III

Penaty123 swe w tej izbie mieści,

Gdzie stary dziwak skromnie żył,

Z klucznicą darł się lat czterdzieści,

I placką124 zręcznie muchy bił.

Wszędzie tu stara prosta moda:

Miękka kanapa, stół, komoda...

Ni śladu z atramentu plam.

Oniegin w szafę zajrzał, tam

Znalazł wydatków rejestr... Za to

W kredensie, dzierżąc stałą straż,

Stał z nalewkami szereg flasz;

Przy nich kalendarz z dawną datą...

Starzec miał dużo spraw; do rąk

Nie brał więc nigdy innych ksiąg.

IV

Śród wielkich swoich dóbr samotny,

By w jakiś sposób spędzić czas,

Myślał mój druh (miał umysł lotny)

Nowy porządek wnieść tu wraz.

Nasz mędrzec dobre miał natchnienia:

Na czynsz pańszczyznę starą zmienia,

Na lekki czynsz... Odetchnął rab125,

Za pana modli się tłum bab.

Za to skrzywiono się w sąsiedztwie:

Bardziej praktycznych panów ród

Wróży z reformy mnóstwo szkód.

Szepnął o myśli ktoś kalectwie.

Wszyscy rozpaczny126 czynią gest:

«To dziwak niebezpieczny jest!»

V

Wprzód każdy spieszył jak pochlebca...

Na przyjaźń z nim liczono snadź!

Lecz że dońskiego sobie źrebca

Przed tylną sień zalecał dać,

Kiedy na głównej drodze sioła

Zaturkotały tylko koła —

Więc dąsów stąd się zrodził huk

I... zmilkł na drodze bryczek stuk!

«Nasz sąsiad nieuk z pyszną miną!

Mason, nie może być dwóch zdań!

On nie całuje rączek pań!

Szklanką czerwone pija wino!

Krótko tnie swoje: „nie!” lub „tak!”».

Rzeczono w głos: »Zwyczajów brak!»

VI

Tak krążą plotki i pogłoski,

Aż znajdą nową rozmów oś...

Do swej rodzinnej wrócił wioski

W tym samym czasie jeszcze ktoś...

A zwał się on Włodzimierz Leński;

Był to duch iście gettyngeński127,

Młodzieniec piękny... Chociaż wieszcz,

Kant128 w nim podziwu budził dreszcz.

Przywiózł z Germanii mnóstwo znamion:

Marzenia mgliste — wiedzy plon,

Entuzjastyczny mowy ton,

Kędziory czarne aż do ramion,

Ognistą duszę mknącą hen! —

I o wolności luby sen.

VII

Jeszcze nie zwiędnął. Nie zdołała

Wciągnąć rozpusty chłodnej toń

Tej duszy, którą mu rozgrzała

Pieszczota dziewic, druha dłoń.

Serce, niewiedzą miłą tchnące,

Snuło nadzieje czarujące.

Świata nieznany blask i szum

Ponętą były młodych dum...

Dusza ta była jeszcze gładką,

Cień zwątpień nie padł na jej biel;

Śniącemu słodko życia cel

Nęcącą zdawał się zagadką.

Nie łamał głowy nad nią, wprzód

Podejrzewając wzniosły cud!

VIII

Wierzył, że duszę ma pokrewną,

Że ta tęsknocie płaci dań,

Że się połączy z nim na pewno,

Że każdej chwili czeka nań...

Że za cześć jego — wierzył z góry —

Przyjaciel pójdzie na tortury,

I że dłoń druha ani drgnie,

Kiedy w potwarcze łono tnie;

Wierzył, że są wybrańcy losu,

Którzy prowadzą cały lud

Do ideału jasnych wrót,

Że nieśmiertelny dźwięk ich głosu

Powoła ludzkość aż na szczyt,

Że przyjdzie wieczny szczęścia świt!

IX

Ta miłość, co przed dobrem klęka,

Nienawiść złego, święty gniew

I ona sławy słodka męka —

Wcześnie wzburzyły jego krew.

