Świat chaosu

Jest to rzecz o człowieku, który pewnej nocy, siedząc nad czarną rzeczką, nagle pomyślał, a raczej odczuł, że jego nogi sterczące nad ziemią są w istocie głupie. Pomyślał i po chwili myśl tę po prostu zagubił. Ona jednak odszukała go i wróciła.

Ów człowiek przyszedł właśnie z miejsca, gdzie nie ma przegrody między życiem i śmiercią. Na tamtym miejscu zostawił resztkę swego życia. Zostawił ją tak, jak ktoś, kto nieostrożnie byle gdzie, zostawia paczkę zapałek i potem, kiedy nastają ciemności, nie ma czym ich rozświetlić.

Pozostał więc dokoła pusty świat, mroczny sen sprzed sześciu dni stworzenia. Szare, bezkształtne ciała nad tamtą gęstą ciemnością lasku rozgniotły księżyc. Oto szczelnie do siebie przyciśnięte, zniżają się stopniowo, z niedźwiedzią powolnością, do ziemi. Są coraz bliżej i bliżej. Nad pustką nocnego świata unosi się sieroctwo i bezboskość.

I jedno tylko światełko, jeden malutki płomyczek, głupio i zuchwale wgryzł się w płaską równinną przestrzeń, gdzieś między czernią a szarością. Wgryzł się i nie chce zgasnąć.

Ciężko oddychający, jęczący kawał życia pałęta się gdzieś w pobliżu na wilgotnej ziemi. Samotnie siedzącemu człowiekowi wystarczy tylko wyciągnąć po niego rękę, żeby go dosięgnąć. Więc wyciąga. Obmacuje ziemię wokół siebie i natrafia na ciepłą, spoconą sierść oblekającą drżące ciało jakiegoś stworzenia. Drżeniom stworzenia towarzyszy raz po raz wyrywająca się z jego piersi skarga. Człowiek wzdycha współczująco:

— Ach, to ty, Kurto, biedne moje psisko!

Kurta reaguje na to płaczliwym ziewnięciem, po czym gorącym jęzorem oblizuje rękę człowieka.

Tej nocy człowiek siedzący nad rzeczką zaczyna odczuwać swoje zewnętrzne „ja”: okulary, które uciskają mu nos, twardy kapelusz cisnący skronie, płaszcz opasujący ciało niczym blaszany pancerz oraz ciężkie od błota kalosze. Wydaje się, że za chwilę dusza wyleci mu z ciała. Czuje, że utkwiła w jego ubraniu. W żywym ubraniu leży już martwe ciało.

Czuje to przez jedną tylko chwilę. Przez tę jedną, krótką chwilę czuje też, jak kapie na niego deszczyk, który rozsnuwa za kołnierzem jego płaszcza zimną pajęczynę. Nie zwraca na to uwagi. Nie obchodzi go to. Zapomina o nocy, o psie i o rzeczce.

Jego „ja” rozpłynęło się. Przed oczama snuje się teraz tylko sen złożony z dawno minionych fragmentów życia: jakiś zepsuty zegar na starej wieży, jakaś uparta ręka, która zmusza zegar do wybijania dawno minionych godzin. I wszystko to odbywa się dziwnie między dniem i nocą.

*

Nocą w ogrodzie leżą przytuleni do siebie dwaj związani przyjaźnią chłopcy. Leżą na otwartej estradzie, na której jeszcze trzy godziny temu rozbrzmiewała muzyka. Teraz hula tu wiatr i księżyc świeci nad głowami. Deski są twarde.

Na szerokim otwartym placu przed estradą zebrały się psy z całego miasta. Psy wszystkich możliwych ras. Odprawiały jakieś nieme psie misterium.

Leżący na estradzie chłopcy rozmawiają szeptem:

— Widzisz, Szmulu, jak się z nami obchodzi świat? Ma nas za nic, śpi sobie spokojnie, gdy my nie mamy na czym głowy położyć.

— Nie martw się, Dawidzie! Świat da się przerobić.

— Przerobić, powiadasz? To wymaga ogromnej pracy. Nie opłaca się. Nim się obejrzysz, umrzemy z głodu lub chłodu. Przykryj mnie, Szmulu. Dreszcze przebiegają mi po ciele.

Szmul przykrywa kolegę płaszczykiem podszytym wiatrem, obejmuje go za szyję, ogrzewa własnym ciałem i powiada:

— Gorycz przez ciebie przemawia, Dawidzie!

Dawid nie od razu odpowiada. Po dłuższej dopiero chwili powoli wycedza:

— Gorycz, powiadasz? Nie, Szmulu, po prostu zestarzałem się.

Nic więcej już nie mówią. Szmul przytula do siebie nagle zestarzałego kolegę i zaczyna płakać. Płacze z litości nad Dawidem i nad sobą. Płacze z powodu niegościnnego przyjęcia, jakiego doznali w obcym mieście, którego mieszkańcy śpią teraz spokojnym błogosławionym snem w domach za ogrodem. Śpią pod ciepłymi pierzynami owłosieni mężowie z ich tłustymi żonami. Śpią młode dziewczęta na lśniąco białych prześcieradłach. Same zresztą lśnią bielą swoich ciał. Usnęły nad otwartą książką i śnią nie doczytany jej koniec.

A świat jest przecież taki cudowny, taki ciekawy i podniecający. Nowe miasto, do którego przybyli, to zaczarowany kraj za srebrną kurtyną. Szmul leżąc obok raptem zestarzałego kolegi, czuje, jak tętni w nim młodość. Jest przekonany, że już jutro znajdzie sposób na uchylenie tej srebrnej kurtyny, która zamyka mu wstęp do zaczarowanego kraju. Ten kraj będzie jego krajem. Będzie jego światem. Płacze i śmieje się, wie, że płacze z nadmiaru radości życia.

Dawid przeziębił się. Kaszle. Nie może się powstrzymać od kaszlania. Kilka psów, które znalazły się na estradzie, przestraszyło się jego kaszlu. Zeskoczyły z estrady i dołączyły do psiej gromady. Siedzą teraz cicho i nasłuchują.

*

Po ulicach miasta biegnie długi, wyrośnięty młodzieniec. Ma na sobie rozchełstaną pelerynę.

Naprzeciw pędzi mu jesienny wiatr. Zderza się z nim. Zaczynają się zmagać. Ku nogom biegnącego lecą martwe jesienne liście, podobne do srebrnych drżących rybek i złotych przestraszonych motyli.

A tam w górze suną szaroniebieskie płachty. Śpieszą gdzieś w bok. Otwierają puszyste usta i śmieją się z ukrytego za nimi złotego słońca. W samo południe przy ciemnej kamienicy para ogołoconych z liści drzew skrzy się w słońcu. A że z zalanej ulicy woda przedostaje się do butów, twardnieją i sztywnieją długie, mocne nogi młodzieńca. Odpycha bruk, wykonuje skok i oto w swej rozchełstanej pelerynie, wbrew wszelkim prawom natury, wślizguje się na szklaną górę wiatru...

Jego bokobrody się rozwichrzyły, krawat unosi się z wiatrem. Szerokie, miękkie rondo kapelusza stanęło dęba, by wiatr mógł na nim umieścić napis, jak na szyldzie. „Zaczęła się rewolucja!”. To wypisuje mu wiatr na kapeluszu i na czole.

Wtem z głębi jego serca, podnosi się ku gardłu mocny okrzyk: „Estero! Esterko!”.

Jest zmuszony mocno zacisnąć zęby, żeby okrzyk nie wydarł się z ust na samym środku ulicy. Odwija młodzieniec swoją pelerynę i jednym skokiem jest już na wiatrowej drabinie, gdzieś na drugim piętrze nad targowym placem, w małej uroczej świątyńce, gdzie w kącie pali się znicz z jego własnej duszy i gdzie najdrobniejsza rzecz owiana jest tęczową aurą. Estera uśmiecha się do niego.

— Estero, na ulicy jest rewolucja!

Estera jest niskiego wzrostu. Wąskie ma ramiona i długą rabinacką głowę z brązowymi, rozwichrzonymi włosami, przez które ledwo widać śniadą twarz. Za to przez otwarte usta widać, jak lśnią w uśmiechu małe ząbki. Także w jej oczach błyska uśmiechem brązowoczerwony płomyk. Kładzie po łokieć obnażoną rękę na ręce Szmula. Dziecięcą rękę o delikatnych palcach dorosłej kobiety. Swoim matoworóżowym kolorytem przypomina słoneczną morelę. Cała Estera przeniknięta jest jakimś niezwykłym blaskiem łagodnego, egzotycznego, nietutejszego słońca.

— Szmulu, dożyliśmy!

Przez dłuższą chwilę stoją trzymając się za ręce i z przyjemnością wsłuchują się w bicie swoich serc.

Szmul rozmyśla: właściwie człowiek jest niemy. Nie potrafi w swoim języku wyrazić własnego szczęścia. Zwłaszcza, gdy to szczęście zespolone jest ze szczęściem, które przynosi ludzkości nowy ustrój.

Do ich uszu dochodzi gwar i szum ulicy. Szybko podbiegają do okna i jeszcze szybciej je otwierają. Do pokoju wdziera się wiatr nowego świata, niosący z sobą grom okrzyków i echo dalekich śpiewów.

Przed ich oczyma roztacza się taki widok: rozdęty wilgocią plac targowy szybko wypełnia się rzeszą ludzi. Kupcy w pośpiechu zamykają sklepy. Z tej strony targowego placu, gdzie szary kościół podniósł ku zielonym chmurom parę chudych rąk, a z jego wąskich ramion opadła w dół żółta peleryna miejskiego parku, płynie wartkim prądem rzeka błyszczących głów.

Nad tą rzeką huśtają się ciężkie, czerwone żagle spryskane złotem. Od tej właśnie rzeki z czerwonymi żaglami dochodzą okrzyki i śpiew.

Pokój z otwartym oknem, przy którym stali oboje, uniósł się w górę.

I uniósł się także widnokrąg. Płyną z daleka, ze wszystkich stron rzeki obnażonych głów. Płynie śpiewna wieść z dalekiego centrum miasta.

Za chwilę znad pękniętej zielonej chmury wyleje się słońce na sam środek placu targowego.

Tymczasem na dole powstało już ze strumienia napływających ludzi istne mrowisko. Szerokie koło głów staje się coraz gęstsze, napiera coraz ciaśniej i otacza pierścieniem pomnik wznoszący się na środku placu. Na schodkach pomnika powiewa czerwony żagiel ze złotymi literami. Na najwyższym schodku stoi człowiek, który wysoko w ręku trzyma kapelusz.

Wiatr igra jego miękkimi włosami. Odsłonięte czoło przypomina płat białego marmuru. Skrzą się wypukłe szkła okularów odblaskiem nadpękniętej chmury, co przyciąga spojrzenia wszystkich zadartych głów. Ludzie stoją z otwartymi ustami i milczą. Panuje więc cisza i nastrój jest niesamowity.

