III

Gdy wiosna nowy listek wplata

Na miejsce tego, który zmarł,

Czyż pamiętniejszą bywa strata

Tych, które wiatr jesienny zdarł?

Czyliż z naturą ożywioną

Łączymy myślą zasmuconą

Sprzeczność więdnących naszych lat,

Których nie wróci nigdy świat?

Być może inną, starą wiosnę

Marzenie przypomina nam

I na swych skrzydłach niesie tam,

Gdzieśmy roili sny miłosne,

W tę księżycową cudną noc,

Gdyśmy poznali szczęścia moc!...

IV

Próżniacy mili, którym chmura

Nie zasępiła nigdy czół,

Wy, mędrcy szkoły Epikura281,

I ty, rolniczych dziatwo szkół,

I wy szczęśliwej wsi Pryjamy282,

I wy, sentymentalne damy,

Hej, wiosna woła na wieś już —

Pora roboty, ciepła, róż,

Pora przechadzek ulubionych,

Kuszących nocy miły czas...

Hej, w pola! wszyscy pędźcie wraz

W karocach szczelnie zapełnionych,

Lub pocztą na wsi zróbcie zjazd

Poprzez rogatki waszych miast.

V

I ty, mój miły czytelniku,

W swój zagraniczny siadaj kocz283;

Z miasta, gdzieś zabaw miał bez liku

Przez całą zimę, za mną skocz...

Pójdziem z kapryśną Muzą moją

Tam, gdzie szumiące wierzby stoją,

Tam, gdzie potoku szemrze zdrój,

Tam, gdzie Eugeniusz mieszkał mój,

Pustelnik, z dziwactw swoich sławny,

Gdzie jeszcze bawił zimy tej,

W sąsiedztwie miłej Tani mej,

Tej marzycielki niepoprawnej,

Gdzie nie ma go, bo uszedł w świat...

Gdzie smutny pozostawił ślad.

VI

Śród gór, półkolem roztoczonych,

Pójdziemy, gdzie strumienia pas

Po łąkach wije się zielonych

Ku rzece przez lipowy las.

Tam róż kochanek, słowik, śpiewa

Przez całą noc; tam rozebrzmiewa

Szept źródeł; dziko kwitnie tarń284.

Tuli się głaz mogilny w darń,

Pod cieniem sosen dwóch zgrzybiałych;

Napisem rytym mówi głaz:

«Włodzimierz Leński śpi tu, zgasł

W rozkwicie wieku śmiercią śmiałych».

Wiek i rok śmierci idzie tu...

«Niech ziemia lekką będzie mu!»

VII

Nad cichą urną tą, bywało,

Z gałązki sosny wianek zwisł;

Wiatr ranny nim kołysał śmiało,

A czasem czerw się w listki wgryzł.

Bywało tam w wieczornej dobie:

Szły dwie dziewice i na grobie,

Spowite w księżycowe mgły,

Objąwszy się, mieszały łzy.

Dziś... zapomnienie tutaj włada;

Do grobu trawą porósł szlak

I na gałęzi wianka brak;

Tylko pod głazem jeszcze siada

Siwiutki pasterz, plecy gnie,

Nuci i łapcie plecie swe.

VIII, IX

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

X

Mój biedny Leński! Wszakże ona

Już wypłakała łez swych zdrój.

Ach, jego młoda narzeczona

Prędko zdradziła smutek swój.

Ktoś inny jej pociągnął oczy,

Ktoś inny pochlebstw jad uroczy

Wlał w serce wietrzne, uśpił żal...

Już za ułanem patrzy w dal,

Ułana kocha sercem całym,

Z nim przed ołtarzem stoi już;

Na licach blask wstydliwych róż,

Schylona twarz pod wieńcem białym,

Na ustach lekki uśmiech drga,

W spuszczonych oczach ogień gra.

XI

Mój biedny Leński! Czy mogiła

Nie daje mocy wszystko znieść?

Czy go za grobem zasmuciła

O zdradzie tej fatalna wieść?

Czy go nad Letą nic nie smęci?