Niebo Goethego129 i Schillera130

Jaśniało nad nim; atmosfera

Ich pieśni wlała w duszę szał...

Wówczas płomienną lirę brał,

Podniosłą Muzę przywoływał.

Szczęśliwych natchnień był w nim splot,

Nigdy nie spadał jego lot;

On w pieśniach dumnie zachowywał

Dziewiczych snów naiwny żar,

Powagę i prostoty czar.

X

Miłość dobywał z duszy swojej,

A tak był czystym jego tren,

Jako niewinnej myśl dziewoi,

Jako dziecięcia słodki sen,

Jakoby Diana w nieb pustyni,

Westchnień, tajemnic, snów bogini.

Nieokreślony śpiewał żal,

Nieznane «coś» i mglistą dal,

Opiewał róże romantyczne,

Rozłąki ból, daleki kraj,

Gdzie cicho w kwiatach stąpa Maj,

Gdzie płyną dziewic łzy mistyczne...

Śpiewał, że pobladł życia kwiat,

A nie miał... osiemnastu lat!

XI

W pustyni, gdzie Eugeniusz jeden

Cenę talentu jego znał,

Sąsiedzkich uczt banalny Eden

Słaby dla niego urok miał.

Leński od gwarnej zbiegł zabawy...

Nie dziw! Rozsądna treść rozprawy

O porze żniw, o węchu psim,

O wódce, nie budziła w nim

Zajęcia; w szczerej tej spowiedzi —

Przez dowcip, polot, albo smak,

Lub nieco żywszych uczuć znak,

Nie uderzyli go sąsiedzi;

A zaś ich miłych szczebiot żon

Niósł jeszcze słabszy myśli plon.

XII

W pięknym młodzieńcu konkurenta

Czuł zabiegliwych matek chór...

Działa zasada na wsi święta:

Już wszystkie mamy dla swych cór

Śniły w nim zdobycz; próg przestąpi,

Już mu rozmowa nie poskąpi —

Niby to dalszą snując nić —

Żalów: «Jak źle bez żony żyć!».

Na stole stanie wnet herbatka;

Na samowaru baczyć kran

Ma Dunia... «Duniu, pić chce pan!»

Tu jej gitarę poda matka

I już (o, Boże) słychać pisk:

«O przyjdź, gdzie złoty słonka błysk»...

XIII

Jego — hymenu131 węzeł drażni,

Nie nęci jeszcze mirtu132 liść,

On marzy tylko o przyjaźni;

Do Oniegina woli iść.

Zeszli się. Dziwna133!... Lód z płomieniem,

Proza z poezją, wiatr z kamieniem

Mniej różnic mają, niż ci dwaj...

Każdy, jak w obcy wchodząc kraj,

Niepewność odczuł w pierwszej chwili;

Potem nęciła różność ta,

Potem zjeżdżali się co dnia —

Nierozłączeni wkrótce byli!

Niejeden z nas (ja pierwszy snadź)

Tak sobie serce gotów dać.

XIV

Coraz jest rzadszą przyjaźń szczera!

Wszelkie przesądy zniszczył czas:

Dzisiaj we wszystkich widzim zera,

Chcąc, by jednostką zwano nas.

Każdy chce być Napoleonem

I jak narzędziem, tak milionem

Dwunogich stworzeń rządzić rad.

Śmieje się dzisiaj z uczuć świat!

Eugeniusz w nowych praw porządku

Znośniejszym był od wielu; znał

On ludzi, wzgardę dla nich miał,

Lecz (nie ma reguł bez wyjątku)

Umiał niektórym oddać cześć,

Szanował szczerą serca treść!

XV

Z uśmiechem słuchał on poetę:

Ognisty młodych sądów skok,

Myśl, za doświadczeń mknąca metę,

I ten natchniony wiecznie wzrok —

Wszystko to było dlań tak nowem;

A więc mrożącym swoim słowem

Nie chciał tej młodej duszy truć...

