XVI

Jak zwykle tak i w tym roku pan prefekt Worms-Clavelin był zaproszony na polowanie do Valcombe, do pana radcy Dellion, właściciela pieców hutniczych i najpiękniejszych rewirów myśliwskich w okolicy. Pan prefekt lubił gościć w Valcombe; pochlebiało mu, że spotykał tam ludzi dobrze urodzonych, szczególnie rodziny Gromance i Terremondre, i z prawdziwą rozkoszą strzelał bażanty. Toteż widziano go, jak po wyrębach leśnych obnosił swą wylewną radość. Strzelał rozstawiając nogi, unosząc ramiona, pochylając głowę i mrużąc oczy na sposób dzierżawców polowania w Bois-Colombes, bukmacherów i sklepikarzy, pierwszych swych towarzyszy łowieckich. Hałaśliwie, z niedyskretnym zadowoleniem mówił o sztukach, które zabił; niekiedy przyznawał się i do tych, które u nóg jego padały z rąk sąsiadów, czym wywoływał gniewy i kwasy, łagodzone jego jednostajnie dobrym humorem i zupełnym niezrozumieniem, że mógł kogoś rozgniewać. W całym swym zachowaniu w miły sposób łączył powagę urzędnika z poufałością wesołego kompana. Nazywał ludzi ich tytułami jak przyjacielskimi przezwiskami, a ponieważ wiedział równie dobrze jak cały departament, że panu de Gromance żona niejednokrotnie przypinała rogi, przy każdym spotkaniu, bez żadnej przyczyny, przyjacielsko klepał po ramieniu tego ceremonialnego człowieka. Był przekonany, że jest lubiany w towarzystwie w Valcombe, i niezupełnie się mylił. Jeśli tylko z arogancką miną nie ciskał w twarz nikomu kulek śrutu lub impertynencji, uważano, że jest to zręczny i w głębi rzeczy taktowny człowiek.

W tym roku powodziło mu się w świecie kapitalistycznym lepiej niż kiedykolwiek. Wiedziano, że był przeciwny podatkowi dochodowemu, o którym kiedyś szczęśliwie się wyraził, że jest to środek godny inkwizycji. Spotykały go w Valcombe powinszowania wdzięcznego towarzystwa, a pani Dellion, łagodząc dlań wyraz swych stalowobłękitnych oczu i czoła uwieńczonego splotami siwiejących włosów, uśmiechała się przyjaźnie.

Wychodząc ze swego pokoju, gdzie ubrał się był do obiadu, pan Worms-Clavelin w ciemnym korytarzu ujrzał wężową postać pani de Gromance, przesuwającą się z szelestem sukni i klejnotów. Jej obnażone ramiona w zmierzchu wydawały się jeszcze bardziej nagie. Poskoczył, by ją dogonić, ujął wpół i pocałował w kark. Gdy wydzierała się z jego objęć, szepnął tonem wymówki:

— Dlaczego nie ja także, hrabino?

Dostał za to policzek, co go bardzo zdziwiło.

Na dole w przedpokoju spotkał Noemi, która, bardzo godna w swej czarnej atłasowej sukni, krytej czarnym tiulem, naciągała wolno długie rękawiczki. Przyjaźnie mrugnął ku niej. Był dobrym mężem i miał dla żony dużo szacunku i nieco podziwu.

Zasługiwała na to. Musiała istotnie być wyjątkowo zręczna, żeby móc podobać się antysemickiemu towarzystwu w Valcombe. A nie była w nim źle widziana. Umiała nawet pozyskać sobie pewne sympatie. A co najwięcej podziwiać należy, w tym towarzystwie nie wydawała się intruzem.

W tym wielkim, zimnym salonie prowincjonalnym przybierała twarz zdziwioną i minę spokojną, które wprawdzie pozwalały wątpić o jej rozumie, ale przedstawiały ją jako kobietę poczciwą, łagodną i dobrą. Wobec pani Dellion i innych dam podziwiała, potakiwała i milczała. Jeśli który z panów, więcej obyty i dowcipniejszy, zbliżył się do niej, by porozmawiać, stawała się jeszcze cichszą i skromniejszą, potem nieśmiało, ze spuszczonymi oczyma, nagle rzucała mu jakieś zdanie swobodne i lekkie, które mu pochlebiało i które uważał za łaskę szczególną, jako że wyszło z ust tak przezornych i duszy tak skrytej. Pozyskiwała serca starych lowelasów. Bez gestu, bez ruchu, bez pomocy wachlarza, niewidocznym zmrużeniem powiek, szybkim ruchem warg umiała poddać im myśli dla nich pochlebne. Uwiodła nawet wielkiego znawcę, pana Mauricet, który mawiał o niej:

— Była zawsze brzydka, nie jest już ładna, ale to prawdziwa kobieta!