Estera chwyta Szmula za rękę. Własna jej dłoń nie przestaje drżeć.

— Popatrz, Szmulu! To Dawid przemawia! To przecież Dawid!

I gwałtownym ruchem wychyla się przez otwarte okno.

Szmul patrzy na profil Estery, który tak daleko „wyfrunął” w stronę wzburzonego świata. Estera odgarnia rozwichrzone włosy i Szmulowi zaczyna się kręcić w głowie. Znowu bowiem dostrzega, jak zapłonęło ogniem jej oko, które wysyła czerwoną iskrę do mówcy na dole. I Szmul czuje, jak drżące jej palce coraz słabiej ściskają jego rękę, aż uścisk ustaje i ręka zostaje całkiem zapomniana. A zielone niebo jest już na dole, zaś wzburzony plac targowy uleciał w górę.

Szeroka rama okna jeszcze bardziej się rozwarła, odpłynęła daleko i wykrzywiła się.

Przez tę ramę Estera posyła do kogoś na świecie wdzięczny uśmiech. Obca Estera. Uśmiech kobiety.

*

Na mokrej ławce w miejskim parku siedzi Szmul i kołysze się razem ze swoimi sąsiadami — drzewami.

Lecą z jego obnażonej głowy błędne, świecące ptaki — martwe liście jesienne. Nie wiedzą, gdzie mają spaść, nie wiedzą, że są martwe. Stęka w pobliżu gruby pień. Wzdycha daleka aleja, budząc te bliższe i bardzo bliskie. Szemrze to westchnienie nad głową Szmula wraz z płaczem liści. Po miękkiej skórze lamparciej ze spadłych liści zaczynają kroczyć na niewidzialnych nogach duchy. Park pogrążony jest w ciszy. Z czarnożółtej rzadkiej sieci kapią jeszcze pojedyncze krople. Jedna zawisła na policzku Szmula. Obie ręce oparł na lasce. W jednej sterczy kapelusz z odwróconym denkiem do dołu. Bezwstydnie wystawiony jak u żebraka. Wieje wiatr i niespodziewanie przywiewa jałmużnę. Szmulowi kurczy się serce ze wstydu.

W westchnienie dobiegające z dalekiej alei wplótł się przerywany śpiew. A westchnienie podtrzymywało ten śpiew, żeby nie ustał. Powiązało go z ciemnym aksamitem męskiego chóru. Zbliża się ów chór. Płynie już gdzieś obok, z tyłu, za Szmulem, w pobliskiej alei. Z pewnością są to śpiewacy jesieni z odkrytymi głowami, na których wichrzą się włosy. Z twarzami smaganymi wiatrem i nagimi ciemnymi szyjami, jak u marynarzy. Paradują w białych chitonach z purpurowymi zapinkami. Zaglądają jesieni w szare oczy i niosą dla niej w miedzianych ramionach swojej woli na aksamicie śpiewu na pół zasłonięte słońce.

Niech śpiewając przejdą tam swoją drogę. Niech zostawią w spokoju pogrążonego w smutku człowieka, który płacze na mokrej ławce. Człowiek ten bowiem nie posiada niczego, oprócz opłakanego błogosławieństwa i żebraczego serca.

Bądźcie oboje błogosławieni, Estero i Dawidzie, i ty, niemy bólu człowieczy, bądź także błogosławiony... Niechaj też od dzisiaj błogosławione będą wszystkie ciche zakątki, w których smutek może znaleźć schronienie przed ludzką radością...

*

Na wysokich drzewach cmentarza odbywa się wesele wron. Wśród grubych gołębi latają i skaczą te tłuste, czarne ptaki wokół swych wzdętych gniazd. Kraczą miotając przekleństwa i oszczerstwa na świat.

Rzadkie grudki puszystego śniegu spadają z wystawionych łap drzew. Dodatkowa jałmużna dla białego cmentarza. I kiedy taka rzadka śnieżna plwocina spada na ławkę, na której siedzi Szmul, pokornie się usuwa nie ciekaw, dlaczego i skąd spadła. Patrzy w dół. Gapi się na dolinę, na której fioletowe fabryczne kominy wydmuchują w porżnięte chmury brudny atramentowy dym. Nad białą doliną wiją się zygzakowato czarne ścieżki upodobniające ją do pękniętej miski.

Oczy Szmula wypełniają te zygzakowate ścieżki pustej doliny długimi, rozciągniętymi szeregami maszerujących grup ze sztandarami w rękach i śpiewem na ustach. Sen Szmula odnosi się do owych dni, kiedy dolina uginała się pod ciężarem i zgiełkiem wzburzonego tłumu, a kominy fabryczne nie dymiły. Jakby pod czystym niebem wystygły i stały się zbędne.

Teraz dolina znowu świeci pustką i niebo znowu zaciągnięte jest dymem. I pozostała na niej pamiątka po tamtych dniach: krzyż przy drodze — miejsce, na którym dokonana została wielka rzeź.

Także tutaj, na tym cmentarzu pozostała pamiątka. Szmul stara się ją odszukać i szybko znajduje tuż przed sobą, w głównej alei.

Znajduje więcej niż szukał i to zwalnia go od potrzeby wstawania z ławki. Siedzi więc dalej i patrzy na otwartą przed nim aleję.

Tam, gdzie niskie kamienne grobowce utrzymują się na ciężkich łańcuchach wokół bezkształtnego nagrobka z czerwonego kamienia, stoi mała kobieta w czarnym, dużym kapeluszu, który opada na jej wąskie ramiona. Stoi bez ruchu, jakby zastygła. Jakby była z tego samego kamienia, co nagrobek. Ręce trzyma w kieszeniach płaszcza. Trzyma je tak, jakby były przywiązane do reszty ciała. Patrzy na wykutą w kamieniu rękę trzymającą młot. Na macewie widnieje wypisane złotem jedno słowo „Dawid”. Od tego słowa odbijają się krwawe promienie zachodzącego słońca. I tak jak nieruchomo stoi przy nagrobku kobieta, tak samo w bezruchu, siedzi na ławce Szmul.

Od rogu cmentarza, gdzie stare nagrobki w puszystych jarmułkach pochylają się nisko przed słońcem, dochodzi do niego cieniutki, drżący płacz. Cicha serdeczna skarga nieszczęśliwego człowieka, który przyszedł na cmentarz, żeby wylać swój sierocy ból przed bliską zaśnieżoną kamienną płytą. Do delikatnego, drżącego płaczu przykleja się natychmiast starczy ochrypły skrzeczący głos i delikatny płacz zostaje zagłuszony. Ale wysila się, żeby cały przybytek zmarłych go usłyszał. Ochrypły, skrzeczący głos nie daje za wygraną. Nabiera mocy i zwycięża.

Delikatny płacz zamienia się w rozpaczliwy, histeryczny, nieustający pisk. Wtedy gruby ochrypły głos przechodzi w jedno głośne skrzeczenie. I tak podnoszą się i opadają równocześnie ostro piszczące i głośno skrzeczące głosy. Przebijają zaśnieżone płyty, żeby przybytek zmarłych je usłyszał i zrozumiał.

Kobieta przy czerwonej macewie zwiesza głowę między ramiona. Zgina się jakby pod ciężarem swego czarnego kapelusza i szybkim krokiem odchodzi. Wtedy Szmul wstaje z ławki i wychodzi jej naprzeciw. Pozdrawiają się bez słów i razem opuszczają cmentarz.

Odzywa się Szmul:

— Przyszedłem, żeby się pożegnać z Dawidem. Dziś jeszcze wyjeżdżam.

Estera przyjmuje jego słowa z bladym, bolesnym uśmiechem na twarzy.

— Wszyscy wyjeżdżają... wszyscy się rozjeżdżają...

Błysk pociechy rozświetla mu oczy. Zabłąkany promień słońca, które zaszło.

„Może Estera pojedzie razem z nim?”.

Ale Szmul dostrzega blady bezsilny uśmiech na jej twarzy i wydaje mu się, że omija jego wzrok — myślami jest teraz daleko. Zadaje sobie w duchu pytanie:

— Jak to jest? Czy człowiek może wstydzić się swego nieszczęścia?

I jakby sam był szczęśliwy, przestaje zajmować się własnym nieszczęsnym „ja”. Nagle nabrał odwagi na widok wstydliwości Estery.

— Słyszysz, Estero? Wyjeżdżam. Może byś także wyjechała?

Estera patrzy na niego wnikliwie. Nagle odwaga Szmula zaczyna topnieć jak śnieg dookoła. I przed jego oczami staje własne nieszczęście.

— Jak możesz coś podobnego mówić? Chcesz, żebym ja także wyjechała? Chcesz, żebym zostawiła go samego? — ręką wskazała na czerwony nagrobek. — Myślisz, że umarły nie może być samotny?

Jej słowa brzmią jak gorzki wyrzut.

— Postawiliśmy mu nagrobek i koniec. Koniec z towarzyszami... Wszyscy wyjeżdżają. Zaczynają nowe życie... A ja...

Szli dalej, nie odzywając się do siebie. Po dłuższej dopiero chwili ostatnie słowa Estery odbiły się echem w jego sercu. „Gdyby chociaż pozostała z dzieckiem...”.

Patrzy na nią. Rumieniec oblewa jej twarz. Widać, że sama przejęła się swoimi słowami.

Na tle iglastych drzew widać, jak gęste śnieżynki przędą swoją sieć. Cała dolina tonie we mgle.

Trzy stare kobiety owinięte w łachmany, trzy cmentarne płaczki wyłaniają się z bocznej alei. Nogi w krzywych, męskich buciorach.

Na ich widok Estera raptownie zatrzymuje się. Dłonią dotyka ręki Szmula. Przekazuje mu swój nagły strach.

Trzy stare kobiety przyśpieszają kroku. Kroczą jak wrony i szybko znikają z pola widzenia. Śnieg białą tkaniną zasnuł pamięć po nich. Szmul myśli, że śnieg przędzie także zasłonę nad ostatnim rozdziałem jego smutnej młodości.

*

Oparty o biurko, które stoi w wąskim czworokącie ścian, siedzi człowiek i rękami kołysze głowę. Przed nim leży otwarty list, obok rozsypane koperty jakiejś firmy. Na biurku — ustawione w rząd buty. Pojedyncze, brązowe buty. Buty — wzorce z szerokimi nosami. Za butami schowała się fotografia Pereca. Na bibliotecznej szafce, obok biurka, stoją czarne buty — także wzorce o błyszczących noskach jak rybie łuski. W bibliotece, za masywnymi, szlifowanymi szybami, na rozrzuconych w nieładzie książkach paraduje para „reniferów” z delikatnie wygładzonymi cholewkami i z otwartą rozpustnie kwiecistą podszewką. Sznurowadła, jakby na żywioł puszczone, zdają się mówić „popatrz na nas! Weź nas!”.