Myślał: «Toć głupio szczęście psuć,

I tak trwa ono krótką chwilę,

Życie otworzy oczy mu;

Tymczasem, szczęśliw z swego snu,

Niechajże wierzy dobra sile!

Wybacz gorączce młodych lat

Młodzieńczy żar i złudzeń kwiat».

XVI

Wszystko ich wlokło do rozmowy,

Budziło myśl, wzniecało spór:

Umarłych plemion szlak dziejowy,

Trwałych przesądów chiński mur,

Gra losu często niedorzeczna,

I tajemnica grobu wieczna,

I zło, i dobro, prawda, błąd —

Wszystko podpadło pod ich sąd.

Leński, w dyspucie zapalczywy,

Zapomni się, bywało, tak,

Że głosi ustęp z szwedzkich sag,

A mój Eugeniusz pobłażliwy,

Chociaż bywała ciemną treść,

Wyrażał mu uwagą cześć.

XVII

Lecz częściej dwaj anachoreci134

Brali za treść — miłości świat;

Wyrwawszy się z jej władczej sieci,

Oniegin mówił o niej rad —

Z westchnieniem, z żalem mimowolnym.

Szczęśliw, kto był do tego zdolnym,

Że w burzę wszedłszy, uszedł tuż;

Szczęśliwszy ten, co nie znał burz,

Co miłość ziębił przez rozstanie,

Ból przez szyderstwo; szczędził sił,

Ziewając, kawkę z żoną pił,

Zazdrości w sercu tłumił granie,

Nie stawiał, aby chłodzić krew,

Majątku — na waleta tref135!

XVIII

Gdy nas rozsądek pod sztandary

Powoła swe, gdy w ciszy czas

Zgasną namiętnych pragnień żary,

Kiedy już tylko bawi nas

Kapryśna żądza swym oddechem,

Kiedy z spóźnionym serca echem

Walcząc, tłumimy krwi swej ruch,

Wówczas nam jeszcze pieści słuch

Cudzej miłości powieść słodka,

W głębinach duszy ryjąc znak.

Ach, inwalida stary tak,

Kiedy wąsaczów młodych spotka,

Słyszy w swej chacie armat ryk,

O nowe boje pytać zwykł.

XIX

Ale i młodość błąd milutki

Posiada: nie ukryje nic;

Nienawiść, miłość, radość, smutki

Wygada wnet z rumieńcem lic.

Oniegin, niby inwalida

W kochaniu, bada, jak się wyda

Leńskiego miłość; ten był rad

Otworzyć przed nim serca świat,

Wybranki swej przymiotów dowieść.

Eugeniusz przeto poznał wnet

Szczegółów moc od a do zet,

Całą miłości młodą powieść —

Ocean uczuć... Wyznać mam?

Nie było nic nowego tam!

XX

Włodzimierz kochał... Ach, niestety,

Dzisiaj miłości takiej brak!

Tylko szalony duch poety

Jeszcze skazany kochać tak!

Wszędzie i zawsze myśl jedyna,

Pełna jej każda jest godzina,

Jedno marzenie, jeden żal!

Ani ziębiąca zwykle dal,

Ani rozłąki długie lata,

Nauki chłód i Muzy dar

I cudzoziemskich dziewoj czar,

Gwar uczt, wrażenia barwne świata—

Nic nie zmieniło duszy tej,

Którą za młodu oddał Jej!

XXI

Chłopięciem był, a już niewinne

Serce uderzył Olgi wdzięk

I na zabawy jej dziecinne

Patrzył z zachwytem, czując lęk...

Z wolna się zbliżył; w cieniach gaju,

Dzieci bawiły się, jak w raju...

Widząc krzepnący związek ten,

Matki o ślubie snuły sen.

W ustroniu, w cienie brzóz spowita,

W oczach rodziców szczęściem drżąc

I niewinności czarem tchnąc,

Jako konwalia kwitła skryta,

Której przez traw zielony gąszcz

Nie dojrzał motyl, ani chrząszcz.