Pana Worms-Clavelin posadzono przy stole między panią Dellion a panią Laprat-Teulet, żoną senatora z ***. Pani Laprat-Teulet była to mała, blada osóbka, która wydawała się jakby okryta gazą, tak rysy jej były mdłe i miękkie. Jeszcze jako pannę nasączono ją nabożnością jak oliwą. Wydana za mąż za człowieka zręcznego, który ożenił się z nią dla majątku, umartwiała się w słodkiej pobożności, podczas gdy mąż robił interesy na antyklerykalizmie i wydalaniu zakonów. Oddawała się ciągle drobnym praktykom religijnym. Głęboko przywiązana do swego stanowiska małżonki, gdy w senacie złożono wniosek o rozpoczęcie śledztwa sądowego przeciwko Laprat-Teuletowi i kilku innym senatorom, kazała zapalić dwie świece w kościele Św. Eksuperego przed malowanym posągiem świętego Antoniego na intencję umorzenia śledztwa przeciw jej mężowi. Istotnie tak się też stało. Pan Laprat-Teulet, uczeń Gambetty89, posiadał pewne dokumenciki, których fotografie w odpowiedniej chwili przesłał ministrowi sprawiedliwości. Pani Laprat-Teulet z gorliwej wdzięczności kazała wmurować w ścianę kaplicy ex voto — marmurową tablicę z napisem ułożonym przez samego czcigodnego księdza Laprune: „Świętemu Antoniemu za łaskę niespodziewaną podziękowanie małżonki chrześcijańskiej”. Później pan Laprat-Teulet wybił się znowu. Dał poważne gwarancje konserwatystom, którzy w walce z socjalizmem zamyślali wyzyskać jego wielkie zdolności finansowe. Stanowisko polityczne pana Laprat-Teulet poprawiało się znowu — zastrzeżono tylko, aby nie przynaglał spraw gwałtownie i władzy osobiście nie chwytał w ręce. A tymczasem małżonka swymi woskowymi palcami haftowała obrusy na ołtarze.

— Jakże, łaskawa pani — zapytał prefekt po zupie — idą pani zakłady dobroczynne? Wie pani, że po pani generałowej Cartier de Chalmot pani ze wszystkich dam departamentu przewodniczy największej liczbie instytucji dobroczynnych.

Nie odpowiedziała mu. Przypomniał sobie, że jest głucha, i zwracając się do pani Dellion rzekł:

— Może pani zechce objaśnić mnie o instytucji dobroczynnej pod wezwaniem świętego Antoniego. Przypomniała mi to ta biedna pani Laprat-Teulet. Żona moja mówiła, że ta nowa forma dewocji ma ogromne powodzenie w departamencie.

— Pani Worms-Clavelin ma rację, kochany panie. Wszystkie mamy nabożeństwo do świętego Antoniego.

Usłyszano teraz pana Mauricet, który odpowiadał panu Dellion na zabłąkane w gwarze słowa:

— Pochlebia mi pan, kochany panie. Puits-du-Roi, bardzo zaniedbane od czasów Ludwika XIV, nie może się równać z polowaniem w Valcombe. Mało tam zwierzyny. Jednak pewien wyjątkowych zasług kłusownik, imieniem Rivoire, który zaszczyca Puits-du-Roi swymi nocnymi wizytami, strzela tam sporo bażantów. A gdyby pan wiedział, co za nadzwyczajny okaz z rupieciarni służy mu za strzelbę! Jest to broń godna muzeum. Wdzięczny mu jestem, że pozwolił mi przyjrzeć się jej dokładnie. Wyobraź pan sobie...

— Zapewniano mnie, proszę pani — rzekł prefekt — że dewotki posyłają swe życzenia do świętego Antoniego w zamkniętej kopercie i że płacą należność dopiero po otrzymaniu żądanej rzeczy.