Człowiek przy biurku nadal kołysze rękami głowę, a z drugiego pokoju, z jadalni, dochodzą tu jakieś głosy. Głosy jego żony i córeczki. Oba tchną spokojem i pewnością. Prawdziwe kobiece głosy. Dziecko bowiem stara się naśladować mowę matki. Stara się powtarzać jej słowa i intonację, z jaką je wypowiada. Mężczyzna przy biurku stwierdza, że dziecku to się udaje, że brzmią wystarczająco fałszywie. Stwierdziwszy to myśli sobie: „Im jest dobrze. Wiedzą, czego chcą”.

Dobrze i pewnie urządziły się przy szerokim stole jadalnym, który teraz, po obiedzie przykryty jest haftowaną niebieską serwetą. Historyczną serwetą. Przedmiotem dumy jego dzielnej żony. W ciągu osiemnastu miesięcy w chwilach wolnych od pracy krótkie bielutkie paluszki Estery wyczarowywały piękny haft. Błyszczały wówczas w świetle elektrycznej lampy jej wypielęgnowane paznokcie. Popielata ufryzowana głowa tak pilnie pochylała się nad wykonywaną pracą, że z trudnością można było z przodu dojrzeć czubek jej nosa i z tyłu różowy karczek, który aż prosił się o pocałunek.

Teraz siedzą razem, mama i córeczka. Siedzą i zajadają się czekoladkami. Mają poczucie dobrze przeżytego dnia. Pijąc herbatę dzwonią łyżeczkami, które raz po raz uderzają w błyszczące szklanki.

Za nimi stoi, niczym obronny mur, duży kredens, istny gmach, cały w rzeźbach. Przez jego szlifowane szybki widać kryształowe i porcelanowe cacuszka, których nie dałoby się żadną miarą zapakować, ba, nawet ruszyć z miejsca. Matka i córka rozmawiają z sobą grzecznie i spokojnie. Obie wiedzą, czego chcą, czego im potrzeba. Dzisiaj na przykład chcą kupić guziki z perłowej masy. O tym właśnie rozmawiają.

A Szmul? Czy on, siedzący przy biurku zawalonym firmowymi kopertami, na których widnieje bucik niczym herb, wie, czego chce i czego potrzebuje? Siedzi przy biurku w złym nastroju, w stanie niepewności, a być może nawet depresji. Nie jest nawet pewien, czy biurko jest jego własnością. Czy czasem nie przywłaszczył sobie cudzego dobra.

I komu wpadło do głowy ruszyć z miejsca jego rzeźbiony kredens ze szklanymi drobiazgami? Esterze.

Oto leży przed nim jej otwarty list. Przyjechała. Jest gdzieś w pobliżu. Zamieszkała w letnim pensjonacie. Błaga go, żeby do niej przyszedł.

Szmul Rabinowicz kołysze nadal głowę w rękach i raptem wybucha płaczem.

Z oczu leją mu się ciurkiem dawno zapomniane łzy. Od lat nie płakał. Jakby nagle otworzył starą butelkę wina.

Słyszy, jak żona w drugim pokoju mówi do służącej:

— Pan pracuje w swoim gabinecie. Zapomniał o kompocie. Zapytaj go, czy chce, żeby mu go podano do gabinetu. Kompot jest z rabarbaru, za którym mąż przepada.

Ach ten kompot! Codziennie kompot z rabarbaru! Szmul ma go już po dziurki od nosa, a żona nadal jest przekonana, że on go lubi.

Żona jednak także ma swoją rację, bo mąż codziennie wcina rabarbarowy kompot. Nie zdarzyło się, żeby kiedykolwiek cisnął kompotierką o podłogę. Skąd więc miałaby wiedzieć, że nie lubi rabarbaru?

*

Po lewej i prawej stronie tańczą las i pole. Tańczą w rytmie kadryla, aż rozhukane stadko wron, jedna do drugiej niby przywiązane niewidocznym drutem, doznaje zawrotu głowy w powietrzu. Szukając trwałego gruntu pod nogami, wrony lądują na surowym, czerwonym rozoranym polu, blisko konika ciągnącego pług. Koń a właściwie konik z trudem, ale rytmicznie i w sposób przemyślany kołysze łbem. Drugi swobodnie biega po zaoranym polu. Szyję pochylił w dół. Podskakuje na tylnych nogach. Chce w ten sposób odreagować łoskot pędzącego na pobliskich szynach, pociągu.

Na ostrym raptownym zakręcie wagon przechylił się i Szmul Rabinowicz zderzył się z ramieniem drzemiącej obok niego chłopki. Pomyślał, że tamte dwa konie, ten ciągnący pług i ten, który swobodnie hasa po polu, pokłóciły się z powodu rozoranego pola jego serca.

A on jest przecież ojcem, mężem i kupcem w dodatku. Rzecz nie do śmiechu. „Renifery” żony na książkach Kautskiego. Fotografia Pereca schowana za butami. Jego imię i nazwisko nie może być wydrukowane bez znaku bucika, na boku.

Buty depczą po nim, po jego życiu. Buty z całego świata. Także te, w których jeszcze bardzo długo nie będą tkwiły nogi. Które są jeszcze czystą abstrakcją.

Nieprawda, że dopiero teraz sobie to uzmysłowił. Czuł to od długiego czasu. Zawsze o tym pamiętał, ale nie przywiązywał do tego wagi. Tak jak nie przywiązuje wagi do nazwy czy kierunku tej, czy tamtej ulicy, przez którą przechodzi, żeby trafić do domu na obiad.

Ileż to razy zatrzymywał się na rogu tych ulic niby dla przetarcia okularów. Głównie jednak po to, żeby zadawać sobie pytanie:

— Jak mi radzisz, Szmulu, iść tą, czy tamtą ulicą?

Pytanemu obie ulice są w jednakowym stopniu obojętne. Jednakowo długie i jednakowo obojętne są mu obie równoległe ulice. I Szmul nie może sobie samemu udzielić rady. I idąc jedną z tych ulic, czuje, że druga połowa jego „ja” wlecze się drugą ulicą. I obu połowom Szmula nie jest dobrze.

Kiedy wagon wskutek nagłego skrętu pociągu zatrząsł się, Szmul zgodnie ze starym swoim nawykiem zaraz dotknął łokciem kieszeni za pazuchą, w której trzymał portfel wypchany wekslami i rachunkami. Przypomniał sobie leżący w nim list od Estery i po raz pierwszy uniósł głowę spod góry butów. Ach, zaczerpnąć przez otwarte okno wagonu jak najwięcej powietrza. Od jego nadmiaru zakręciło mu się w głowie i poczuł ucisk pod sercem.

Przed oczami migają mu, jakby zawieszone między niebem i ziemią, stada wron. Spośród nich wyłaniają się jakieś obce, nieznane twarze. Żydzi ogoleni i Żydzi z brodami. Żydzi w kaszkietach i Żydzi w kapeluszach. Wymachują laskami w powietrzu i wyciągają z ust taśmy z cyframi. Panie Rabinowicz, jucht! Reb Szmulu, skóra chromowa! I giemza18... buty szyte i klejone... Do wszystkich diabłów!

W środku pola kręci się jego rzeźbiony kredens z otwartymi drzwiczkami. Zlitujcie się! Z otwartych drzwiczek wylatują szklane, porcelanowe cudeńka — odłamki roztrzaskanej tęczy. I huk! I trzask! Rozbijają się o kamienie, o drzewa, o słupy telegraficzne.

Szmul wcale nie odczuwa żalu. Nic go nie to obchodzi. List od Estery przełożył do drugiej kieszeni. Żeby nie było profanacji świętości.

Oj, ty przeklęty, kupiecki łokciu! Czemu tak nerwowo wyciągasz się ku kieszeni za pazuchą? Jakby cały świat składał się ze złodziei. Przecież ta siedząca obok ciebie chłopka jest uczciwą kobietą. Dlaczego patrzysz na nią podejrzliwym okiem? Przecież ona w tej czerwonej chustce na głowie drzemie niewinna jak kwoka. I drzemiąc trzyma mocno w spracowanych rękach swój wytarty koszyk. Widocznie wystrzega się złodziei. Pilnujemy się nawzajem. Ileż to śmiesznych rzeczy jest na tym świecie!

Pociąg zwalnia bieg i gwiżdże mu do ucha, że wnet zobaczy Esterę. I gorąca, aż parząca krew napływa mu do serca. I czuje, jak słabną mu ręce i nogi. Wątpi, czy starczy mu odwagi, żeby wysiąść z pociągu. Po co rozdrapywać stare rany? Tyle lat minęło! Jak będzie wyglądał w jej oczach? I jaką ona się okaże dla niego?

Stara chłopka, usłyszawszy gwizd lokomotywy, zerwała się z miejsca. Najpierw uchwyciła się Szmula, potem ściany. Pogrążona jeszcze w półśnie, ledwo trzyma się na nogach. Wygląda podejrzliwie przez okno, czy aby nie przejechała stacji, na której miała wysiąść.

Niepokój Szmula potęguje się na widok bezradnego zamieszania, w jaki wpadła chłopka. Już nie potrafi się uwolnić od tego nastroju. Tkwi w nim jak w ciasnym ubraniu.

...I nawet wtedy, kiedy siedzi z Esterą na małej chłopskiej werandzie i jakieś zupełnie obce psisko obwąchuje przyjaźnie jego kolana, Szmul wciąż nie jest pewny, czy wszystko jest w porządku. Patrzy w twarz Estery i nie przestaje się niepokoić, czy czasem nie pomylił się w czymś, czy czegoś tam po drodze nie zapomniał. Wydaje mu się nawet, że cel jego podróży pozostał gdzieś na uboczu.

Uwalnia się od tego niepokoju, kiedy patrząc na ramiona Estery widzi, że drżą, że stały się szersze i bardziej okrągłe. Ale zauważa też, że przez cały czas Estera niczym przestraszone dziecko trzyma głowę wtuloną w ramiona. Dostrzega też, że jej twarz również się zaokrągliła i przybladła. Zatraciła dawną przezroczystą cienistość. Jednak cień „kawałka” nocy, tak jak dawniej wisi pod jej oczami. Dawniej oczy jej były jakoś większe. Dlatego widocznie skóra pod nimi jest nieco zmarszczona i czerwonawa jak roślina, która nigdy nie widziała słońca. Poznaje ją tylko po uśmiechu, ale natychmiast żąda od swojej pamięci, żeby mu powiedziała, kiedy w tym uśmiechu widział tak przerażone pytanie. Gdyby się tak gładko nie czesała, gdyby nosiła dawne swoje powabne długie loki, które przydawały jej rabinackiego wyglądu... Estera, Esterka...

Czy mają zapytać, co porabia? Zbyt długo już milczy. Zbyt długo grzebie w pamięci. Czuje to wyraźnie. Wkrótce w tym milczeniu zostanie pogrzebany, nie zostawiwszy po sobie śladu pamięci.