XXII

Tak pierwsze sny, zachwyty pierwsze

Dała Leńskiemu Olga... Wnet

Począł pisywać czułe wiersze,

Zabrzmiał elegią136 jego flet.

Żegnajcież gry dzieciństwa złote!

Pokochał ciszę i tęsknotę,

Samotność, gwiazdy, nocny czas

I tajemniczy gęsty las,

I lunę137, cudną lampę nieba,

Której składaliśmy i my

Westchnienia nocne i te łzy,

Co je wypłakać z serca trzeba...

Dziś! — myślim, że jej świetlna gra

Latarki blask zastąpić ma!

XXIII

Zawsze posłuszna, skromna zawsze,

Wesoła zawsze, jako świt,

Miła, jak słówka najłaskawsze,

Prosta, jak młody wieszcza byt;

Oczka błękitne jak niebiosy,

Uśmieszek, w płowych loczkach włosy,

Leciutka kibić, ustek mak —

Wszystko to w Oldze... Ale wszak

Łacno jej portret odnajdziecie:

Dość pierwszy lepszy romans wziąć.

Sam mogłem ongi przy nim schnąć

Z miłości, lecz mnie znudził przecie.

Więc, czytelniku, skończmy z nim —

O starszej siostrze składam rym!

XXIV

Jej siostra zwała się Tatianą...

Znajdziecie w tym zuchwały żart,

Żem śmiał wprowadzić takie miano

Do romansowych czułych kart...

Lecz wszakże mile dźwięczy w rymie;

Więc cóż, że razi was to imię

Czeladnej izby starym tchem...

Jeżeli chcecie, wyznać śmiem,

Że u nas mało smaku wszędzie,

Jak w mianach, które nosi lud

(Że już nie wspomnę naszych ód)...

Z postępem iść nam trudno będzie!

Ba, od oświaty — z pudrem lic

Wzięliśmy pozę — więcej nic!

XXV

A zatem zwano ją Tatianą...

Nie wiem, w czym był jej wdzięku klucz.

Świeżością siostry swej rumianą

Nie mogłaby pociągnąć ócz138.

Dzika, milcząca, zbyt wrażliwa,

Jak łania leśna bojaźliwa,

Choć ją otaczał krewnych świat,

Rosła w nim, jako obcy kwiat.

Nie lubi pieszczot... Ojciec, matka

Nie mogli czytać w duszy tej,

Choć dziecię — nie pociąga jej

Dzieci bawiących się gromadka.

I czasem w oknie cały dzień

Siedzi milcząca jako cień.

XXVI

Zaduma była od kołyski

Żywiołem jej, przyjaznym tchem,

Wczas wiejski, zawsze nudy bliski,

Barwiła jej ciekawym snem.

Jej delikatnej ręki palce

Nie znały igły; z nudą w walce

Nie zwykła do rąk kanwy brać,

By w nią jedwabiem życie wlać.

Gdy się w dziewczątku budzi władza,

Posłuszną lalkę pragnie mieć;

W konwenansową zmierza sieć,

Gdy lalkę żartem w świat wprowadza...

Dziewczynki lalkom z taktem dam

Prawią morały swoich mam.

XXVII

Ale w dziecinne nawet lata

Tatiana lalkę rzuca w kąt...

I z nią o modach, plotkach świata,

Nie toczy rozmów. Widać stąd,

Że są jej obce figle dziecka;

Strasznych powieści treść zdradziecka,

Zimą, gdy mroki rzuca noc,

Ma nad jej sercem większą moc.

A kiedy niania na spacerze

Zbierze dla Olgi dzieci rząd

I poprowadzi w parku kąt —

Ona udziału w grach nie bierze.

Gwar ślepej babki, wietrzny śmiech —

Nie budzą w jej serduszku ech.

XXVIII

Tatiana lubi na balkonie

Uprzedzać złoty jutrzni brzask,

Kiedy na bladym niebios łonie

Stopniowo gaśnie gwiazdek blask,

Kiedy na skraju ziemi dnieje,

I poseł ranka, wietrzyk, wieje,

I z wolna zdąża jasny dzień.