— Nie szydź pan — odrzekła pani Dellion — święty Antoni udziela wielu łask.

— ...Jest to — ciągnął dalej pan Mauricet — lufa starej fuzji odcięta i umieszczona na zawiasach tak, że można ją dowolnie przechylać...

— Myślałem — odrzekł prefekt — że specjalnością świętego Antoniego jest odnajdowanie rzeczy zgubionych.

— Dlatego — odrzekła pani Dellion — zwracają się doń z tylu prośbami. — I dodała wzdychając: — Któż na świecie nie stracił jakiejś cennej rzeczy? Spokoju serca, spokoju sumienia, przyjaźni zawartej w dzieciństwie lub... miłości męża? Więc udaje się wtedy do świętego Antoniego.

— Lub do jego towarzysza — dodał prefekt. Dobre wina gospodarza podochociły go i w naiwności swej mieszał świętego Antoniego Padewskiego ze świętym Antonim Pustelnikiem.

— Czy ten Rivoire — zapytał pan de Terremondre — nie jest oficjalnym kłusownikiem prefektury?

— Myli się pan, panie de Terremondre — odrzekł prefekt. — Ma on daleko szanowniejszy urząd kłusownika arcybiskupstwa. Jest dostawcą stołu Jego Eminencji.

— Zgadza się także owoce swej przemyślności ofiarowywać na usługi sądu — rzekł pan prezes Peloux.

Pan Dellion i pani generałowa Cartier de Chalmot rozmawiali półgłosem.

— Kochana pani, mój syn Gustaw ma w tym roku odbywać służbę wojskową. Chciałbym bardzo, aby był pod rozkazami generała Cartier de Chalmot.

— Nie pragnij pan tego! Mój mąż jest wrogiem wszelkich protekcji i nie szafuje urlopami: chce, aby synowie dobrych rodzin dawali przykład w służbie. I zasady te wszczepił wszystkim swym pułkownikom.

— ...I lufa tej fuzji — ciągnął dalej pan Mauricet — nie zgadza się z żadnym znanym kalibrem, tak że Rivoire może w nią kłaść tylko naboje za małe. Pojmuje pan łatwo...

Prefekt rozwijał poglądy, które miały zupełnie zjednać panią Dellion dla systemu rządów, i zakończył je tą szczytną myślą:

— W chwili gdy car przybywa odwiedzić Francję, trzeba, żeby Republika związała się bliżej z wyższymi warstwami narodu i żeby one zetknęły się z naszym wielkim sprzymierzeńcem — Rosją.

Tymczasem Noemi ze spokojem świętej znosiła manewry pana prezesa Peloux, który nogami szukał jej nóg pod stołem.

Młody Gustaw Dellion szeptał cichutko do pani de Gromance:

— Spodziewam się, że tym razem nie urządzisz mnie tak jak tego dnia, kiedyś włóczyła się z tym starym lowelasem Mauricetem, podczas gdy ja w waszym żółtym salonie nie miałem innej rozrywki niż bawienie się zegarem.

— Jakaż zacna kobieta z pani Laprat-Teulet! — zawołała pani Dellion w nagłym porywie przyjaźni.

— Przezacna! — potwierdził prefekt połykając ćwiartkę gruszki. — Szkoda tylko, że jest głucha jak pień. Mąż jej jest także zacnym człowiekiem. I bardzo inteligentnym. Z przyjemnością widzę, że zaczynają inaczej go oceniać. Przebył on trudny okres. Wrogowie Republiki chcieli go skompromitować, żeby zniesławić rząd. Padł ofiarą intryg zmierzających do usunięcia z parlamentu przedstawicieli finansów. To obniżyłoby poziom przedstawicielstwa narodowego i byłoby godne pożałowania pod każdym względem.

Zamyślił się chwilę i dodał z melancholią:

— Zresztą, nie mogą się już zdarzać skandale, dziś już nie robi się interesów. Jest to jeden z najbardziej przykrych wyników tej kampanii oszczerczej, prowadzonej z niesłychaną śmiałością.

— Być może! — westchnęła pani Dellion w natchnieniu i zadumie.

I nagle w porywie serca rzekła:

— Panie prefekcie, oddaj nam naszych kochanych zakonników, wróć siostry miłosierdzia do szpitali i Boga do szkół, z których go wygnaliście! Nie broń nam robić z naszych synów dobrych chrześcijan... a wtedy porozumiemy się łatwo.