Śpi, szczęśliw z wiecznej niepamięci,

Głuchy dla ziemskich dźwięków, zdrad,

I niemym jest dla niego świat?...

Tak! Obojętne zapomnienie —

Oto umarłych zwykły los:

Kochanek, druhów, wrogów głos

Zamilknie wnet; o nasze mienie

Jedynie spadkobierców chór

Prowadzi brudny, gniewny spór.

XII

Już wkrótce dźwięczny głosik Oli

W Łarinów domu zmilknąć miał.

Ułan, niewolnik swojej doli,

Jechał do pułku, żonę brał.

Staruszka, córkę swą żegnając,

Gorzko się łzami zalewając,

Trzęsła się cała; Tania, acz

Śmiertelnie blada, jednak płacz

Wstrzymała, raczej łez nie miała.

W pamiętny pożegnania dzień,

Służba stłoczyła się przed sień,

Karetę młodych otaczała...

Wszystko się jęło krzątać, biec...

Tania nie mogła słowa rzec.

XIII

I długo, blada jako ściana,

Patrzyła za karetą w ślad...

I oto sama jest Tatiana!

Ach, przyjaciółka tylu lat,

Owa młodziutka gołębica,

I bliska krwią jej powiernica

W świat obcy dąży... Straszny cios!

Na zawsze je rozłączył los.

Jak cień, bez celu, błądzi Tania,

W osierocony idzie sad;

Wszystko w jej serce sączy jad;

Wszystko od chwili pożegnania

Coraz w niej sroższy budzi żal...

Zdusiła łzy i patrzy w dal...

XIV

Czas w samotności smutnie płynie,

Powstają roje dawnych snów

I o dalekim Onieginie

Serce poczyna mówić znów...

Ach, nienawidzieć go powinna:

W zgubie Leńskiego była czynna

Dłoń jego... Przezeń zginął brat —

Mąż przyszły Oli... Ale świat

Zapomniał wieszcza... Narzeczona

Kocha innego... poszła z nim.

Pamięć o piewcy, jako dym,

W błękitne niebo lecąc, kona...

Jeszcze go może serca dwa

Pomną... Lecz na co ból ich trwa?

XV

Był zmierzch. Ciemniało niebo. Rzeka

Płynęła cicho. Brzęczał chrząszcz.

Wiatr pieśni ze wsi niósł... Z daleka,

Za rzeką, ponad lasów gąszcz

Z rybaczych285 ogni dym wzlatywał;

Miesiąc wieczorną mgłę przeszywał

Blaskiem... I srebrem drżała mgła.

Tatiana w polu sama szła...

Szła, szła... Aż wtem przed zamyśloną

Pod wzgórzem wyrósł pański dwór...

Na lewo sad, na prawo bór.

Patrzy na dom, na odwróconą

W szybie wód ścianę... W chwili tej

Silniej zabiło serce jej.

XVI

Przez moment ją wątpliwość trzyma:

«Iść naprzód, czy się cofnąć?... At!

Nikt mnie tu nie zna, jego nie ma,

Spojrzę na dom ten, zajdę w sad».

I schodzi z wzgórza... Ledwie dyszy...

Wchodzi we wrota... W martwej ciszy,

Zda się, spoczywa pusty dwór...

Wtem ze szczekaniem psiarni chór

Rzuca się na nią... Tania krzyczy...

Zbiega się wiejskich chłopców tłum;

Zachodzi kłótnia, rośnie szum,

Każdy obronić pannę życzy...

Lecz rozegnali wreszcie psy...

Tatiana jeszcze lekko drży.

XVII

«Czy można» — ochłonąwszy nieco,

Pyta — «zobaczyć pański dom?»

Wnet do Anisji dzieci lecą,

Wracają z krzykiem: «Klucze som!».

Stara za dziatwy zdąża zgrają,

Klucz zgrzyta, drzwi się otwierają...

Tatiana wchodzi... brak jej tchu...

On, on niedawno mieszkał tu!

Patrzy: kij na bilardzie w sali

Śpi zapomniany... Przeszła próg...