— Estero...

Czy to on wybąknął to imię, czy tylko mu się zdawało? Ona nie daje mu dojść do słowa:

— Powiedz Szmulu, czy zarzucasz mi grzech?

— Jaki grzech? O czym ty mówisz?

Szmul napina zmysły i oko jego trzeźwieje. Ostatni poszum ulotnił mu się z głowy. Tak, jak nagle odchodzi pociąg. Co za histeryczny i zuchwały ruch wykonała Estera rękami złożonymi na piersi?

Pod szarym materiałem sukni uwydatniają się jej piersi i pełny brzuch. Na ten widok uparte nogi Szmula wykonują poślizg na piaszczystej podłodze. Przestraszony pies w mig odskakuje. Owszem, Szmul może ją zapytać, kiedy wyszła za mąż i kiedy spodziewa się dziecka. Może spytać, ale może też milczeć, albowiem koniec końców jest mu to obojętne. Tak samo obojętne, jak obojętne są mu owe obie równoległe ulice, które prowadzą od sklepu z obuwiem do domu.

Zdaje sobie sprawę, iż gliniana maska, jaką sobie nałożył na twarz, jest nie do zdjęcia. Dlatego nie obchodzą go ciche skargi Estery na jej puste życie i tęsknotę za dzieckiem.

Bardziej obchodzi go dochodzący z daleka gwizd pociągu. Boi się spóźnić na coś ważnego w mieście. ...Co? Właśnie odszedł? Co on, Szmul, robi na stacji? Do odjazdu pociągu została jeszcze cała godzina. Tymczasem, może sobie posiedzieć i patrzeć na górę, gdzie od zachodzącego słońca płomienieje jakieś okienko. A może płoną tam świece? Miał kiedyś matkę, która odmawiała błogosławieństwo nad świecami.

— Mama.

Pójdzie, piaszczystą drogą do tego płomieniejącego okienka na górze. Pójdzie do matki, która błogosławi tam świece. Może znajdzie na tej piaszczystej drodze którąś ze swoich zabawek, które w dzieciństwie zgubił?

Idzie i nie znajduje. Przed domkiem na górze siedzą na przyzbie trzy stare kobiety, które robią na drutach. Okienko jest ślepe. W domku nie ma matki błogosławiącej świece.

*

Już od wczesnego poranka siedzi Szmul na małej chłopskiej werandzie naprzeciw zamkniętych drzwi i niecierpliwie czeka na Esterę. Spokój panuje w nim i wokół niego.

Kiedy w Bożą noc chodzi się po mieście, na ulicy, w mieście, gdzie most i brzeg wpatrują się długimi ogniami w otchłań, kiedy słyszy się, jak zamiera gwar miasta i na świecie czuwają już tylko „ja” i zegar na ratuszu, kiedy powoli i stopniowo zaczyna znowu dochodzić do uszu ożywający zgiełk miasta i odnajduje się własne „ja” na tym samym miejscu, przed czarną siecią mostową zarzuconą na wybladłe niebo — wtedy w ciągu jednej Bożej nocy można zmądrzeć. Tylko kilka siwych włosów przybywa na głowie.

— Chodź tu psie! Jak cię zwą?

Duży pudel z sierścią w kolorze oksydowanego srebra stoi przed werandą i połyskliwym wzrokiem patrzy na Szmula przez rozkudłaczone brwi. Szmul przypomina sobie, że już wczoraj widział tego psa.

Pudel chciał, żeby zwrócono na niego uwagę; wskoczył na werandę i zatrzymał się przy Szmulu. Z chłopską gracją stanął na tylnych łapach i oparł na kolanach Szmula przednie szerokie, owłosione łapy. Ma wygląd starego, nie ogolonego żołnierza mikołajewskiego, z którego oczu, pod siwymi brwiami, wyziera wierność i oddanie. Pogłaskał Szmul pudla po kudłatej sierści.

— Czyj ty jesteś, Boże stworzenie?

— To mój pies. Nazywa się Kurta.

W drzwiach, które otworzyły się bezszelestnie, stoi Estera. Ma na sobie jasny poranny szlafroczek — kimono. Na strudzonej twarzy błąka się uśmiech. Pod zapłakanymi oczami wisi noc.

Pies tak raptownie rzuca się do jej nóg, że słychać trzask jego kości po zderzeniu z podłogą.

Szmul pokornie oczekuje od Estery wybaczenia za wczorajszą ucieczkę. Czeka na chwilę, kiedy poda mu rękę. I wreszcie jej mała, smagła dłoń wyślizguje się z rękawa japońskiego kimona. Szmul łaknąco chwyta ją i przyciska do swego serca. Jest przy niej już tak blisko, że czuje ciepło jej ciała. Z przyjemnością czuje, jak jej palce rozczesują jego twarde włosy. Głaszcze go tak, jak on przed chwilą pieścił jej psa.

— Myślałam, że już więcej do mnie nie przyjdziesz.

Płaczliwy dźwięk tych słów wywołuje ciarki na ciele Szmula. Stojąc z głową pochyloną ku jej okrągłemu ciału, wyczuwa przez cienki materiał kimona ciepłą jego nagość.

Boi się Szmul, żeby ciężar jego głowy nie wyrządził krzywdy Esterze. Chce cofnąć głowę, ale ona trzyma ją mocno w swoich ciepłych ramionach.

— Już siwiejesz, Szmulku, siwiejesz...

— O matko moja!

Estera podnosi jego głowę i przygląda mu się szeroko otwartymi oczami, z uśmiechem na twarzy. Twardymi, cienkimi wargami nieprzywykłymi do całowania, wyciska z niego łzy, które nagle polały mu się z oczu.

Długo przyglądają się sobie nawzajem, po czym raptem wybuchają śmiechem.

Promiennym, dziecinnym śmiechem, który wszystkie koszmarne sny obraca ku dobremu.

*

— Chodź Szmulu, pokażę ci coś pięknego!

— Nie chodź Estero po mokrej łące!

— Nic mi nie będzie!

I na matowosrebrzystej łące jej stopy wytyczają świeżą zieloną ścieżkę. Szmul razem z Kurtą podążają za nią. Ze strachem patrzy, jak ożywiona i rześka lekko zbiega do rzeczki, jak przebiera nogami po rozkołysanych deskach kładki.

— Ostrożnie, Esterko!

Ona zaś umyślnie rozhuśtuje cienkie deski kładki wiszącej nad złocistą wodą. Odwraca ku niemu głowę i śmieje się:

— Chodź tu, Szmuliku! Chodź tu, strachajło!

Już są na drugim brzegu. Trzymają się za ręce i śmieją z Kurty, która z narażeniem życia odważyła się wskoczyć do rzeczki. Pływa, parska i wyłazi na piaszczysty brzeg. Stała się jakaś chuda, bardziej przylizana i przyczesana, ale broda i wąsy wyglądają jak z drutu. Strząsa z siebie wodę. Widać, że jest niezadowolona, bo się z niej śmieją.

— A teraz naprzód! — komenderuje Estera i zaczyna biec.

Szmula, gwałtowna żwawość Estery napawa nieco strachem, ale boi się ją powstrzymać.

W cieniu góry uśmiechał się świat stokrotek zroszonych zastygłymi kroplami słońca. Świat włożył pijane okulary pachnące słodko rumiankiem. Gdzieś w pobliżu rozległ się pisk i śmiech. Nagi chłopak i naga dziewczyna wyskoczyli zza krzaków. Trzymają się za ręce i śmieją do rozpuku. Unoszą swoje błyszczące roztańczone ciała do słonecznego piaszczystego brzegu, do barwnej sterty zrzuconych ubrań.

Esterę opanowało nagle zmęczenie. Szmul ostrożnie wziął ją w ramiona i przytulił. Chciałby swoimi długimi rękami z szeroko rozpostartymi palcami całą przykryć. Zasłonić ją przed słodkim powietrzem nasiąkniętym wilgocią. Osłonić przed jej własnym zdenerwowaniem i nagłym zmęczeniem. Tuląc ją do siebie, ma świadomość, że trzyma w ramionach sens swojego całego przeoranego życia, zaczarowany kwiatek, dla którego pewnej nocy świętojańskiej wystawił na ryzyko swoje życie na tym i na tamtym świecie.

W tej jednej chwili uprzytomnił sobie, że wisi nad nim szczęście, o którym przestał marzyć nawet we śnie. To szczęście niespodziewanie znalazło się teraz w jego ramionach. Jest ciężkie i trudno je utrzymać.

Uczucie słabości, jakiego doznaje, napawa go strachem. Na próżno zaklina swoje ramiona, żeby były mocne jak żelazo. Zaczyna drżeć. Drży jak zbyt naciągnięty łańcuch.

Mała bezsilna, bezradna Estera o podłużnej jak u rabina twarzy patrzy na niego. Jej oczy otwierają się coraz szerzej i szerzej. Wyziera z nich strach. Dziecięcy strach.

Człowieku, co powiesz, kiedy twoje szczęście, szukając obrony u ciebie, zaczyna nagle głośno o nią wołać? Kiedy to szczęście zależne jest od twojej odwagi i siły? Kiedy powinieneś zostać Bogiem, żeby móc je utrzymać?

Uśmiech Estery już zastygł. Uśmiech człowieka, który chciał prosić o przebaczenie i nagle zaniemówił. Tylko obnażone zęby perlą się bielą w jej ustach.

On sam jakby skamieniał w spokoju. Wiedział, że nie utrzyma Estery, gdyż ziemia wyrywa ją z jego rąk. Dlatego też pozwala jej powoli i spokojnie z nich się wyślizgnąć.

*

Starcza, chuda ręka rozdzieliła splecione z sobą ręce Szmula i Estery. Była tak ciemna, że przy niej smagła ręka Estery zdawała się zielonkawa, zaś dłoń Szmula jak wyciągnięta z wapna.

Estera opadła na prześcieradło.

— Młodzieńcze, puść ją. Posłuchaj starej kobiety. Puść ją, tę biedną ptaszynę!

Szmul posłuchał staruchy i z szacunkiem wycofał się do kąta. Białe łóżko Estery zrobiło się szare. Po jednej jego stronie stały trzy ciemne staruszki, po drugiej zaś stronie trzy garbate cienie odbite na ścianie. Estera jest teraz w ich władzy. Staruszki i cienie liczą swoimi ciemnymi oczami perłowe zęby w niemych ustach Estery.

Jedna, jedyna, topniejąca świeca na stole rzuca żółte światło. Mruga swym płomieniem do pustego kąta. Do mokrego okna przykleiła się swoim szarym ciałem noc.

Szmul widzi, jak z ciemnoróżowawej kuchni kłębi się para. Słyszy, jak z zewnątrz pies dobija się do drzwi. Drapiąc je pazurami, wydobywa z siebie płacz.