Słysząc te słowa pan Worms-Clavelin wzniósł w górę nóż, na którym tkwił kawałek sera, i w szczerości ducha zawołał:

— Ależ, droga pani, czyż pani nie widzi, że ulice miasta są aż czarne od księży, że za każdym płotem roi się od mnichów? A co do pana Gucia, to przecież ja nie bronię mu choćby dzień cały chodzić na mszę zamiast latać za dziewczynami!

Pan Mauricet w gwarze głosów i śmiechów, w brzęku srebra dzwoniącego o porcelanę kończył opis nadzwyczajnej strzelby kłusownika.

Prefekt Worms-Clavelin, któremu pilno było zapalić po obiedzie, pierwszy przeszedł do sali bilardowej. Wkrótce za nim poszedł prezes Peloux. Prefekt poczęstował go cygarem.

— Bierz pan, proszę, jest doskonałe.

I na podziękowania pana Peloux odpowiedział wskazując pudełko:

— Nie dziękuj mi pan: to z cygar gospodarza.

Był to zwykły jego dowcip.

Nadszedł wreszcie i pan Dellion ze znaczniejszą liczbą gości, którzy, bardziej uprzejmi, pozostali jakiś czas z paniami. Właśnie słuchał on życzliwie pana de Gromance, tłumaczącego mu, jak konieczne jest na polowaniu ścisłe ocenianie odległości.

— Na przykład zając wydaje się na nierównym terenie bardziej oddalony, podczas gdy na gruncie płaskim z odległości przeszło pięćdziesięciu metrów wydaje się, że można jeszcze do niego strzelać. To tłumaczy...

— Panie Peloux — rzekł pan Worms-Clavelin biorąc kij z postumentu — cóż, zagramy partyjkę?

Prefekt Worms-Clavelin grał świetnie w bilard, ale pan prezes Peloux nie ustępował mu w tej sztuce. Skromny rejent normandzki na skutek jakiejś przykrej sprawy z gruntami zmuszony był sprzedać swą kancelarię, lecz został mianowany sędzią w epoce, gdy Republika oczyszczała sądownictwo. Przerzucano go z jednego końca Francji w drugi. W trybunałach, gdzie znajomość prawa niemal zanikała, jego dawna praktyka prawnicza czyniła go pożytecznym, stosunki zaś ministerialne zapewniły mu awans. Ale niejasne pogłoski o jego przeszłości szły za nim wszędzie, świat odmawiał mu szacunku. Przemyślny rozsądek pozwolił mu znieść długotrwałe lekceważenie. Obelgi przyjmował ze spokojem. Pan Lerond, dymisjonowany podprokurator, obecnie adwokat przy sądzie w ***, mawiał o nim do kolegów w kuluarach sądowych: „To człowiek rozumny, który mierzy, jak daleko z jego fotela do ławy oskarżonych”. Jednak ten szacunek ogólny, o który pan Peloux się nie starał i który omijał go dotąd, nagłym zwrotem dziś przyszedł sam. Od dwóch lat sfery sądowe uważały pana prezesa Peloux za szlachetnego sędziego. Podziwiano jego odwagę, gdy, spokojny i uśmiechnięty między dwoma bladymi asesorami, skazał na pięć lat więzienia trzech anarchistów, którzy rozdawali w koszarach odezwy wzywające ludy do braterstwa.

— Dwanaście na cztery — zapowiedział prezes Peloux.

Dzięki długoletniej wprawie, nabytej w cichej kawiarence na zapadłej prowincji, grał jak zawodowiec, zbierał kule w kąciku bilardu, robił całe serie karamboli. Prefekt Worms-Clavelin poczynał sobie w szerszym, wznioślejszym, bardziej hazardowym stylu, w stylu artystycznych kawiarni Montmartre i Clichy. I obwiniając tutejszy stół bilardowy o niepowodzenie swych śmiałych posunięć, skarżył się na twardość band.

— W Tuilière, u mego kuzyna Jakuba — rzekł pan de Terremondre — jest bilard datujący się z czasów Ludwika XV; stoi on w bardzo niskiej, sklepionej sali, bielonej wapnem. Można jeszcze odczytać tam napis: „Uprasza się Jaśnie Panów nie opierać kijów swych o ścianę”. Prośby tej nie słuchano wcale, bo sklepienie usiane jest mnóstwem małych, okrągłych dziurek, których pochodzenie wyjaśnia właśnie ten napis.