Wciśnięta w miętej sofy róg

Szpicruta leży... Tania dalej...

Stara: «Kominek jest tu... Tam

Nasz pan siadywać lubił sam.

XVIII

Tutaj z nim często obiadywał

Nieboszczyk Leński... kiedy żył...

Nasz sąsiad często u nas bywał.

A tu gabinet pański był...

Tu sypiał, kawę pijał rano,

Tu mu raporty podawano

I książkę czytał tu do snu,

Dawniejszy pan też mieszkał tu...

W niedzielę... że to nudno w głuszy...

Tu okulary kazał dać,

W «Czarnego Piotra« raczył grać

Ze mną... Zbawienie jego duszy,

A kościom pokój niech da Bóg...

Był krzepki... jeszcze żyć by mógł!»

XXIX

O długo, długo, rozrzewniona

Ogląda Tania każdą rzecz;

W bolesną rozkosz pogrążona,

Nieprędko krok stąd cofnie wstecz.

Tu wszystko drogie jest jej pono:

I stolik z lampą zakopconą,

I dywan, wytwór pilnych rąk,

Byrona portret, stosy ksiąg,

I w srebrną smugę księżycową

Przenikający drobny kurz,

I widok z okna pól i wzgórz;

I słupek z lalką metalową

O chmurnym czole, oczach wzwyż,

Rękach na pierś złożonych w krzyż.

XX

Tatiana stoi w celi modnej,

Jakby porwana w czarów kraj...

Lecz późno... Wiatr się zrywa chłodny.

W dolinie mroczno. Zasnął gaj.

Miesiąc ukrywa się za górą

I rzeka czerni się ponuro

I tajemniczo szemrze las...

Pielgrzymce dawno wracać czas.

Westchnienie tłumi i spojrzenie

Raz jeszcze rzuca; już do wrót

Podąża, lecz od starej wprzód

Bierze Tatiana pozwolenie

Wizycie nadać dalszy ciąg,

Korzystać w pustym zamku z ksiąg.

XXI

Za bramą żegna się z klucznicą.

A rankiem już na trzeci dzień,

Lipową krąży znów ulicą

I wchodzi w porzuconą sień.

W milczącym siada gabinecie...

Zapominając tam o świecie,

Długo na smutny płacze los.

Potem przewraca książek stos.

Niechętnie naprzód patrzy na nie,

Wypuszcza je z bezwładnych rąk...

Lecz ją uderza wybór ksiąg.

Wkrótce zagłębia się w czytanie

Z płomienną żądzą młodych lat —

I w nich odkrywa nowy świat.

XXII

Choć znudzonego Eugeniusza

Od dawna już nie nęcił druk,

Do kilku dzieł go parła dusza,

Tych nie wyrzuciłby za próg.

Tam śpiewak Giaura i Juana286

Na stole leżał; z nim dobrana

Romansów wiązka; kartek stek,

W których się nieźle odbił wiek

I człek współczesny z duszą suchą,

Egoistyczną, nędzną, czczą,

Z myślą oziębłą, niemal złą,

Bez moralności, z wolą kruchą,

Wciąż szukający błędnych mar,

Na próżny czyn tracący żar.

XXIII

Tam na niejednej był stronicy

Znaczny287 paznokcia ostry rys;

I żywiej płonął wzrok dziewicy,

Czytając ustęp obok kres.

I dreszcz się w Tani coraz wzmaga,

Gdy widzi, jaka myśl, uwaga,

Trafiała w serca jego ton

I z czym się, milcząc, zgadzał on.

Tam jakąś kartkę on zagina,

Tu znak na marginesie kładł;

Wszędzie ołówka zdradny ślad

Wydaje duszę Oniegina:

Króciutki frazes, «nie» lub «tak»,

Wykrzyknik, zapytania znak.

XXIV

I coraz jaśniej — Bogu chwała! —

Przed okiem Tani staje ten,

Przed którym dusza jej zadrżała,

Kto rzucił ją w dręczący sen...