Przez głowę Szmula przebiega na wpół martwa myśl: trzeba wpuścić psa.

Staruszka odnajduje zaszytego w kącie Szmula.

— Wyjdź młodzieńcze. Posłuchaj mnie. Nie wypada.

Skąd ta ciemna świąteczność w starym, łamiącym się głosie? Staruszka bierze go za rękę i prowadzi. Skąd i u takiej staruchy taka moc rozkazywania i jak to się stało, że stał się taki posłuszny? Kobieta prowadzi go przez ciemną kuchnię. Słyszy, jak ogień trzaska pod płytą. Słyszy, jak woda kipi w garnkach. I oczami wyobraźni widzi jakiś niesamowity obiad.

I nagle jakaś blacha warknęła na niego i serce podeszło mu pod gardło. W środku kuchni natknął się na olbrzymie naczynie, które nigdy tam nie stało.

Do tego naczynia upadło jego serce i w nagłym strachu utonęło. A staruszka trzyma go nadal za rękę.

Przez otwarte drzwi wpada, jak wicher Kurta. Niczym kłębek nici, wywija się spod nóg Szmula, nim drzwi zdążono zamknąć. Oboje, Szmul i Kurta pozostają na zewnątrz. Trzymają się dźwięku zapadłej klamki.

Zgoda, będzie już posłuszny wszystkim. Staruszkom, Kurcie i ciemnym drzewom. Wszystkie one są od niego, Szmula, silniejsze i mądrzejsze. Siła i wola opuszczają go. Przeciekają po prostu przez palce. Jest skazany, żeby uczestniczyć w ciemnym misterium wykonania wyroku. Jest najmłodszym kapłanem tego misterium. Musi być posłuszny wszystkim.

Z podziwem i szacunkiem patrzy na to, co Kurta wyczynia na glinianej górce, w środku podwórza. Pies „oparł” się pyskiem o zamglony księżyc i podkurczył tylne łapy.

Ni to siedzi, ni stoi. Sierść na grzbiecie mu się zmierzwiła. Nagle podniósł jeszcze wyżej pysk i posłał w kierunku księżyca długi, stary, przedpotopowy, spleśniały skowyt, który zdaje się nie mieć końca.

Płacz psa przenika ciało Szmula. Ze strachu chowa się pod drzewem. Wtem czuje, że drzewo go odpycha. Chwyta się pnia, obejmując go rękami. Czyni to z rozpaczą, z jaką skazaniec chwyta się nóg kata.

— Oj, dlaczego? Powiedz, dlaczego?

I nie wypuszcza już pnia z rąk. Kiedy drzewo zaczyna się kołysać, kołysze się wraz z nim. Kołysze się i skrzypi. Szeptem wyjawia mu jakiś sekret. Chce go ukoić. Naraz wszystko zamiera w Szmulu trzymającym się pnia. Miłosierdzie drzewa wyjawia mu, że Estera nie żyje. Widzi, że okno w kuchni wyżłobiło w gąszczu nocy żółtą ranę. W mig oprzytomniał. Znowu usłyszał żałobny skowyt psa na podwórzu. Szybko podbiega do kuchennego okna ze spóźnioną nadzieją. Ziemia pod jego nogami huśta się jak pokład statku płynącego po morzu. Oświetlone okno kuchenne na przemian zbliżając się i oddalając, maluje złote koła w otaczających ciemnościach.

Szmulowi udaje się uchwycić „fruwające” okno i przykleić swoją twarz do szyby. Jego nogi wrastają w ziemię, a z niej wyłażą w górę pająki z kłującymi, owłosionymi nóżkami, które żwawo zaczynają posuwać się po jego nogach i plecach.

W kuchni trzy staruszki i ich cienie zwarły się w jedną, ciemną „szóstkę” wokół blaszanej wysokiej wanny i odprawiają czary w wijącej się nad nią parze. Jedna wstała ze swego miejsca, podeszła do kuchennej płyty i wzięła garnek z kipiącą wodą.

Szmul spojrzał na miejsce, skąd staruszka wstała i przed jego oczami ukazała się twarz Estery. Jej biała twarz skierowana jest w jego stronę. Wyciągają się do niej ciemne, chude ręce, płonące twarze osadzone na cienkich szyjach. Płonące, chude twarze z białymi pasmami włosów na głowach. Żądają czegoś od zastygłej w niemocie Estery. Ich słowa skierowane w głąb jej martwoty zawierają groźby.

Nagle ręce Szmula także bieleją i martwieją jak twarz Estery. Ogarnia go niepohamowane pragnienie wybicia szyby. Pająki, które czuje na ciele, docierają do głowy, gdzie włosy w mig zamieniają się w żywe pająki o kłujących nóżkach.

Staruszka zdjęła z płyty kuchennej garnek i powoli wlewa błyszczący ukrop do wanny. Estera kołysze się w wannie. Zanurza się w parze i wynurza z niej. Jest teraz różowa.

Jej zęby się zacisnęły i kąciki otwartych ust opadły.

Błyszczący ukrop z garnka leje się na mózg Szmula. Czuje, że jego twarz różowieje, że zęby mu się zaciskają i kąciki warg opadają. Nie potrafi wydobyć z siebie krzyku.

Staruszki przysuwają się do Estery z wyciągniętymi rękami i szyjami. Krzykliwie białe pasma włosów wystają spod ich chust obwiązujących głowy. I naraz wszystkie zaczynają krzyczeć. Są wzburzone. Napierają na nią. I Szmul nie widzi już niczego więcej w wannie, prócz czerwonej gwiazdy. Pomarszczonej grubymi niebieskimi żyłami czerwonej gwiazdy. Po chwili gwiazda znika. Wypełniona po brzegi wanna zaczyna wylewać wodę. Starsze kobiety zastygają w napięciu. Szmul odczuwa ucisk w sercu. Czeka na cud. Na czole pojawiły mu się niebieskie żyły. Nieruchomo trwa w oczekiwaniu. Słyszy klaśnięcie w dłonie, jakieś mamrotanie i westchnienie ulgi. Ucisk w sercu Szmula ustał. Dookoła zapanowała cisza. Tylko ten ukrop leje się jeszcze na mózg Szmula. Nadal patrzy na kobiety, które trzymają ręce w wannie. Ale już nie oczekuje cudu. I kiedy dwie stare ręce wyciągają z dna coś małego i zakrwawionego, wie już wszystko: Jest to martwa, gwałtem wydobyta resztka nie donoszonej tęsknoty Estery.

*

Oto historia o człowieku, który pewnej ciemnej nocy siedząc nad czarną rzeczką nagle poczuł, że jego sterczące nad ziemią nogi są głupie. Długo siedział, aż ziemia pod nim się rozpłakała i chmury spuściły na nią ciszę ze swoich ramion.

Podniósł się człowiek ze swego miejsca i ruszył w kierunku samotnego, majaczącego w równinnej przestrzeni między czernią i szarością, płomyka. Tym płomykiem była stacja kolejowa.

Tam zatrzymał się i patrząc w ciemną szarość zobaczył, jak otworzyła dwa wybałuszone świecidła. Zobaczył, jak czarna wiedźma pochylona ku ziemi ucieka przed swoimi wrogami. Odsłoniły się czerwonawe chmury i wgryzły w wiedźmę, w jej czarny sterczący w górę warkocz. Ze wszystkich stron posypał się grad czerwonych, ognistych much. Wiedźma doleciała do stacji na świecących zamglonych, lotnych piórach i powstrzymała swój nierówny oddech.

Wtedy dopiero człowiek przypomniał sobie psa i zaczął go szukać oczami w nagle obudzonej odsłoniętej nocy. Dostrzegł go między szynami, za kołami, pod otwartym, ognistym brzuchem lokomotywy. Pies kręcił się wokół swego ogona tańcząc na trzech nogach. Oto kręci się już połową łba i nie ma czym skowyczeć. Oto wstrząsają nim drgawki. Oto leży poplamionym brzuchem do góry i jego łapy wyglądają jak szczapy uniesione w powietrzu.

*

Przechadza ci się człowiek pod obcymi parasolami, pod różowym deszczem, w świetle „Iluzjonu”. Bez przerwy rozgląda się dookoła, czy w pobliżu nie ma ludzkiej ciżby, ludzkiej ściany. Od tego miejsca, gdzie ludzka ściana staje się rzadsza, od samego centrum miasta, nadciąga w jego stronę ponury strach.

Daje się ponieść strumieniowi ludzi i wpada do „Iluzjonu”. Siada na krześle opancerzony swoim mokrym płaszczem z wysoko postawionym kołnierzem.

Rękawy ma zakasane, oczy przymknięte. Kołysze się na morzu panującego tu gwaru i szumu. Jest zadowolony z głośnego stukania lasek w podłogę. Nagle robi się cicho. Otwiera oczy: ciemno. Delikatnym dudnieniem, jakby dalekim szumem wirujących śmigieł budzi się martwy niebieski świat cieni w ciasnym kwadracie. A dookoła — ciemny las zastygłych, człekodrzew. Muzyka nie zdążyła w porę i człowiekowi na środku sali robi się niedobrze, kiedy nagle i niespodziewanie zaczęły do niego przemawiać skrzypce.

Skrzypce mają delikatne, kobiece i bezlitosne ręce. Przenikają przez jego „pancerny” płaszcz i wdzierają się do pustego serca. Jedne są młodsze i bardziej namiętne. Wykonują swoje zadanie z jakąś pijacką zapamiętałością. Grają jakby całowały. Drugie skrzypce odzywają się spokojnie, „wszechwiedząco”. Niebezpiecznie podniecający urok tkwi w delikatnej pewności ich cięcia. Trzymają się te skrzypce, dwie piękne siostry, za ręce i razem wykonują swoją bezbożną robotę.

Człowiek zasłania swoje puste serce obiema rękami i ucieka. Dochodzi do wniosku, że pies był mądrzejszy od niego, że powinien był u niego się uczyć. Stoi w deszczu, na środku różowej błyszczącej ulicy i patrzy. Jest ciekaw, jaki tramwaj najwcześniej prześlizgnie się po nim. Nagle coś uderzyło go w ramię. To koń pochylił nad nim łeb. Chce mu coś powiedzieć w swoim języku, ale nie zdąża, bo człowiek zostaje wciśnięty w czyjeś ramiona. Ktoś za bardzo o niego się troszczy.

I znowu jasno oświetlona sala. Przy stolikach siedzą przywarci do siebie ludzie. Ramiona, które go obejmują, powoli sadzają go na miękkim krześle przy stoliku.

— Przejdzie, przeminie, panie Rabinowicz. Uwierz mi pan. Strach pana obleciał. Kiedyś i ja omal nie zostałem przejechany.

Kim jest ten człowiek z niebieskimi policzkami, grubymi wąsami, o trójkątnym płomyku w oczach, w twardym kapeluszu na głowie? Dlaczego tak troszczy się o mnie?