Z kilku stron jednocześnie zapytano pana Peloux o szczegóły sprawy w domu królowej Małgorzaty. Zabójstwo wdowy Houssieu poruszyło całą okolicę i wzbudzało ciekawość. Nikomu nie było tajne, że silne poszlaki ciążyły na dziewiętnastoletnim czeladniku rzeźniczym, imieniem Lecoeur; widywano go dwa razy na tydzień, jak z koszykiem na głowie wchodził do domu staruszki. Wiedziano także, że trzymani są pod śledztwem, jako wspólnicy, dwaj terminatorzy tapicerscy w wieku od czternastu do szesnastu lat, i mówiono, że zbrodnia dokonana została w okolicznościach, które czyniły opowiadanie o niej szczególnie drażliwym.

Prezes Peloux, pytany o to, uniósł znad bilardu swą okrągłą, rudą głowę, mrugnął okiem i rzekł:

— Śledztwo jest ukończone. Odtworzono w całości scenę zabójstwa. Nie zdaje mi się, by mogła istnieć jeszcze najmniejsza wątpliwość co do czynów rozpustnych, które poprzedziły zbrodnię i ułatwiły jej spełnienie.

Wziął kieliszek, wypił łyk armaniaku, cmoknął językiem i zawołał:

— Nektar! Aksamit!

I kiedy krąg ciekawych cisnął się do niego dopytując o szczegóły, sędzia po cichu zdradził parę okoliczności, które wzbudziły szmer zdziwienia i pomruki obrzydzenia.

— Czyż możliwe? — mówiono. — Kobieta osiemdziesięcioletnia?

— Fakt ten — odrzekł prezes Peloux — nie jest odosobniony. Wierzcie, panowie, mojemu długoletniemu doświadczeniu sądowemu. Młodzi urwisze na przedmieściach więcej wiedzą o tym od nas. Zbrodnia w domu królowej Małgorzaty jest zbrodnią znanego rodzaju, mogę powiedzieć: zbrodnią typu klasycznego. Zaraz wietrzyłem rozpustę starczą i wiedziałem bardzo dobrze, że Roquincourt, któremu powierzono śledztwo, idzie mylnym śladem. Kazał naturalnie aresztować wszystkich włóczęgów i żebraków błąkających się w obrębie kilku mil. Wszyscy wzbudzali w nim podejrzenia; do reszty stropiło go to, że jeden z nich, Sieurin, przezwany Skowronią Nóżką, stary recydywista, przyznał się do zbrodni.

— Jak to?

— Nudził się sam w celi. Obiecano mu tytoń do fajki, jeżeli się przyzna. Przyznał się. Opowiadał wszystko, czego chciano. Ten Sieurin, trzydzieści siedem razy karany za włóczęgostwo, niezdolny jest zabić muchę. Nigdy nic nie ukradł. Jest to matołek, istota nieszkodliwa. W chwili zbrodni żandarmi widzieli go na wzgórzach Duroc; robił tam dla dzieci fontanny ze słomek i czółenka z korków.

Prezes Peloux znów powrócił do partii bilardu.

— Dziewięćdziesiąt na czterdzieści... Przez ten czas Lecoeur opowiadał wszystkim dziewkom na ulicy Carreaux, że on to zrobił, a właścicielki domów publicznych składały u komisarza policji kolczyki, łańcuszki i pierścionki wdowy Houssieu, które rzeźnik rozdawał ich dziewczętom. Ten Lecoeur, jak tylu innych morderców, sam się wydał. Ale Roquincourt, wściekły, zatrzymał Skowronią Nóżkę w areszcie. Siedzi tam jeszcze. Dziewięćdziesiąt dziewięć... i sto.

— No, no! — rzekł prefekt Worms-Clavelin.

— Zatem — szepnął pan Dellion — ta osiemdziesięciotrzyletnia kobieta miała jeszcze... To nie do uwierzenia!