W czym sens zagadki niebezpiecznej?

Ów dziwak chmurny, niebezpieczny,

Piekieł czy stref niebieskich twór,

Ten pyszny czart czy anioł z chmur,

Któż on?... Cień nędzny, co kopiował

Cudze pomysły?... Obcych min

Komentarz tylko?... Moskwy syn,

Co się w Harolda płaszcz drapował?

Leksykon pełny modnych słów?

Wreszcie parodia cudzych snów?

XXV

A więc zagadkę rozwiązała?

Znalazła słowo?... Jaki srom!

Godziny biegną; zapomniała,

Że na nią czeka cały dom.

Za stołem dwóch sąsiadów siada;

Przed nimi stara matka biada:

«Co robić? Czekaj? Ręce złóż?

A Tania nie jest dzieckiem już!

Toć od niej młodszą była Ola.

Wydać dziewczynę dawno czas,

Lecz co z nią począć? Każdy raz

Odmawia: „Taka moja wola!

Nie pójdę za mąż”... Nie je nic...

W las bieży, smutek wieje z lic.»

XXVI

«A może kocha?» — «Ależ... kogo?

Bujanow swatów przysłał — precz!

Pietuszkow — odszedł tąże drogą,

Był huzar Pychtin — myślę: rzecz

Tu pójdzie składniej... Tydzień gościł,

Patrzył i wzdychał, prawie pościł,

Do nóg się kłaniał... Ale gdzie!

Los świetny — nic! Uparła się!» —

«Do Moskwy, matko, by się zdało,

Tam jarmark panien... Dalibóg!

I wolnych miejsc, jak słyszę, huk...» —

«Och, ojcze mój, dochodów mało!» —

«Na jedną zimę starczy wam;

A nie, to ja pożyczkę dam».

XXVII

W myśl starej trafia dobra rada:

Do Moskwy! — słusznie sąsiad rzekł...

Rachunki robi, cyfry bada,

Czeka, aż spadnie pierwszy śnieg.

Tania nierada z wieści nowej:

Jechać, na świata sąd surowy

Ponieść spóźnionych strojów krój,

Styl mowy starszy niźli strój,

Prowincjonalnych jasnych rysów

Prostotę, którą wydrwi świat...

Iść pod kłujących spojrzeń grad

Moskiewskich Cyrcej288 i dandysów!

O, strach! Nie lepiejż to się kryć?

Śród głuszy lasów zawsze żyć?

XXVIII

I Tania teraz wstaje z brzaskiem,

Mknie w pole, rozwiał się jej włos,

Jej oczy smutnym świecą blaskiem...

Staje, spogląda, mówi w głos.

«Żegnajcie, ciche wy doliny,

I wy, znajomych gór wyżyny,

Żegnaj i ty, o lasku mój,

Coś w moich oczach zmienił strój,

Wesoła żegnaj mi przyrodo!

Zastąpiąż twój pogodny blask

Świata bezmyślny szych i blask?

I ty mi żegnaj, o swobodo!

Kędyż przeznaczeń ciągnie głos?

Co mi gotuje przyszły los?»

XXIX

Coraz są dłuższe jej spacery.

Listek, natury miły dar,

Strumyczek, wzgórze, drzew szpalery

Jawią jej jeszcze żywszy czar.

W gajach i polach biegać rada,

Jak z przyjaciółmi z nimi gada,

Żegna rodzinnej rzeki brzeg.

Ale szybkiego lata bieg

Dogania wreszcie jesień złota;

Jako ofiara cały świat

Drży w blasku najświetniejszych szat.

Już północ chmur kłębami miota,

Zawyje wiatrem, śniegiem tchnie

I czarodziejka zima mknie!

XXX

Przyszła, rozparła się i szmaty

Wiesza na każdy dębu sęk;

Na pola, szczyty gór, na chaty

Kobierców miękkich rzuca pęk.

I brzegi z rzeką nieruchomą

Swym puchem równa... I łakomo

Mróz czyha... Ale wiejski świat

Z figielków matki-zimy rad.