A zimą, kiedy nocny cień

Oblecze wszystko czarną smugą,

Gdy cała ziemia ciężko śni

I mglisty miesiąc blado lśni

I wschód ociąga się przydługo,

Już nie potrafi w łóżku zwlec,

Ubiera się przy blasku świec.

XXIX

Romanse ją zajęły właśnie;

One to dla niej wszystkim są!

Ją czarowały z młodu baśnie

I Richardsona139, i Rousseau140.

Ojciec jej był poczciwiec sobie,

Dość zapóźniony w zeszłej dobie,

Nie widział w druku szkodnych141 plam.

Prawda, nie czytał nigdy sam,

Ale w powagę ksiąg nie wierzy,

Nie daje ceny wieszczym snom,

Nie dba więc, jaki tajny tom

Pod poduszeczką córki leży.

A jego żona... Czyżbym śnił?

Richardson dla niej bóstwem był!

XXX

Tak! Uwielbiała Richardsona —

Nie, aby miała z dzieł go znać,

Lub że stawiała Grandisona142

Nad Lowelasa143 wyżej snadź,

Lecz ongi księżna Paulinka,

Słynna moskiewska jej kuzynka,

Mówiła właśnie o nim wciąż...

A wtedy jej obecny mąż

Był narzeczonym... wbrew jej chęci!

Bo inny ktoś, czyj piękny wąs

Na jej twarzyczce budził pąs,

Daleko mocniej tkwił w pamięci.

Ów Grandison... ba! graczem był,

Lecz mundur gwardii na nim lśnił.

XXXI

Oboje byli dziećmi mody;

W snach go widziała u swych stóp;

Ale się nikt nie pytał młodej,

Kiedy wieziono ją na ślub...

By ją rozłączyć z wspomnień zmorą,

Rozsądny mąż wyjechał skoro144

Na wieś. Tu obcych ludzi gwar

Z początku wzmógł tęsknoty żar;

Rozwód — to było jej marzenie

We łzach, w nerwowych splotach rąk...

Lecz w gospodarstwa wszedłszy krąg,

Znalazła wkrótce ukojenie.

Przyzwyczajenie Bóg dał sam,

Aby zastąpić szczęście nam.

XXXII

Przywykła... Lżejsze było życie...

Powszedniość sny daleko gna.

Aż tu zrobiła raz odkrycie,

Co pocieszyło ją do cna.

Zakwitła w myśli świeża płonka145:

Jak pod pantofel wziąć małżonka,

Jak stworzyć samodzierżczy rząd!

I zawiał w domu nowy prąd:

Jeździ codziennie na roboty,

Łby goli146, grzybów wielki kosz

Soli na zimę, liczy grosz,

Odwiedza łaźnię co soboty.

Służebne bije, wpadłszy w złość...

Mąż milczał... To dla męża dość!

XXXIII

Kiedyś w albumy z czułą miną

Pisała, biorąc z palca krew,

Praskowję zwała Pauliną

Naśladowała mową śpiew.

O wiotką kibić bardzo dbała,

I «n» rosyjskie wymawiała

Zawsze z francuska, więc przez nos...

Teraz ją mocno zmienił los!

Album i księżna Paulina,

Gorset i kajet czułych słów

Poszły w niepamięć — oto znów

Akulką wabi się Celina.

Pani na głowie czepek ma,

O watowany szlafrok dba.

XXXIV

Ale mąż kochał ją bez miary,

W szlafroku łaził, jadł i pił,

Na żonę patrzał, pełen wiary,

Że czyni wszystko wedle sił.

Życie płynęło tempem skorem;

Zajrzał czasami w dom wieczorem

Sąsiad; z nim żona, kilka cór.

Wesoła plotka, drobny spór

Skracają chwile do wieczerzy;

Bez ceremonii biegnie czas,

Olga herbatą służy wraz;

Wreszcie godzina snu uderzy,

Odjeżdża gość ku swoim wsiom...

