna, cnoty wzór,
I niewolnice ze Salhiry118.
Dziś, przyjaciele, po tym śnie!
Słyszę, jak chcecie pytać mnie:
«Po kim wzdychają struny liry?
Czyją dziś nosisz z damskich szarf?
Komuś poświęcił dźwięki harf?
LVIII
I dziś na jakiej cześć dziewoi
Z kadzideł twoich wzlata dym?
Kogoś ubóstwił w odzie swojej?
Którąś uwiecznił przez swój rym?»
Nikogo, bracia, ach, na Boga!
Ucichł miłości szał i trwoga...
Kto burzy uczuć spłacił dług,
Szczęśliw, gdy z nią połączyć mógł
Gorączkę rymów: On podwoił
Szaleństw poezji święty żar,
I Petrarkowy wznowił czar,
I sławą — serca ból ukoił!...
Ja, gdy mnie uczuć porwał wir,
Zgłupiałem i nie tknąłem lir.
LIX
Gdy miłość znikła, Muza — bliska,
Rozwiewa się mej myśli mrok,
Natchnienia źródło w sercu tryska
Płynie czarownych dźwięków tok.
Piszę... przestaje tęsknić dusza,
Pióro rysować nie przymusza
Obok przerwanej pieśni słów
Kobiecych nóżek, albo głów...
Zagasły popiół nie rozpłonie;
Nie płaczę już, choć tęsknię rad...
Lecz wkrótce, wkrótce, burzy ślad
W głębinach duszy mej zatonie.
Poemat pisać znajdę chęć...
Pieśni najmniej dwadzieścia pięć!
LX
Mam plan już nawet, formę wierszy,
Wiem, jak bohater ma się zwać...
Tymczasem dość, że rozdział pierwszy
Tego romansu kończę snadź.
Przejrzałem wszystko to surowo,
Sprzeczności mnóstwo... Daję słowo!
Poprawiać nie chcę, choćbym mógł.
Cenzurze pragnę spłacić dług;
I dziennikarzom na rozdarcie
Pracownej119 myśli oddam nić:
Ku newskim brzegom zatem idź,
Dziecię mej duszy!... Spiesz na starcie
I sławy dań mi przynieś stąd:
Wymysły, hałas, krzywy sąd!