Ty jedna smucisz się, o Taniu!

Na jej spotkanie nie chcesz iść,

Na mrozie dyszeć, śniegu kiść

Zdjąć z dachu łaźni o zaraniu,

Obmyć nim piersi, plecy, twarz...

Ty w myśli straszną podróż masz!

XXXI

Już odjazd nieraz odroczono;

Wreszcie stanowczy przyszedł dzień.

Starą landarę, odświeżoną,

Toczy kilkoro sług przed sień.

I obóz gotów — cztery fury;

Na nich manatków całe góry...

Kufry, krzesełka, z kuchni sprzęt,

Rondelki, misy, garnczków rzęd,

Słoje konfitur, z drobiem klatki,

Sienniki i do pierzyn puch...

Wre na dziedzińcu hałas, ruch...

Wszczyna się w izbie śród czeladki

Krzyk, pożegnalny płacz i gwar...

Przywiedli klaczy dziewięć par.

XXXII

W powóz wprzągnięto je bojarski;

Jadło z kucharskich wzięto łap;

Woźnice klną; ich okrzyk dziarski

Miesza się z kłótnią dworskich bab...

Na klaczy chudej i kosmatej

Zasiada foryś289, chłop brodaty,

I czeladź zbiega się do wrót,

Żegna się z państwem dobry lud.

Siedli. Szanowny powóz rusza...

Z dziedzińca wreszcie wywlókł się...

«Przytułku drogi, żegnam cię!

Ujrzęż cię kiedyś, wsi, gdzie dusza

W ciszy roiła słodkie sny?» —

I z oczu Tani trysły łzy...

XXXIII

Kiedy oświacie dobrodajnej

Szerzej się nasz otworzy świat,

(Według rachuby niezwyczajnej

Mędrców — za pięćset ledwie lat

Nastąpi u nas czas ten błogi),

Zmienią się mocno w Rosji drogi:

Przerzną ją szosy tam i siam,

Przetną, za łącznik służąc nam.

Żelazne mosty nad wodami

Zanucą swój zuchwały łuk,

Przewiercim góry mnóstwem dróg,

Pod wodą przejdziem tunelami,

Na każdej stacji chrzczony lud

Gospodę znajdzie — istny cud!

XXXIV

Dziś zapomniane mosty gniją,

Stan dróg jest opłakanie zły,

Na stacjach krew z nas chciwie piją

I spać nie dają pluskwy, pchły.

I gospód nie ma. W izbie chłodnej,

Kwiecisty w stylu, ale głodny

Prejskurant290 dla oględzin masz;

Wisi, apetyt drażniąc nasz.

Zgłodniały czekasz, aż cyklopy291

Wiejskie w wolnego ognia skrach

Wyleczą ruskim młotkiem, ach,

Leciuchny wyrób Europy,

Modląc się, by zachował Bóg

Wyboje, rowy wiejskich dróg.

XXXV

Lecz za to śnieg o porze chłodnej

Kryje dróg naszych mnogi brak...

Jak wiersz bez myśli w pieśni modnej,

Tak gładki jest zimowy szlak.

Bieg naszych trójek292 niezmęczony,

Siarczyście mkną Automedony293,

Miga wiorstowych słupów rzęd,

Niby sztachety294 — taki pęd!

Lecz, ba, pocztówki295 koszt przestrasza

Łarinę (miała racji krztę)...

Własnymi końmi wlokła się.

Nudziła się też Tania nasza;

Milczy wciąż w drodze... Matka śpi...

Jechały tak przez siedem dni...

XXXVI

Lecz blisko już. Już coraz bliżej

Jest biała Moskwa... Płoną już

W powietrzu blaski złotych krzyży

Na stałych szczytach wszerz i wzdłuż.

Jam już nie prosił, bracia, o nic,

Gdy raz mi w oczy cerkwi, dzwonnic,

Pałaców, parków szereg wpadł...

Lecz później, w biegu młodych lat,

Wygnaniec, gorzkie pędząc chwile,

Gdy serce gryzł tęsknoty wąż,

Moskwo, o tobiem myślał296 wciąż!