— Niech pan wypije swoją kawę. Oto ciastko! Ze świecą w ręku szukałem pana.

Człowiek ten jest mu jakby znany.

Ale dlaczego w jego oczach świeci trójkątny płomyk? Przechyla się przez stolik do Szmula i z zachwytem przywiera do jego ucha:

— Panie Rabinowicz, tylko dwa słowa: W tych dniach otrzymałem z zagranicy partię juchtu19... powiadam panu, towar prima sort...

Wąsacz całuje czubki swoich grubych palców...

Swaty w Parczewie

Na prowincji to tak, jak na strychu u antykwariusza. Nie należy oddzielać tego, co piękne, od tego, co pokryte jest pleśnią. Jedno wrosło w drugie. I w tym tkwi cały urok.

W małym alkierzyku siedzi Rachelka. Z goryczą mnie w palcach koronkowy fartuszek, jedyną jej oznakę szabesu20. Nie może się zdecydować: wejść czy nie wejść do dużej izby, która w dni powszednie służy wujowi za warsztat, a w sobotę zamienia się w świąteczny pokój jadalny.

Siedzą tam teraz goście. Przyjechali mechutanowie21 z narzeczonym do wuja Berla i cioci Szpryncy. Siedzą przy stole, łuskają orzeszki z Erec Israel22 i rozmawiają o posagu. Chodzi o kilkaset karbowańców, które wuj Berl trzyma głęboko schowane za pazuchą.

Przyszły narzeczony zdążył już obejrzeć proponowany „zielony towar”, czyli pannę Genendl, córkę wuja Berla i szepnąć do owłosionego ucha swego ojczulka:

— Nie zaszkodzi, tato, jeśli ten Żyd dołoży setkę.

A wuj Berl nie śpieszy się. Słowa cedzi powoli, jakby je ze smoły wyciągał. Spokojnie, jakby nigdy nic, wyłuskuje orzeszki z łupin i powoli podnosi je do ust... Na upartym karku zmarszczki ułożyły mu się w kształcie żydowskich kwadratowych liter, wyrażających taką treść:

— Uwzięli się na mnie, bandyci! Tylko daj i daj! A ja skąd mam wziąć? Z palca wyssać?

Rachelka doskonale wie, że wujek, niezależnie od przyrodzonego skąpstwa, nie posiada również zbędnego grosza. Nieraz już kęs chleba w tym domu stawał jej kością w gardle. A na kęs ten pracowała ciężko i uczciwie. Obszywała w krawieckim warsztacie Berla dziurki od guzików.

To prawda, że wuj karbowańców z palca nie wyssie, ale chyba nie dopuści do tego, aby jego córka Genendl została starą panną. Dosyć już wycierpiał z powodu starszej córki Blimeli.

Biedaczka, daleko już była posunięta w latach, kiedy zjawił się chętny do żeniaczki chorowity wdowiec, sprzedawca losów loteryjnych. Wuj uznał to wtedy za świetną okazję. Po prostu za mecyję23. Ładny interes. Nie ma co.

Karbowaniec więcej czy mniej nie robi różnicy, grunt, żeby młodzieńca z domu nie wypuścić. Zwłaszcza, że chodziły słuchy, iż nieźle zarabia. A biedaczka Genendl, oby Bóg się nad nią zlitował, od dawna już potrzebowała męża. Sama zresztą zdawała sobie sprawę, że jest brzydka, ma zielonkawą, niezdrową cerę, podsiniałe oczy i rzadkie zęby. Kto się na taką babę połakomi? Kiedy spogląda w lustro, przechodzą ją dreszcze. Kto taką zechce za żonę? Nic dziwnego, że skóra na niej płonie, i z chudego ciała bije żar. Pewnego razu Rachelka spała z nią w jednym łóżku i z powodu tego ognia bijącego z ciała Genendl, musiała wstać w środku nocy. Łóżko przypominało piec piekarniczy.

Ale nie ma obawy. Genendl nie uwiędnie w staropanieństwie. Żeby nie wiem co, dostanie męża. Gdyby nawet okazało się, że trzeba użyć siły, to dostanie go. Pazurami wpije się w narzeczonego, choćby to było na samym środku rynku. Nie puści go i już. Te kilkaset karbowańców posagu ma swoją wartość. Te pogniecione papierki wuja Berla zrobią swoje. Zaprowadzą ją pod ślubny baldachim.

Jeśli komuś jest naprawdę źle, to tylko jej, biednej sierocie, Racheli. Jest zdana na łaskę skąpego wuja, dla którego jest zbędną gębą przy stole. I nic tu nie pomoże urodziwa twarz, piękna smukła figura, ciężkie warkocze i osiemnaście lat w pełnym rozkwicie. Czekają to samo, co spotkało Blimelę. Kto bowiem zechce wziąć za żonę sierotę, pannę bez grosza posagu?

Dla Rachelki dzisiejsza sobota jest podwójnie zepsuta. Nie dość, że gnębią ją smutne myśli o nieuniknionym staropanieństwie, musi się jeszcze, niczym więźniarka, dusić w ciasnym alkierzyku. Prawda, że ciocia Szprynca już kilka razy szybko przebiegała przez ciemny korytarz, który był teraz zapchany gratami wyniesionymi z dużej izby na cześć soboty.

Złoszcząc się z powodu ciasnoty, ciocia raz po raz otwierała drzwi do alkierzyka i wołała:

— Czego tu sterczysz Rachelciu? Czyżby twój statek ze zsiadłym mlekiem zatonął w morzu? Wejdź do izby i pokrzep się.

Ale z brzmienia jej głosu, z wyrazu wyblakłych oczu, ze ściągniętych gęstych brwi, podobnych do ciemnych wąsów, Rachela wyczytała podszytą strachem prośbę: „Dziewczyno, przecież nie zechcesz sprowadzić na mnie nieszczęścia. Gdzie się podzieję z moim «towarem», jeśli ty się pokażesz rodzicom przyszłego narzeczonego?”.

I kiedy Rachela nie odezwała się słowem, ciocia z trzaskiem zamknęła drzwi. Za nimi zdążyła jeszcze warknąć: — Tak to jest, jak się hoduje wroga we własnym domu!

Wtedy w Rachelce wezbrał bunt. Jakby poczuła uderzenie twardym przedmiotem najpierw w serce, które zaczęło mocno bić, a potem w gardło. I cała krew napłynęła jej do twarzy.

— Oczywiście, że tak! Jasne, że nie mogę się z wami równać! Pewnie, że mnie nie wypada siedzieć przy jednym stole z tymi waszymi handlarzami koni, z tymi rzeźnikami, z tymi — licho ich wie — waszymi przyszłymi powinowatymi! Ja jestem Rachela! A skoro tak, to sobie pójdę na spacerek. Właśnie tak zrobię! I niech się za mną oglądają ci wasi powinowaci! Mnie to nic a nic nie obchodzi! Ja ich mam gdzieś!

Z zadymionym lustrem, krzywo zwisającym spod samego sufitu, Rachelka żyła w zgodzie. Wzajemnie prawiły sobie komplementy. Teraz, kiedy uśmiechnięta, pełna wdzięku stała przed nim, podobna do giętkiego, młodego drzewka, zadymione oblicze lustra rozjaśniło się i przyjaźnie poradziło jej, jak ma włożyć na ramiona bladoróżowy szal z włóczki, jak zarzucić matowoczarne warkocze i jak wygładzić pomarszczony koronkowy fartuszek. Posłuchała rad lustra i w efekcie była z siebie zadowolona. Na złość pokaże im, że nie upadła na duchu. Przejdzie przez pokój jadalny z wysoko podniesioną głową.

Podobnie jak ciocia ściągnęła gęste, czarne brwi, które jednak na jej twarzy z krwi i mleka rysowały się szczególnym, wprost niewysłowionym wdziękiem. Delikatnie przygryzła grubawe wargi, które i tak były świeże i przybrawszy minę prześladowanego niewiniątka, niby paw przeszła przez korytarz i jadalnię, owładnięta jedną myślą: „Ja sobie jestem Rachela, a was mam gdzieś!”.

I jakby unoszona na skrzydłach przeszybowała mimo długiego stołu, przy którym siedzieli goście. Czy została zauważona? Jeszcze jak! Głośna rozmowa natychmiast się urwała. Przez dłuższą chwilę panowała całkowita cisza. I szła za nią ta cisza, dopóki Rachela nie dotarła do szklanych drzwi wyjściowych. Na nikogo nie spojrzała. Nikogo nie widziała. Na ganku natknęła się na Genendl. Kuzynka była tak zaaferowana rolą narzeczonej, że zieleń zniknęła z jej twarzy i na policzkach zakwitł bladoróżowy, wdzięczny rumieniec, typowy dla panny młodej. Pod chustą niosła kilka butelek piwa. Właśnie odebrała je cichcem, aby nikt nie widział, od sklepikarza Bera-Nuty. Butelki zderzając się ze sobą, wydawały tępe dźwięki. Ber-Nuta musiał się pilnować przed czujnym okiem Szomre-Szabes24, przed gniewem Strażników Soboty. Tylko przez wzgląd na jej status narzeczonej zgodził się odstąpić od obowiązującej zasady. W sobotę nawet na kredyt nie wydawał towaru.

Nic dziwnego, że Genendl poczuła się tak dumna jako narzeczona, że „bez kija nie podchodź”. Rachelki nie zauważyła, a raczej udawała, że jej nie widzi. Dopiero gdy się minęły, spojrzała na nią wzrokiem pełnym dobrotliwej pogardy i niemal z przyjemnością zapytała:

— A cóż to, na spacer ni stąd, ni zowąd?

Rachelka jednak w swoim różowym szalu i błyszczących pantofelkach kroczyła już po targowym placu. Ale tu nie było nikogo, kto mógłby podziwiać jej dumny krok. Po pustym placu biegał tylko kogut w towarzystwie kilku kur. Kramy wokół rynku spały z zamkniętymi oczami. Sobotni sen wziął je w posiadanie.

Na szosie Rachelka spotkała kilka koleżanek. Spędziła z nimi parę godzin na spacerze. W miasteczku huczało już od wieści o kojarzonym właśnie związku małżeńskim. Towarzyszki Racheli ciekawe były zobaczyć młodą parę na jej pierwszym spacerze. Sama Rachelka również czekała na pojawienie się Genendl i narzeczonego, ale tylko dlatego, żeby pokazać im, że nic a nic jej nie obchodzą... Ona bowiem jest Rachelka. Ona tylko spaceruje z koleżankami.

Jednak na szosie, na którą teraz wyległa prawie cała młodzież z miasteczka, młoda para się nie pojawiła.

