SCENA PIERWSZA
Ogród.
Wchodzi mistrz Blazjusz i Perdykan.
BLAZJUSZ
Panie, ojciec pański jest w rozpaczy.
PERDYKAN
Czemu?
BLAZJUSZ
Wiadomo panu, że on miał zamiar skojarzyć cię z krewniaczką twoją Kamillą?
PERDYKAN
Więc cóż? — Ja i owszem.
BLAZJUSZ
Jednakże panu baronowi się widzi, że wasze charaktery nie odpowiadają sobie.
PERDYKAN
To fatalne; nie mogę się przemienić na kogo innego.
BLAZJUSZ
Czy pan uważa to małżeństwo za niemożliwe?
PERDYKAN
Powtarzam, iż z największą ochotą gotów jestem zaślubić Kamillę. Idź pan do barona i oświadcz mu to.
BLAZJUSZ
Panie, oddalam się: nadchodzi właśnie twoja krewniaczka.
Wychodzi. — Wchodzi Kamilla.
PERDYKAN
Już na nogach, kuzyneczko? Obstaję wciąż przy tym, co rzekłem wczoraj: ładna jesteś jak obrazek.
KAMILLA
Mówmy poważnie, Perdykanie; twój ojciec chce nas pożenić. Nie wiem, co ty o tym myślisz; ale zdaje mi się, że dobrze zrobię, uprzedzając cię, że powzięłam decyzję w tej mierze.
PERDYKAN
Tym gorzej dla mnie, jeślim ci nie przypadł do gustu.
KAMILLA
Nie gorzej od innych; po prostu nie chcę iść za mąż: nie ma w tym nic, co by mogło urazić twoją dumę.
PERDYKAN
Nie chodzi o dumę: nie cenię ani jej radości, ani smutków.
KAMILLA
Przybyłam, aby objąć majątek po matce, i jutro wracam do klasztoru.
PERDYKAN
Podoba mi się ta szczerość; daj rękę, siostrzyczko, i bądźmy dobrymi przyjaciółmi.
KAMILLA
Nie lubię dotknięć.
PERDYKAN
biorąc ją za rękę
Dajże mi rękę, Kamillo, proszę cię. Czego się lękasz z mojej strony? Nie chcesz, abyśmy się pobrali? — więc dobrze, nie pobierzemy się; czyż to powód, aby się nienawidzić? czy nie jesteśmy rodzeństwem? Kiedy twoja matka nakazała w testamencie to małżeństwo, chciała, aby przyjaźń nasza była wieczna: oto wszystko czego chciała. Po co nam małżeństwo? oto twoja ręka i oto moja; aby zostały zespolone aż do ostatniego tchnienia, czy myślisz, że na to trzeba księdza? Potrzeba nam tylko Boga.
KAMILLA
Bardzom rada, że moja odmowa jest ci obojętna.
PERDYKAN
Nie jest mi obojętna, Kamillo. Miłość twoja dałaby mi życie, ale przyjaźń twoja pocieszy mnie po niej. Nie jedź jutro; wczoraj nie chciałaś przejść się ze mną po ogrodzie, ponieważ widziałaś we mnie męża, który ci był nie po myśli. Zostań tu kilka dni, pozwól mi mieć nadzieję, że nasze minione życie nie umarło na zawsze w twoim sercu.
KAMILLA
Muszę jechać.
PERDYKAN
Czemu?
KAMILLA
To moja tajemnica.
PERDYKAN
Czy kochasz innego?
KAMILLA
Nie; ale chcę jechać.
PERDYKAN
Nieodwołalnie?
KAMILLA
Nieodwołalnie.
PERDYKAN
A więc, żegnaj. Byłbym pragnął usiąść z tobą pod kasztanami w lasku i pogwarzyć po przyjacielsku z godzinkę albo dwie. Ale, skoro ci to nie w smak, nie mówmy o tym więcej; bądź zdrowa, dziecko.
Wychodzi.
KAMILLA
do wchodzącej pani Pluche
Pani Pluche, czy wszystko gotowe? Możemy jechać jutro? Czy opiekun skończył rachunki?
PANI PLUCHE
Tak, droga gołąbko bez zmazy. Baron nawymyślał mi wczoraj od bydląt, rada też jestem, że jadę.
KAMILLA
Proszę, zaniesie pani przed obiadem to słówko ode mnie kuzynowi memu Perdykanowi.
PANI PLUCHE
Jezu miłosierny! Czy podobna? Ty, bilecik do mężczyzny?
KAMILLA
Czyż nie mam być jego żoną? Wolno mi wszak pisać do narzeczonego.
PANI PLUCHE
Pan Perdykan dopiero co tu był. Co ty możesz pisać do niego? Narzeczony, męko pańska! Czyżbyś naprawdę zapomniała o Jezusie?
KAMILLA
Rób, co mówię, i gotuj wszystko do odjazdu.
Wychodzą.