Moskwo... w tym jednym dźwięku tyle

Dla rosyjskiego serca drży!

I tyle ech w tym dźwięku brzmi!

XXXVII

Piotrowy zamek297 pośród wrzosów

Stoi tam. Czas niedawny wlał

Weń chmurną dumę... Pieszczoch losów,

Tu Napoleon długo stał —

I tu się zawiódł w swoich planach...

Czekał, że Moskwa na kolanach

Wyjdzie doń, niosąc Kremla klucz;

Lecz nie spuściła trwożnie ócz,

Nie szła do niego Moskwa moja.

Gdy on na darów czekał rój,

Ona przywdziała z ognia strój,

Ją przepasała z iskier zbroja...

W tym miejscu on w zadumę wpadł,

Patrzył w płomienie, z gniewu bladł.

XXXVIII

Żegnajcie sławy zgasłej świadki,

Piotrowe baszty. Ruszaj! Wio!

Bieleją słupy u rogatki,

Wehikuł skrzypi, konie mkną,

Po Twerskiej298 skaczą przez wyboje.

Migają w oczach miejskie stroje,

Budki, latarnie, płoty, mur,

Chłopaki, baby, sklepów sznur,

Pałace, parki, monastery,

Bulwary, sady, lwy u wrót,

Apteki, magazyny mód,

Tatarzy, kupcy, chłopi, skwery,

Balkony, wieże, cerkwie, dzwon.

I wkoło krzyżów stada wron.

XXXIX

O Moskwo! Moskwo! . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

XL

Tania nie patrzy... Jest znużona...

Bez końca zda się wielki gród...

W zaułku cerkwi Charitona

Wreszcie wstrzymały się u wrót.

Staruszka ciotka tu mieszkała,

W suchotach czwarty rok cherlała,

Nie miała w licach kropli krwi.

Na oścież im otworzył drzwi

W kaftanie pstrym, z pończochą w łapie,

Siwiutki Kałmuk299... Mruknął, znikł.

Spotyka je w bawialni krzyk

Księżnej, leżącej na kanapie.

Uderzą w płacz staruszki dwie,

Wołając wraz, całują się:

XLI

«Księżno, mon ange!»300 — «Pachette!»301 — «Polinko!»302

«Kto by pomyślał?» — «Tyle lat!» —

«Na długo?» — «Jak się masz, kuzynko?» —

«Usiądź! Ot scena! Jakbyś skradł

Z romansu opis powitania...» —

«A to jest córka moja, Tania». —

«Ach, Tania!... Dziecko, pójdź no tu.

Wiesz, wszystko to ma pozór snu...

Kuzynko, pomnisz Grandisona?» —

«Kto, Grandison?... A, Grandison!

Jakże, pamiętam. A gdzież on?» —

«On mieszka tu, u Simeona;

Był u mnie w święta, w karty grał.

Niedawno syna żenić miał.

XLII

A ten... ach, później ci opowiem.

Jutro odwiedzisz krewnych... Tak!

Pokażesz Tanię. Źle z mym zdrowiem.

Pojechać z wami sił mi brak,

Ledwie powłóczę chore nogi.

Lecz wy zmęczone pewnie z drogi...

Pójdźmy odpocząć... Sił mi brak...

Osłabłam jakoś... To zły znak:

Teraz już radość też mnie męczy,

Nie tylko smutek... Ach, Pachette,

Niechby mnie Pan Bóg zabrał wnet!

Na starość życie tylko dręczy...

Już nic nie jestem warta... Ach!» —

I rozkaszlała się we łzach...

XLIII

Chorej pieszczoty i uciecha

Wzruszają Tanię... Lecz cóż stąd?

Milsza domowa niska strzecha,

Niźli tych obcych komnat rząd.

Jedwab, kotary, nowe łoże —

Wszystko zbyt obce... Spać nie może.

Zrywa się, kiedy w domu śpią,

Zaledwie ranne dzwony brzmią,

Zwiastując wczesną pracę ludzi.