Wróciwszy do domu, Rachelka zauważyła, że zaszło coś niepokojącego. Nie było nikogo z mężczyzn. Z pewnością udali się do bóżnicy, żeby posłuchać magida25. W mrocznej, przedwieczornej ciszy w dużej izbie dostrzegła dwie kobiety. Były to ciocia Szprynca i matka narzeczonego. Obie siedziały z założonymi rękami. Obie nadąsane. Każda zapatrzona w inne okno. Narzeczona Genendl leżała w alkierzyku na jej, Racheli, łóżku. Z głową wbitą w poduszkę, płakała. Kiedy Rachelka ostrożnie dotknęła ją ręką, płacząca jakby na to czekała. Łokciem odepchnęła ją i ze złością w głosie, zawołała:

— Odejdź ode mnie!

— Jak to? Za co? Czy nie wyniosłam się z domu, aby nie rzucać się w oczy? Nieszczęsna sierota! Przyłożywszy fartuszek do oczu pobiegła do sąsiadki, mieszkającej za przepierzeniem, do Małki-Tircy, żeby od niej dowiedzieć się, co tu się wydarzyło.

Mleczarka Małka-Tirca, która od swoich krów nasiąkła kwaśnym zapachem mleka, wzięła Rachelkę za delikatną rączkę i zaprowadziwszy do obory, zamknęła drzwi. Najciszej, jak tylko mogła, opowiedziała, co się tymczasem zdarzyło. I właśnie ona, Rachelka, ma w tym, co się stało, swój udział. Broń Boże, nie jest winna, ale jakoś tak wyszło. Rodzice narzeczonego zwrócili bowiem na nią uwagę, kiedy przeszła obok nich w jadalnym pokoju.

— Co to za dziewczyna? Kto to jest? — zapytał ojciec.

— Taka biedna sierota — odpowiedział z westchnieniem wuj Berl. — To córka siostry mojej żony...

— Dziewczyna jak cymes26!

— Tfu! Tfu! Oby jej urok nie zaszkodził!

I nagle z ust narzeczonego wyrwały się słowa:

— Wiesz co, tato, za tę siostrzenicę to bym się zgodził na tylko dwie setki.

Zaraz też otrzymał od tatusia należytą odprawę:

— Ty prostaku! Ty chamie jeden! Co to za gadanie!

Ale narzeczony się uparł:

— Jeśli ma być Genendl, to niech jej ojciec dołoży do tych dwóch setek jeszcze sto pięćdziesiąt...

Jednym słowem, całe małżeństwo wisi teraz na włosku.

Rachela poczuła się wynagrodzona za swoje krzywdy. I serce jej wypełniło się współczuciem dla biednej Genendl, nad którą jacyś gruboskórni ludzie tak okrutnie się znęcają. I jednocześnie ogarnęła ją gwałtowna nienawiść do tego narzeczonego. Gotowa byłaby swoimi delikatnymi rączkami wydrapać mu oczy.

— Taki koniuch! Taki handlarz jarmarczny! Ją, Rachelkę, chciał sobie wyswatać! Niesłychane! Ale źle trafił. Nie ten adres.

Zaszyła się w kącie izby i cały wieczór przesiedziała cichutko jak mysz pod miotłą. I chociaż serce miała wypełnione uczuciem litości, triumfu i gniewu na rodziców i powinowatych pana młodego, nie pisnęła ani słowem. Po hawdale27 wznowiono hałaśliwą rozmowę między obiema stronami. Wuj Berl lepił kuleczki z chleba i niczym zapędzony do kąta pies, patrzył tępym wzrokiem na mechutanów. A jego uparty kark zdawał się wyraźnie mówić:

— Nie mam więcej pieniędzy, katorżnicy! Skąd mam je wziąć? Z palca wyssać?

Tymczasem zapadła noc i w gwarnym pokoju jadalnym zrobiło się jakoś ciszej. Targi o wysokość posagu utkwiły w martwym punkcie. Mechutanowie jednak mieli pozostać do poniedziałkowego jarmarku. A nuż uda się coś zarobić i odbić sobie koszta podróży? Przyjechali aż spod Łomży. Zresztą sam wuj Berl namówił ich do pozostania. Zrobił to z wielką ochotą. W ciągu tych kilku dni wszystko przecież może się obrócić ku dobremu.

Rodzina wuja oddała im swoje łóżka. Ustawiono je w dwóch pokojach. Genendl ustąpiła łóżko kandydatowi do jej ręki, a sama poszła spać do Rachelki, która miłosiernie przygarnęła poniżoną narzeczoną.

Natychmiast ułożyła się twarzą do ściany mimo odczuwanej dla Genendl litości. Nie mogła znieść jej nieustającego szlochania i drżenia chudych, kościstych ramion. Z przygotowanych zawczasu słów pociechy dla kuzynki nic nie pozostało. Rachelka nie miała jej nic do powiedzenia. Żywiła dla niej litość i zarazem wstręt. Wreszcie zapadła w sen pełen majaczeń i obudziła się cała w dreszczach. Zdawało się jej, że jest przykuta do ciasnej rozżarzonej trumny. Leży z szeroko otwartymi oczami i nie ma odwagi się ruszyć. Czeka, aż sen całkiem z niej wyparuje. Jest jej ciasno, bo Genendl w ciągu tej nocy jakby się rozrosła i przycisnęła ją do ściany. Z ciała Genendl bije żar.

Rachelka słyszy jej przyspieszony oddech. Widzi, jak wstrząsana dreszczami, dygoce. I nagle rozbudzona Rachel czuje, że po jej nogach chodzi szczur. Oślizgły, wyliniały szczur.

Ze wstrętem silniejszym od strachu wyciąga rękę i chwyta... czyjąś rękę. Twardą, owłosioną rękę o grubych palcach. Przez chwilę dłoń Rachelki drętwieje w uścisku tych twardych, grubych palców. Ale wystarczył jeden energiczny ruch i obca ręka nagle zniknęła. Rachelka zamyka powieki. Boi się otworzyć oczy, aczkolwiek w alkierzyku i tak panuje nieprzenikniona ciemność. W pozycji na pół siedzącej, z twarzą zwróconą ku ścianie, wstrzymuje oddech i przysłuchuje się biciu własnego serca. Genendl również przestała głośno oddychać.

Żelazne łóżko stęknęło. Coś ciężkiego zwaliło się z niego i zrobiło się luźniej. Rachelka słyszy kroki bosych stóp. Zaskrzypiały drzwi. W ciasnym korytarzu przewrócił się jakiś drewniany grat. Zapadła cisza. I w tej ciszy rozlega się znowu zdławiony szloch Genendl. Rachelka boi się odezwać. Mogła się domyślić, kto to mógł być. I natychmiast ogarniają ją wstyd i wstręt. Nie może teraz pozwolić sobie na milczenie. Oznaczałoby to, że coś wie i ukrywa. W ten sposób staje się wspólniczką tego, kto jest powodem płaczu Genendl.

— Genendl, dlaczego płaczesz?

A narzeczona piskliwym głosem woła:

— Jeszcze się pytasz? Jeszcze pytasz?

Miało to znaczyć: on tu przyszedł, a ty milczysz. On się tu dobierał do twoich nóg, a ty Rachelko nic. On się dobierał tylko do nóg Rachelki. Do tej pięknisi! Do tej cnotliwej dzieweczki. I powodowana zazdrością zaczyna kopać Rachelkę w nogi i krzyczy:

— A masz! A masz tobie! Masz tobie!

Rachel kurczy się ze wstydu i zaczyna cicho pochlipywać. W jednej chwili uświadamia sobie, że właściwie ponosi winę za to, że spodobała się narzeczonemu. Zasługuje więc na to, żeby Genendl kopała ją po nogach. Bardziej już się godzi z bólem w nogach, aniżeli ze wstrętnym dotykiem owej twardej dłoni. W duchu postanawia: poprosi jedną z koleżanek, aby ją przenocowała u siebie na czas pobytu mechutanów. Do ciotki w tym czasie nawet nie zajrzy.

Rachelka i Genendl zdążyły po cichu się wypłakać i obie zasnęły z nienawiścią w sercach. Nad ranem wyrwało Rachelkę ze snu uczucie powracającego wstrętu. Powoli odwraca się twarzą do Genendl, z ciała której bije istny żar. Oddycha jednak miarowo i spokojnie. W alkierzyku poza nimi nikogo nie ma, ale Rachelce jest jakoś ciasno. Ma wrażenie, jakby dwie żmije oplotły się wokół jej ciała. Jedną czuje na nogach, a drugą pod piersią. To kuzynka objęła ją we śnie ramionami. Rachel nie może się od nich uwolnić.

— Genendl, śpisz? Ciasno mi. Duszę się.

Genendl jednak nie reaguje. Głęboko i miarowo oddycha. I kiedy Rachelka ułożyła się twarzą do ściany i zaczęła zasypiać, poczuła nagle na swoim nagim ramieniu nieśmiały pocałunek.

To Genendl ją całowała.

Jarmark w miasteczku rozpoczynał się o świcie. Tu dopiero okazało się, jakimi handlarzami byli mechutanowie. Co pół godziny któryś z nich przynosił z targu jakieś mecyje. Wszystkie przyniesione nabytki rozłożyli w dużym pokoju jadalnym. Nie było już gdzie się obrócić.

Wuj Berl zmuszony był wraz ze swoim warsztatem męczyć się w jednym kącie. W samym środku jadalni wznosił się stos drewnianych wiader i innych naczyń z drewna. Powinowaci narzeczonego nakupili mnóstwo towaru. Cały sklep. Surowe drewno zalatywało kwaśnym zapachem i lśniło nagością. Mało tego. W pokoju zjawia się matka narzeczonego w towarzystwie jakiegoś chłopa w łapciach. Chłop dźwiga na plecach całą górę wianków suszonych grzybów. Za chwilę pokój wypełniony jest zapachem padliny. Sam narzeczony w przepoconej czapce, która zsunęła mu się na uszy, przytaszczył na plecach związanego cielaka i położył go na podłodze. Nim nastąpił wieczór, cały dom wuja Berla zamienił się w jarmark. Okazało się, że mechutanowie będą mogli wyjechać dopiero jutro, gdyż z nadmiaru szczęścia zapomnieli podkuć konia, i teraz trzeba mu sprawić zupełnie nowe podkowy.

Berl patrzył na mechutanów ze złością i szacunkiem zarazem. Oba te uczucia mają swoje źródło w jego niepraktyczności, w jego rzemieślniczej, że tak powiem, niezaradności. Zdawało mu się, że mechutanowie wprost po mistrzowsku opanowali sztukę lekkiego zarabiania pieniędzy. A skoro tak, to dlaczego go gnębią? Dlaczego chcą z niego wycisnąć tyle pieniędzy? To przecież nie bagatela, żeby igłą wypracować dwieście karbowańców.

Dlatego też wuj Berl nie wznowił rozmowy na temat posagu, pomimo iż to małżeństwo zaczęło mu coraz bardziej odpowiadać. Mechutanowie również nabrali wody w usta. Wyglądało na to, że wszystko skończy się na niczym.