Lecz doktor Fornerol przyłączając się do zdania prezesa Peloux zapewnił, że nie jest to wypadek tak rzadki, jakby sądzić można, i zaczął rzecz tłumaczyć fizjologicznie. Słuchano go z zajęciem. Z kolei przytoczył różne wypadki zboczeń instynktu płciowego i zakończył w ten sposób:

— Gdyby diabeł unosząc nas w powietrzu uchylił przed oczami naszymi dachy domów miejskich, ujrzelibyśmy rzeczy okropne, przerażeni bylibyśmy odkryciem wśród naszych współobywateli tylu maniaków, ludzi zwyrodniałych i szaleńców.

— Ba! — rzekł prefekt Worms-Clavelin — nie trzeba się przyglądać nazbyt z bliska. Wzięci oddzielnie, ludzie ci są może tacy, jak pan mówi, ale razem tworzą przepyszną całość dla administracji, ludność wspaniałej stolicy departamentu.

Tymczasem senator Laprat-Teulet, siedząc na ławeczce górującej nad bilardem, głaskał swą długą, siwą brodę. Było w nim coś z majestatu rzeki.

— Ja — rzekł — mogę wierzyć tylko w dobro. Gdziekolwiek spojrzę, wszędzie widzę cnotę i uczciwość. Na licznych przykładach mogłem stwierdzić, że obyczaje kobiet francuskich, zwłaszcza w klasach średnich, od czasów Rewolucji nic nie pozostawiają do życzenia.

— Nie jestem takim optymistą — odparł pan de Terremondre — ale istotnie nie przypuszczałem, aby za swymi zbutwiałymi murami, za wąskimi oknami osnutymi zasłoną sieci pajęczych dom królowej Małgorzaty ukrywał tak haniebne tajemnice. Odwiedziłem kilka razy wdowę Houssieu; wydała mi się staruszką skąpą, nieufną, trochę słabą na umyśle, ale podobną do tylu innych! Zresztą, jak mawiano za czasów królowej Małgorzaty:

Już się nie ruszy.

Pokój jej duszy.

Nie będzie już swoją rozpustą obrażać herbowej tarczy zacnego Filipa Tricouillard.

Na to imię z rozgorzałych twarzy buchnął wesoły śmiech. Ta tarcza emblematyczna, świadectwo potrójnej mocy seksualnej, która równała dawnego mieszczanina z wielkim kondotierem z Bergamo, była skrytą radością i dumą miasta. Mieszkańcy kochali tego dzielnego pradziada z czasów króla Stu nowych nowel90, swego starożytnego ławnika, Filipa Tricouillard, chociaż prawdę mówiąc znany im był tylko ze swej przyrodzonej zalety, której zawdzięczał znakomite przezwisko.91

W dalszym ciągu rozmowy doktor Fornerol przytoczył jeszcze kilka innych przykładów tej anomalii i zapewnił, że wedle niektórych pisarzy zaszczytna ta potworność przekazuje się dziedzicznie i utrwala w pewnych rodzinach. Na nieszczęście ród zacnego Filipa wygasł już od przeszło dwustu lat.

W związku z tym pan de Terremondre, jako prezes Towarzystwa Archeologicznego, opowiedział historię prawdziwą.

— Nasz archiwista departamentalny, uczony pan Mazure, na strychu prefektury odnalazł niedawno dokumenty odnoszące się do procesu o cudzołóstwo, wytoczonego właśnie w epoce Filipa Tricouillard, w końcu XV wieku, przez Jehana Tabouret przeciwko Sydonii Cloche, jego małżonce. Sydonia zrodziła trojaczki, a imć pan Jehan Tabouret przyznawał się tylko do bliźniąt i utrzymywał, że trzecie dziecko nie jest jego. Twierdził, że nie jest zdolny do spłodzenia więcej niż dwóch istot na raz. I przytaczał dowody oparte na przekonaniu kumoszek, cyrulików i aptekarzy, którzy twierdzili, że normalna budowa człowieka nie może dostarczyć materiału na więcej niż na bliźnięta. Na tej podstawie uznano, że biedna Sydonia widocznie się puściła na boku, za co posadzono ją nagą na ośle, twarzą do ogona, i oprowadzano przez całe miasto do stawu Evés, w którym po trzykroć ją zanurzono. Kary tej nie byłaby poniosła, gdyby jej złośliwy mąż był równie szczodrze uposażony przez matkę Naturę jak nasz zacny Filip Tricouillard.