Rzednieje mgła... Ją trapi ból,

Gdy z okna, zamiast swoich pól,

Ogląda widok, co ją nudzi:

Kuchnia i stajnia, obcy dwór

I oficyny żółty mur.

XIV

Co dnia rodzinne są obiadki,

Rozjeżdża Tania z kąta w kąt...

Widzieć ją pragną babcie, dziadki,

O młodej wnuczce powziąć sąd.

Wszędzie okrzyki, słówka miłe,

Krewne z dalekiej wsi przybyłe

Napotykają... «A to kto?

Tania? Ta panna?! Bobo to!

Niedawno do chrztu ją trzymałam». —

«A ja ci naznosiłam fig!» —

«Ja klapsa dałam za zły dyg!» —

«A ja na ręce ciebie brałam».

I wszystkie babcie głoszą wraz:

«Mój Boże, jak też leci czas!»

XLV

Co do nich, czas nie zmienił wcale

Ani ich min, ni w życiu ról:

Ciotka Helena nosi stale

Ten sam czepeczek, tenże tiul.

Wciąż się pudruje Daria Lwowna,

Jednako łże Liubow Pietrowna,

Iwan Pietrowicz z biegiem lat

Nie zmądrzał; nie schudł jego brat.

Ciotki Aglai Nikoławny

Monsieur Fine-Mouche jest druhem wciąż;

Nie zmienion chart, nie zmienion mąż,

A mąż ten — klubu członek dawny,

Wciąż cichy, ciągle zły ma słuch,

Pije za trzech, a je za dwóch.

XLVI

Ich córki, Gracje303 Moskwy, Tanię

Objęły, cedzą kilka słów;

I okiem wprawnym a starannie

Zmierzyły ją od stóp do głów;

Sądzą, że nieco jest dziwaczna,

Że prowincjalność304 na niej znaczna,

Zbyt blada, chuda — duży błąd!

Niebrzydka zresztą... Skończon sąd,

Natura młoda górę bierze:

Do swoich komnat wiodą ją,

Całują, przyjaciółką zwą,

Trefią jej modnie włos i szczerze

Zwierzają swe sekrety już,

Tajniki swoich serc i dusz:

XLVII

Świetne zwycięstwa salonowe,

Nadzieje, sny, figielki swe...

Czasem w niewinną ich rozmowę

Leciutka potwarz wkrada się...

Potem za miłą paplaninę,

Pragną jej wyznań wziąć daninę:

Niech im otworzy serce swe;

Lecz moja Tania, jakby w śnie.

Słucha ich rozmów bez udziału,

Zaledwie chwyta słów ich treść

I tajemniczą serca wieść,

Skarb szczęścia, łez, drogiego szału

Chowa. Nie zwierzy nigdy! Nie!

Ukrywa ból na serca dnie.

XLVIII

W rozmowy chce się wsłuchać Tania,

Rozważyć to, co każdy rzekł:

Lecz wszystkich bawi i pochłania

Nieznośnych, płaskich bredni stek!

Tak blado, obojętnie bają,

Ba, nudno nawet spotwarzają;

Z tych bezowocnie suchych mów,

Bezmyślnych plotek, starych słów,

Przez cały wieczór, choć przypadkiem,

Nie błyśnie myśli nawet skra;

Ani tam serce żywiej gra,

Ani drgnie rozum choć ukradkiem.

Świat pusty z dawna dobrze znam:

Nawet głupstw śmiesznych nie masz tam.

XLIX

Spode łba patrzy się na Tanię

Czupurna, archiwalna młódź305...

Śród nich kursuje cicho zdanie,

Że ją prowincją nazbyt czuć.

A oto jakiś błazen smutny

Stanął przy drzwiach jak cień pokutny,

W niej idealną widząc treść,

Tworzy elegię na jej cześć.

Spotkawszy ją u nudnej ciotki,

Wiaziemski przy niej jakoś siadł,

Ten jeden głębszą duszę zgadł

I zajął ją; wnet starzec słodki

Widząc ją z nim, perukę swą

Poprawia, pragnie poznać ją.