Genendl, jeszcze ubrana w sobotni strój, zielona na twarzy, z podsiniałymi oczami i prawie nieprzytomna, siedziała bez ruchu. Nie podnosiła wzroku ani na narzeczonego, ani na Rachelkę.

Wieczorem Rachelka wybierała się do koleżanki, u której miała nocować. Weszła do alkierzyka, aby wziąć jakieś swoje rzeczy. W tej samej chwili wpadła tam Genendl i szybko zamknęła drzwi na klucz.

— Naprawdę odchodzisz, Rachelko? Nie chcesz ze mną spać?

Rachelka zagryzła wargi:

— Oczywiście, że nie chcę. Kopiesz.

Zrozpaczona Genendl objęła ją za szyję:

— Obym umarła! Oby mi nogi uschły. Rachelko, byłam szalona. Wszyscy ode mnie odchodzą. Wszyscy mnie poniżają. Po co ja żyję na świecie? Taka pokraka!

Rachelkę ogarnęła litość. Zaczęła głaskać kuzynkę po głowie, wycierała jej łzy. A Genendl gorącymi ramionami objęła Rachelkę w mocnym uścisku.

— Nie — pomyślała Rachelka. — Genendl wcale nie jest pokraką. Jest wprawdzie, bidula, bardzo chuda, ale to wskutek gnębiących ją myśli, że zostanie starą panną. Właściwie posiada nawet pewien wdzięk. Tylko te zęby.

Chciała jej powiedzieć coś na ten temat, ale nie miała serca. W nocy, nim obie ułożyły się do snu, postanowiły na korytarzu za drzwiami położyć łopaty i pogrzebacze. Gdyby narzeczony ośmielił się znowu przyjść, musiałby najpierw połamać ręce i nogi. Drzwi zamknęły także na łańcuch i przysunęły do nich wysoki kufer.

Nie sądzona jednak była Rachelce spokojna noc. W chwili, kiedy we wszystkich pokojach zaczęło się już rozlegać chrapanie, wczorajsze piekło wróciło. Miała do siebie ogromny żal, że ustąpiła prośbie Genendl i zgodziła się z nią spać. Łóżko dla dwóch osób stanowczo było za ciasne. Gdyby Genendl nie miała niespokojnych snów...

Kuzynka znów przycisnęła Rachelkę do ściany, jakby chciała swoim gorącym, chudym ciałem wedrzeć się w nią.

— Genendl! Genendl!

— Co?

— Jakaś ty gorąca!

I Rachelka czuje, jak gorące, suche wargi Genendl przyciskają się do jej ramienia. Z początku ostrożnie, ukradkiem, a potem coraz mocniej i coraz bezczelniej. Ciało Rachelki znalazło się znowu we władzy dwóch płonących rąk-żmij. Tak jak wczoraj.

— Genendl! Słyszysz mnie, Genendl!? Jeśli mi nie dasz spokoju, obudzę ciotkę, a wtedy czeka cię marny los.

Za chwilę zostaje zwolniona z uścisku. Czuje, jak drżąca Genendl odsuwa się od niej. Ale po chwili zmuszona jest wyskoczyć z łóżka.

— Co chcesz zrobić, Rachelko?

— Wstręt mnie ogarnia. Rozumiesz? Wstręt!

Rachela czuje, że jej twarz płonie ze wstydu. Powietrze przesycone jest zapachem wianków suszonych grzybów w dużym pokoju. Rachelce wydaje się, że zapach wydziela się z łóżka, na którym spała z Genendl, że wydobywa się z płonącego ciała kuzynki, że jest wynikiem jej dzikiej namiętności. Stara się nie patrzeć na łóżko, które napełnia ją strachem i wstrętem. A z drugiej strony kusi ją i ciągnie, aby jeszcze raz na nie popatrzeć.

I kiedy wzrok jej pada na siedzącą Genendl, która jak pijana, z otwartymi ustami uparcie wpatruje się swoimi zapadniętymi oczami w jej, Racheli, nagość, kurczy się ze wstydu.

A Genendl mamrocze:

— Czy przynajmniej mnie rozumiesz, Rachelko? Czy mnie rozumiesz?

Rachelka wyciąga okrągłe ramiona. Czuje strach i wstręt. Spojrzenia i słowa Genendl działają na nią jak obrzydliwe łaskotanie. Mało co jednak z jej mamrotania rozumie. Genendl wstrzymując oddech powiada:

— Nienawidziłam cię. Tak, nienawidziłam. Jeszcze wczoraj gotowa byłam zadusić cię własnymi rękami. Boże mój! Dlaczego wszyscy kleją się do ciebie? Dlaczego cię kochają? Nawet starsi ludzie, matka i ojciec narzeczonego... Myślisz, że nie słyszałam? Myślisz, że nie mam rozumu? Byłam ślepa... Nic nie rozumiałam. Nie zauważyłam, jaka jesteś piękna, Rachelko! Nie zdawałam sobie sprawy, czym jest piękność. Nie uciekaj Rachelko, nie odpychaj mnie. Nie idź budzić mamy! Przecież ja cię kocham. Ja chcę... chcę przed tobą paść na kolana.

I w małym alkierzyku wydarzyło się coś takiego, co nie pasowało do nędznej ciasnoty izdebki i skąpego światła zadymionej lampy naftowej.

Najpierw Rachelka przed padającą do jej nóg Genendl wskoczyła na wysoki kufer przy drzwiach. Po chwili strach przeminął i wygodnie rozsiadła się na kufrze. Założyła nogę na nogę, tak że świeciły bielą nagości, po czym trzymając ręce na piersiach spokojnie i cicho zamarła w bezruchu. Wyglądała jak posąg wykuty z marmuru. Genendl przyczołgała się do niej na kolanach. Objęła za nogi. Przylgnęła do nich swoimi gorącymi podnieconymi piersiami i oblewała je łzami.

— Jaka ty jesteś piękna, Rachelko! I jaka zimna.

A Rachela patrzyła z góry na tę umęczoną, starzejącą się dziewuchę, która zagubiła się w cierpieniach własnej namiętności. Jej serce pozostało głuche. Strach już zdążył ją opuścić, litość i wstręt słabły, aż się zupełnie rozpłynęły i ulotniły jak dym z papierosa.

W sercu Rachelki panuje teraz jedno słodkie uczucie dumy ze swojej przewagi, z uświadomionej własnej urody. Co ją może obchodzić ta kobieta, która klęczy przed nią, jak przed ołtarzem. Co ją obchodzi, że pokrywa jej ciało pocałunkami. Pozwala na to w swojej łaskawości. Patrzy na biedną narzeczoną z góry. Patrzy surowo i wyniośle.

W rozżarzonym nocnym powietrzu alkierzyka nie unoszą się zapachy francuskich perfum. I zaczarowane kwiaty pradawnego Lesbos nie rozchyliły tu podczas tego niesamowitego misterium swoich kielichów. Ciężki i wilgotny, jak skóra zdarta z padliny, jest wiszący w powietrzu smród jarmarcznych zakupów. Ale sama Rachelka już go nie czuje. „Na prowincji to tak, jak u antykwariusza na strychu”.

Przypisy:

1. opój — osoba pijąca duże ilości alkoholu. [przypis edytorski]

2. Szechina (hebr.) — Duch Boży, obecność Boża; żeński pierwiastek natury boskiej. [przypis tłumacza]

3. firmament — sklepienie, niebo. [przypis edytorski]

4. kamea — szlachetny kamień ozdobiony wypukłym reliefem. [przypis edytorski]

5. feeria — gra wielu kolorowych świateł i dźwięków. [przypis edytorski]

6. chałat — długi, luźny płaszcz noszony przez Żydów wschodnio-europejskich. [przypis edytorski]

7. podbechtać — podpuścić. [przypis edytorski]

8. kalif — w islamie tytuł przywódców wspólnot państwowo–religijnych; następców Machometa. [przypis edytorski]

9. medresa (hebr.) — muzułmańska wyższa szkoła teologiczno-prawnicza. [przypis tłumacza]

10. tumult — zamieszanie, zgiełk spowodowany wieloma osobami będącymi w ruchu. [przypis edytorski]

11. biret — kwadratowa lub okrągła czapka bez daszka będąca dziś częścią oficjalnego stroju senatu akademickiego, profesury, przedstawicieli sądownictwa, czy duchownych. [przypis edytorski]

12. Lewi — postać biblijna z Księgi Rodzaju. Związany z incydentem z miasta Sychem, kiedy to po osiedleniu się weń Jakuba, jego córka Dina została zgwałcona przez Sychema, syna tamtejszego władcy. Gdy władca przybył do Jakuba i jego synów Lewiego i Symeona z przeprosinami oświadczył, iż jego syn zrobił to, gdyż zakochał się w Dinie. Obiecał też zapłacić rekompensatę oraz zaprosił do osiedlenia się w Sychem i zaproponował wzięcie mieszkanek miasta za żony. Lewi i Symeon podstępnie wyrazili zgodę pod warunkiem, że dodatkowo wszyscy mężczyźni w Sychem muszą się obrzezać. Tak też się stało, a gdy trzeciego dnia po obrzezaniu cierpieli z bólu, Lewi i Symeon w odwecie za gwałt na siostrze zamordowali wszystkich mężczyzn, a z kobiet i dzieci uczynili niewolników. [przypis edytorski]

13. eunuch — strażnik haremu, wykastrowany mężczyzna lub chłopiec. [przypis edytorski]

14. kamea — szlachetny kamień ozdobiony wypukłym reliefem. [przypis edytorski]

15. Kanaan — teren późniejszej Palestyny [przypis edytorski]

16. rwetes — hałas, krzątanina. [przypis edytorski]

17. tumult — zgiełk, zamieszanie spowodowane ruchem wielu osób. [przypis edytorski]

18. giemza — zamsz. [przypis edytorski]

19. jucht — rodzaj bydlęcej skóry. [przypis edytorski]

20. szabes (jid.) — sobota, siódmy dzień tygodnia obchodzony jako święto. [przypis edytorski]

21. mechutanowie (hebr.) — rodzice konkurenta, kumowie; tu: swaci. [przypis tłumacza]

22. Erec Israel (hebr.) — Ziemia Izraela, Ziemia Święta. [przypis tłumacza]

23. mecyja (hebr.) — dosł. znalezisko, coś nadzwyczajnego; rarytas. [przypis tłumacza]

24. Szomre-Szabes (jid., hebr.) — dosłownie strażnicy soboty. Ugrupowanie ortodoksów religijnych odpowiedzialnych za pilnowanie, by nie pracowano w szabes. [przypis edytorski]

25. magid (hebr.) — kaznodzieja. [przypis tłumacza]

26. cymes (jid.) — słodka potrawa z ryżu lub makaronu i marchewki; tu: rarytas, smakołyk. [przypis tłumacza]

27. hawdala (hebr.) — dosł. oddzielenie; uroczysta modlitwa odmawiana w wieczór kończący szabat. [przypis tłumacza]