I w ciszy tonie stary dom.

XXXV

Stare zwyczaje, stare gusta

Regulowały każdy czyn:

Gdy «maślanica»147 przyszła tłusta,

Na stole ruski leżał blin148;

Dwa razy w roku post — niewiele!

Lubili krągłe karuzele,

Za stołem pieśni, chłopski chór...

A w «Trójcy dzień», gdy ludzi sznur

Do cerkwi ciągnął, przy mszy ziewał,

Czuli, jak serce w łonie drży,

Roniąc na wierzby łezki trzy149...

Dom cały kwasem się zalewał.

W ucztach gość nie znał, co to szwank:

Noszono dania wedle rang.

XXXVI

I tak starzeli się oboje,

Aż oto wreszcie cichy grób

Przed mężem rozwarł swe podwoje,

Każąc mu zawrzeć z niebem ślub.

Umarł w godzinę po obiedzie...

Tyś go opłakał, cny sąsiedzie,

Wy, wierna żono, córy dwie —

A szczerą prawdą żal wasz tchnie!

Bo człek był prosty, pan wyborny,

I gdzie proch jego legł — na znak

Grobowy pomnik głosi tak:

«Śpi Dmitrij Łarin, grzesznik korny,

Hospodni rab150, brygadier151... Tu

Zażywa wiecznej ciszy snu».

XXXVII

Leńskiemu po powrocie pilno

Było na drogie groby iść,

Sąsiada płytę nadmogilną

Westchnieniem uczcić, przybrać w liść.

«Poor Yorick»152 westchnął Leński smutnie,

«Śmierć mi wydarła go okrutnie!

On mnie na ręce często brał...

Pomnę mą radość, gdy mi dał

Do gier swój medal oczakowski153!

On obrał mnie dla Olgi swej,

Myśląc: «Doczekamż chwili tej?»...

I Leński, pełny szczerej troski,

Nad tym kamieniem chyląc grzbiet,

Madrygał154 prochom stworzył wnet.

XXXVIII

Nowy wiersz pisze dla pamiątki;

Ojca i matki, tnąc w łzach,

Uczcił śmiertelne drogie szczątki...

Na wielkim życia łanie, ach!

Z woli tajemnej zarządzenia,

Chwilowym żniwem pokolenia

Wschodzą, dojrzeją i wnet mrą...

A śladem już je inne prą.

Tak samo nasze wietrzne plemię

Rośnie i kipi, z życiem ślub

Zawiera, pcha pradziadów w grób.

Lecz przyjdzie czas, rozewrze ziemię

I wnuki nasze z biegiem lat

Wycisną nas na tamten świat!

XXXIX

Ba! Niech wam dni w uciechach biegą,

Nim śmierć nie zwali na was płyt!

Rozumiem marność życia tego

I mało cenię ziemski byt!

Mnie już blask życia nie owieje...

Lecz jeszcze jedną tkam nadzieję,

Jeszcze mnie jednym trzyma świat:

Chcę tu zostawić jakiś ślad.

Zgon byłby bezeń155 nazbyt smutny,

Więc żyję, piszę — pochwał dym

Nie nęci mnie! Lecz celem mym —

Zaznaczyć żywot swój pokutny,

By kiedyś o mnie śród tych stron

Przypomniał choć jedyny ton!

XL

I może rym mój kogoś wzruszy

Łacniej niż dźwięk bojowych trąb

I głosu strof mych nie zagłuszy

Chłonąca wszystko Lety156 głąb!

Próżność mnie wabi na swe szlaki!

Marzę, że kiedyś nieuk jaki,

Widząc mój portret, w sercu dreszcz

Uczuwszy, rzeknie: «To był wieszcz!».

O, przyjmij słowo dziękczynienia

Ty, wielbicielu cichych Muz,

Który odwalisz czasu gruz,

Dobędziesz rym mój z zapomnienia,

Swoją życzliwą wzniesiesz dłoń,

Pogładzisz w laurach starca skroń!