L

Lecz tam, gdzie grzmiąco się odzywa

Przeciągły Melpomeny306 ryk,

Gdzie chłodnych tłumów nie porywa

Jej płaszcza szych, jej wzniosły krzyk,

Gdzie Talia307 brawa nie usłyszy

I zadrzemała sobie w ciszy,

Gdzie tylko Terpsychory308 lic

Wygląda chciwie młody widz

(Jak działo się i w dawnej porze,

Za waszych i za moich lat),

Nie zwrócił na nią oczu świat,

Nie skierowały na nią loże,

Dam pełne, swych zawistnych szkieł;

Znawcy nie wzięli jej na kieł.

LI

Do klubu wiozą moją Tanię.

Tam ścisk, gorąco, duszność, gwar,

Orkiestry grom i świec błyskanie,

Miganie, wicher szybkich par,

Piękności słynnych lekkie stroje

I na galeriach ludzkie roje.

Tam salonowych mnogość lwów,

Panien do wzięcia, ciepłych wdów;

Tam dandys w walcu lub w galopie,

Wystawia lśniąco biały gors,

Swą arogancję i swój tors.

Huzarzy, będąc na urlopie,

Grzmią tam, podziwu budzą krzyk,

Błysną, zwyciężą, znikną w mig.

LII

Jest moc na niebie gwiazdek ślicznych,

A w Moskwie wiele pięknych dziew,

Lecz jaśniej od gwiazdeczek licznych

Lśni Luna śród przezroczych stref.

Lecz Ona, którą strun mych dźwiękiem

Trwożę w tej chwili z wielkim lękiem,

Gdzie pięknych pań jest huczny zjazd,

Jak Luna błyszczy pośród gwiazd.

Z jakąż niebiańską dumą Ona

Dotyka ziemi stopką swą!

Jej oczy jakimś czarem lśnią!

Zapowiedź pieszczot bije z łona!

Lecz dosyć, dosyć! Wszakże szał

Ode mnie dość już danin brał!

LIII

Ukłony, śmiechy, mazur szumny,

Ogonów szelest, szybki krok...

A śród dwóch ciotek, u kolumny,

Gdzie jej nie dojrzy niczyj wzrok,

Tatiana patrzy — i nie widzi,

Światowych gwarów nienawidzi...

Jej duszno tu... Marzeniem stąd

Ucieka w cichy wioski kąt,

Gdzie stoją biedne chłopskie chatki,

Gdzie się odbija w stawie prom,

Gdzie pośród brzóz jest stary dom,

Gdzie są jej książki i jej kwiatki,

Gdzie lipa gęsty rzuca cień,

Gdzie on się zjawił w pewien dzień.

LIV

Marzy... o balu zapomniała,

Znikł jej z przed oczu gości tłok...

A poważnego generała

Tymczasem śledzi za nią wzrok.

Kiwnęły obie ciotki na się,

Trącą ją w łokcie w jednym czasie

I każda Tani szepcze już:

«Na lewo, Taniu, prędzej spójrz!» —

«Na lewo? gdzie? cóż tam takiego?» —

«Patrz!... teraz ręką zrobił ruch...

Tam, gdzie w mundurach jeszcze dwóch...

Teraz lokaje dwaj doń biegą...»

«O, bokiem stanął... Dał im znak...» —

«Kto? Ten generał tłusty?» — «Tak!»

LV

Tu możem Tani powinszować

Zwycięstwa... przeczuć dobrą wieść...

I w inną stronę wzrok skierować,

Bom już przeoczył główną treść!

Więc niech mnie słowa te ostrzegą:

«Opiewam druha tu młodego,

Jego dziwactwa, jego los...

Epicka Muzo, na mój głos

Znijdź309 błogosławić mej podróży,

Pozwól iść śladem twoich nóg,

Nie daj mi zbaczać z moich dróg!»

Dość! Już się klasyk nie oburzy,

Nie podrze pieśni mej na strzęp...

Choć późno — jest epicki wstęp!...